W przededniach

Siedmiusetkilometrową drogę powrotną odbyliśmy autem w ciągu jednego dnia, wyjechawszy o piątej rano z Almerii, przybywszy wieczorem do Madrytu. Lokalny Front Ludowy dał nam auto, przepustki i eskortę. Jechaliśmy na Murcję i Albacete: tu formowały się pierwsze oddziały regularne ochotników cudzoziemskich i powiedziano nam, że wśród tych ostatnich znajdują się Polacy. Ale trzeba było śpieszyć dalej, żeby zdążyć przed nocą do Madrytu. Niepokój wyczuwano wszędzie. Zbliżały się dnie rozstrzygnięć. Armia gen. Franco szła z Toledo niewstrzymanym pochodem. Po naszej stronie objął władzę „hiszpański Lenin” Largo Caballero, w Madrycie zaprowadzono stan oblężenia. Mówiono nam o głodzie i nakupiliśmy po drodze, co było można. O zmierzchu przejechaliśmy przez królewskie ogrody Aranjuezu. Wojsko koczowało wzdłuż drogi i czerwone ognie od kuchen żołnierskich opełzały marmur barokowych bogiń i herby burbońskie bram. Minęliśmy karawanę armat i rząd ciężkich samochodów towarowych. Zza wierzb przydrożnych wyskakiwały warty i trzeba było uważać, by nie minąć ich bez zatrzymania. Bliskość frontu i popłoch czuło się wyraźnie. Nasi milicjanci zaproponowali nam z lekka, że wsadzą nas na jakieś inne auto jadące do Madrytu, a sami wrócą. Ale przepustka opiewała, że na powrót musi być wizowana w ministerstwie wojny, chcąc nie chcąc, musieli więc jechać. Zdrzemnęliśmy się w wozie, obudziły nas wołania i jakiś płynący przez szyby mdły, ciepły i słodkawy fetor. U rogatek warty sprawdzały przepustki. Przed nami przesunęło się parę limuzyn: przewodniczący Kortezów, Martinez Barrio, wracał właśnie z objazdu frontu. Fetor dolatywał od cmentarza odległego zresztą o prawie pół kilometra. To spalano ciała rozstrzelanych.

Madryt był zmieniony w ciągu tych trzech tygodni. Na ulicy legitymowali mnie wieczorem, parokrotnie, tajniacy. W nocy pokoje mego hoteliku obeszła nagła rewizja. Słyszało się z daleka, jak pukali do pokoju, jak wchodzili gromadnie, potem głośne zapytanie: „La documentación?”, potem odgłosy rozmów, pytań, zaprzeczeń, dochodzące już chaotycznie, zgłuszenie. W pokoju obok mnie ktoś, oczekując swej kolejki, szurał jakimiś papierami czy szmatami, może je darł, może chował. Czynił to głupio, bo słychać było wszystko, niemal oddechy za ścianą. Po długiej, długiej chwili drzwi się zamykały, kroki zaczynały stukać po korytarzu. Zatrzymywały się znowu przed jakimiś drzwiami. Na pukanie odpowiadał jakiś zdyszany, niby to zdziwiony głos, ale czuło się, że dobrze już wie, o co chodzi. Zdziwienie należało do konwenansu. Siedem razy usłyszałem: „La documentación?”. Czekałem mojej kolejki. Otóż moja kolejka nie przyszła jakoś wcale. Miałem papiery w porządku, wyrwany nagle ze snu, broniłbym się spokojnie, ale teraz takie długie czekanie, przerywane co kilka, kilkanaście minut owym „La documentación?” osłabiło nerwy. Leżałem jeszcze długo przed zaśnięciem na nowo. Już wolałem, żeby przyszli szybciej. Wiedziałem, co znaczą te rewizje. Oto generał Queipo de Llano, który wsławił się swymi przemówieniami przez radio, pochełpił się pewnego wieczoru informacją, że poza czterema kolumnami wojsk idących na Madryt, w samym mieście ukryta jest po domach jedna jeszcze, piąta kolumna, która w odpowiednim momencie wypadnie na tyły czerwonych. Podejrzliwości tłumu nie trzeba było aż tak bardzo podsycać. Słowa o quinta columna stały się sławne. Zdwojono czujność, wzmożono aresztowania i sumaryczne, masowe wyroki. Można śmiało powiedzieć, że rozstrzeliwano wtedy każdego, kogo posądzano o jakiekolwiek prawicowe znajomości. Kto był młody i siedział w Madrycie. Dozorcy domów otrzymali szczególne zlecenia inwigilacji. Zbliżający się huk armat, dolatujący przez ciszę nocną trzask karabinów maszynowych, zdwajał terror. Moc młodych ludzi zaciągnęło się wówczas do milicji, poszło na front w nadziei przedarcia się do tamtych, a