Ci, co dotrwali

Dwa dni następne, ostatnie, przeszły na froncie tempem, którego nie miałem już nigdy w tej wojnie odnaleźć. Prawie na naszych oczach zostało zajęte Parlo; szliśmy w tyralierze czerwonej, która po debatach między oficerem, komisarzem politycznym i ogółem milicjantów oddziału miała zająć z powrotem opuszczone wzgórze; wraz z nią zwiewaliśmy po pierwszych strzałach karabinu maszynowego faszystów. Przebrnęliśmy przez Getafe, opuszczone, ostrzelane i pełne rannych. Kwatera Listera nie mieściła się już pod Górą Aniołów, ale na pierwszych domach przedmieścia. Cała linia obronna, umocniona schronami z betonu, pracą ostatnich dwóch tygodni, została zdobyta bez przeszkód i walk. Getafe, które było jednym z jej kluczowych punktów, padło nie wiedzieć kiedy. Już nie było mowy o kontrofensywie rządowej, o Torejonie, nawet o utrzymaniu szos. Wojna podeszła na przedmieścia. Huk strzałów dobrnął do centrum miasta. Pociski dolatywały i tutaj. Tymczasem my w mieście poczęliśmy asystować czemuś, czego niepodobna nazwać innym słowem jak rozkład władzy.

Piątego wieczorem było wiadomo, że rząd opuszcza, opuścił już Madryt, że nie ma ani Caballero, ani Alvareza del Vayo343, żadnego z ministrów, że stało się to tak szybko, że nie zdołano jeszcze utworzyć Junty de Defensa344, i urzęduje tylko jakiś nikomu nieznany, trójgłowy, robotniczo-polityczny komitet. Nie było nawet wiadomo, gdzie urzędował. Tegoż dnia wyszły regularnie, w zmniejszonym zresztą formacie, tylko dwa dzienniki, wszystkie inne nie wyszły wcale. Nazajutrz rano poszedłem do ministerstwa wojny, odnowić ważność przepustki frontowej. Nie było nikogo w biurach. Po tym pałacu Godoy345, słynnego faworyta z XVIII w., księcia Pokoju, kręcili się jacyś żołnierze, milicjanci i cywile, pełno było skrzyń, akt i kufrów, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Przedostałem się na jakiś korytarz wiodący do paradnych schodów, pokrytych grubym, niezwykle miękkim dywanem: stąd zaczynały się recepcyjne pokoje. Nie było przy nich warty. Jedynie w klatce schodowej stał spiżowy biust z podpisem: „El Gran Capitan346. Wylazł jakiś żołnierz. Spytałem, kto to był el gran capitan. — „To był un gran capitan” — brzmiała odpowiedź. Obstukał popiersie, obejrzał i dodał, pokazując zęby w uśmiechu: „Widać, że nie bardzo cenne, skoro nie zabrali do Walencji”. — „A dużo zabrali do Walencji?” — Żołnierz zrobił ręką gest ku pokojom: „Bastante347.

