Wieczór na południu

Znużone wieczory odpoczywają na matach morza

(o, złoto sypane garściami ponad zielone gaje!),

drżą czarne cyprysy nocą opite jak słodkim winem,

słaniają się tłuste jak pająki nad omdlałym krajem.

Drży ciepło tkaniną półwidzialną na szybach wieczoru

(o, słodkie ciepło chwil umierających w mórz kołysaniu,

słodkie ciepło ramion zalewających zapachem światy!).

Zaczajone gwiazdy czyhające (ukryte za granią)

na koniec słońca i wytryśnięcie w przestrzenie srebrem,

na noc gęstą jak miód, zalewającą oczy i usta...

Rozwleka się wieczór cichy, niewysłowiony grób myśli.

Przytomność ucieka w nakłębione porty horyzontów,

zostaje sam wieczór, pełen zagadek, a jednak cichy...

38, jesień

IV. Dni

Jestem sam, ja i puste dni zmierzchem brunatne

jak liście poskręcane jesienią w agonii.

Dni z szelestu wysnute, z nocy bez majaczeń,

zwarzone cichym skrzypem kłamanej ironii.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A może dni te skłamał ktoś, tępy przechodzień

plugawiący różowe odblaski i słowa,

i może kłamstwo spadnie szarzejącą nocą,

dni się zjawią zielenią i powiedzą: prowadź.

Skry sypną purpurowe z marzących obłoków

i szczęście białym koniem zatętni pode mną,

i powiem: naprzód, szczęście! Dni szeregiem runą

przez noc pachnącą bzami i gęstością ciemną.

Wolność napłynie w usta purpurowym krzykiem,

zieleń pogryzie szare, daltoniczne noce.

Pełność, jędrność i wolność powstawania będzie

nie nadgryzionym myślą, słodkawym owocem

i wtedy szczęście biczem gwiezdnym zatnę

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

teraz jestem ja i te puste dni brunatne...

jesień 38 r.

Sonet — morze

Noc się w morzu zatapia na ciemną żałobę —

kiry czernią zaleją dawności odpryski

odbijane nad ranem w gładzi zimno-śliskiej

i pochylą się ciemnią nad byłości grobem.

Porty wgryzą się światłem w pół-umarłą wodę,

roześmieją się nocą po pustych ulicach

i miasto w głąb, aż do dna światła chce przemycać,

jak ja, obrazy szczęścia opryskane chłodem.

Morze czarne i barwne! Słoneczne i dumne!

załamane twe ręce horyzontów mglistych

w rozpaczy zamgławionej, jak w płaczu znad trumny.

Żegnaj, morze! W perłowych koronkach błękitne,

morze, morze kwitnące bielą w kwiatach czystych,

i ja tak pewno kiedyś powrotem zakwitnę...

jesień 38 r.

Piosenka

Wprost, na przełaj, przez pola zardzewiałe zmierzchem

pojedziemy w głąb nocy, smutni Don Kiszoci,

po to tylko, by kiedyś (może w baśni progu)

rozerwał nam świadomość zabłąkany pocisk.

Nasze istnienie cierpkie jest, na pół przytomne,

czekające na nowość — nastanie nieznane.

Lękiem w noc wyczekiwań serce pięścią bije,

nie wie, czy błądzić dalej, czy czekać na ranek.

Wiatraki rozszalałych, wirujących myśli

drą nam jaźnie purpurą powstających godzin.

Los nasz tętni, za słońca ukryty zachodem,

zbudzi się może szczęściem w jutrzni słońc narodzin.

Szczęścia jest tylko tyle, ile go wymarzysz,

kiedy ręce ugrzęzną ci palcami w błocie.

Ty!... pamiętaj o baśni, co cię kiedyś zbawi,

lecz nie walcz o nią z ludźmi, smutny Don Kiszocie.

zima 38 r.

Ad Aristum Fuscum

(tłumaczenie) Horatius9: Ody

Fuscu! Człek czysty, przez zbrodnie nie sklęty

nie musi nosić mauryjskich pocisków

nie trzeba jemu cięciwy napiętej

ni mieczów świstu...

Czy to pustynią droga niebezpieczną,

czy niegościnnym kaukazem górzystym,

czy gdzie głęboka rzeka rwie bajeczna

Hydaspes10 szklisty.

Tak mnie gdy spotkał wilk w sabińskim lesie

gdy za daleko zaszedłem śpiewając11

potwór co borem łup swój krwawy niesie

w lesistym kraju

uciekł; o takim ogromnym potworze

nie słychać ani w iubijskiej pustyni

ani w dębowych drzew daunijskim12 borze

co ciemnią słynie...

Połóż mnie w piaskach, gdzie żadnego pola

nie ma; i chłodu nie daje ni chwila,

gdzie kamień pęka w pozsychanych rolach

i noc się schyla...

Połóż gdzie ziemia się skwarem pokryła

gdzie piasek pali, gdzie piekieł gorąco

kochać Cię będę, o Lalage miła

słodką, śmiejącą

wczesna jesień