Dnia 28 grudnia, we sobotę

Dzisiejszy dzień na zawsze dla mnie pamiętny: z rana przyjechała sama księżna wojewodzina i wzięła mnie; przy niej żegnałam się z pannami, z Madame Strumle i pomimo tego, żem tej chwili od tak dawna żądała, od łez wstrzymać się nie mogłam. Po drodze wstąpiliśmy do kościoła, ale nie byłam zdolną modlić się dobrze, bo myśli dziwnie były rozbujane. Jużem usadowiona; księstwo mieszkają w swoim pałacu na Krakowskim Przedmieściu242, prawie naprzeciwko pałacu księcia wojewody ruskiego; niezbyt wielki, ale wcale piękny; z drugiej strony ma widok na Wisłę i maleńki ogród. Ja mieszkam w ładnym pokoju, który w lecie osobliwie dziwnie musi być przyjemny, bo z gankiem i z wyjściem do ogródka; z jednej strony mam komunikacją z księżną, z drugiej z służebną moją. Już był krawiec, brał mi miarę i dziwił się nad szczupłością i giętkością stanu mego; zrobił mi sukien par kilka, nie wiem, jakie będą, bo księżna sama wszystko dysponuje, a takie uszanowanie (bodaj czy nie strach) we mnie wzbudza, że spytać jej się o nic nie śmiem. Książę, choć mężczyzna, daleko mi mniej imponuje, bo też bardzo łagodnego charakteru i wielce przyjemny; żal mi, że go teraz w Warszawie nie ma: pojechał do Białegostoku naprzeciw księcia kurlandzkiego, w tych dniach oba wrócić mają: w wysokich jest łaskach u królewica. Jutro mamy jechać na wizyty, księżna mnie obwiezie po znaczniejszych domach, gdyż tak się zawsze czyni, kiedy kto chce być znanym i na kompanie243 proszonym. Trochę się lękam tych wizyt, a oraz244 i cieszę się na nie; będą mi się przypatrywać, ale i ja też wiele rzeczy i osób zobaczę: początek każdej rzeczy jest przykry.

Dnia 29 grudnia, w niedzielę

Trzy dobre nowiny mam do zapisania: królewic Karol wczora o godzinie pierwszej z południa przyjechał, z nim książę wojewoda, który mnie jak siostrę w domu swoim witał, i już po wizytach; oddaliśmy ich kilkanaście. Nie wiem, czy potrafię wszystkie domy wyliczyć, zwłaszcza że były takie, gdzie nas nie przyjęto, jak to u posła francuskiego i hiszpańskiego, którzy tu są z żonami, u prymasa i u wielu innych; tam księżna zostawiać kazała karteczki ze swoim tytułem i nazwiskiem. Naprzód byliśmy u pani Humieckiej, miecznikowej koronnej, jako u wujenki245 mojej, potem u księżnej strażnikowej Lubomirskiej, bratowej księstwa; ta jako młoda, przystojna i księżniczka Czartoryska z domu, rej między młodymi paniami wodzi i niezmiernie francuszczyznę lubi. Bardzo mi się przydaje moja umiejętność w francuskiej mowie, której już dobre początki wywiezłam z Maleszowej, a wydoskonaliłam na pensji. Tu, im dom znakomitszy, im gospodyni młodsza, tym więcej po francusku mówią, a jak mężczyźni poważni łaciną strzępią mowę swoję, tak młodzież francuszczyzną. Wolę ten zwyczaj, bo rozumiem, co mówią.

