5. Zmaganie

Pod tym dębem, pod stuletnim, wśród gałęzi skrył się,

a deszcz pierzchnął, siedmiobarwnym łukiem nad nim wzbił się.

Ledwie okiem w nim utonął, w barwnej brodząc nucie,

blady błękit tęczę wchłonął, dąb zawołał: «Zbudź się.

Czas na ciebie, czeka lira, nowej pieśni głodna,

wdrąż się w ziemię, bij o niebo, serca przepal do dna.

Ze mną, boski Orfeuszu, zmierz muzyczną siłę,

mnie pokonasz — śmierć przemożesz3, którą zwyciężyłem.

Popatrz: uschnie młoda łoza4, runie smukła jodła,

patrz: topole śmierć podcięła, ale mnie nie zmogła.

W niebo śpiewem rosnę, w ziemię korzeniami wrastam,

me milczenie jest strumieniem, a ma pieśń liściasta!»

Więc Orfeusz chwycił lirę rozmodloną dłonią,

strunę trącił, już obłoki przebudzone dzwonią.

Jeszcze głosu nie wydobył, już na wargi drżące,

jak na liście, promieniście wbiega młode słońce.

I pieśń począł.

Wrył się w ziemię takim jasnym tonem,

że wzleciały ponad drzewa krety uskrzydlone,

że strumienie, co pod ziemią ciemno się poczęły,

nad brzegami, co je więżą, w lirę się wygięły.

Wzniósł się w górę, ręką jeno5 ciężar strun odmierzał,

a już wiatrem swego głosu w żołędzie uderzał,

a żołędzie melodyjnie trącając się wzajem,

rozdzwoniły włosy wierzby nad leśnym ruczajem,

a w tych włosach smutek nagły wylągł się tak cicho,

że nie będąc jeszcze szeptem, szeptał: «Eurydyko...»

Jeno woda pochwyciła to czułe wezwanie,

a już w kwiaty je wkropliła na leśnej polanie,

a tam trawy zielonawe w korzenie wszeptały

i już drzewa jej imieniem szumieć poczynały.

Targnął strunę, bo nie szeptem śmierć miał głuchą przemóc,

lecz wołaniem tak wysokim, jak gwiazda nad ziemią:

«Chcecie? Rozpacz wam wyśpiewam: płomieniste góry

rosną we mnie, burza wraża w ziemię kły wichury.

Chcecie? Błyskawicą chłostam, serca gryzę gromem,

w ręku piorun mam i rozpacz w oku nieruchomem,

a ta rozpacz w gniew urasta, a ten gniew jest burzą

przeciw tobie, której kształty czarno się marmurzą».

Już nie słowem, ale głosem w twardą korę nieba

tłukł Orfeusz, aż sypnęła ciężkich gwiazd ulewa...

Wtedy przerwał, bowiem uczuł, że mu głos uwięźnie

w niebie drżącym jeszcze...

Ale dąb milczał potężniej.