Mogłem tedy wejść spokojnie do gabinetów ministra wojny i przekonać się, że istotnie zabrano stąd dosyć. Były puste miejsca po obrazach, niezakurzone ślady po porcelanach jakichś czy brązach z kominków. Wysokie sale zachowały swe piękne meble. Był zupełny nieład. Jakieś papiery, jakieś podarte strzępy. Dużo spalonych szczątków jakichś dokumentów może. Metalowe tabliczki z napisami mówiły na niektórych drzwiach, że należy meldować się w adiutanturze, że tu jest adiutantura ministra wojny, sekretariat osobisty ministra wojny. Ale nie trzeba się było meldować nikomu. Nie było żadnych adiutantów, żadnych sekretarzy, żadnych woźnych. Okna musiały pozostać od wczoraj otwarte, mimo deszczu, bo na posadzce widać było szerokie strugi deszczówki, wmakające powoli we wzorzysty dywan smyrneński. Wreszcie dopadłem gdzieś Ariasa, szefa od przepustek. Przywalił mi swą pieczęć bez ograniczania, jak przedtem, terminu. Jeśli chcę wyjeżdżać, to muszę pójść do ministerstwa spraw zagranicznych, on nic nie może zrobić. Wszystkie auta już poszły do Walencji. — Istotnie w „Gran Via” nie było nikogo. Jak się okazało, w hotelu zarekwirowanym przez rząd pakowano wszystkich dziennikarzy zagranicznych, komunistów. Nie czekając długo, wyjechali tej nocy. Poszedłem do ministerstwa spraw zagranicznych. Straże obmacały mnie u wejścia, szukając broni, ale potem nikt już o nic nie pytał, nikomu nie meldował. Szefa prasowego nie było, jego sekretarzy nie było. Kroki rozlegały się głośno w korytarzach starego pałacu. W części gmachu znajdowało się paru młodych ludzi z odznakami partii komunistycznej. Robili wrażenie, że są tu po raz pierwszy i zaraz wychodzą. Istotnie, już popołudniu przenieśli się do gmachu telefonów madryckich i urzędowali tam jako cenzura zagraniczna. Tyle zostało z dawnego „ministerstwa stanu”.

*

Na mieście spotkałem młodego Anglika z Agencji Reuter: odnajdywano się teraz nieco jak po potopie, rejestrując znajomych i dzieląc ich na tych, którzy pojechali do Walencji, i tych, co zostali. Wbrew pozorom ci, co zostali, nie byli to wcale komuniści, lecz przeciwnie, raczej biali. Wobec powszechnego przekonania, że wkroczenie Franca, po przegranej na frontach, rozbiciu ofensywy czerwonych i ucieczce rządu, jest tylko kwestią paru dni lub kilkudziesięciu godzin, nie sądzono, by ktokolwiek lewicowy odważył się zostać. — „O panu nie wiedzieliśmy z początku, co sądzić — mówi mi Anglik. — Wiedzieliśmy, że pan nie ma pomocy ze strony swego poselstwa, wiedzieliśmy także, że pan nie jest zakwaterowany, jak komuniści, za darmo: rozumie pan, że z początku zawsze się tu jest na baczności”. — Nie tłumaczyłem mu, dlaczego „nie miałem pomocy ze strony mego poselstwa”: obcy dziennikarze mieli wszyscy, z wyjątkiem komunistów, którzy byli gośćmi rządu, osobne legitymacje od swych ambasad, otrzymywali od nich mieszkanie, żywność, co w okresie powstającego głodu i kartek na prowianty stało się koniecznością, czasem nawet mieli stąd auta. Cieszyłem się za to, że nasze stosunki z dziennikarzami pozostałymi w Madrycie zacieśniły się jeszcze. Poszliśmy ku Rosales. Jest to jedna z nowych dzielnic, blisko centrum, ale już wzniesiona na krańcach płaskowzgórza, z którego Madryt opada parkami miejskimi ku Casa del Campo. Wzdłuż bulwaru oprowadzającego tę bogatą mieszkaniową dzielnicę, jakąś warszawską Filtrową, czy krakowskie okolice Błoń, wykopane były prowizoryczne rowy strzeleckie. Asfalt był zarzucony odłamkami cegły, tynku, pocisków; szereg domów było zrujnowanych; dużo szyb leżało na brukach. Oficer kierujący umacnianiem okopu powiedział nam, że tej nocy Maurowie dotarli już byli do dworca północnego, który leży właśnie o kilkadziesiąt metrów niżej. Dzięki różnicy terenu zdołano ów patrol wypłoszyć. Dowiedzieliśmy się także, że ów atak na Brunette, którego przed trzema dniami byliśmy świadkami, wprowadził straże przednie nacjonalistów aż do Casa del Campo i z tej właśnie strony niespodzianie zagroził Madrytowi. Oficer przewidywał, że tu właśnie przyjdzie w najbliższym czasie nowy atak faszystów. Był zamyślony i poważny. Przed nami widniał duży parów, toczący w swej głębi mały Manzanares348, po drugiej swej stronie wznoszący się pagórkowato, powoli, wielkimi przestrzeniami porosłymi kępami krzaków, wysoką płową trawą, piniami i oliwkami. Obeszliśmy Rosales. W kilku miejscach postawiono nowe barykady. Na ogół było pusto. Podeszliśmy pod Carcel Modelo. Czerwony gmach wzorowego więzienia, w ostatnich miesiącach świadek licznych kaźni, robił wrażenie zupełnie puste; mieliśmy dowiedzieć się potem, że więźniów wyprowadzono stąd nocą, w chwili gdy zdawało się, że Maurowie podpełzli już pod Rosales, i popędzono szosą na Alcala de Henares i Guadalajarę; ale przed jedną ze wsi podmadryckich anarchiści dopuścili się gwałtownych samosądów. Od wielkiego parku miejskiego, założonego przez matkę ostatniego króla i noszącego jej imię, dochodziły liczne, bliższe już, strzały. Wróciliśmy do śródmieścia ulicami, na których koczowały tłumy uchodźców ze wsi podmadryckich.

