Dnia 15 stycznia, we środę
Wczora odprawiły się zapowiedziane chrzciny; widziałam Basię na moment; jaka też śliczna! Wybielała, zeszczuplała, a zawsze dobra jak anioł i szczęśliwa, jak gdyby królowa jaka. Chociaż królewic prosił bardzo, żeby jej córeczce moje imię dano, Basia oparła się temu, bo komuż, jeśli nie matce, pierwszeństwo się należy; skłonił ją przynajmniej do obietnicy, że gdy drugą córkę mieć będzie, Franciszką ją nazwie: przyrzekła, a tymczasem tę ochrzcił ksiądz Szembek Anielą. Ładna dziewczynka, ale niezmiernie czerwona: podczas całej ceremonii bardzo krzyczała, znać, że się wychowa — daj Boże! bo już ją kocham serdecznie. Nie wiedziałam, jak sobie dać z nią radę, pierwszy raz w życiu dziecko trzymałam, aż mi królewic pomagać musiał, tak mi ręce mdlały. Jaki on też dobry! Jak mi dziwno było stać wraz z nim przed ołtarzem w przytomności tylu osób; w wielkiej księdze obok jego imienia swoje położyć: otóż to zapewne do tej osobliwości ściągały się wróżby Macieńka! Wszyscy mi tego honoru bardzo winszują; królewic od tego czasu nierównie grzeczniejszy, nieco poufalszy: nie nazywa mnie inaczej, tylko piękną kumą swoją, a maleńka to nasza Anielka. I pani starościnie, i mnie śliczne podawał podarunki, kobiecie podającej dziecko, otaczającym ją dworzanom i ubogim sypnął po królewsku, panu staroście obiecał wyrobić u króla kasztelanią radomską. Ja tyle świadczyć nie mogę, choćbym z duszy rada, ale i moje krzyżmo264 dla Anielki, biała sukieneczka haftowana, niejednę mnie godzinę kosztowała; w tak krótkim czasie trzeba ją było wykończyć. I królewic pochwalił tę robotę. Później i czapeczkę jej zrobię w same robótki. Czasem jak pomyślę o tylu zaszczytach i honorach, zdaje mi się, że to wszystko snem tylko...
Ale zapominam o bardzo ważnej okoliczności: od kilka czasów265 przedmiotem rozmów wszystkich w Warszawie są łowy, które książę Hieronim Radziwiłł, chorąży wojska litewskiego, gotuje dla ucieszenia króla i królewica. Tysiące, krocie łoży, żeby z czymsiś paradnym wystąpić; zwierza dzikiego z głębi Litwy niemal o sto mil sprowadza i to polowanie ma już być jutro. Czas piękny, mroźno, sanna wyborna; królewic koniecznie rad by swoję kumę powiózł, i tak się stanie. Cztery piękności warszawskie (bo do trzech dawnych już mnie jako czwartą liczą) w jednych saniach pojadą, a królewic końmi kierować będzie. Wszystkie cztery będziemy miały jednego kroju ubiór, ale każda innego koloru; jam sobie obrała amarantowy, krajczyna niebieski, księżna zielony, starościanka brązowy. Będziemy miały szuby aksamitne, do stanu zrobione, z sobolami i takież same kołpaczki. Szkoda, że Basia tego wszystkiego widzieć nie będzie, ale ona taka ze swojej Anielki szczęśliwa, że już niczego więcej nie żąda; mało z nią byłam, jednak mi mówiła, że od tego czasu, jak jest matką, to jej się wydaje, że jest zupełnie inną osobą, że jakby nowe serce, nowe życie znalazła. Ani słówka powiedzieć jej o sobie nie mogłam.
Dnia 17 stycznia, w piątek
Jak żyję na tym świecie, nic podobnego nie widziałam i już podobno nie zobaczę; jakże te łowy były wspaniałe! Wyjechaliśmy o godzinie dziewiątej z rana; aniby nikt zliczył mnóstwa sań i koni, nasze jednak były najpiękniejsze i zaraz za królewskimi jechały. Królewic w myśliwskim stroju, zielonym, aksamitnym, nadzwyczaj pięknie wyglądał; pojechaliśmy da leko, daleko, za kościół Świętokrzyski: tam między Szulcem266 i Ujazdowem, zsunąwszy się z góry, na której leży cała Warszawa, jest równe pole267 zwykle zbożem zasiewane; to pole książę Radziwiłł ogrodzić kazał, i to ogrodzeniem prześlicznym, z herbami i napisami. Wpośród tego pola wystawiono zieloną altanę268 żelazną, na wszystkie strony otwartą, rogatkami żelaznymi przeciw dzikiemu zwierzowi obronioną; wewnątrz jak na dole, tak w górze zielonym aksamitem była wybita, a dno przednimi krzyżakami269 wysłane. Tam wszedł król z królewicem; dla przedniejszych panów było miejsce wyniesione koło altany, niedźwiedziami zasłane270, a dla dam i reszty panów amfiteatr z obu stron ogrodzony; cały był pełny; przyległe góry zupełnie okryte ciekawym ludem. Tym piękniejszy był widok, iż zostawiwszy plac wolny koło altany, dalej wysadzono drzewami ulic kilkanaście; wysokie sosny wizerunek prawdziwego lasu przedstawiały...
