Bogaty czy biedny?

Wyjechaliśmy z Iznalloz na Guadix, jeszcze jedno z feudów245 dawnego królestwa Grenady. Droga wiodła prawie cały czas wysokimi płaskowzgórzami, niemal zupełnie nieuprawnymi. Nie były to grunta prywatne, lecz publiczne, miejskie czy państwowe. Żeby je zamienić w rolę, trzeba było tylko jednej rzeczy: wody — ale stworzenie systemu irygacyjnego, takiego choćby, jaki istniał w Grenadzie mauretańskiego średniowiecza, wymagałoby ogromnych kosztów. Kapitału prywatnego nie kusiła taka inwestycja, jak przeważnie nie kuszą go inwestycje rolnicze, amortyzujące się powoli i przynoszące mniejsze zyski od wkładów poczynionych w przedsiębiorstwach przemysłowych. Czasami widziało się opuszczone, szałasowate chaty. Jeszcze jedno uderzało po drodze. Oto nieliczna ludność bała się nas. Nie można powiedzieć, że bała się naszych milicjantów, czerwonych czy białych, że miała sympatie nacjonalistyczne, ale się bała. Czasem znowuż ludzie patrzyli najwidoczniej wilkiem i Pedro, zapytany o dokumenty, podsuwał nie tylko papiery, ale zarazem, po raz chyba pierwszy w tej podróży, dobył spod nóg karabin. Świetne szosy skończyły się dawno i mieliśmy przedsmak tego, czym jest Hiszpania, co jeszcze w sobie kryje dla tych, którzy zboczą od kilkudziesięciu lśniących asfaltem szlaków. Zjeżdżając ku dolinie Guadiksu, mieliśmy również obraz potęgi wody. Były w tym kraju tylko dwa rodzaje pól: ogród, uginający się od olbrzymich słodkich winogron, porastający bananami i pomarańczą, oszołamiający urodzajem, i obok niego, nieco dalej, a raczej nieco wyżej, górzysty, jałowy step. Wszędzie tam, gdzie staroświeckie, obracane siłą muła stąpającego w kieracie studnie zdołały rozlać wodę, był ogród; o parę metrów wyżej, tam gdzie antyczna irygacja nie mogła już sięgnąć, rozpoczynała się pustka.

To nie my, ale nasi towarzysze milicjanci nie mogli się oprzeć myśli, że jedna tama na rzece, zbiornik na wodę, jeden olbrzymi system nowoczesnej irygacji, a granica winogron i bananów podniosłaby się ku górze, ogrody podeszłyby pod szczyty, wgryzłyby się w step. Ale step trwał niezmieniony w swych granicach. Spoglądał swymi płaskowyżami ku dolinom, przeprutym pasemkiem rzeki nie szerszym od białego szlaku szosy, ku chmarze nagich i nędznych dzieci, czerwonym sztandarom trzepocącym na dachach sczerniałych od ognia kościołów.

*

W Guadiksie, pierwszym prawdziwym mieście naszej wycieczki, jedna trzecia ludności mieszkała w glinianych pieczarach. Pokazywano nam je raczej jako osobliwość niż jako okaz zacofania. Była to ludność cygańska, gitanes, stojąca dziś jak wczoraj poza obrębem społeczności kraju. Stroniła od pracy w fabrykach młodego przemysłu miasta, nie brała udziału w rewolucji, pomawiano ją o najczynniejszy udział w grabieży podczas walki stoczonej o miasto między anarchistami a wojskowymi. Była traktowana nieco tak jak się w Rosji traktuje bezprizornych246, trochę tak jak marksiści traktują lumpenproletariat247. Piękne dziewczyny cygańskie ofiarowywały swą miłość, a sekretarz miejscowego Frente Popular248 dał mi do zrozumienia, że wieczorem, w czasie nieobecności mojej towarzyszki, możemy z ofert korzystać. Guadix był zbombardowany. Całe domy, całe partie ulic leżały w gruzach. Rewolucja przeszła tu orkanem, a jednak patrząc na dzielnice nor cygańskich, miałem wrażenie, że jej orka przeszła tu płytko, nie dlatego, że nie zmieniła w niczym egzystencji tych ludzi jaskiniowych, ale że nawet wśród ludzi rewolucji nie zasiała świadomości, iż trzeba położyć kres tym norom w glinie, temu życiu, tej sprzedaży dziewcząt.