uniknięcia w Madrycie śmierci. Pojechaliśmy kilka razy na linie. Pozycje oglądane przez nas przed trzema tygodniami w Guadarramie były już w ręku faszystów. Kolumna Mangady wycofała się na wzgórza Santa Maria de Alameda, wznoszące się zupełnie stromo nad opuszczoną doliną. Navas del Marques, Navalperal, gdzieśmy pierwszy raz byli na linii bojowej, San Martin i sztuczne jezioro — wszystko było utracone. W Illescas, w połowie drogi Madryt-Toledo byli już powstańcy. Szoferzy ministerstwa byli tak tchórzliwi, że stawali z autem daleko w tyle i trzeba było iść parę kilometrów, żeby dojść do jakichś pozycji. Ale teraz walka była naprawdę ostra. Przed Illescas osypano nas idących z żołnierzami, prawdziwym gradem kul, szczęściem ze zbyt znacznej odległości, żeby mierzyć celnie. Zarywały się w zoranym polu małymi obłoczkami kurzawy lub świstały w powietrzu. Żeby dojść do okopów, musieliśmy przejść pole zasypane parę dni przedtem pociskami armatnimi. Co kilkadziesiąt kroków były duże leje od wybuchów. Wiele pocisków nie wybuchło wcale. Leżały groźne, połyskujące świeżym metalem. Żołnierze na linii witali nas przyjaźnie, ale nie kryli swego rozgoryczenia. Gazety piszą, że lotnictwo rządowe odnosi zwycięstwo za zwycięstwem, a gdzież je widać na froncie? Posyłają nam te gazety, ale ciepłego jedzenia tośmy już od dwóch dni nie mieli: kuchnie polowe zbyt się szanują, żeby podjeżdżać w teren obstrzału. Jeśli sanitarny ambulans szkocki, ochotniczej pomocy, nie podjedzie wziąć naszych rannych, to darmo czekać na nasze. Ambulans szkocki istotnie podjeżdżał na pierwsze linie. Młodzi, wysocy drągale, najtypowsi nordycy szli z fajeczką w zębach, podnosili rannego, tłumaczyli mu dobrodusznie, że nic mu właściwie nie jest i pakowali na wóz. Odcinali się wyraźnie od rozgadanych, patetyzujących, wylewnych Hiszpanów. Byli pierwszymi cudzoziemcami na froncie.

Za to w wielkim hotelu madryckim na Gran Via odbywało się codziennie inne zbiegowisko narodów. W książkach opisujących spotkania przedstawicieli różnych nacji zwykło się czynić z opisywanych rodzaj ludzkich karykatur, o przesadnie uwydatnionych cechach etnicznych. Opis zbiegowiska dziennikarzy zagranicznych, jakie w końcu października koczowało w kawiarni Gran Via, trudno by przesadzić. Można go tylko nie dociągnąć. Pojawiły się jakieś typy nieprawdopodobnej wieży Babel. Było najpierw paru olbrzymich, tykowatych Amerykanów, patrzących z góry i spoza olbrzymich okularów i bełkoczących ustawicznie „beloł, beloł”. Był złotorudy Angliczek ubrany ze starannością, która wśród tych kurtek i swetrów czyniła archaiczne wrażenie: brakowało mu tylko kapelusza khaki, żeby być boy scoutem267 i kraciastej spódniczki, żeby występować w szkockim balecie. Był gruby Amerykanin, przedstawiciel Hearsta268, którego interesowała jedna rzecz: możliwie dokładna cyfra codziennych trupów. Pisma Hearsta waliły w rząd madrycki najstraszniejszymi opowieściami, toteż gruby Amerykanin nie był w łaskach u władz. Byli Francuzi, którzy jako cel przybycia zadeklarowali ochotę opracowania, jak się odbędzie wjazd generała Franco, a tymczasem wyszukiwali w mieście ostatnie pozostałe tu dziewczynki i opowiadali wieczorem o swych wyczynach w domach publicznych. Było dwóch młodych Niemców emigrantów, wyglądających na chłopców z dobrego domu, nierozdzielnych, zawsze razem, pracujących jako fotoreporterzy „Vu”269. Była wysoka, ociężała Szwedka: chodziła w granatowych spodniach milicjanta i flirtowała z tłumaczem Ilji Erenburga270, młodym Żydem gdańskim. Był Ilja Erenburg i Michał Kolcow271, obaj Żydzi odescy. Trzymali się dość osobno, byli bardzo ważni, wyróżniano ich też bardzo. Była wreszcie przyjaciółka panny Jeziorańskiej, popularnie zwana grubą Ilzą. (Były bowiem dwie Ilzy, choć, co prawda, obie dość pokaźnych średnic). Ilza gruba była energiczną, pękatą osóbką, uciekinierką niemiecką — raz jako