Dnia 29 stycznia, we środę
Skończyło się przecież dziesięć dni rekolekcji moich; przez ten czas cztery były bale; jeden z nich maskowy, gdzie w kadrylu275 szkockim ja z trzema pięknościami figurować miałam; zastąpiła mnie wojewodzina Małachowska, a ja przez te dnie nogą nie ruszyłam, bo pomimo próśb usilnych królewica i Bóg wie nie czyich księżna przebłagać się nie dała: jak raz co powie, nie zwykła odmieniać zdania. Żal mi było trochę tych balów, szczególniej maskowego; ale nikt tego po mnie się nie domyślił, bo to wstyd, słuszną panną będąc, dziecinne okazywać żale, wreszcie królewic tak często bywał i tę moję stałość i męstwo tak wysoko cenił, iż nie mogłam być smutną. Od czasu chrzcin znika co dzień bardziej ten wielki przedział, który syna króla, księcia udzielnego, przyszłego może następcę tronu, od starościanki Krasińskiej dzielił; coraz mniej między nami etykiety; królewic chce być za równego miany: jaka to niepojęta dobroć! Nad wyraz też mile godziny w jego towarzystwie schodzą; mówi nam o Petersburgu, o Wiedniu, gdzie także czas jakiś gościł; opisuje poczciwych Kurlandczyków; a zawsze, choćby dwadzieścia było osób, umie wsunąć słówko jakie pochlebne, którego znaczenia podobno nikt nie zgadnie, tylko ja jedna. Jak on zna dobrze, co się w nieszczęsnej Rzeczypospolitej dzieje; jedynie przez uszanowanie dla ojca nie śmie mówić wyraźnie.
O Boże! wielki Boże! żeby on też został królem! Księżna powiada, że stąd pochodzą wszystkie jego nadzwyczajne grzeczności, iż sobie zawczasu partię chce robić, i że gdyby kiedy był królem, może by na nas i nie spojrzał: o! co temu, wcale nie wierzę, już się te oczy nadto wprawiły patrzeć na mnie. Prawdziwie, że czasem, jak wzrok swój we mnie wlepi, to nie wiem, gdzie się podzieć... Zwłaszcza że księżna podobno to zważa i brwi marszczy... Już to ja dobrze widzę, iż ona mu nie sprzyja; wszystko mi się zdaje, że ona Lubomirskiego chciałaby widzieć królem. Wątpię, żeby się spełniły jej życzenia.
Dziś jest wieczorna zabawa u panien kanoniczek, tam będę; bardzo dom przyjemny i uczęszczany: ksieni, panna Komorowska, prawdziwie godna i szanowna białogłowa. Właśnie wczora przy stole mówiono wiele o kanoniczkach. Z Zahorowskich ordynatowa Zamoyska, bardzo dobroczynna i światła dama, ufundowała to zgromadzenie i przepisała mu prawa na podobieństwo takiejże dam świeckich kapituły276 w mieście Remiremont w Lotaryngii będącej. Mówią, że jej powodem do tej fundacji była litość nad młodą panną, która ze wstrętem, z rozpaczą prawie szła za mąż jedynie dlatego, iż sierotą zostawszy, nie czując w sobie żadnego do życia klasztornego powołania, a dla277 wysokiego rodu iść w służbę nie mogąc, nie miała gdzie się umieścić. Chcąc dla podobnie opuszczonych i równie zacnie urodzonych dam z narodu polskiego przytułek otworzyć, gdzie by z chwałą Boga, z honorem swoim i domów swoich chrześcijańskie życie prowadzić mogły, nie obowiązując się do klauzury278 zakonnej ani do przystojnego małżeństwa drogi sobie nie zawierając, ordynatowa Zamoyska ten zakład uczyniła. Kupiła Marywil, wielką budowlę, na ulicy Senatorskiej będącą, założoną przez Marią Kazimirę Sobieską; kaplicę, którą na pamiątkę zwycięstwa pod Wiedniem stawiać zaczęto, dokończyła, część pałacu przerobiwszy na mieszkania dla kanoniczek, dochód z wynającia reszty im oddała. Składa się to zgromadzenie z dwunastu dam; jedna ksieni, jedenaście kanoniczek. Ażeby panna była tam przyjętą, powinna mieć lat piętnaście, być nie tylko z urodzenia szlacheckiego, ale dowieść trzy pokolenia z ojców i z matek. Jest jeszcze w tym zgromadzeniu 8 panien, które chór niższy składają, i te powinny być szlachcianki; one czynią posługi domowe i doglądają służebnych. Dziadek nawet kościelny powinien być szlachcicem ubogim. Już prawdziwie szlachecki zakład... Dziwi mnie, żem tak dobrze szczegóły o nim spamiętała. Od jakiegoś czasu trudno mi o uwagę, to te zapusty temu przyczyną.