Wieczorem moja towarzyszka czuła się niedobrze i poszedłem do apteki po jakiś środek. Dano mi go od razu, ale nie chciano pieniędzy. Pomyślałem, że biorą mnie za cudzoziemskiego komunistę, pracownika rewolucji, i że potrzebuję tego środka dla celów służbowych. Pokazałem więc moje dokumenty, stwierdzające dziennikarski, a więc ściśle prywatny charakter mej podróży. Ale i to nie robiło wrażenia. „No soy companero249 — powiedziałem wreszcie, chcąc po prostu wyraźniej podkreślić prywatność mojej osoby. Lecz to znowu wywołało niemal panikę: lekarstwo już zawinięte wciśnięto mi do ręki, mnie samego omal nie wypchnięto za drzwi. Obok był sklep z obuwiem. Chciałem sprawdzić, czy w tym zaczarowanym mieście także buty dostaje się za darmo. Wszedłem i kazałem je sobie pokazać. Okazało się, że mają numery wielkości od 48, czy coś takiego wzwyż, oraz kilka numerów na stopy zupełnie chińskie. Czterech subiektów250 wielkiego i pustego sklepu nudziło się za ladami i kasą naładowaną bonami rekwizycyjnymi, zwykle bez żadnych pieczęci. Można było bez wielkiego trudu stwierdzić — gdyby to stwierdzenie posiadało jakąś statystyczną wartość — jak wielkie są wahania rozmiarów stopy ludzi dorosłych — dzieci nie rekwirowały — w Guadiksie. Nie znaczy to zresztą wcale, aby Guadix był miastem pozbawionym ludzi bosych. W innym sklepie zapytałem o błony do kodaka251, błon nie było i nie było aparatów. Właściciel czerpał za to pewien zwiększony stosunkowo dochód z wywoływania zdjęć. Ten przynajmniej, w odróżnieniu od sprzedawcy butów, miał jakąś pociechę ze swego stocku252 kilkudziesięciu zarekwirowanych i funkcjonujących gorączkowo w ręku ludu aparatów. Noc spędziłem w lokalu Socorro Rojo („Czerwonej Pomocy Międzynarodowej”), mieszczącym się w domu kanoników kapitulnych253. Meble stanowiły mieszaninę starej hiszpańszczyzny i najgorszego mieszczańskiego gustu, ale nie świadczyły o bogactwie kapituły. Powiedziano mi, że w bibliotece odkryto jakieś niesłychane wydawnictwa pornograficzne, i pokazano mi bibliotekę. Znalazłem dużo książek religijnych z ub. w., jakieś podróże i historie, roczniki hiszpańskich „Niw” czy „Tygodników”, całość bardzo przeciętną, ale nie zdrożną. Zapytałem o pornografię. Nikt z mych rozmówców sam jej nie widział, nie wiedział też, gdzie się podziała. Za to z okrzykami oburzenia wyciągnięto jako nieprzyzwoitą książkę Listy perskie Monteskiusza i Kandyda Voltaire’a254, a gdy wyraziłem powątpiewanie, odczytali mi kilka soczystych ustępów z korespondencji haremowej Uzbeka z jego wielkim eunuchem. Biedna, stara książeczka, wciśnięta od lat w kąt biblioteki między jakieś rachunki i kancjonały255, pachniała mdłym zapachem świętej starzyzny. Myślałem chwilę o regime’ie, którego przed wiekami podcinał ostry dowcip tej książki, a moi towarzysze widzieli w niej tylko jedno: kilkanaście pachnących ostrą zmysłowością scen, zdań, porównań, uwieńczonych, niestety, nużącym gadulstwem na tle jakichś urządzeń i stosunków w dawno nieistniejącej Republice Weneckiej.

