Piosenka z końca lutego

Czytanka świata otworzyła się tu

na obrazkach z zimy

i pan nauczyciel zza chmur, zza brzóz

wyjaśnia wszystkim, co my tu robimy.

Widzicie, dzieci, poranek lutowy

w pewnej części Sudetów Środkowych,

na krańcach horyzontu gorzki róż

przechodzi w śliwkowy, i staje się już

coś nietutejszego: wrastają w szadź

łzy Matki Boskiej lub kogoś takiego;

pejs starozakonnego, kieł ziemniaka

gdzieś w kącie kuchni nieba —

tyle o księżycu. Z prawej krzyże cmentarza

i główkę krokus wynieść się odważa

na światło, mróz, lodowe pęknięcia.

Dzięki, światło, za światłość —

to głoska różnicy,

ale nam pozwala wychynąć z piwnicy.

***

Wspiął się i patrzy w bystrza Woliborki

pies wyrzucony wcześniej z samochodu —

czy widzi twarze, co przestały kochać,

może przyszłość świata, podkulony ogon —

samotny na wietrze, zjeżony,

przekrwiony jak oko,

którym widzi nurt —

bo jego rzeczy zostały pod wodą,

miał tam dokumenty,

smyczkę i kaganiec;

rzeka robi zdjęcia i podaje dalej —

wścieka się na pianę,

gryzie łańcuch brzegu.

*

To jest wiosna,

gdyby ktoś nie wiedział;

coraz więcej psów

wpatrzonych w ciemną wodę.