2

Schody kręte, a trumna w dole maleńka.

Huczało echo — kopuła — pękaty bęben.

Dom rósł w śmierć czarnym dębem,

gdzie kornik żerujący na dźwiękach.

Szło się długo przy świeczce w dół

wśród płaczu drżącego w ustach.

Na dole rozdęta sień

ziała cieniami — pusta.

Padał deszcz, czarni ludzie za bramą.

Karawan, który czekał, w lęku okrzepł.

Mały chłopiec w koszuli, wołałem: «Mamo!»

Kondukt ruszał. Był to mój własny pogrzeb.