Popołudniu przeszliśmy starym miastem, w dół ku Manzanaresowi, ku drogom, którymi tak niedawno jeździliśmy jeszcze na front. Miasto pozamykało moc sklepów. Ulicami snuli się ludzie w odznakach federacji anarchistycznej: zatrzymano nas parokrotnie. Weszliśmy wreszcie w labirynt dawnego Madrytu, w gęstwę domów, z których hiszpańscy Kilińscy i Konopkowie349 strzelali kiedyś przeciw szwoleżerom okupacji napoleońskiej350, jak nasi mieszczanie z insurekcji kościuszkowskiej bronili się przed jegrami351 Igelstroma352. Stare miasto otwierało się tu właśnie na większy plac, z dalekim widokiem ku Getafe, Parlo, frontowi. Co nas zastanowiło, to znaczny, ale normalny ruch w staromieściu. W Madrycie czuć było podniecenie, wyczekiwanie, nadzieje i niepokoje. Tu było jakby skupienie niedostrzegalnych jeszcze wysiłków. My sami czuliśmy się tu pewniej. Na plac dolatywały głośne strzały. Stał tu duży łuk tryumfalny, zwany bramą toledańską. Przebiegaliśmy, chyląc się, wolną część placu i wzdłuż parkanów zbiegaliśmy w dół. Przy moście na Manzanaresie stała warta. Nie chciała nas puszczać. Że nasze przepustki nie takie. Że nie mamy przepustek dzielnicowych. Wartę stanowili anarchiści. Nie bardzo rozumieli, o co chodzi.

— Przecież tam nie mieszkasz?

— To nic — mówię — ale jestem dziennikarzem, jeżdżę co dzień na front.

— Nieprawda, dziennikarze zagraniczni wszyscy są w Walencji — zaśmiał się trochę gorzko strażnik.

— Może i są — powiedziałem — ale ja jestem w Madrycie. I nie po to zostałem w Madrycie, żeby nie być na froncie.

De que nacionalidad?353 — spytał się naraz inny.

Polacco — powiedziałem.

E porque hableis frances? Czego mówisz po francusku? — wyrwał się ktoś.

— Bo źle mówię po hiszpańsku, czasem sobie pomagam, ale nie jestem Francuzem, jestem Polakiem.