Następnego dnia przybyliśmy do Almerii, miasta portowego wielkości Częstochowy czy Przemyśla, wciśniętego między masyw pustynny, górzysty i skwarny Alpuhary i morza. Na wyżynie, zwróconej już stokami na śródziemnomorskie południe, brakowało wody nie tylko dla roślin, ale dla ludzi. Przebyliśmy drogę wszyscy zmęczeni niesłychanie, choć był to najkrótszy etap i choć z początku zamierzaliśmy tegoż jeszcze dnia dojechać choćby do Malagi. Po przybyciu do Almerii moja towarzyszka dostała jednak silnej grypy. Noc w samochodzie w Iznalloz, a potem druga, niewiele łagodniejsza, w spalonym Guadiksie, nabawiła nawet naszych milicjantów lekkich przeziębień. O dalszej podróży nie było mowy. Po kilku dniach moja towarzyszka była jeszcze tak osłabiona, że wracać do Madrytu nie mogła, a myśmy jednak musieli samochód odesłać. Wczesnym świtem nasza eskorta i korab256 dróg asfaltowych odbiły ku Madrytowi. Nie mogę powiedzieć, abym nie żywił wówczas obaw o przeszłość naszego powrotu; pozbawieni samochodu ministerialnego i eskorty milicyjnej, z przepustkami, których okres ważności szybko minął, o sześćset z górą kilometrów od Madrytu, pod władzą lokalnych rewolucjonistów i niedalekiej czerwonej Malagi, przypominaliśmy sobie lipcowe opowieści turystów samochodowych, których rewolucja złapała w środku Hiszpanii i którzy miotali się później po jej drogach, uciekając raz na Irun, raz na Gibraltar, zawsze zatrzymywani, nieraz ostrzeliwani.

W naszej sytuacji nie zaszło jednak nic podobnego. Miejscowy komitet Frontu Ludowego wysłał nam lekarza i tym samym odpadła jedna z głównych obaw; pamiętaliśmy lekcję z Linares, gdzie wskutek rozstrzelania paru miejscowych lekarzy z największą trudnością znaleźliśmy dentystę. Zakwaterowano nas w hotelu w którym już stanęliśmy, skromnym, ale porządnym. Wystawiono lokalne firmany257 bezpieczeństwa i przestano na nas zwracać uwagę. Front był stąd daleko. Pod Colomerą czerwoni zostali pokonani, jak o tym doniosła pantoflowa poczta. Drogą na Malagę, będącą już ponoć pod obstrzałem grenadzkich wojsk białych, szły z Murcji posiłki. Poza tym w Almerii panowała zupełna cisza. Wieczorami tłum wylegał na bulwary, w dzień był normalny ruch w porcie. Tylko samochody malowane w skróty słów, znamiona partii rewolucyjnych, sierpy, młoty i gwiazdy, mówiły na pierwsze spojrzenie o rewolucji. Tylko kilka kościołów spalonych i wielki posąg Chrystusa, wzniesiony nad zamkiem arabskim i radiostacją, zburzony teraz dynamitem, wskazywały przejście huraganu.

Całe dnie chodziłem po ulicach, przedmieściach, wysiadywałem w porcie i nad morzem, wstępowałem do kawiarń i szynków. Do mojej towarzyszki zachodziłem na dłuższą chwilę rozmowy po godzinie siódmej, gdy wyszedł już lekarz. Ów lekarz, wydelegowany przez komitet Frente Popular, przychodził co dzień i przesiadywał godzinę, dwie, choć chora była już po prostu tylko bardzo osłabiona i choć sam zalecał, żeby miała jak najwięcej spokoju i żeby jej długimi rozmowami nie męczyć. Z początku myśleliśmy, że bierze nas za zamożnych cudzoziemców i że godziny rozmowy będą przeliczone na słoną taryfę wizyt lekarskich. Ale okazało się, że za leczenie nic się nie może należeć, bo wchodzi to ściśle w zakres obowiązków lekarza wobec Frente Popular. Pomyśleliśmy wówczas, że w zakres obowiązków lekarza wobec Frente Popular wchodzi może zbadanie politycznego pulsu cudzoziemskich pacjentów, i byliśmy szczególnie ostrożni w wyrażaniu naszych opinii. Ale właściwie to nie my, nawet nie panna Jeziorańska mówiąca doskonale po hiszpańsku, byliśmy stroną czynną w rozmowie. Przeciwnie, mówił, opowiadał lekarz i to, co opowiadał i co ja obserwowałem, składały się na dwie połowy dnia i dwa jego obrazy.

