I

Trzebaż rozpoczynać od daty nieledwie symbolicznej: 31 maja 1957 roku zgasł Leopold Staff661. Nie dlatego owa data wydaje się być symboliczną, ażeby postać i poetyka Staffa w stosunku do dwunastu lat klęski i początków ponownego odrodzenia poezji w Polsce Ludowej posiadała podobny walor patronatu bezpośredniego, opiekuństwa i przewodnictwa, jaki był jej udziałem lat temu czterdzieści, na przedprożu poezji Polski międzywojennej. A także w ciągu ewolucji owej poezji.

Podzwonne ma inny charakter. Staff zmarł w niewiele lat po zgonie kilku najwybitniejszych poetów następnych generacji — Juliana Tuwima662, Konstantego Gałczyńskiego663, Jana Lechonia664. I kiedy we właściwym świetle ujrzeć te daty końcowe i historii polskiej poezji już przynależne, wypadnie zaprotokołować stwierdzenie: na oczach naszych odwróciła się jakaś wybitna karta owej poezji. Zmieniły się żywe proporcje i układy personalne na drabinie kolejnych pokoleń literackich.

Nie to oczywiście mam na myśli, ażeby ci znakomici lirycy w swoich latach tużprzedśmiertnych jeszcze wyznaczali aktualne zadania naszej poezji. By wytyczali jej aktualną poetykę i najbliższe rozwiązania. Tylko Gałczyński, który do pięćdziesiątki jeszcze nie dotarł, odchodził z podobnego miejsca. Staff, Tuwim, Lechoń w jakimś sensie byli już klasykami. Byli nimi w sensie mniej lub bardziej odległych stróżów tradycji poetyckiej, a nie współbojowników na froncie poetyckim w jego dzisiejszym przebiegu. Nawiązywać młodemu poecie dzisiaj do ich tradycji w sposób bezpośredni to czysty paseizm665. Jak trzydzieści, czterdzieści lat temu paseizmem było sięgać bezpośrednio do Tetmajera666, Kasprowicza667 czy Langego668.

Tak więc karta poezji polskiej odwróciła się w innym wyglądzie użytej metafory. Naturalny bieg czasu i następstwo pokoleń, wraz ze śmiercią tych czterech poetów, innych wysuwa na czoło. Ponadto zaś akuratnie w tych latach, kiedy Staff, Tuwim, Lechoń669, Gałczyński zeszli lub schodzili z widowni, rozpoczęło się odrodzenie poezji w naszym kraju. Nastąpiły debiuty pozorne tych, co w latach podporządkowania poezji pod jedną doktrynę obecni byli jako autorzy tylko we własnej szufladzie. Nie nazywam tej doktryny realizmem socjalistycznym, ponieważ w stosunku do twórczości poetyckiej nigdy nie została ona w latach 1949–1955 tak sformułowana, jak miało to miejsce wobec gatunków fabularnych. Debiuty pozorne to Miron Białoszewski670, Marian Jachimowicz671, Zbigniew Herbert672, Andrzej Kuśniewicz673, a także Aleksander Wat674.

Dokonały się też debiuty rzeczywiste autorów przynależnych do generacji zrodzonej gdzieś w latach 1930–1935, dla której wszystko sprzed roku 1939 równie jest dalekie jak czasy Ziemomysła czy innej Rzepichy. Ci przede wszystkim poeci stanowić powinni probówkę doświadczalną przemian dojrzewających i mających po pewnym czasie rozwinąć się w aktualnej poezji polskiej. Jerzy Harasymowicz675, Stanisław Grochowiak676, Bohdan Drozdowski677, inni debiutanci, jeszcze nieokreśleni w swoich możliwościach.

Sytuacja wszakże jest paradoksalna i rzadko spotykana. Najczęściej bowiem przemiana ideowa i artystyczna w literaturze kojarzy się z wystąpieniem rówieśnej grupy młodych, która zadania owej przemiany bierze na siebie jako najbardziej własne. Jeżeli za wystąpieniem podobnym pójdzie sukces, grupa podobna otrzymuje nominację na pokolenie. Nic podobnego obecnie! Już poeci o debiucie pozornym, bo opóźnionym, komplikują ten rówieśny charakter dokonującej się przemiany, rozciągając takową na znacznie szerszy wachlarz roczników.

Nie tylko oni wszakże. Co uderza w latach 1955–1957, to udział poetów przynależnych do generacji poprzednich, ich wejście do wspólnego frontu. Poemat dla dorosłych Ważyka678 do frontu owego przynależny jest na miejscu chronologicznie jednym z najwcześniejszych. A przecież młodość tego pisarza to młodość polskiego futuryzmu, grupa „Nowej Sztuki”. Dalszy przykład to publikowane w prasie literackiej, zupełnie przejmujące jako dokument moralno-psychologiczny, gęste od doświadczenia nowoczesnej problematyki moralnej utwory Aleksandra Wata. Kiedy w zbiorze wyjdą, będzie to ponowny i od pierwszego debiutu tego autora nie mniej pamiętny i niezwykły debiut poety sześćdziesięcioletniego już dzisiaj.

Nie za wszystkimi z tych oznak szkice niniejsze nadążają. Zarówno ze względu na niewydolność pióra krytycznego, jak wobec swoistego tempa produkcji wydawniczej, które, nakazując określonego dnia zamknąć maszynopis, poza jego obrębem pozostawia nowe oznaki. Oto przy Bieńkowskim679 wyrażało się zdziwienie, dlaczego ów poeta milczy i że chyba nie będzie on milczał dośmiertnie. Drukowana w „Twórczości” (1957, nr 7) Nieskończoność jakiż to wyjątkowego waloru manifest wiary w wyobraźnię poetycką, fuga wygrana na wszystkich instrumentach, którymi ona rozporządza. Zarazem odpowiedź na Traktat poetycki Miłosza680, dwugłos z tym świetnym poematem, traktat poetyckiej nadziei przeciwstawiony traktatowi publicystycznej rezygnacji.

Na tym więc polega rzadko spotykany charakter obecnej sytuacji poetyckiej, że nie jest ona dziełem jednej tylko rówieśnej grupy. Na jej skrzydłach dalsze siły i posiłki. Wreszcie też i do sytuacji tej wpisać należy ostrzegawcze głosy krytyki. Wśród nich miejsce główne przyznać wypada Błońskiemu681 za jego wystąpienie Za pięć dwunasta czyli O warunkach poezji. Nie pomyliwszy się jako krytyk-diagnosta, Błoński na szczęście pomylił się jako krytyk-profeta: „Poezja w roku 1955 nie będzie przypuszczalnie ta sama co w roku 1950. Przynajmniej: jej aspiracje nie będą te same. Lecz jeśli głupstwem lat 1950 byli pryszczaci bojownicy tromtadracji, to przekleństwem lat 1955 mogą być łatwo ulizani. Nienawidzę poprawnych, nienawidzę pośrednich, sprytnych, letnich, których Pismo poleca wypluć”.

Nienawidzimy razem. Kiedy poczęła się karta odwracać — nie zwyciężyli łatwo ulizani. Karta zaś na pewno odwróciła się. Oto dlaczego łącznie podzwonne i powitanie.