2. Wahanie

Skądże ten uśmiech na usta się przybłąkał?

«Przywróćcie — mówił — do życia tę piosenkę,

co zmarła we mnie». Wtedy na jego rękę

dźwięczną kropelką stoczyła się biedronka.

«Wiem: to jest tkliwość. Lecz ona nie wystarczy.

Bo więcej trzeba, by śmierć śpiewaniem uwieść:

na skałach dzikich muzyczne gniazdo uwić,

by wywieść śpiew od trwogi ludzkiej starszy».

I wzrok przygasły utonął w własnym cieniu.

«Oddajcie — mówił — tę moc, co tylko ona

obudzić mogła». Wtedy jak uskrzydlona

drapieżność siadł mu jastrząb na ramieniu.

«Wiem: to są szpony, które się rychło stępią,

lecz skalnej kory niezdolne nigdy przebić.

Nie taką drogę trzeba mi pieśnią przebyć,

by łzami osnuć Jej źrenicę sępią».

I w leśną ciszę wszeptywał się: «Przestrzeni,

jakże cię struną, co krwawić śmie, ogarnę?»

I załkał cicho. I jak jagody czarne

łzy dojrzewały w puszystych mchów zieleni.