socjalistka, raz jako Żydówka — żywą, zaradną, powierzchowną, przebojową. Po Hitlerze osiadła w Madrycie i stała się korespondentką norwesko-duńsko-szwedzko-austriacko-czeską. Właśnie sięgała po zapomnianych w tej Paneuropie Flamandów272, gdy natrętne władze Gil-Roblesa odkryły, że aby dostać obywatelstwo hiszpańskie wzięła ślub z jakimś madryckim żebrakiem. Ponieważ zbyt czynnie manifestowała swój socjalizm, dostała się jeszcze do więzienia, skąd wyzwoliły ją dopiero wybory Frontu Ludowego. Ilza wyszła bohatersko z Carcel Modelo273 i wstąpiła do komunistycznego „Mundo Obrero”, ale wylano ją stamtąd w dniu zamordowania Calva Sotelo. Dlaczego wylano Ilzę, nikt nie wiedział dokładnie. Ona sama twierdziła, że komunistyczna redakcja nie mogła znieść socjalistki i że wylewając ją, łamano pakt proletariackiej jedności walki, sceptycy utrzymywali, że nadojadła274 intrygami. Ostatecznie w twierdzenie Ilzy uwierzyli jedynie trockiści, wszyscy inni cenili ją raczej za jej żywość, rzutkość niezmordowaną i humor. Ilza wiedziała, że nie pobije nikogo głębią swej myśli: walczyła tempem produkcji. Istotnie, do października zdążyła już napisać dla wydawnictw norwesko-flamandzkich wielkie studium o rewolucji hiszpańskiej i właśnie zabierała się do nowej książki. Mam nadzieję, że do końca wojny dorobi się dziesięciu tomów prawdziwie seryjnej produkcji.

Narodów było dużo, w tym Żydów najwięcej. Przedstawiciel Czechosłowacji nazywał się Vratislav Süssman, przedstawiciel Rumunii był z Kiszyniewa. Wśród Amerykanów znajdował się jeden zwłaszcza, chłopak o miłym, szczerym uśmiechu. Miał jeszcze więcej humoru od reszty swych rodaków, więcej beztroski, więcej także rzetelnej obserwacji pod pozorami zupełnej prostoty. Pisał do codziennego pisma komunistycznego w Stanach „Daily Worker”, był dobrze oczytany w marksizmie, choć nie uważał tej doktryny za omegę myśli ludzkiej. Nazywał się Greenspen. Nie umiem zupełnie rozróżniać Żydów od nie-Żydów. Brak tego daru niebios, tak hojnie użyczonego mym rodakom, nie jest jednak zbyt dotkliwym kalectwem. Niemniej ze zdziwieniem dowiedziałem się od Greenspena, że jest Żydem. Swoim sposobem bycia, prostym, naturalnym, niepodejrzewający nikogo, pewny swego, przypominał mi nie tylko innych Amerykanów, ale i chyba jednych tylko Żydów — chaluców275 palestyńskich. Takich Żydów nie ma ani w ZSRR, ani w Polsce, ani w Niemczech. Widać, że tacy właśnie są w Ameryce. Mały Greenspen był prawie moim współpowietnikiem. Jego ojciec pochodził z Kiszyniowa, matka z „innego miasta w Besarabii276”, którego nie mógł sobie dobrze przypomnieć. Greenspen wiedział, że w tym mieście jest cudowna Matka Boska, ale nie prawosławna, tylko polska. Mówiła mu to matka. Urodził się w Stanach. Potem okazało się że „inne miasto w Bessarabii” było po prostu Berdyczowem. Teraz ja mówiłem Greenspenowi o Berdyczowie jego matki. Cieszyłem się, że syn pachciarza277 nie wyniósł stamtąd jakiej gorzkiej, świat mu jątrzącej, zawiści, niewyraźnych uprzedzeń, niedoleczonych uraz, podziwiałem wielkość amerykańskiej szkoły ludzkiej, że tamto wszystko, co u nas wloką za sobą synowie fornali278 i wnukowie ekonomów wygładza najistotniejszymi z wartości demokracji. Często wieczorami odprowadzaliśmy się po pustym i ciemnym mieście. Bano się zapalać świateł, wobec możliwości nocnych nalotów. Greenspen mieszkał w gmachu ambasady Stanów Zjednoczonych. Był Amerykaninem w pierwszym pokoleniu, nieanglosaskiego pochodzenia, współpracownikiem komunistycznego pisma, które właśnie krytykowało ostro politykę Roosevelta. Ambasada Stanów Zjednoczonych ułatwiła mu wszystko, aż do żywności, aż do mieszkania, aż do drobiazgów. Gdy nie miał auta, attaché wojskowy jeździł z nim swoim na front. Ambasada Stanów Zjednoczonych rozumiała, że jest publicystą służącym szerokiej opinii jej kraju. Uważała, że ułatwiając mu pracę, spełnia swój prosty obowiązek.

