Inwazja

Liżą mnie niewidzialne języki,

te drobne ukłucia świadczą o zarazie.

Rozsiada się statecznie flotylla dmuchawców

i w skórze zakłada kolonie karne.

Plotkuje mną powietrze.

wypluwają wyspy i robią sobie rzeczną przystań,

daję się łatwo rozsmarowywać na kromce

z kosza, pod grochówkę z menażki

w trzecim dniu poligonu.

Czwartego dnia będą jedli Podsiadłę,

to ich naprawdę wzmocni.

Szczątki dawnych poetów, na widok których

panienki sikały, plączą się z dźwiękami

przebojów puszczanych z głośników na wzgórzu.

Disco polo wchodzi łatwo, nic nie

boląc, jak świeca. Poeta nie.

Poeta się pierdoli, rwie, stwarza

problemy językowe: podmienia

znaczenia, podmywa dawno wykrystalizowane

pojęcia, przestawia minerały akcentów

w glebie i na półkach zbieraczy,

którzy właśnie tracą cierpliwość

i mówią głośno, przez szybę i folię,

przez celofan do kwiatów: chuj,

aż biedne chylą swe potulne główki.

Lepiej by wam było polecieć w kosmos.

Zacząć nowe życie na Marsie,

a nie na przedramieniu. Za chwilę

sięgnę po szmatę w wiadrze i środki

czystości. Zegnę was w łokciu i wypluję.

Będziemy wspominać zgłoskowcem, w tercynie.