Dnia 28 października, we środę

Jest list od Państwa, zezwalają, życzą nam szczęścia; ale w ich błogosławieństwie nie ma tej czułości, której Basia tyle doznała, i słusznie: jam na nią nie zasłużyła. Królewic spodziewał się osobnego do siebie listu, nie ma go; obraził się tym cokolwiek i wiele mówił z księciem o dumie niektórych panów polskich. Już przynajmniej szczęśliwam z tego, że Państwo wiedzą o wszystkim: kamień spadł mi z serca; obiecali dochować sekretu, póki ich sam królewic nie uwolni; w ich wyrazach przebija nieco radości i zdziwienia nad związkiem tak zaszczytnym, ale szczególniej w słowach kochanej matki jest jakiś żal rozlany; te mnie najmocniej dotknęły: Jeśli będziesz nieszczęśliwa — mówi do mnie — nam swego nieszczęścia przypisać nie będziesz mogła; jeśli zaś (o co Majestat Boski błagać nie przestanę) szczęście w tym postanowieniu znajdziesz, rodzice cieszyć się nad tobą będą; ale nie tyle, co nad innymi córkami, boś im nie dozwoliła pociechy przyłożenia się w czym do szczęścia twego. Już prawie tych słów w liście Państwa nie znać, tylem łez nad nimi wylała; w sercu zostaną na wieki. Proboszcz przyjedzie, od dziś za tydzień już będzie po wszystkim. Książę o indult337 się wystara; sekret dochowuje się dotąd wybornie, mnie samej wierzyć się nie chce, że ja panną młodą wnet będę: żadnych przygotowań do wesela; wszystko cicho, głucho, toteż wesela nie będzie! Mój Boże! na tydzień przed ślubem Basi co się to działo w maleszowskim zamku! Żebym przynajmniej królewica co dzień widywać mogła, ale czasem i dwa dni miną bez widzenia go. Boi się niezmiernie obudzić troskliwość króla, a bardziej jeszcze Brühla, więc i w publicznych miejscach mnie unika, i u księstwa rzadziej bywa. Tak się też to dobrze udaje, że wczora na wieczorze u pani Moszyńskiej, którą bardzo kocham, usłyszałam przypadkiem taką rozmowę. Jakiś pan mnie nie znany mówił do drugiego: „Ale starościanka Krasińska dużo spaszowała338. „Nic dziwnego — odpowiedział tamten — wszyscy mówią, że pannie książę kurlandzki zawrócił głowę, on zaś kogo widzi pięknego, to kocha; oto i teraz udaje się do krajczyny, i schnie niebożątko”. Chociaż wiem, że królewic tak umyślnie dla niepoznaki robi, zimny dreszcz przeszedł mnie na te słowa; wreszcie jakże przykro pannie uczciwej być żarcików celem!... I nikogo, przyjaciółki żadnej, żeby jej się zwierzyć, rady zasięgnąć. Pokojówkę, którą dotąd miałam, głupiuteńką (bo nie domyśla się niczego), książę aż gdzieś do Litwy odsyła, a za dni kilka mam mieć jakąś dobrego urodzenia pannę służącą, mężatkę, już w wieku bardzo do rzeczy, ale której nie znam wcale. Nie mam nawet z kim się naradzić, jak się ubrać do ślubu. Pytałam się księcia, on mi powiedział: „Jak co dzień”. O! Jakże dziwne przeznaczenie moje? Robię najświetniejszą partią w całej Litwie i Koronie, a córka mojego szewca świetniejszą mieć będzie wyprawę i wesele.

