Kwaśny luty

Oldze i Romkowi

Gdy nie dają szans rozbudzone dzieci;

albo to jest najważniejsza szansa.

Zapal, wcześnie zapal;

palę arkuszami zeszłorocznych ocen.

Jeszcze wcześniej uderzenia, trzask —

pojemniki na śmieci opróżniane w śnieg.

Kto żyw w nieznanej ciemności

przeszukuje teren Martwej

i przyległych; natkną się na psa czy nie...

Popiół, wszędzie popiół,

rudoszary ślad po wcześniejszych,

teraz dumnych ze swego pióropusza.

Nad dachami wpada w poślizg wiatr

jak cuchnący oddech chorego olbrzyma;

otrzepuję się z sierści, ciemność trwa —

a właściwie trawi resztki. Potem blask.

***

Bóbr wzbiera. Mijam go po drodze.

I on mnie mija.

Ileż podmytych kurników,

upadłych płotów z wikliny!

I nie masz nikogo, który by opisał

brudne dzieci wpychające fotel

w żuka i konia bez głowy.

Rodzina się przenosi bliżej biedaszybów.

Zima nie ma końca.