Byliśmy u hetmanowej Branickiej; jej mąż, hetman wielki koronny, jest jednym z najbogatszych panów w Polsce, ale dwór źle go widzi. Byliśmy i u księżnej wojewodziny ruskiej, u tej rozmowa była co do słowa po polsku; bo też to już stateczna pani: podobała mi się niezmiernie. Poznałam u niej jedynaka jej syna, dziwnie przystojnego i grzecznego kawalera; wiele mi pięknych rzeczy powiedział, i podobnom na tej wizycie najlepiej się zabawiła. Ale źle mówię, zabawiłam się równie dobrze u kasztelanowej krakowskiej Poniatowskiej. To białogłowa niepospolita, wiele i z zapałem mówiąca; zastaliśmy ją w wielkiej radości, gdyż w gronie familii witała ukochanego syna, który niezbyt dawno z Petersburga powrócił, owego syna, o którym to mówią cichaczem, że królem może będzie. Przypatrywałam mu się pilnie; nie mogę powiedzieć, żeby mi się podobał, ale przyznać muszę, że piękny i grzeczny. Nie wiem, czy to tak z natury, czyli246 też udanie, ale zdawało mi się, jakby już coś królewskiego miał czy chciał mieć w sobie: wspaniała i układna nad wiek postawa, chód i ukłon inny jak u wszystkich.

Zabawiłam się także wybornie u wojewodziny podolskiej Rzewuskiej, bośmy zastali i męża jej, hetmana polnego. O przygodach dziecinnych lat jego, jak w dobrach ojca między wiejskimi dziećmi ukryty boso chodził, o męstwie, zahartowaniu — tyle słyszałam od Jmć Dobrodzieja, iż dziwnie mi było miło go widzieć. Ma lat przeszło pięćdziesiąt, zdrów i silny; obyczajem dawnych Polaków brodę nosi, co mu powagi dodaje; ma być i niepospolicie uczony: książę wojewoda mi powiadał, że wcale piękne trajedie247 pisze. Byliśmy i u pani Brühlowej, żony ulubionego ministra króla Jmci; chociaż jego nikt nie szacuje, u niej wszyscy bywają i z powinności, i chętnie, bo bardzo grzeczna osoba. Byliśmy także u pani Sołtykowej, kasztelanowej sandomierskiej. Już wdowa, ale jeszcze młoda i przystojna; prezentowała nam swego syna Stasia; stryj jego, biskup krakowski, chce koniecznie wziąć go do siebie na edukację, a matce żal niezmierny z nim się rozłączyć. Chłopczyna mieć może lat dziewięć, a już grzeczny i rozmowny; jeszcze nie siedziały poważne panie, kiedy on już dla mnie krzesło przysunął, powiedział mi gładki komplement i pani kasztelanowa mówiła, że niezmiernie piękne twarze i czarne oczy lubi. Byliśmy i u podskarbini wielkiej koronnej Moszyńskiej, także wdowy, ona najczęściej w Dreźnie gości; łaskawie, czule nawet mnie przyjęła; jakiś nadzwyczajny afekt ciągnie mnie do niej: zdaje mi się, jakbym ją od dawna już znała. I ona uspokoić się nad moją urodą nie mogła; już to, prawdę powiedziawszy, wszędzie o niej mówiono, lubo248 nie wszędzie głośno; alem ja się zawsze tego domyślała; wyznać też trzeba, że nigdy w życiu, nawet na weselu Basi, nie byłam tak pięknie ubrana, nie było mi tak do twarzy. Miałam suknią grodeturową białą z szerokimi gazowymi falbankami, niebieską turkiezę249 z ogonem, a na głowie perły. Zupełnie byłabym kontentna z tych wizyt, gdybym była gdzie księcia kurlandzkiego spotkała; a z tą nadzieją wyjeżdżałam, alem omyloną została. Po długim niewidzeniu się z ojcem, z królem Jmcią, cieszy się teraz i nie wyjeżdża z królewskiego pałacu. Łatwo to pojąć, i mnie już nieraz (osobliwie na pensji) bardzo było do Państwa tęskno. Ale wkrótce karnawał się zacznie, balów, asamblów250 będzie bez końca, królewic Karol na wszystkich prawie bywa, gdyż jak książę wojewoda mówi, bardzo bawić się lubi: poznam go więc bez wątpienia.