Dnia 4 listopada, we środę

Już stało się, jużem żoną królewica: on mnie, ja jemu przed ołtarzem, przed Bogiem, nie ma temu, jak godzina, wieczną przysięgli wiarę i miłość. Okropny jednak był ten ślub! Z takim strachem, tak nagle! Jeszcze drżę cała i myśli moich rozpoznać nie mogę... Już dwa dni nie widziałam była królewica; udawał chorego na mocną fluksją339, krokiem nie wyjeżdżał z domu i na dziś od obiadu u księcia prymasa i u posła hiszpańskiego, od balu u pana hetmana się wymówił... Pokojówkę moję onegdaj odesłano, a wczoraj przybyła owa panna, która księciu przed krucyfiksem zatajenie wszystkiego, co widzieć będzie, przyrzekła... Dziś o piątej rano zastukał do drzwi moich książę wojewoda; już byłam ubrana i na nogach od dwóch godzin. Udało nam się wyjść cichuteńko, królewic i książę Marcin czekali u bramy; wiatr był niezmierny, ciemno zupełnie, szczęściem przynajmniej, że deszcz nie padał. Poszliśmy piechotą do karmelitów, pojazd byłby narobił hałasu; to kościół najbliższy; tam nas czekał poczciwy proboszcz; choć tak blisko, gdyby nie królewic, byłabym kilka razy upadła. A w kościele jakże okropnie! Cichość i ciemność grobowa, na ubocznym ołtarzu świec tylko dwie, nikogo prócz księdza i zakrystiana; rozlegał się odgłos naszych kroków jak gdyby w odludnej jaskini. Nie trwała ceremonia i dziesięciu minut; ledwie się skończyła, jak gdyby nas kto gonił, uciekliśmy z kościoła. Królewic odprowadził nas do bramy; książę Marcin gwałtem prawie go przymusił, żeby odszedł i wrócił do swego pałacu, bo stał długo i odejść nie chciał.

Ubiór mój był codzienny, nawet nie biały; gałązkę tylko rozmarynu wetchnęłam naprędce we włosy; wczora, przypomniawszy sobie ślub Basi, sama nagotowałam sobie ze łzami dukat, kawałek chleba, trochę soli i cukru, ale dziś z wielkiego pośpiechu tego wszystkiego wziąść zapomniałam. I teraz jestem znowu w moim pokoju, nikt mi nie winszuje, nikt nie błogosławi, wszyscy śpią; dnieje, a świeca się pali, jakby przy umarłym, i gdyby nie ten dreszcz zimny, którego się od wczora pozbyć nie mogę, gdyby nie ta złota obrączka, którą niedługo zdjąć i schować wypadnie, nie wierzyłabym, że jużem na wieki z królewicem złączona, że wracam od ślubu, żem jest panną młodą.

Dnia 24 grudnia, w poniedziałek, w Sulgostowie

Już nie miałam pisać wcale dziennika: pozyskawszy dozgonnego przyjaciela, któremu wszystkie myśli zwierzałam, nie widziałam nawet potrzeby pisania go, ile że królewic (bo już podobno tak go całe życie zwać będę) nie umie tak dobrze po polsku, żeby go mógł czytać i rozumieć; ale od dwóch dni los srogi, który mnie ciągle prześladuje, oderwał mnie od ukochanego męża. Bóg wie, kiedy się znowu z nim złączę, trzeba do dawnego wrócić powiernika! O! jakże te dni ostatnie były okropne! co wypadków! co ciosów! Prawdziwa Opatrzność Boska, żem nie dostała zupełnego pomięszania zmysłów. Jednak tu przyjechawszy tak byłam dziwna, że gdym Basię i jej męża do osobnego pokoju wezwała, gdym im zaczęła opowiadać, że mnie księżna wojewodzina z domu swego wypędziła, żem ja niewinna, że jestem żoną królewica, nieboga siostra, nie wiedząc o niczym, zdumiała; przestraszona, chciała biec po ludzi, po ratunek, bo przekonaną była, że mam wariacją. Teraz, kiedym im wszystko opowiedziała, kiedy wszystkiemu uwierzyli, ich rozsądek mnie rozum przywrócił i może potrafię tu zapisać tę straszną przygodę. Jak kiedy Bóg pozwoli, iż zupełnie szczęśliwą i spokojną będę (o czym wątpię, żeby to kiedy już nastąpiło), miło mi będzie odczytać te dawnych prześladowań losu opisy, chociaż najdoskonalsze szczęście nie potrafi wymazać ich z pamięci.

