Rozdział trzydziesty piąty
jako Hieronim stróżem nocnym w Schildburgu został i jak się matce jego sen jej i wróżba cyganki sprawdziły.
Właśnie w Schildburgu dni temu niewiele
Był pochowany przy samym kościele
Grodu całego nocny stróż,
Co się wysłużył dobrze już.
A iż się żaden rząd ostać nie może
Bez należytej straży w nocnej porze,
Magistrat przeto radzić jął,
Skąd by nowego stróża wziął.
Lecz kandydatów choć było niemało,
Którym się ono beneficjum257 śmiało,
Wszyscy musieli krzyknąć: pas!
Kiedy Hieronim puścił bas.
Kumy i krewni krzywili się trocha,
Bo go od dziecka ci znali jak śpiocha,
Przy którym, niż się zbudzi, wprzód
Z dymem pójść może cały gród.
Gdy przypomniano wszakże senatora,
Ozdobę miasta tego, Jobs-seniora,
Jak miał handelek dobrych win —
Od wszystkich gałkę258 dostał syn.
I ten mu tylko warunek kładziono,
Aby Jobs junior, pro publico bono259,
Z posadą, którą objąć miał,
Po nieboszczyku wdowę brał.
Gdy bowiem służąc grodowi lat wiele
Stróż dawny żonę zostawił i cielę,
Słusznym się wszystkim zdało być,
By też sieroty mogły żyć.
Już więc, by służby nagrodzić mu owe,
Już, by pocieszyć dobytek i wdowę,
Gród postanowił dodać ją,
Kto by posadę dostał tą.
Wdowa dopiero miała lat trzydzieście
I nie najbrzydszą była w całym mieście.
Hieronim (tak mu obrzydł świat! )
Zgodził się, mówiąc: «Pal tam kat!»
Zaraz weselej zrobiło się w grodzie,
Gdy w godzin kilka po słońca zachodzie
Młody czy stary słyszeć mógł
Nocnego stróża głos i róg.
Gdy bowiem zegar uderzył na wieży,
Brał dech Hieronim z głębi, jak należy,
I wołał hucząc niby grom
(Stróżować mógłby grodom dwom!):
«Już jedenasta bije na kościele,
Pilnujcie ognia, cni obywatele!
Już jedenastą bije dzwon,
Strzeżcie złodzieja, córek, żon!
Młody i stary, polecaj swe rzeczy
Opiece boskiej, a miej je na pieczy!
Dzwon jedenastą wybił już!
Słuchaj, co woła stróż!... stróż!... stróż!...»
I co godzina to samo do rana,
W nazwaniu godzin tylko była zmiana.
Najpierw uderzał z wieży dzwon,
A po nim: «Strzeżcie ognia, żon!»
Tak, spać nie dając mężom i niewieście,
Sprawował straż swą Hieronim w tym mieście,
Włócząc po ścianach długi cień,
A za to śpiąc znów cały dzień.
Jakoż w tym czasie, gdy trąbił i wołał,
Żaden z złodziei nic ukraść nie zdołał,
Więc klął go jawnie cały cech
Łotrzyków miejskich: «Bogdajś zdechł! »
Obywatele także się budzili
Spać nie mogący spokojnie ni chwili,
Niejeden przeto, zbawion snu,
Kilka kop diabłów też słał mu.
Najsroższy wszakże wstręt i bardzo wielki
Do stróża miały cne obywatelki
I nagłych zlęknień było tam
Niemało wśród co młodszych dam.
Ledwie jakowej zażywać słodyczy
Jęły w skrytości, aliści ów krzyczy
I budzi mężów, ojców, strach
Puszczając w cały cichy gmach.
Klęły więc panny go i też mężatki,
Lecz się ciekawie wyśniwał sen matki
(Patrz rozdział drugi), gdy na świat
Miał znowu Jobsom przyjść ten chwat,
I co Cyganka wróżyła im obca,
Kiedy o losy pytano ją chłopca —
Wszystko sprawdziło się tu tak,
Że jasny był najmniejszy znak.
Pani Schnepperle za to wróżba cała
(Patrz rozdział trzeci) na wiatr się rozwiała,
W najmniejszej mierze nawet się
Nie iszcząc przez rozdziały te.
Z tego naukę takową brać mamy:
Tak pani Schnepperle, jak inne damy,
Nazbyt się chwalą z onych ksiąg
Branych niekiedy do swych rąk.