Dnia 1 stycznia 1760 r., we środę

Otóż spełnione życzenia moje, i jak! Nie tylko poznałam królewica, ale mówiłam z nim; nie tylko mówiłam z nim, ale i... Lecz nie będzież to zbyteczna śmiałość napisać to, do czego bym się może nikomu nie przyznała, czemu zaledwie śmiem wierzyć, co mi się może, jako niedoświadczonej dziewczynie, przyśniło?... Oj, nie przyśniło się! Co nie, to nie! Ja zawsze wiem dobrze, kiedy się komu podobam, jeszczem nigdy w tej mierze się nie omyliła; miałżeby to być raz pierwszy? I proszę, cóż by w tym było tak dziwnego, że kiedy mnie Pan Bóg piękną stworzył i wszyscy mnie za taką uznają, królewic patrzył na mnie takimi oczyma jak wszyscy! Jak wszyscy? Oj! podobno w oczach jego coś więcej jak we wszystkich było. Może też to oczy takie; pierwszyć on królewic, któregom w życiu widziała i słyszała; na tym balu maskowym nie było innego; zapewne każdy z nich taki uprzejmy i grzeczny... Takaż by wielka między nimi i innymi ludźmi miała być różnica?... Ale rzecz każdą zawsze porządnie opisywać należy, trzeba więc wszystko powiedzieć koleją251.

Wczora rano księżna kazała mnie zawołać do siebie i tak mi powiedziała: „Dziś, jako w ostatni dzień roku, bywa zwyczajnie reduta252, czyli bal maskowy; wszyscy panowie, król nawet i królewice bywają na nim, i waćpanna będziesz z nami, ubrana za Dziewicę Słońca”. Ucieszyłam się niesłychanie i pocałowałam księżnę w rękę. Niedługo po obiedzie zabrano się do ubioru mego; zupełnie on był od zwyczajnego odmienny, bo bez pudru, bez rogówki253... Księżna mi powiedziała bardzo poważnie, że lubo strój mój wcale nie jest przyzwoity i zgubioną byłaby białogłowa, która by w innej okoliczności podobnież się ubrała, ona się spodziewa, że ja najmniejszej nieprzyzwoitości nie popełnię i układnością twarzy i postawy nagrodzę, co strojowi na powadze zbywa. Usłuchałam jej wiernie; chociaż wesołą i żywą jestem, umiem przybrać wspaniałą minę i tak mi się to udało tego wieczora, że wiele osób słyszałam pytających się: „Cóż to za przebrana królowa?” Nie przyszło mi to dotąd do głowy, ale teraz mnie ta myśl martwi... Nie sposób tak co dzień chodzić; a może w tym ubiorze ładniejszą byłam jak co dzień?... Ładniejszą jak ładniejszą, ale zupełnie inną. Włosy z pudru wyczesane, jak kruk czarne, spadały wijąc się na czoło, szyję i ramiona; suknia gazowa biała bez ogona, w stanie bogatą przepaską ściśniona; na piersiach słońce złote, a na głowie wielki welum254 przezroczysty i biały, który owijał mnie całą jakby obłokiem. Nie poznałam się, gdy po skończonym ubiorze pozwolono mi się przejrzeć w zwierciedle; może by mnie dziś nie poznano?...

