4. Wstyd
I zapadł w siebie gwiazdą, która boli,
bo go smuciła siła własnej pieśni,
jakże niecelna — myślał — że pozwolił
łzom nazbyt ludzkim w grom się ucieleśnić.
Płacz ma być płaczem — myślał — a łzy łzami,
a pieśń — wysnutą spod serca muzyką —
lecz jak ją wysnuć i gdzie nieść? Wtem zamilkł,
bo jego lira łkała:
«Eurydyko2!
Ten, co się z tobą zestrajał, jak z struną
łączy się liry melodyjne drewno,
z krawędzi śpiewu w własny mrok się zsunął.
Jak po obczyźnie stopą brnąc niepewną,
błąka się w sobie, ocienia żałobą,
nie żal po tobie, lecz smutek nad sobą...»
Więc się zawstydził Orfeusz, a mgły
coraz to gęściej liściami szeleszcząc,
na twarz mu kładły swe wilgotne sny.
A on nie wiedział, czy to deszcz, czy łzy.
I tylko jeż przez mokre biegnąc mchy,
zbierał na kolce srebrne jabłka deszczu.