Rozdział trzydziesty czwarty
jak Hieronim do rodzinnego Schildburga wróciwszy, wiele tam odmian zobaczył i jak mile przyjęty został.
Tak więc raz jeszcze Jobs kandydat, srodze
Strapion, na bitej obaczył się drodze,
Lecz nigdy żadnej drogi swej
Tak nie przeklinał jako tej.
Niewierność bowiem i zmienność tej panny
Tkwiła mu w sercu jak cierń nieustanny
I gdyby nie to, że był tchórz,
Byłby gdzie może wisiał już.
Lecz desperatom kiedy braknie ducha,
To brak postronka, to gałąź za sucha,
Więc postanowił Jobs nasz żyć,
Aby mógł jeszcze jeść i pić.
Tak, brew zmarszczywszy i w obliczu srogi,
Wahał się chwilę na rozstaju drogi,
Nie wiedząc, którą iść by miał,
Bo i tu, i tam także chciał.
Jedna w Bawarię wiodła, lecz nie wiedział,
Czyli254 by pan tam jeszcze z żoną siedział,
Druga w ów szwabski zasię gród,
Skąd swój początek wziął i ród.
Lecz jak zraniony ptak, kiedy z daleka
Do gniazda swego leci a ucieka,
By tam skrył ranę, którą strzał
Niecnotliwego łowca dal,
Tak wypędzony z uciech dawnych raju
Do rodzinnego wziął wracać się kraju
I (niech pochwalon będzie Bóg!)
Wkrótce przestąpił ojców próg.
Ałe zaledwie przeszedł przez rogatki
(Gdzie dał grosz celny, dziurawy i gładki),
Począł się wahać, czy by to
Był Schildburg dawny, czy też co?
Bo chociaż mile został powitany,
Na każdym kroku spostrzegał odmiany,
Gdyż i tu w ciągu owych lat
Nie stał, lecz naprzód bieżał świat.
Przy życiu wprawdzie jeszcze matka była,
Lecz w niedostatku i ubóstwie żyła,
Z niespań, z kłopotów, z łez i z trosk
Wyżółkłszy tak jak gdyby wosk.
Brat jeden poszedł ad patres255 i w grobie
Za miastem leżał od lat paru sobie.
Drugi założył mały kram,
W którym sprzedawał nici sam.
Trzeci wziął żonę najbrzydszą w tym grodzie,
Lecz za to w mleku opływał i miodzie,
Choć miewał jako księżyc znów
Pełnię na twarzy albo nów.
Najstarsza siostra także męża miała
(Czas — ten nie stoi, lecz leci jak strzała!),
Który tak samo fajkę ćmił,
Jak Jobs senator, kiedy żył.
Co zaś do Grety, która konkurenta
Miała przy sądzie tamtejszym, rejenta256,
I szersza była wszerz niż wzdłuż —
Sporego chłopca miała już.
Rejent się tylko za miastem gdzieś bawił
I narzeczoną wraz z synkiem zostawił,
Gdyż nie był ten wciągniętym fakt
Do rejentalnych żadnych akt.
Najmłodsza, Ester, była do pomocy
Matce, swą wiosną dom ciesząc sierocy
I kwitnąc jako polny kwiat,
Gdy się ze świata wrócił brat.
Tak więc, choć w trwodze i biedzie szło życie,
Miłym dla wszystkich było to przybycie,
Gdyż dawno o nim przepadł słuch
Ani go widział żywy duch.
Lecz że nie chciało starczyć w żywy sposób
Mięsa i chleba w domu na pięć osób,
Radzić poczęto o tym, gdzie
Mógłby Hieronim udać się.