Gdyśmy weszli do sali, już była prawie pełna; odurzałam255 na to mnóstwo osób, pięknie i rozmaicie ubranych, w maskach, bez masek, w strojach zwyczajnych i nadzwyczajnych; nie wiedziałam, gdzie wzrok obrócić, komu się przypatrywać najpierwej. Wtem szmer się zrobił. „Książę kurlandzki!” — powiedziało głosów kilka i w gronie dorodnej i bogato przystrojonej młodzieży ujrzałam go. Lubo w mało co odmiennym od otaczających go ubiorze, od razu go poznałam, bo wzrostem, kształtną i okazałą postacią, łagodnością dużych oczów niebieskich, słodyczą uśmiechu różnił się cd wszystkich. Pótym na niego patrzyła, póki on mnie nie zobaczył; ale skoro się oczy nasze raz spotkały, już przypatrywać mu się nie mogłam, bom zawsze jego wejrzenie spotykała; widziałam, jak się o mnie pytał, i kogóż? księcia wojewody; widziałam wyraz radości na twarzy jego, gdy się dowiedział, kto jestem, i jeszcze ten wyraz nie znikł, kiedy przystąpił do księżnej, przywitał ją uprzejmymi słowy i głosem nad wyraz miłym. Zaraz po pierwszych komplementach wzięła mnie księżna za rękę i prezentowała jako siostrzenicę swoję; ani wiem, jak się ukłoniłam, podobno nie tak, jak mnie metr256 uczył, bom bardzo była zmięszana; nie wiem także, co królewic do mnie mówił, tylko to wiem, że otworzył bal z księżną, a drugiego polskiego tańca już ze mną tańcował i — czego bym się nigdy nie była spodziewała — on mówił do mnie, a ja mu dosyć śmiało i gładko odpowiadałam. Pytał się o Państwo, o panią starościnę, ojej wesele. Dziwno mi było, skąd to wszystko mógł wiedzieć, ażem sobie przypomniała, że kasztelanic Kochanowski zausznikiem257 jest jego. Taki poczciwy, że nie tylko strawił gęś z czarnym sosem, ale jeszcze jak najlepiej królewica o wszystkich nas uprzedził; mnie bardzo zachwalił, lecz jak mówił królewic, ani przez połowę, jak należało. O! jak też wiele podobnych powiedział mi rzeczy i w czasie tego tańca, i innych, bo prawie z nikim, tylko ze mną i menuety, i kontradanse tańcował, a usta mu się nie zamknęły.

Kiedy o północy uderzono z armat na znak, że rok nowy starego pokonał, powiedział mi: „O! na zawsze tę noc pamiętać będę, nie tylko Nowy Rok, ale nowe życie rozpoczęła dla mnie”. A jak wiele do ubioru mego zręcznych przystosowań258; ani podobna wyrazić tego po polsku, bo on ciągle po francusku mówił: nie to złoto na piersiach, ale oczy moje były słońcem; ich spojrzenie ogień wieczny w sercach wznieca i tysiąc podobnych rzeczy; piękniejszych komplementów ani w romansach pani Scuderi, ani w pani de La Fayette nie czytałam. Miałaby to wszystko być dworszczyzna? Udanie? Miałżeby te przyjemne słówka mój ubiór jedynie sprowadzić? Bieda mi wielka, że nie mam się kogo o to zapytać; Państwo w Maleszowej, księżnej się boję, księciu, jako mężczyźnie, takich rzeczy mówić nie śmiem; sama sobie zostawiona, tydzień temu jeszcze na pensji, wśród nauk, metrów, dziś już grająca jakąś rolę na święcie, zupełniem omaniona. Za dziesięć dni najdalej pani starościna ma tu zjechać; ona rozsądna, ona mnie pewno oświeci; cieszę się niezmiernie na jej przyjazd; już trzy kwartały, jakem nie widziała tej ukochanej siostry, wiem tylko, że coraz szczęśliwsza, coraz więcej od męża kochana... Mój Boże! czy ja też jeszcze kiedy królewica obaczę? Czy on mnie też pozna w zwyczajnym stroju moim? Czy mu się wydam tak ładną?