Widziałem, że mają albo sympatię niezrozumiałą dla Polski, albo antypatię do Francji. Potem okazało się że była to antypatia do Francji, której zarzucano właśnie w tych dniach podwójną grę. Ale tymczasem rozkrochmalili się jakoś:

Pasa354. —

Mieli tylko trudności z przepuszczeniem mego angielskiego towarzysza. „Inglaterra, Inglaterra355 — mówili z pewną niechęcią. Wreszcie i to ustało. Uszliśmy kilkanaście kroków. Ulica była tu zupełnie pusta, nowocześnie proletariacka, przedmiejska. Nie Stare Miasto, ale Wola warszawska. Podchodziła nieco ku górze: znajdowaliśmy się już na przedmieściu Carabanchel Bajo. W plebanii rozbitego kościoła była jakaś komenda. Znowu anarchiści. Któryś postanowił nam towarzyszyć. Przeszliśmy jeszcze dwie ulice, bokiem. Dachówki były z domów postrącane, szyb nie było. Domy stały puste i otwarte. Skręciliśmy znowu w jakąś uliczkę, biegnącą tuż między murami. Zawołano na nas: to w górze, na wysokości drugiego piętra, stały w oknie jakieś czaty. Jeszcze anarchiści. Szliśmy dalej. Wreszcie była linia. Stanowiły ją domy, mocno postrzelane, z resztkami mebli najbardziej ubogich i prostych: ludzie, którzy stąd uciekli, nie pozostawili za sobą ani spiżowych popiersi, ani dywanów. Weszliśmy do pokoju, którego górna część była zmieciona pociskiem. Musiało ich tu chyba padać wiele. Jedna ściana zachowała lustro, wielkie i nierozbite. Nachylono je odpowiednio:

— Możecie widzieć tu wszystko — powiedzieli nam z dumą żołnierze. Byli to jeszcze ludzie z FAI. —

„Wszystko” odbijało się rzeczywiście w lustrze. Widać było kawał pola. Jakieś ogrodzenie ogródka, niczym dla kóz, sterczało na pierwszym planie. Nieco dalej stały dwa domy, a potem trzeci. Tak jak u nas, gdzie miasto nie ucina się całkiem, ale odrywa poszczególnymi domami od zwartej całości. Domy były o sto do dwustu metrów. Wiedzieliśmy już.

Moros? — zapytał Anglik.

Requetes356 — odpowiedzieli. — Moros mają swoje pozycje tam. —

I znowu końcem karabinu odchylano lustro w odpowiednią stronę. Pozycje Maurów były bardziej na lewo. Nie było ich prawie widać, bo lustro, zastosowane w miejsce peryskopu, nie pozwalało widzieć zbyt wiele.

— Gdyby to byli Moros, a nie requetes, już by nam i to zestrzelili — pokazał anarchista na lustro: ci gorzej strzelają. I uśmiechał się. Było ich trzech tutaj. Mieli tylko karabiny i skrzynię naboi. Gilzy walały się po podłodze. Leżał plik świeżych numerów „CNT” i patelnia z resztą jakiejś pitrasiny. Ale uderzyli nas ci ludzie. Byli prawie że starzy. Mogli mieć powyżej czterdziestu lat. Krępawi, niemal otyli. Siedzieli spokojnie, bez dachu nad głową, bo ten odleciał, obserwując nieprzyjaciela w tym tandetnym lustrze ze ściany, z trzema karabinami. Naprzeciwko siebie mieli całą armię Franca. Najlepsze jego siły. Czy wiedzieli, co mają za sobą? Czy wiedzieli, że Madryt jest już próżnią, z której wyciekło, wysączyło się wszystko w ciągu tych dwóch nocy, gdy nieprzerwanym cięgiem huczały samochody na szosie do Walencji?