Ja w porcie, leżąc na plaży, widziałem kołyszący się za molem biały statek. Lekarz poinformował nas, że na tym statku uwięzieni są jako zakładnicy wszyscy, których nazwiska mogły coś znaczyć w tym mieście: zamożniejsi lekarze, urzędnicy, właściciele will, kupcy, restauratorzy, wojskowi, księża, że codziennie nad ranem rozstrzeliwuje się z tej paczki po kilkunastu. Przechadzając się po mieście, nie widziałem niemal śladów kul na domach ulic. Rewolucja przeszłaby tu bezkrwawo? Ale wieczorami przychodził lekarz i opowiadał, że wojsko na wiadomość o przewrocie w Barcelonie zamknęło się niezdecydowanie w koszarach, że z tłumu poczęto rzucać kamienie do wartowników, że ci zaczęli strzelać, że po kilkugodzinnym oblężeniu poddało się i wojsko, i 250 ludzi licząca załoga Guardia Civil258 — i że z tej Guardia Civil, która poddała się tak łatwo, rozstrzelano dwustu, że wybito nie tylko oficerów, ale i podoficerów, że żołnierze odesłani zostali do Murcji, nie na front, bo są niepewni. Wracałem do hotelu dzielnicą pięknych will — lekarz mógł mi opowiedzieć krwawe i ponure historie każdej z nich. Zaszedłem do komitetu Frontu Ludowego, rozmawiałem z jego sekretarzem, z władzami: lekarz wskazywał, na którym z tych ludzi ciąży krew, na którym — pospolite szalbierstwo. Przemawiał na wiecu w porcie jakiś almeryjski Robespierre259, w czerwono-czarnej chuście. Lekarz bał się go najwięcej. Był może jedynym żyjącym człowiekiem, który pamiętał Robespierre’a Almerii na usługach królewskiej tajnej policji. Jakże odbywa się podobną drogę? Mój Boże! — mówił lekarz — to tak proste. Zobaczył w roku 1930, że w Hiszpanii nie idzie, zaczął kombinować z ludźmi siedzącymi w więzieniu, tuszował rezultaty własnej szpiclówki, chował pod sukno dowody obciążające. Zaskarbiał sobie łaski twórców republiki, nie zapomniano o nim! Cóż prostszego niż powtórzenie tego manewru w kilka lat potem, u schyłku panowania rządu Lerroux, gdy narastały szanse skrajnej lewicy? Czy teraz powtórzy się jeszcze po raz trzeci owa szpiclowska spekulacja na historię? Doktor nie był tego zdania. Nie dlatego, że byłoby to niemożliwe, po prostu dlatego, że było to już niepotrzebne. Jedyne, co pozostanie, to wyniesienie się w czas z całym nabytym dorobkiem.