Dnia 3 stycznia 1760 r., w piątek, w Warszawie

Ciekawość moja niedługo natężoną była, widziałam królewica, już nawet dwa razy; poznał mnie i tymiż samymi widzi oczami. Ani pojmuję, skąd mi takie dziecinne obawy przyjść mogły do głowy. Gdyby się on nie wiem jak przebrał, wszak bym go poznała. Ledwiem w dzień Nowego Koku dziennik pisać skończyła, kiedy przyszedł do mego pokoju książę wojewoda. „Franusiu! — powiedział — przeszłaś wszelkie spodziewanie; ułożenie twoje na wczorajszym balu było wyborne, podobałaś się powszechnie, a nawet znakomitym osobom. Wracam w tej chwili z pokojów, gdziem wraz z senatorami i ministrami królowi Jmci powinszowania składał. Jego królewicowska mość książę kurlandzki przyszedł sam do mnie i wyznał, iż nie widział nigdy nic podobnego tobie; i gdyby nie etykieta dworska, która go przymusza cały dzień dzisiejszy z królem Jmcią strawić, złożyłby ci osobiście powinszowanie swoje”. Myślałam, że mi krew wytryśnie z twarzy, takim rumieńcem spłonęłam na te przyjemne słowa; książę zaś, jakby tego nie widząc, odszedł, a mnie zostawił z radością i z myślami mymi... Nie omyliłam się więc w niczym... Nie tylko na balach, ale w domu widywać będę królewica! Nie widział nigdy nic mnie podobnego! Te ostatnie wyrazy nieustannie dotąd słyszę, jakby mi je kto ciągle powtarzał; pochlebne słówka tak mile i dobitnie w ucho wpadają.

Dano wnet znać do stołu, nadzwyczaj byłam wesoła, księżna aż strofowała mnie kilka razy. Zaraz po obiedzie pojechaliśmy znowu na wizyty, aleśmy tylko dwa razy wysiedli, bo wszystkie osoby, którym księstwo powinszowania złożyć chcieli, wyjechały w tymże samym celu; spotykaliśmy się na ulicach, zatrzymywały się karety, często kilka się ich zjechało: oddawano sobie nawzajem bilety: wielki był krzyk, śmiech, wrzawa. Powiększyła się jeszcze uciecha, gdy się ściemniło, bo wtenczas hajduki i laufry259 pozapalali pochodnie i pięknie było patrzeć na to mnóstwo migających się świateł, wśród tego natłoku powozów, jezdnych, liberii i koni. Było nawet przypadków260 kilka, ale nam, Bogu dzięki, nic się nie stało. Już o późnej porze wróciliśmy do domu; zmęczona, usnęłam prędko, lecz dziwne marzenia uwijały mi się we śnie... Nazajutrz o samym południu, kiedy już na cały dzień ubrana siedziałam z księżną w dużym bawialnym pokoju, którego okna na ogród wychodzą, i nową w krośnach rozpoczynałam robotę, wpada z pośpiechem pokojowiec i woła: „Jego królewicowska mość książę kurlandzki!” Księżna zerwała się i pobiegła przyjąć go u drzwi przedpokoju; ja w pierwszym poruszaniu schronić się chciałam, ale ciekawość przemogła bojaźń i zostałam. Wszedł; natychmiast przystąpił do krosien, pytał się o moje zdrowie. Lubo zmięszana, odpowiedziałam wyraźnie; a gdy usiadł przy krosnach, zajmując się moją robotą, tylem na sobie przemogła, że pomimo rąk drżenia kilka cieniuchnych igieł dosyć grubym jedwabiem nawlekłam od razu; królewic chwalił moję zręczność, bawił z pół godziny i chociaż najwięcej z księżną rozmawiał, znalazł przecież sposobność umieszczenia wielu grzecznych dla mnie słówek i patrzenia na mnie prawie ciągle; żegnając się oświadczył, iż spodziewa się widzieć nas dziś jeszcze na balu. Dowiedziałam się wtedy, że poseł francuski, margrabia d’Argenson, daje bal i że ja mam być na nim; jakoż byłam.