Już szósty tydzień od okropnego dnia ślubu naszego się skończył; król, dwór, Warszawa cała, nikt w domu nawet ani się domyślał tego, co się stało, ja zawsze, jak i dziś jeszcze, starościanką Krasińską od wszystkich zwana, królewic nigdzie prawie nie uczęszczający pod pozorem zdrowia, nasze nieczęste schadzki przez księcia wojewodę ułatwiane i jemu tylko wiadome. Ale tydzień temu królewic wyjeżdżać zaczął i jak dawniej i księstwu oddał wizytę. Byłam natenczas w pokoju, pierwszy raz od dnia, jak mężem moim został, widziałam go w przytomności obcych; nie mogłam ukryć pomięszania, nie mogłam nie spojrzeć na niego mile, i księżna to postrzegła. Gdy odjechał, nie szczędziła łajań, napomnień, słów przykrych; ja, pewna niewinności mojej, odpowiedziałam zbyt hardo; nieszczęsna, dałam nawet do zrozumienia, że nie płocha340 miłość z królewicem mnie wiąże, i ta odpowiedź przyczyną się stała całego nieszczęścia.

Księżna przez dzień następujący niezmiernie była pomięszana, nazajutrz królewic znowu przyjechał; miał mi jakąś dobrą nowinę donieść; pewny, że dnia tego nie będzie mógł mówić ze mną na osobności, bilet napisał, a bawiąc się z koszyczkiem moim od roboty, wsunął go zręcznie. Nie uszło to bacznego oka księżnej, ledwie wyszedł, porwała koszyk, a przeczytawszy na bilecie podpis: „Pour ma bienaimeé341, już nie mogła gniewu położyć granic; nie wiem, jak mnie nie zabiły na miejscu jej słowa, bo mnie nazwała zakałem, hańbą, wstydem rodu Krasińskich; bo mi powiedziała, że ojca i matkę w grób wpędzę. „Ale nie udadzą ci się te fortele — dodała jeszcze (gdy ja, wskroś przejęta tym obelg nawałem, mogąc usprawiedliwić się jednym słowem, milczałam jednak, bom mężowi milczenie przyrzekła) — nie udadzą ci się, zapobiegłam ich skutkom; oto kopia listu, który dziś rano Brühlowi posłałam: w nim uwiadamiam go, że uczciwość i honor nad wszystkie familijne przekładając związki, nad wszystkie wielkości widoki, mam sobie za święty obowiązek donieść mu, że królewic w tobie się kocha; błagam go, by wyrwał księcia z tych sideł, czynił, co mu się zdawać będzie, byle przerwał tę miłość, póki czas jeszcze, byle mnie usprawiedliwić, żem do tej podłej intrygi nie należała i chyba zbytecznym zaufaniem w cnocie własnej siostrzenicy zgrzeszyłam! Tak o wstydzie twoim i szalonej dumie może już teraz i król uwiadomiony! „Król! — krzyknęłam odchodząc zupełnie od siebie na te słowa — niechże mu nikt nie powie, żem ja jego żoną!” A klękając przed księżną, z wielkim płaczem i łkaniem ściskałam jej kolana. „Żoną? — powtórzyła za mną — żoną? byłażebyś żoną królewica?”