Pytaliśmy się lekarza, czy wielki jest dorobek uciułany przez takich Robespierre’ów w drugorzędnym mieście hiszpańskim. Doktor potakiwał. Nie trzeba lekceważyć Almerii. Pod Almerią są czynne po dziś dzień kopalnie złota. Tędy przewozi się ołów, tu ładuje na okręty jeden z najlepszych gatunków hiszpańskich winogron. Tu wreszcie ładuje się całe masy esparty, trawy rosnącej na wzgórzach Alpuhary, cennego surowca angielskich papierni. Czyż to jest zresztą wszystko? Niech się przejdę dwiema dzielnicami domów nad morzem: w tych domach drzemało bogactwo przemysłowe, kupieckie, armatorskie trzech pokoleń. Niech się przyjrzę zarekwirowanym samochodom. W Almerii było samochodów siedem tysięcy — więcej niż na całym naszym Górnym Śląsku, więcej niż w Warszawie. Trzech lekarzy tutejszych — nie przemysłowców, bankierów, ale lekarzy — posiadało rolls-royce’y i hispano-suizy. Czy jest w Polsce lekarz właściciel royce’a? Było z czego ciułać do nocy 19 lipca. Lekarz wyliczał i obliczał. Często sam nic nie mówił. Przynosił za to gazetę. Był to „Diario de Almeria”, znajdowało się w nim niecodzienne wiadomości. Tak więc władza zapowiadała surowe kary na rozpowszechniających szczególnie złośliwe plotki. Nieprawdą jest mianowicie — ta formuła sprostowań jest widocznie ubezpieczona od wstrząsów społecznych — jakoby trupy po egzekucjach rzucano do źródła wody spływającej ku Almerii i że w rezultacie woda w mieście jest zepsuta i że szerzy się zaraza. Czytaliśmy dalej, żeby zobaczyć, co nastąpi po sakramentalnych słowach sprostowania: natomiast prawdą jest. Troskliwe władze rewolucyjne Almerii pośpieszały uspokoić ludność wiadomością, że egzekucji nocnych dokonywa się nad dużym dołem wapiennym, skąd żadne źródło wody żywej nie płynie. Że po każdej „kolejce” zasypuje się zwłoki gaszonym wapnem, że więc ludność może spokojnie pić wodę. Lekarz odkładał gazetę, a my sprostowanie. Ulice Almerii były o tej wieczornej porze najgwarniejsze. Przez mirador pokoju chorej dolatywała muzyka orkiestr. Ludzie na esplanadach260 czytali spokojnie „Diario de Almeria” i najwidoczniej uspokojeni życzliwym i przezornym zarządzeniem grabarskim władz, pili przez słomkę wodę sodową. Mord masowy stał się czymś spowszedniałym i potrzebnym, niczym asfaltowanie nowych nawierzchni w mieście, burzenie niebezpiecznych ruder czy przepowiedzenie kanalizacji. Lekarz w takie dni wychodził wcześniej, jakby unikając jakichś naszych, krępujących i dla niego, i dla nas, wypowiedzi, jak gdyby tego dnia powiedział nam dostatecznie wiele. Pozostawieni sobie, myśleliśmy, przerzucając się kolejno w inną skrajność, czy ten lekarz urzędowy Frente Popular nie jest czasem ukrytym Wallenrodem261 prawicy, czy nie spełnia tu przy nas roli informacyjnej, służby w kontrpropagandzie białych? Ale i to nie było prawdopodobne: lekarz zbyt dokładnie opowiedział własne dzieje, zbyt to opowiadanie wyglądało niejasno, aby nie miało być prawdą.

Był synem niezamożnych rodziców. Skończył z trudem medycynę. Przypadkiem zajął się nim zamożniejszy kolega, polecił swemu ojcu-lekarzowi, znaleziono mu posadę na prowincji. Lekarze, adwokaci w Hiszpanii uciekają od prowincji, od małego miasteczka, od wsi, niczym ich polscy towarzysze. Lekarz przeszedł kolejno do Almerii. Był przekonań lewicowych, leczył tanio chorych, był niebogaty. Skrzyżowanie tych trzech właściwości, spotęgowanych przez czwartą, najsilniejszą — tę, że nie miał na lewicy osobistych wrogów — ocaliło go w potopie rewolucji, rzuciło na stanowisko lekarza Frontu Ludowego. Przez czas jakiś stwierdzał po egzekucjach zgony ofiar. Przez czas jakiś zarządzał kostnicami, do których przewożono zwłoki ludzi wywiezionych za miasto i zastrzelonych. Teraz był to biedny, zastrachany człowiek. Nie był pewien, czy rewolucja nie zmiecie i jego. Nie mógł jej teraz, po tym wszystkim, życzyć zwycięstwa. Widział zresztą więcej z Almerii, niż mogłem jej widzieć, błądząc z kąta w kąt w obcym mi zupełnie mieście. Nie wierzył, żeby te żywioły, które mogły uprawiać w mieście terror, były w stanie zgotować wojskom idącym z Grenady hiszpańską Valmy262, hiszpański Radzymin. Sądził, że prędzej czy później skończy się to klęską. Patrzył jakby odrętwiały, jakby odrętwiałym mózgiem przyjmował myśl, że wówczas stanie i on przed sądem, jako lekarz Frontu Ludowego, zawiadowca kostnic rewolucji, lewicowiec z pierwszych lat republiki. Jakby w odrętwieniu przyjmował spokojną, chłodną myśl, że ludzie, którzy będą wtedy badali jego sprawę, potrafią w najlepszym razie sklasyfikować ją automatycznie i tępo, jakby wykonując wpółobrót w prawo czy na ramię broń tempo dwa, jeśli w ogóle nie ujrzą jej poprzez wspomnienie zadanych im krzywd. Robespierre wsiądzie na którykolwiek z tych statków w porcie, był przewidujący. Może będzie jeszcze spokojnym rentierem w tańszej miejscowości Błękitnego Brzegu263. Dokąd jednak pojedzie ten lekarz? A niestety, nie mieliśmy najmniejszych złudzeń co do losu, jaki go tu czeka.

