II

Powróćmy do postaci Leopolda Staffa. Nie było w ciągu wszystkich stuleci rozwoju naszej poezji przykładu żywota poetyckiego tak zgodnego z kolejnymi przemianami czasu, chociaż przeszło pół wieku jego działalności twórczej liczyć się może śmiało — w skali wydarzeń politycznych, społecznych i cywilizacyjnych — za całe stulecie. Staff bodaj ani jednej recenzji atakującej w swoim życiu nie zaznał. Był samą harmonią. Nazwisko jego umieścił był kiedyś Wacław Borowy682 w tytule antologii — Od Kochanowskiego do Staffa. Lecz nazwisko to umieścić się daje także w tytule innej antologii — Od Staffa do — do kogoż ona sięgać będzie?

Mimo to wszystko moment, w jakim Staff przestawał być żywym patronem nowej materii poetyckiej, już dawno nastąpił i warto się pokusić o jego aproksymatywne683 ustalenie. Zwłaszcza że dla wyglądu obecnej odnowy poetyckiej ma to również znaczenie. Więc kiedy? Pomijam sprawę nowatorów poetyckich i ich stanowiska wobec Staffa, było ono zawsze chłodne i powściągliwe. Wydaje się, że zerwanie nastąpiło w drugim dziesięcioleciu międzywojennym, ze strony generacji żagarystów684 oraz u ich rówieśników w innych ośrodkach poetyckich. Nastąpiło podówczas, kiedy nad ówczesną młodzieżą poetycką obejmują prymat nowatorzy, czy będzie to Czechowicz685, czy będzie Przyboś686. Dla poetów tego dziesięciolecia Staff już nie jest „pierwszym czytaniem” (wyrażenie T. Łopalewskiego z księgi ofiarowanej Staffowi w roku 1948), także i dlatego, ponieważ poetyka prostoty i codzienności, przez niego pierwszego przed rokiem 1914 zaproponowana, po roku 1930 została już powszechnie powielona przez skamandrytów oraz ich naśladowców. Bardziej niż nowym kwiatem, stawała się ona podówczas chwastem.

Napisałem — „także i dlatego”. To znaczy nie przypisuję tej przyczynie roli pierwszorzędnej, lecz raczej okazjonalną. Powód pierwszorzędny dostrzegałbym raczej gdzie indziej. Poetyka Staffa, najogólniej i najprościej biorąc, była zwycięską w jego osobistym doświadczeniu próbą przezwyciężenia symbolizmu, nastroju i ciemnej tonacji lirycznej przez tonację optymistyczną, porozumienie proste z czytelnikiem i harmonię postawy wewnętrznej. Poetyka Staffa poprzez swoją prostotę i dostępność była też próbą likwidacji rozdźwięku pomiędzy językiem poezji jako językiem szczególnym i hermetycznym, jako mową obrazów wyrażającą prawidła wyobraźni indywidualnej, pomiędzy tym językiem szczególnie wysoko postawionym przez teorię i praktyką artystyczną doby symbolizmu — a pomiędzy komunikatywną i niehermetyczną mową potoczną, mową nielirycznych gatunków literackich również.

Ars poetica Staffa z jego tomu Barwa miodu powszechnie jest znana i wielokrotnie się ją cytuje. Powiedział w niej był poeta wszystko właściwie o swojej najgłębszej intencji twórczej: w język dostępny i porozumienie liryczne powszechne zamienić tajemniczy zew nienazwanego, ciemne bełkotanie przeżycia. Lecz przeciw komu właściwie, w ówczesnej sytuacji poetyckiej, powiedział:

I niech wiersz, co ze strun się toczy,

Będzie, przybrawszy rytm i dźwięki,

Tak jasny jak spojrzenie w oczy

I prosty jak podanie ręki.

Poezja polska po roku 1930 tej ręki nie podejmuje. Oddaje dalsze hołdy poecie, który ją wyciąga, lecz ręki nie podejmuje. To, co się dzieje w młodej poezji po roku 1930, kiedy autorytet skamandrytów dla wschodzącej podówczas generacji artystycznej niewiele się liczy, stanowi powrót na szerokim froncie do zasad języka hermetyczno-aluzyjnego, do zasad obrazowania według tajemnic wyobraźni i ja utajonego, wreszcie do posępnej i pesymistycznej tonacji właściwej poezji symbolicznej. Proszę przeczytać dzisiaj, nieuprzedzonym okiem i datami wydań nie sugerując się specjalnie, ówczesnego Miłosza, Jastruna687, Czechowicza, Sebyłę688 i innych.

Doświadczenie symboliczne w poezji naszej tylko dlatego tak łatwo (i pozornie) dało się przezwyciężyć, ponieważ pobite zostały jedynie tylne straże i maruderzy owej formacji, nie jej siły główne. Wielki protagonista Staffa — Bolesław Leśmian689, bynajmniej nie był pobity, schodząc z areny w roku 1937. Przeciwnie, jego gwiazda wschodziła coraz mocniej. On był znacznie częściej „pierwszym czytaniem” nadchodzącej generacji. A doświadczenie Leśmiana stało w całkowitej opozycji do wkładu harmonii zaproponowanego przez Staffa.