*

Raz wracając z frontu za Getafe, jedliśmy obiad w małej restauracji, gdzie stołowało się dużo dawnej lewicowej cyganerii, która teraz zrobiła karierę. W pewnym momencie weszła para wysoka i szczupła. Miejsca były zajęte, tak że musieli stać przez chwilę. Panna Jeziorańska poinformowała mnie, że jest to młody redaktor z „Claridadu”, organu Largo Caballero, z żoną Polką, komuniści. Miałem przed sobą jedną z takich intelektualnych, ale pracujących, młodych par komunistycznych, żyjących w biedzie, ale kupujących książki, wierzących w materializm dziejowy, ale nietroszczących się o obiad. Ci na pewno nie kompletowali sobie na froncie zbiorów starej broni. Po chwili gdyśmy mieli wychodzić, młody człowiek podszedł do mnie i spytał łamaną polszczyzną, czy jestem z Polski. Że żona zauważyła mnie z Polką i że mówię po polsku. Przedstawiłem się. Okazało się niespodzianie, że czytała moje artykuły palestyńskie w „Słowie” i o Łodzi i Częstochowie w „Wiadomościach Literackich”; znała mnie jako prawicowca. Nie zdziwiła się na moment nawet, że spotyka mnie w czerwonym Madrycie. Umówiliśmy się na wieczór w kawiarni. Ponieważ nie będę niczego ukrywał, powiem, że nie zdziwiłbym się bardzo, gdyby w ślad za nią zjawiła się po mnie bojówka czerwonej milicji. Niech to pójdzie na plus madryckiej dyktatury proletariatu i tej polskiej komunistki, że nie stało się to, co w podobnej sytuacji miałoby na pewno miejsce w Rosji, a zapewne i w Polsce, gdyby u nas był komunizm. Miałem znowu przed sobą tylko bladą, trochę nikłą studentkę, prócz może akcentu bardzo lwowską. Istotnie pochodziła ze Lwowa. Poza tym pochodziła jeszcze, jak to dość bezceremonialnie pośpieszyła oznajmić, „z Żydów”. Pochodzenie jest dla mnie rzeczą, która nie wystarcza na to by kogoś samo przez się wywindować na szczyty doskonałości (nawet tak dziś modne „pochodzenie proletariackie”) ani strącić w otchłań wszelkiej niecnoty. Przynosząc z sobą pewną sumę i dobrych, i złych cech, może ułatwić poznanie. W danym wypadku, jak w wielu innych zresztą, i to nawet nie zachodziło. Złe czy dobre, żydostwo Stefy R... było niezmiernie dalekie. Nie uwydatniało się nawet w rysach. Powiem, że były bardzo lwowskie. Miała dużą żywość umysłu, dużą ruchliwość myśli, miłe poczucie humoru, nieopuszczające ją nawet wobec Marksa i trybunów ludu, dobre serce. Później dowiedziałem się, że w swym skromnym zakresie starała się zrobić wiele, aby „La traca”, ohydne pisemko walczące z religią przy pomocy najtłustszej pornografii, wycofać nareszcie z obiegu. Ale i teraz nie taiła wcale, że stało się i dzieje wiele rzeczy, które są plamą, a mogą być przeszkodą. Widać, że było to dla niej głęboko przykre, i ta przykrość właśnie, to nieuciekanie się do żadnych usprawiedliwiań, umniejszań, wykrętów, było szczególnie pociągające. Śpieszyła się właśnie do radia, poszedłem z nią. Przemykaliśmy się wąskimi ulicami śródmieścia, padał deszcz, miała dość tuzinkowy paltocik i idąc tak ze swym rękopisem podmakającym w kieszeni, mówiła mi jeszcze, że to, co tu zrobią po wojnie, gdy jej idea zwycięży, będzie inne, lepsze, nowsze niż to, co w Rosji, że oni się gorąco przyłożą do tego, żeby uniknąć błędów, jakie zrobili tamci. — Zobaczy pan, zobaczy. Niech pan wtedy przyjedzie i zechce na to patrzeć tak, jak pan patrzał na Palestynę, otwarcie. — Nie wiem, czy to właśnie zobaczę kiedyś w Hiszpanii, jeśli kiedy będę w Hiszpanii. Ale wiedziałem, że taka przyszłość, jaką ją widzi w swej myśli ta dziewczyna, nie jest mniej prosta, jasna i dobra od najczystszych wzlotów chrześcijaństwa.