Niech się schowa wesele Basi; nie co do parady, ale co do grzeczności i zabawy. Jakże to wszyscy w tej Warszawie wysoko edukowani! Co kto usta otworzy, to komplement; najpiękniejsze jednak królewica komplementa; ale nie mógł tyle ze mną rozmawiać jak na balu maskowym, ja mu też nie odpowiadałam tak śmiało: naprzód, już nie byłam Dziewicą Słońca, tylko sobą samą, to zaraz inaczej; a po wtóre, zawsze się tak zdarzało, iż która z dam obecnych stała tuż koło nas, jakby posłuchiwać chciała. To mi się nie podobało; brzydko tak być ciekawą, zwłaszcza osobom wysokiej edukacji. Księżna w bardzo dobrym humorze, królewic z nią tylko jedną z poważnych pań na wczorajszym balu tańcował. Książę jeszcze łaskawszy na mnie jak zwykle, ale i zapytań wszelkich unika, i żadnych mi rad nie daje; coraz z większą niecierpliwością kochanej siostry wyglądam. Cóż bym ja jej też rzeczy powiedzieć miała!... Dopiero dziś tydzień, jakem pensją opuściła, zdaje mi się, że już miesiąc; tyle przez ten czas myśli się przesunęło, tyle uczuć doznało, tak zupełnie inną jestem... tak rzeczywistość przechodzi nawet marzenia...

Dnia 5 stycznia, w niedzielę

Kto by to odgadł? Przez cały dzień wczorajszy królewic, bale, zabawy i wszelkie marzenia zniknęły mi zupełnie z myśli; zajęta byłam siostrą jedynie, lubom jej wcale dotąd nie widziała. Przyjechała wczora z rana, wcześniej, niż przyjechać miała, bo niespodzianie zasłabła; ledwie stanęła w mieszkaniu swoim, cierpienia się jej wzmogły: przybiegli tu dać znać. Księżna natychmiast pojechała do niej na cały dzień; jam koniecznie także jechać chciała, ale mi nie pozwolono; w okropnych niespokojnościach byłam do północy — do trzech kościołów posyłałam na msze, nareszcie o pierwszej wróciła księżna z pomyślną wiadomością, że Basia zdrowa, a co mnie najbardziej zdziwiło: ma córkę. Dziś prawie na klęczkach prosiłam, żeby mnie do niej puszczono, ale odpowiedziano mi, że ją dopiero za parę tygodni zobaczę261. Pan starosta był tu na chwilę, uszczęśliwiony, że ojcem został; dziewczynka ma być śliczna, tłusta, rumiana, będzie się zwała Aniela, dla kochanej matki naszej. Żeby mi przynajmniej ją widzieć dano: cóż mi z tego, żem ciotką, kiedy nie znam mojej siostrzenicy. Królewic dziś rano przysłał tu, winszując wnuczki i dowiadując się o nasze zdrowie. Jak mi przykro, że siostry widzieć nie mogę, wyrazić nie potrafię; takem jej wyglądała niecierpliwie, i na cóż mi się zda jej przyjazd?

Dnia 8 stycznia, we środę

Kochana siostra, jak mówią, zdrowa, ale jeszcze w łóżku leży; królewica raz tylko przez te dni widziałam: wyjeżdżał onegdaj na polowanie z królem, ale za to wczora był znowu niespodzianie z wizytą i więcej niż godzinę bawił262. Jaki on też dobry i tkliwy być musi, jak ojca kocha! O śp. królowej ze łzami wspominał; widać równie, że wielką skłonność do Polaków czuje, że mężną ma duszę. Ach! wszystko, com kiedykolwiek o nim słyszała, com tu sama zapisała w tym dzienniku, wszystko to szczerą jest prawdą; owszem, za mało go jeszcze chwalono, bo któż by opisać potrafił wdzięk jego głosu, uśmiechu; szczególny wyraz spojrzenia wskroś przenika; ani się dziwię, że się imperatorowej podobał, że serce Kurlandczyków skłonił, ani się dziwić będę, gdy po śmierci ojca Polacy królem go swoim wykrzykną... I jam mu się podobała! Czasem mi się zdaje, że to być nie może... jednak mi to wczora jeszcze oczy, mowa jego i słowa księcia wojewody stwierdziły.