Na to zapytanie objęłam dopiero myśl okropną, iż zdradziłam tajemnicę; przelękniona, widząc już także przed sobą rozgniewanego męża, zdało mi się (znając szczególniej, z kim miałam od czynienia), że cały ratunek jest tylko w zupełnym wyznaniu. Zawsze więc u nóg księżnej, wyznałam jej wszystko, błagając o darowanie i o sekret przed światem całym. Bądź obrażona tak późnym i wymuszonym zwierzeniem się, bądź mając żal do samej siebie za porywczość swoję, a nie chcąc go przyznać, zdziwiła ją, lecz nie ułagodziła mowa moja. Prawda, wstać mi kazała, mówiąc, że nie przystoi342 tak wielkiej pani czołgać się u nóg czyich; przepraszała mnie, iż nie wiedząc o godności mojej, uchybiła mi nieraz, ale ręki pocałować nie dała; a pod tym błahym pozorem, że dom jej niegodzien być królewicowej, księżnej udzielnej, przyszłej królowej polskiej, przytułkiem, natychmiast wszystko do odjazdu mojego przygotować kazała. Potrafiłam się wstrzymać od najmniej przykrego słowa, za co Bogu dziękować wiecznie będę; bo jakżeby dla słów kilku tyle dowodów przywiązania zapomnieć! Z uległością szesnastoletniej panienki przysposabiać się do podróży zaczęłam, lubom wcale nie wiedziała, gdzie jechać.

Nie wiem, czy ja, czy księżna wspomniała na szczęście Sulgostów; marszałek, który przyszedł po rozkazy pani swojej, usłyszał to słowo i w chwili jednej w przedpokoju i w garderobach ułożono, że ja do Sulgostowa na święta Bożego Narodzenia jadę. Szczęśliwa z tego wniosku, potwierdziłam go; napisałam tylko długi list do królewica na ręce księżnej, okazałam mu potrzebę zwierzenia się siostrze i szwagrowi i nie wyszło dwóch godzin, a zamknięta w karecie z panną moją, jechałam śpiesznie, ledwie wiedząc, co się dzieje ze mną. Dopiero zobaczywszy Sulgostów, przyszło mi na myśl, jak ja to wszystko siostrze i szwagrowi powiem. I nic nie wymyśliwszy stanęłam przed ich pałacem; dlatego też Basia za wariatkę mnie wzięła. Już teraz tak dalece przyszłam do siebie, żem się nawet z tej imaginacji343 wraz z nią dziś śmiała; ale przez dwa dni śmiechu nie było i teraz jeszcze nie bardzom do niego skora, bo żadnej od królewica nie mam wiadomości: zapewne go strzegą. Kamienne prawdziwie mam zdrowie, że mi te wszystkie wzruszenia mało co szkodzą; druga delikatna osoba mogłaby i śmierć połknąć, nim by się owego szczęścia doczekała. Czy i ja doczekam go kiedy? to wielkie pytanie. Te nadzieje swobody i wielkości spełniąż się kiedy? Będęż ja kiedy pędziła dni spokojne obok ukochanego męża, jakie Basia pędzi? — O nie! to nie dla mnie!...

Dnia 30 grudnia, w niedzielę

Jadę do Maleszowej, może tam lepiej niż tu mi będzie; Basia miała także jechać, ale ponieważ znowu spodziewa się słabości, mąż jej nie pozwala jechać. Miałam list od królewica, w rozpaczy, żem wyjechała, w gniewach na księżnę, w obawie wielkiej, czy Brühl wszystkiego nie odkryje. Ja koniecznie potrzebuję stąd wyjechać; tak jestem nieszczęśliwa, że obraz powodzenia ukochanej siostry trucizną jest dla mnie. Ten jej dom tak dobrze urządzony, te starania, ta miłość familii mężowskiej, te dowody nieustanne przywiązania Państwa, troskliwość o jej zdrowie, ta Anielka taka przedziwna344, która ją tak kocha, z której ojciec taki szczęśliwy: to wszystko rozdziera mi serce; a jednak Bóg widzi, jak serdecznie siostrę kocham, jak gorąco się modlę, żeby zawsze tak szczęśliwą była. Może gdy usłyszę z ust kochanych rodziców słowa przebaczenia, może gdy ich nogi ucałuję, spokojniejszą będę; może też rok z nimi zaczęty równie szczęśliwy będzie jak owe lata, które niegdyś tak swobodnie w Maleszowej płynęły.