*

Do tego człowieka było trudno się dostać. Nie ukrywała go żadna barykada. Z zawodu kominiarz. Kominiarz wydrapał się na ścianę zwalonego domu. Stałem poniżej tej ściany. Pełno było gruzu. Człowiek leżał na uciętej równo reszcie muru. Oparł karabin na leżąco i mierzył. Oddawał strzały pojedyncze, długo mierzone. Czuło się, że pewne. Potem leżał bez ruchu długą chwilę. Miałem nieprzyjemne wrażenie, że każden357 strzał tego człowieka jest celny. Leciał głośnym echem ku szosie. Ulica wychodziła tu w szosę, w drogę do Getafe. Było to jeszcze dalej od tamtego domu z lustrem. Człowiek, anarchista, jeszcze jeden z FAI, przyczaił się był na gruzie tego domu. Liczył, że go nie dostrzegą. Że nikt nie przypuści, że może leżeć tak na wąskiej, osypującej się ścianie. Mogą go wypatrywać, tego tajemniczego, celnego strzelca wszędzie; w gruzie, któryśmy minęli (wtedy strzelano do nas tak z bliska, jak nigdy dotąd chyba), przy tamtym domu z blaszanymi szyldem rzeźniczym, przy tej barykadzie, zza której mierzyć nie sposób: zbudowano ją niewprawnie, tak niemądrze, że ma przed sobą dobrego obstrzału jakieś 30 metrów. (To wszystko powiedzieli mi anarchiści, sam jeszcze tego nie rozumiałem). A tymczasem człowiek odprowadzi zamek, uważnie, nie podnosząc przy tym łokcia. (Pokazywał mi towarzysz, stojąc przy mnie, ten jego powolny, skradający się ruch). Ruch kończył się szybszym zaciągnięciem zamka: nowa kula już tkwiła w lufie. Teraz człowiek wświdrował się oczyma w drogę: po jej bokach, w rowach leżała tyraliera nieprzyjacielska. Stąd by ich było widać lepiej niż z tamtego przejścia; tam odróżnialiśmy ciała leżące nieruchomo jak jaszczurki, ale gotowe poderwać się ku tym domom: Maurów. Pierwszych moich Maurów. I ciała zupełnie nieruchome, wywalone na wznak, czasem leżące tak na piersi, jakby podpierające się łokciem, czasem znieruchomiałe w jakimś skuleniu się, zgarbieniu. Takie, które przestały już czaić się, wtulać w grunt. Takie, które już się nie poderwą. Nocą ściągną je tamci. Pewno także zniosą na jakiś daleki stos, poleją benzyną. Jest jedna reguła, której tu się przestrzega pilnie: trupom nie wolno gnić. Nie wolno leżeć. W tym kraju południa strach przed zarazą, wszczepiony wiekami i przed wiekami, trwa jeszcze. Tej reguły usuwania padła nie podważyło nic.

Kominiarz obraca ku nam w dole wolno głowę. Jeżeli obraca, to znak, że tam nic się nie dzieje na szosie. Tyraliera tamtych nie ma ochoty znieruchomieć nowymi ciałami. On nie będzie strzelał na niepewne. Tamci wypatrują na pewno pilnie, skąd pada tajemniczy strzał. Lokalizują go żmudnie, ale coraz wyraźniej. Dotąd tego nie zrobili dokładnie. Jest godzina piąta, o siódmej w listopadzie nie widzi tu nawet ślepie Maura. Trzeba więc przez dwie godziny — tylko dwie godziny, aż dwie godziny — zatrzymać tamtych. Od rana cztery pozycje umilkły. Jest tu teraz tylko on i ci od lustra. To może na dwie godziny starczyć. — Głowa odwróciła się znowu ku polu. Oczy kominiarza, napłynięte jakąś niespodzianą wyrazistością, wyłuskują dalej bruzdę po brudzie. Karabin maszynowy z tamtych domów zaczyna grać. To dobrze. Taki ich karabin daje animusz tym z rowu; myślą, że coś robi w tej gęstwie murów, które opukuje zawzięcie. Merde358. To właśnie moment, kiedy upewnieni, rozzuchwaleni, mogą podźwignąć głowę. Głowa, tułów, odetnie się wyraźniej od szosy, ziemi rowu, krzaków. Wtedy można strzelać. Zupełnie pewnie.