Tak co wieczór przybywało nowych konturów i nowych barw w obrazie Almerii krwawej, okrutnej, bogatej przedtem i możnej. Dopełniała się statystyka dzisiejszych ofiar a wczorajszych panów, mąciło wszystko, co przez dzień zebrałem. Ale potem przychodził drugi dzień, nowe samotne spacery, nowe i te same spotkania. Nie, nie zawsze i nie wszędzie widział lekarz dobrze. Almerię stanowiły nie tylko dwie dzielnice domów przy porcie, pięknie wyrysowane bulwary will i domy w starannych ogrodach. Almerię stanowiły wielkie i rozległe dzielnice nędzy. U stóp zburzonego pomnika na górze wznosiły się lepianki godne arabskich. Ulice, którymi śmigały rollce’y i hispany, przytykały do ohydnych zaułków. Na końcu plaż miejskich, pustych jak nasze plaże we wrześniu, rozpoczynały się pola łóz i szuwaru, domy plecione z tych łóz i szuwaru niemal murzyńskie. Powtarzała się nędza z Guadix. Szła za nią ciemnota, analfabetyzm, fałszywa oświata. Mówiłem o tym lekarzowi. Odpowiadał znowuż, że istotnie, kraj jest biedny, miasto jest biedne.

Szedłem potem do portu, gdzie panował ożywiony ruch. Ładowano rudy almeryjskie, miedziane, ołowiane, złote, tak jak u nas ładuje się węgiel. Ładowano wielkie zwały korkowca, skrzynie winogron. Angielskie statki przybijały po suchą, trzeszczącą w palcach trawę-espartę.

Wszystko to dostawiał do samych prawie okrętów chłop almeryjski, południowy, mniej może arabski niż człowiek spod Grenady. Był obdarty, nie umiał czytać. Przyjeżdżał wozem dwukołowym, zaprzężonym w chude, ale przybrane we wzorzyste uprzęże osły. U rozpełzłego sombrera nosił niewielką czerwoną szmatkę, która jednocześnie imitowała kokardę i sygnalizowała przekonania. Ten strzęp czerwoności był zresztą jedyną widoczną zmianą w porcie. Poza tym było wszystko jak dawniej. Stały statki angielskie, duńskie i norweskie. Nic się nie zmieniło w porcie, choć za molem kołysał się statek ze straceńcami. Kraj nie przestał być ani na chwilę bogaty i biedny. Najcenniejsze rudy świata, rudy miedzi i ołowiu, piaski złota, to, czego inne narody szukały za morzami, pokarm wielkich hut, strawa fabryk, ładowały się tu jak gruz bezużyteczny, wyrzucony na śmietnik. Chłop niemal dziwił się, że po ten kamień ci obcy marynarze, których bogactwo przecież biło w oczy, fatygują się, żeby płynąć tak daleko. Horyzont portu zamykała ta sama od wieków panorama gór płowych, bezwodnych, porastających suchą włóknistą trawą, niezdatną nawet bydłu na pościółkę. Kraj był więc biedny. Ale tę samą trawę wiązaną w snopy ładowano na okręty, gdzieś daleko czekały na nią maszyny i fabryki, jeden z największych przemysłów papierniczych świata, wyrabiano z niej kosztowny gatunek papieru i robotnicy, którzy go wyrabiali, żyli w warunkach pracy i płacy, o jakich się nie śniło zwożącemu tę trawę z gór chłopu. Dniami i tygodniami było to samo w porcie almeryjskim. Ciągnął sznur wysokich hiszpańskich wozów, chłopi ładowali na statki o obcych flagach rudy, zwały korkowca, snopy esparty; od czasu rewolucji zarabiali o pesetę więcej, ale od czasu rewolucji wszystko podrożało w trójnasób. Chłop brał tedy swoją pesetę więcej, wyładowywał swą espartę, cmokał na osły i odchodził. Ciężkie koła dudniły jak zawsze po kamieniach nadbrzeża. Co myślał chłop andaluzyjski, mijając tak ze swymi osiołkami i skrzypiącym, drewnianym wozem ciemne flanki wysokich parostatków? Czy zestawiał siłę narzędzia, którym wykonywa swą pracę, z siłą tych obcych? Czy zastanawiał się, jak to jest właściwie z tą biedą i z tym bogactwem, jak to jest naprawdę z Almerią, z całym jego krajem? Bogatyż on w końcu czy biedny? Byli bogaci i rządzili, wyrżnięto, wygnano bogatych. Zabrano im bogactwo. Dlaczegóż nie stał się on, i wszyscy, bogatszy, dlaczego nic się nie zmieniło w tej robocie, poza podniesieniem mu płacy o pesetę — i podrożeniem cen w sklepie?