Dnia 5 stycznia 1761 r., maleszowskim zamku

Już tu jestem od dni kilku i podobno pojutrze wrócę do Sulgostowa, bo tu jeszcze gorzej. Nie dlatego, żeby mnie Państwo źle przyjąć, źle traktować mieli; owszem, bardzo są na mnie łaskawi, ale tu czuję mocniej niż gdziekolwiek, jak świetny jest los mój w imaginacji, jak nędzny w istocie. Mała na przykład rzecz na pozór, ale niesłychanie dotkliwa: przyjechałam do rodzicielskiego domu prawie po dwóch latach niebytności, a żadnego gościńca345 nie przywiezłam młodszym siostrom ani nikomu. Pieniędzy wcale nie mam; panną będąc nie potrzebowałam ich, księżna na wszystko łożyła, mnie tylko do ręki co miesiąc dwanaście tynfów346 dawała; na styczeń już i tego nie dostałam, a wolałabym umrzeć jak królewica albo Państwa o pieniądze prosić; im też to jakoś do głowy nie przychodzi, muszą wzajemnie myśleć, żem w nie dostatecznie opatrzona347. Basia, prawda, jak od sakramentek wróciła, chociaż mniej jeszcze ode mnie pieniędzy miała, niemal każdemu jakiś podarek przywiezła; ale z nią wcale348 było co innego: ona sobie była młodziuchną panienką, niczym nie miała ani zajętej, ani nabitej głowy i sama swymi rękami moc drobnostek narobiła. Ja, choćbym była wiedziała, że tu przyjadę, nie miałabym była do podobnej pracy ani czasu, ani głowy, a kto wie, może i ochoty. Wystawiałam sobie zawsze, że jak do maleszowskiego zamku po ślubie zawitam, każdemu z dworzan i dworskich sypnę po królewsku; chłopki nawet miały dostać piękne czepki, dziewki wstążki, gospodarze czapki, a parobcy pasy; a tu na to wszystko złamanego nie mam szeląga. O! co się też to w tej głowie uwijało; jakże prawda mało do tych marzeń podobna!...

Od tego czasu jak tu jestem, jeszcze oczów z łez nie osuszyłam. Państwo tak szczególnie mnie witali; jam do ich nóg rzucić się chciała i tak by mi dobrze tam było, a oni nie pozwolili i Jmć Dobrodziej jakby obcej niziuteńko mi się kłaniał. I teraz jeszcze wstaje, jak ja wchodzę, nie usiędzie blisko przy mnie, i ten pierwszy hołd uszanowania królewicowskiej godności mojej oddany srogą boleść mi sprawia. O! jeśli wszystkie hołdy i honory takie gorzkie będą, wolałabym prostą być szlachcianką!... Przy pierwszym obiedzie, który razem jedliśmy (i który, jak mi z przykrością uważać przyszło, niespokojną czynił Jmć Dobrodziejkę, czy dosyć dobrym będzie), szepnął mi do ucha: „Mógłbym kazać stoczyć, niby na próbę, butelkę wina z beczki panny Franciszki; przykro mi go nie skosztować przy pierwszym obiedzie, ale zwyczaj jest, że pierwszy kieliszek pije ojciec, a drugi pan młody; inny porządek za złą wróżbę miany... Ale czy przyjdzie kiedy podobna chwila?...” — dodał i westchnął tak głęboko, że mnie łzy puściły się z oczu. Zupełnie jeść mi się odechciało, a przymuszałam się do jedzenia, bom widziała niespokojność kochanej matki i bałam się ją obrazić. O! ten obiad i wszystkie inne prawdziwą dla mnie męczarnią! Już mnie i Macieńka koncepta nie rozśmieszają, bo i jemu się też nie klei. Imć Dobrodziej coraz na niego mruga, żeby co dowcipnego powiedział; on się sili, ale mu się nie udaje.

