Dnia 19 marca, we czwartek
Królewic wczora tyle był wesół i przyjemny jak w początkach poznania się naszego, a ja od dawna równie miłego dnia nie pamiętam. Był naprzód z rana, ale tylko na godzinę, bo z królem wybierał się na polowanie do Puszczy Kampinoskiej, w wieczór zaś, gdyśmy się go ani spodziewali, przybiegł, ja myślę, że piechotą, bo sam, bez żadnego hałasu. Polowanie bardzo się udało i przedziwne było zdarzenie. Kampinoska Puszcza graniczy z lasami jakiegoś Zaborowa, dziedzic jego, Izbiński, ma być szlachcic wcale do rzeczy; ten, mając już kilka razy króla na gruncie swoim i zawsze częstując go suto w altanie umyślnie na to wystawionej przy drodze284, przymawiał się już kilka razy o jakąś nagrodę: król mu starostwo obiecał; ale pod warunkiem, żeby niedźwiedzia zabił w jego lesie; już kilku ubito, a król obietnicy zapomniał; nareszcie dziś w oczach króla szlachcic zabił sam ogromnego niedźwiedzia; nie tracąc i chwili, przyciągnął zwierza pod jego nogi i powiedział: „Najjaśniejszy Panie! Ursus est, privilegium non est. Niedźwiedź jest, a przywileju nie ma”. Król się rozśmiał serdecznie i święcie starostwo przyrzekł. Przeszło dwie godzin bawił królewic; teraz nieco jest wolniejszy, może niekiedy wymknąć się z pokojów królewskich, bo dwaj jego bracia, Albrycht i Klemens, są teraz w Warszawie. Królewic Klemens dziwnie ma być dobry i nabożny; do stanu duchownego ma powołanie i zapewne księdzem będzie. Słuszna rzecz ze strony króla, iż kilku mając synów, jednego na służbę boską poświęci. Jak dobrze jednak, że ta kolej na królewica Karola nie padła; jakiś mnie dreszcz przeszedł, ale bo też dziś jeszcze był mróz, chociaż prześliczny.