Księżna mnie nieco zasmuciła, bo jakby niechcący powiedziała u stołu, że królewicowi bardzo wiele białogłów się już podobało i zawsze ta, którą ostatnią pozna, najpiękniejszą mu się wydaje... Ale jaka ja też dziecinna! Czegóż się tym smucić? Czyż na całym święcie mnie jedną tylko ładną Pan Bóg stworzył? W moich oczach wszystkie trzy warszawskie piękności: starościanka Weslówna, krajczyna Potocka, księżna Sapieżyna, daleko ode mnie piękniejsze. I co jeszcze: umieją wszystkie dodać sobie wdzięków, a ja tej sztuki bynajmniej nie znam. Królewic mówi, że w tym mój wdzięk największy, jednak mnie się wydaje, że mój rumieniec gaśnie przy ich licach. Osobliwie na balu posła francuskiego krajczyna była zachwycająca i królewic tańcował z nią dwa razy. Niepodobna, żeby oczu nie miał; a wreszcie czegóż ja to pragnę? Dawniej jedynym życzeniem było widzieć go: potem życzyłam sobie od niego być widzianą i ukłonić mu się; nareszcie zaczęło mi się zachciewać, żeby mnie pochwalił: wszystko to się stało, a ja nie przestaję na tym i zdaje się, jakbym czegoś więcej oczekiwać śmiała. Dobrze to ktoś powiedział: życzenia człowieka granic nie mają.

Dnia 12 stycznia, w niedzielę

Już też spodziewam się, że teraz powinnam być kontentą: we czwartek na balu u księcia wojewody ruskiego królewic ze mną tylko tańcował; w piątek był znowu z wizytą, wczora przysłał nam przez swego adiutanta inwitacją263 na nową operę włoską, Semiramidę, którą wystawiono na teatrze dworskim. Tam królewic mną jedynie był zajęty, tam prezentowaną byłam królowi, który bardzo dla mnie był łaskaw; pytał się o obojga Państwa, szczególniej o Jmć Dobrodziejką, a przed godziną przyjechał tu pan starosta z oświadczeniem, iż królewic chce koniecznie trzymać sam do chrztu maleńką Anielkę, i to ze mną. Ze mną, broń Boże z kim innym: taka wyraźna jego wola. Ja z królewicem w jednej parze?... A trzeba wiedzieć, że chrzest będzie paradny, w kościele kolegiaty królewskiej. Miało być więcej par w kumy wezwanych, ale przez uszanowanie dla królewica jemu tylko zostawiony ten zaszczyt; inni będą świadkami i w tym celu zaproszą wiele znakomitych osób: cała Warszawa o tych chrzcinach mówić będzie, zapewne i „Kurier Polski” tak wielką nowinę umieści. Co też tam Madame Strumle i panny z pensji na to powiedzą? co Państwo? co wszyscy w maleszowskim zamku? co Macieńko poczciwy? On gotów utrzymywać, że to skutek wróżb jego.

O! ten Macieńko! jak on mi często ze swymi słówkami na myśli staje; on tych wszystkich niespokojności moich jest przyczyną; bo gdyby nie on, nigdy by mi żadne niedorzeczne myśli nie postały w głowie. Kiedy ja też ledwie parę minut z tych chrzcin nawet uradowaną byłam: księżna powiedziała, nie wiem skąd i dlaczego, że kumostwo do małżeństwa jest przeszkodą, i ja na te słowa zadrżałam... Rzecz niepojęta! Co się to w tej głowie roi! co się w tym sercu dzieje! Ta nieustanna wątpliwość, to nieustanne przechodzenie z radości do jakiejś obawy: nieznośne! Czasem wysokich nadziei, wesołych myśli natłok, i w jednej chwili, jakby kto uciął, smutek i niesmak umysł zajmuje.

Ale co mnie cieszy: obaczę przecież kochaną siostrę choć na chwilę; po chrzcinach pojedziemy do niej, już wstała, zdrowiuteńka, ale jeszcze nie tak prędko wyjeżdżać będzie.