Wczora i on mnie rozczulił; szpak349 wielki, zatem domyśla się wszystkiego: przyszedł cichuteńko do mego pokoju, kiedy nikogo nie było, klęknął przede mną na obadwa kolana, a z miną na pół bufońską350, na pół smutną, wyjął z zanadrza pęczek uschłych kwiatów i liści białą wstążką związany, złotą iglicą spięty. Zrazu nie wiedziałam, co się to znaczy, aż przypomniałam sobie ów bukiet z wesela Basi; on wymówił tylko te słowa: „Ja czasem bywam prorokiem!” — oddał mi go, a zawsze na klęczkach posuwając się w tył, doszedł do drzwi. Ileż mi rzeczy ten bukiet przypomniał, ile podał myśli! Wstałam, a biegnąc za Macieńkiem, wyjęłam kosztowną śpilkę bryliantową, którą mi dał królewic, i wpięłam ją w kontusz jego. Ani on, ani ja nie wymówiliśmy i słowa, ale podobno każde z nas dumało nad tym, że jeśli dziwną było rzeczą, iż spełniła się płocha wróżba jego, dziwniejszą jeszcze, że lubo spełniona, żadnym oczekiwaniom zadosyć351 nie uczyniła.

To pisanie moje przerwała mi kochana matka! O! jakże dobrocią swoją ubodła mnie w serce; przyszła tu ukradkiem tak obładowana, że ledwie iść mogła: naznosiła mi różnych kosztownych materii, klejnotów, koronek, a złożywszy je na stołkach, z nieśmiałością powiedziała: „Przyniesłam tu cząstkę rzeczy każdej z córek naszych należących się; przyniosłabym i więcej, ale cóż, kiedy to wszystko nie wydaje mi się dosyć pięknym; a nic piękniejszego, Bóg widzi, w całym domu nie mam. Jużem mówiła z Jmć Dobrodziejem; przeda352 wiosek parę, żeby jak pora szczęśliwa przyjdzie i rzecz się wykryje przed światem, i druga córka nasza stosowną do wysokiego zamężcia dostała wyprawę”. Zalana łzami, całować chciałam jej kolana, a ona mi nie pozwoliła i ciągle mnie przepraszała za te nędzne (jak ich zwała) podarki... O! już pojutrze niezawodnie wyjadę, bo i oczu dworzan, i wykrzykników Madame, sióstr i starych sług nad bladością moją, nad tym, żem jeszcze za mąż nie poszła, znieść nie mogę. Były też u mnie i owe trzy dziewczęta, którym przyrzekłam, że je wezmę do siebie, skoro za mąż pójdę; stary Jacenty przyprowadził sam swoję córkę. O! jakże mi te ich odwiedziny przykre były: jakże by się zdziwiły dowiedziawszy się, że mam już męża, a jednak ich nie biorę do siebie, bo ten mąż — królewic.

Dnia 9 stycznia, w środę, w Sulgostowie

Już wróciłam do siostry i nie zastałam listu od królewica; nie wiem, czy nie chory albo czy też król o wszystkim się nie dowiedział i nie kazał strzec go surowo. Wielka mi bieda, że księcia wojewody od połowy grudnia aż dotąd w Warszawie nie ma; on by pewnie do mnie napisał: książę Marcin roztrzepany, szczęśliwie zapomniał. Z pożegnania się z Państwem niecom więcej uradowana niźli z powitania; ale najmilsze chwile spędziłam w Lisowie; chciałam odwiedzić proboszcza w domku jego; zastałam go sadzącego świerki w swoim ogrodzie, pozwolił mi jeden najpiękniejszy na cmentarzu koło kościoła posadzić i uczyniłam to własną ręką: smutną po sobie zostawiam pamiątkę353, ale bo też i ja smutna jestem. Wiele słów pocieszających usłyszałam z ust proboszcza i jakaś mężniejsza i szczęśliwsza z domku jego wyszłam. O! gdyby tylko wiedzieć, że królewic zdrów!