Dnia 19 lutego, w wstępną środę279
A, Boguż dzięki! już po zapustach! Widzę, że i zabawy naprzykrzyć się mogą; nie wiem, czy bym zrachować potrafiła, na wielu byłam balach przez te trzy tygodnie; a tak mnie zmęczyło, że już nic robić mi się nie chciało, a raczej na nic czasu znaleźć nie mogłam, bo mnie zajmowały stroje, wizyty, asamble280 i inne gale. Życie takie zrazu przyjemnym się zdaje, są momenta niewypowiedzianego szczęścia, ale jakiś niesmak wewnętrzny zostawia; nie pamiętam, żebym kiedy tyle chwil smutnych, tyle godzin tęsknych spędziła, a tymczasem tyle osób mnie ma za najszczęśliwszą, tyle mi zazdrości. Podobno to Basia tego mi narobiła, już od dwóch tygodni bywam u niej dosyć często, ona się lęka o mnie; sama taka szczęśliwa, tak zawsze swobodna, mąż, dziecię i dom to cały świat dla niej. Rada by koniecznie, żeby mój los podobnym był do jej losu; a to bodaj już rzecz niepodobna; jej mowy jakąś trwogą mnie napełniły, i ja coś przemyśliwać zaczynam... Jak też krajczyna Potocka piękną była na wczorajszym balu maskowym... Ubrana za sułtankę, zdawało się, że panuje nad innymi białogłowami. Wszyscy byli w zachwyceniu. Jak wiele tańcowała! Ja prócz jednego poloneza nie tańcowałam wcale: noga mnie nagle zabolała; wielu mnie prosiło, i królewic zapraszał nareszcie, alem już nie chciała. A! Boguż dzięki, już po zapustach.
Dnta 29 lutego, w sobotę
Choć słów kilka naprędce: niespodzianie jadę na parę tygodni do Sulgostowa: wczora jeszcze o tym wzmianki nie było, chociaż państwo starostwo już tu byli z pożegnaniem; ale dziś rano przyszedł do mego pokoju książę wojewoda i powiedział, że niezmiernie o tę łaskę siostra i szwagier proszą, że tam może i Państwo przyjadą, a zatem zobaczę się z nimi. Nawykła powodować281 się wolą księcia, który wiem, iż tylko dobra mojego pragnie, usłuchałam i jadę. Księżna także wyjazd mój pochwala; korci mnie strasznie, że królewic o niczym nie wie, a nie śmiałam zalecić nikomu, ażeby nieznacznie o tym wspomniał... Księżna by to najlepiej potrafiła, ale cóż, kiedy tak jej się boję! Może on też nie bardzo moim odjazdem się zmartwi, może i uważać go nie będzie... tyle pięknych białychgłów w Warszawie... Krajczyna nigdzie nie jedzie... Wreszcie, choćby się trochę zmartwił, niech też i on pozna... Ale już na mnie wołają, trzeba się pakować...
Dnia 15 marca, w niedzielę
Od dwóch dni jestem na powrót w Warszawie; nie wiem, jakim cudem dziennik mój, który zdaje mi się, żem włożyła do sepecika282, został tu w kantorku283, i w Sulgostowie nic pisać nie mogłam. Blisko trzy tygodnie tam bawiłam, zdało mi się, że dłużej; Państwa nie widziałam, dopiero za cztery dni zjadą do starostwa, a książę wojewoda sam po mnie przyjechał, i pół dnia czekać nie chciał, rozstawionymi końmi w dniu jednym przelecieliśmy tutaj. Królewic był zaraz nazajutrz, uważałam, że zmieniony, ale jeszcze piękniejszy, bo jakiś osłabiony, blady; dał mi do zrozumienia, iż wyjazd mój nagły bez pożegnania tak go zmartwił; powiedział mi z goryczą, iż więcej względów mieć należy dla kuma, dla przyjaciela... Przyjaciela? Królewic przyjacielem moim! O! teraz żal mi, żem odjeżdżała... chociażem tego nieraz już i w Sulgostowie serdecznie żałowała... Książę wojewoda mówi jednak, że bardzo dobrze się stało; przyznaję się, że często go nie rozumiem, ale słucham ślepo, bom sobie wystawiła od dawna, iż on w układzie losu mojego wielką grać będzie rolę. Księżna łaskawie mnie przyjęła. W Sulgostowie najwięcej mi czasu zeszło na zabawie z Anielką i takem się zrobiła dziwna, że z nią było mi najmilej; nieraz po godzinie miałam ją to w kołysce, to na ręku, a często ledwiem nie udusiła z pieszczot. Z Basią prawie nic osobie mówić nie mogłam, czekałam, żeby ona wyciągnęła mnie na słówko, a ona, przeciwnie, chociem zaczęła, ucinała. Raz zdaje mi się, że umyślnie pan starosta i ona powiedzieli, że kiedy nie wypada uczucia jakiego podsycać, to najlepiej o nim nie mówić — zapomnieli o myślach... Schodziły mi także godziny na robocie; już dawno, jak obiecałam na pewną intencję wyhaftować poduszkę do Pana Jezusa do fary; u Basi — bo tak się zwać pozwala — znalazłam wszystko, co mi było do tego potrzeba, i tak pracowałam pilnie, żem skończyła. To były miłe momenta, zdawało mi się, że każdy ścieg przyśpiesza spełnienie tajemnych życzeń, których tu i wypisać nie śmiem. W Sulgostowie obchodzono suto rocznicę wesela Basi, dużo się gości zjechało. Co to odmian w tym roku! Najwięcej ich w sobie samej spostrzegłam; i co dziwnego? Rok temu nierównie byłam weselsza, a przecież nie chciałabym może być taką jak wtenczas, nie chciałabym do tej nic nieznaczącej swobody powracać. Jednak wtedy daleko byłam szczęśliwszą; bo byłam nią ciągle i zawsze, a teraz tak krótkie szczęścia, tak długie niespokojności, obawy i niesmaku chwile.