I istotnie, nic się nie zmieniło. Przez ręce tego chłopa przeciekało nadal nieustannym strumieniem bogactwo ziemi hiszpańskiej, jego bogactwo. On sam, swoimi rękami, jako bezużyteczny dla niego gruz ładował na cudze statki rzecz, która w ręku innych przemieniała się w kosztowne części maszyn, w ołów pocisków, w kruszec kas bankowych, w pokrycie obiegu banknotów. On sam ścinał i wywoził bezużyteczne dlań ziele, które stawało się gdzie indziej surowcem wielkiego przemysłu. Pod jego dosłownie stopami było wszystko, z czego mógł powstać nowoczesny, potężny przemysł. Wokoło niego było bezrobocie i nędza wegetacji. Ludzie, szukając z niej wyjścia — mordowali się i walczyli. Szukając z niej wyjścia — wystrzelali jeńców z Guardia Civil, postawili biały statek-więzienie u wylotu portu. Szukając z niej wyjścia — zapełniali co świtu nową kośbą straconych dół egzekucyjny, zalewany wapnem. Był więc przedsiębrany wysiłek olbrzymi, ciężki i kosztowny. Ale mimo to nie zmieniło się nic. Obce okręty, okręty bogatych, dobrze zorganizowanych krajów, wypompowywały, jak za monarchii i jak za republiki mieszczańskiej, treść tej ziemi. Chłop, zjeżdżając po zwózce, śmigał tak samo biczyskiem po wyliniałych kłębach osiołków. Nie był on wtedy podobny ani do Maurów, którzy pozostawili swoje ślady na szlakach Iznalloz, ani do conquistadorów264 kastylskich, którzy tych Maurów wygnali, ani nawet do Murzynów afrykańskich, których przypominały szuwarowe lepianki nad morzem. A przecież przypominał kogoś dobrze znanego z kronik początku nowych wieków: przypominał tych królików karaibskich półnagich a dumnych, strojnych w pióra i bosonogich, którzy w zamian za szklane świecidełka płacili marynarzom Krzysztofa Kolumba sztabami szczerego złota. W takich chwilach przychodziło mi na myśl, że jest tragiczna Nemezis265 dziejowa, która rasie pierwszych kolonizatorów, dziedzicom conquistadorskiego wyzysku, każe po wiekach stać się ciemnymi jak tamci, wyzyskiwanymi jak tamci. Biały statek-więzienie kołysał się dalej w porcie, nędzni chłopi i barki rybackie czerwieniały rewolucyjnym znakiem. I mimo tego statku, mimo tych flag, mimo dołu egzekucji masowych nie można było w żaden sposób o takiej godzinie, w centrum czerwonej Hiszpanii, pod bokiem Malagi266, tej krwawej Odessy nowego pożaru, uwierzyć i uświadomić sobie, że ten kraj naprawdę przeżywa, naprawdę przechodzi swoją wielką, potrzebną, rewolucję.

Walka o Madryt