W swojej Ars poetica Staff odpowiada właściwie Leśmianowi, kiedy ten w Traktacie o poezji składa znamienne wyznanie: „słowo jest skazane na żywot pełen bolesnego i tragicznego rozdwojenia, ma bowiem do spełnienia aż dwa biegunowo różne zadania. Z jednej strony na twórczych wyżynach poezji ma być sobą — słowem dla słowa — z drugiej strony na terenie życia bieżącego krąży w mowie potocznej jako utarte, bezbarwne, bezdźwięczne pojęcie”.

Gdyby wskazać w omawianym dziesięcioleciu poetę, u którego w przedziwny sposób ważyły się te dwie tonacje, ciemna i jasna, Leśmianowska i Staffowska, harmonijna według wypracowanej powierzchni zewnętrznej wiersza, jego strofy i rytmu, a jednocześnie zapatrzona we wnętrze, w jego niespokojną tajemnicę — czyjeż nazwisko? Mieczysław Jastrun. To wyjaśnia, dlaczego na przykład K. W. Zawodziński690, wychowany na późnym symbolizmie rosyjskim i na akmeizmie691, z wszystkich poetów po roku 1930 entuzjazm nieskłamany żywił tylko dla Jastruna (Ciemność rzeźbiona milczeniem ze złota, jedno z najbardziej wnikliwych wystąpień tego krytyka). Dla poety, który powiadał: „W moim doświadczeniu wiersz rodzi się ze szczególnego stanu, który nazwałbym ciemnością wewnętrzną, każdorazowe jego pojawienie się jest jakby tylko mocniejszym nagrzaniem jej powłoki, lśnieniem jej powierzchni”.

Takiego wyznania nie podałby Staff. Podpisze je natomiast symbolista. W roku 1937 pisał pewien bardzo wybitny poeta: „Symbolizm, jak wiadomo, usunął z poezji tematy opisowo-narracyjne, oczyszczając ją do liryki. W poszukiwaniu treści specyficznie lirycznej poszedł dalej niż wszyscy lirycy minionych czasów. Powiem więcej: dopiero oni, lirycy symbolizmu, zrobili pierwszy naprawdę śmiały krok od czasów Safony. Poeci symbolizmu po raz pierwszy w dziejach liryki zaczęli chwytać w wiotką siatkę swych wierszy uczucia in statu nascendi692. Nie gotowe, sformułowane już uczucia, lecz narodziny uczuć...”

Któż owym poetą, obrońcą symbolizmu? Julian Przyboś693. Tak, Julian Przyboś. Wiadomo również, że dla niego najbardziej oryginalnym poetą polskim obecnego stulecia pozostaje Bolesław Leśmian.

Nacisk ówczesnej sytuacji poetyckiej na pisarzy czujnych w kwestii wyrazu artystycznego i jego programowego sensu wyraża się nie tylko u Przybosia. Świadectwem jeszcze dobitniejszym jest zarówno własna praktyka twórcza, jak właśnie wówczas, krótko przed rokiem 1939, wypowiadane poglądy Jana Brzękowskiego694.

Ten poeta i teoretyk nurtów awangardowych bodaj całkowicie wypadł z pola widzenia dzisiejszej krytyki. Źle to świadczy o jej pamięci oraz oczytaniu! Nie tutaj miejsce analizować szerzej praktykę poetycką Brzękowskiego. Jego wieloraki asocjacjonizm695 daleki był od zwięzłości zalecanej przez Przybosia, a mimo to jego bogata i rozległa fraza nie wpadała w koleiny wyżłobione przez Peipera696. Kroczył on własną drogą. Dlatego zapewne w tych latach Brzękowski wypowiada się w sposób ważki dla niniejszego rozumowania. W jego ówczesnych wypowiedziach teoretycznych (Integralizm w czasie, Wyobraźnia wyzwolona, Czas poetycki; wszystko w „Pionie”) dwa są główne motywy:

„Głosimy poetycką syntezę romantycznego widzenia świata i rzeczywistości zewnętrznej, poezję nowego człowieka opartą na wyobraźni”.

„Zasadniczym elementem poezji jest nie forma, nie piękne metafory czy zdania, ale obrazy in statu nascendi, sama kuźnia obrazów czy metafor: wyobraźnia... Akt poetycki wyzwala tylko istniejące elementy fantazji. Mówiąc pragmatycznie: poezja jest po prostu wyobraźnią wyzwoloną”.

Oto w jakich okolicznościach Staff przestaje być pierwszym czytaniem, a jego przypomnienie w Kwiatach polskich to już przypomnienie czysto historyczne. Okoliczności zaś przywodzę krótko ku pamięci nie tylko ze względu na charakterystykę tamtego dziesięciolecia, ale przede wszystkim z uwagi na konsekwencje ujawniające się dzisiaj, konsekwencje przeoczane, fałszywie rozumiane.

Zbyt wiele było prostej mądrości w Staffowskiej ucieczce od dramatu, ażeby nie powstawała wśród ponownie skłóconych tęsknota za podobną wyspą harmonii i jej apolińskim mieszkańcem. Ten mieszkaniec pozostaje wszakże samotny. Wyspę salutują i żegnają słowa Miłosza, użyte w jego pierwszym zbiorze Poemat o czasie zastygłym:

Prokuratorze, idzie pusta noc, na naszych oczach leży ślepa noc symboliczna,

a z magnetycznych pól, jak martwy posąg na koniu,

cwałuje wśród chrzęstu lat

prawda nielogiczna.