Ledwieśmy przyjechali i zasiedli miejsca swoje, kiedy za danym znakiem z rogów i trąb myśliwskich z miejsc, gdzie zwierza trzymali strzelcy księcia Radziwiłła, puszczono ośmiu łosiów, trzech niedźwiedzi, wilków dwudziestu pięciu i dzików dwudziestu trzech. Psy wyuczone przez knieje napędzały zwierza przed altanę; ani podobieństwo opisać tego ryku; tej psów i dzikiego zwierza zajadłości, krzyku niewiast, tej całej wrzawy; król, strzelając z altany, sam ubił trzech dzików, pod wystrzałami królewica padło kilkanaście zwierza, a niedźwiedzia jednego wziął na oszczep, co jest rzadkiej siły i zręczności dowodem; skórę jego będę miała pod nogi. Przeciągnęła się tą zabawa aż do czwartej po południu; rozdawano mięsiwa, ciasta i różne rozgrzewające napoje. Strzelców i strażników księcia Radziwiłła było 84, w barwę jęgo suto przybranych, ze strzelbą i 2 dzidami, prawdziwie każdy z łatwością mógł poznać, że bogaty i wspaniały książę królowi swemu ucztę i zabawę wyprawia. Bardzo wiele wierszy łacińskich i polskich napisano na to polowanie, te mi się najlepsze zdawały:
Tu, gdzie klęski licznego zwierza i zawody,
Niedawno się pierzchliwe śmiele pasły trzody;
Tu, gdzie gaj zielonymi cień podaje drzewy,
Niedawno się w kształt fali bujne chwiały siewy.
Sławo, któreś Rzymianów widoki wielbiła,
Te nam widzieć przewaga daje Radziwiłła,
Czy spojrzysz na patrzące, na źwierze, na lasy.
Nic wspanialszego dawne nie widziały czasy.
Czym stawne były gmachy i gonity w Rzymie,
Toś zniósł wszystko na ten plac, wielki Hieronimie!
Wilią271 rocznicy koronacji królewskiej tak suto obchodził książę Radziwiłł, z tej okazji będzie i dziś bal u marszałka Bielińskiego; proszonam na niego.
Dnia 19 stycznia, w niedzielę
Bal był wspaniały. Królewic wesoły, szczęśliwy, bo król go w tym dniu udarował kosztowną gwiazdą orderową z samych brylantów. Wieczerza była suta, tym szczególniejsza, że jako w piątek, ani kawałka mięsiwa nie dano. Ja bardzo wiele tańcowałam, serdecznie też nogi mnie bolą; żal mi jednak, żem się z tym wymówiła, bo już mam zapowiedziane dziesięć dni siedzenia w domu i odpoczynku. Księżna się boi, żeby mi nie zaszkodziły te nieustanne tańce i niewczasy272; jakoż w samej rzeczy zbladły cokolwiek moje rumieńce. Mieliśmy listy z Maleszowej; Jmć Dobrodziejka sama pisać do mnie raczyła, bardzo mi zaleca, ażebym zdrowia ochraniała, a nade wszystko żebym troskliwą była o moją sławę i szczęście, żadnej się nie dopuściła płochości273 i wiary zupełnej nie dawała pochlebnym słowom, które się o moje uszy obiją. Jmć Dobrodziejka pisze, iż często nie piękność prawdziwa, ale jakieś uprzedzenie sprawia, że pannę za piękną okrzyczą; że bardzo często stąd wypływa jej nieszczęście, bo zawróci jej się głowa, gdzieś wysoko swoje widoki zamierzy i najczęściej osiada na koszu274. Mam w Panu Bogu nadzieję, iż ze mną tak nie będzie; choćbym nawet zbyt wysoko moje widoki zwróciła i nie udały się, nikt by tego po mnie nie poznał. Jednak do łez mnie rozrzewnił list Jmć Dobrodziejki, noszę go zawsze w kieszeni i często odczytuję; dobrze to Pan Bóg zrobił, że słowa matki albo ojca tak prosto do serca trafiają: szczęśliwa młoda panna, która rodzicielskiego nie opuszcza domu; pomimo wszystkich sukcesów moich bardzo często maleszowskiego zamku żałuję.