Dnia 22 października, we czwartek
Już pojechał zaufany pokojowiec księcia wojewody do Maleszowej; ja dosyć byłam kontenta z mego listu, ale królewic go zganił: powiedział, że zbyt pokorny, i ja bym też miała ochotę zganić nawzajem przypisek jego i powiedzieć, że zbyt królewski; ale mi książę usta zamknął. Jaka też będzie ich odpowiedź? Czasem mi się zdaje, że nie pozwolą; bo dziwna rzecz, iż od jakiegoś czasu wszelka duma, wszelka próżność znikła z serca mego: to mi zdaje się niczym, że on jest królewicem, księciem kurlandzkim, że królem polskim być może; to wszystkim, że on zezwolenia ojca, ja błogosławieństwa rodziców nie mam. Jedna rzecz przynajmniej nieco mnie pociesza: Bóg natchnął mnie myślą, żeby prosić, czy by nasz proboszcz maleszowski nie mógł tu przyjechać i dać nam ślubu. Książę powiedział, że to uczyni; będzie przynajmniej jakieś wyobrażenie rodziców, jakiś cień przyzwoitości. Jakże mi teraz często los Basi w pamięci staje! Ja myślałam, że ona mi mało życzy, a ona mi wiele życzyła, kiedy powtarzała: „Obyś tylko tak była jak ja szczęśliwa!”