*

Piąty dom. Tamte po drodze — nic. Ale ten. Okno, gdzie mieli karabin maszynowy, ma framugi pożłobione kulami. „Gdyby tynk odkrajać — śmieje się milicjant — wypadłyby jak rodzynki z ciasta”. Ale żeby tynk tu krajać, trzeba się wychylić, a wtedy trzeba by taki rodzynek wykrajać z własnego ciała. To jednak nic. Pokazują mi karabin, szczególny karabin. Dostał kulę, która rozszczepiła początek drewnianego łożyska i wżarła się w kolbę. Siedzi. Właściciel karabinu ma kontuzjowaną sfioletowiałą twarz — i nowy karabin. Gdy o tym mówimy, siedzi rozkraczony na ziemi i nożem wycina sobie jedna po drugiej niewielkie pajdy z bochenka. Tak właśnie jedzą w przerwach od pracy robotnicy hiszpańscy: łamiąc chleb po kawałku lub krając go na małe, zjadane jedna po drugiej cząstki. Jedząc, patrzy się na stary karabin, ten z kulą, zatrzymaną przez broń; mogła rozłupać mu czaszkę, a tu ugrzęzła. Gładzi ciężką łapą kolbę i mówi z żalem: „Un buen, buen fusil”. Dobry, dobry karabin.

*

Do tamtego domu nie dojdziemy: zanadto ryzykownie. Tu w domach i gruzach tak zupełnie inaczej niż na froncie! Tam była daleka linia, wielka przestrzeń: niebezpieczeństwo zagęstniało się stopniowo, ryzyko powiększało się równomiernie i powoli. Wchodziło się w nie, jak się wchodzi w morze na wielkiej, wolno w dół schodzącej plaży. Tu, już właściwie w mieście, niebezpieczeństwo jest zupełnie inne; o krok stąd wielkie. W tym miejscu żadne. Za tamtym węgłem — ogromne. Wszystko zależy od tego, gdzie wskutek zawalenia się domów czy po prostu wskutek takiego właśnie kierunku ulic są miejsca będące już pod obstrzałem tamtych. Ten dom właśnie jest najzupełniej pod obstrzałem. Nigdy bym nie powiedział, że siedzą w nim ludzie. Ale to tak na pozór. Ten dom daje naraz na trzy ulice. Z pierwszego piętra można granatami ręcznymi zatrzymać atak nocny. Już mi w tamtym domu mówili o atakach nocnych, jak to jest. Wtedy działa granat ręczny i dynamit. Strzały padają na ślepo: jest za ciemno. Same jedne niewiele by zrobiły. Ale granat odporny, jajowaty żelazny pocisk, pokrajany głębokimi cięciami jak (zabawne!) tabliczka czekolady, staje się bronią straszną. Roznosi całe ciało. To samo dynamit. Po chwili mam w ręku długi czarny nabój. Anarchista odbiera mi go i znowu chowa pod siebie. Siedzi na takiej skrzynce drewnianej, pełnej tego drobiazgu.

— Jak długo tu jesteście? — pytam.

Oni liczą: — Dwadzieścia osiem. Tamten dwadzieścia. Ten trzydzieści sześć godzin. Ale nie są tu od początku. W tamtych domach są tacy z najpierwszych, którzy tu są czterdzieści osiem godzin. Tu nigdy nie będzie się liczyło na dnie. Tu są tylko godziny frontu. Takie godziny mogą być wiekami, mogą być dziesiątkami lat. Niewiele się wytrzyma takich godzin.

— Tamci nie następują? —

— Następowali — powiadają. — My tu ich czekalim od początku. My wiedzielim — (nie wiem dlaczego, mam wrażenie, że ci ludzie, mówiąc po polsku, tak właśnie by mówili) — że oni aż tu dojdą. Tam było pole. Tu jest miasto. Pole jest ich. Miasto jest nasze. Oni w mieście nie umieją.

— Nie dostawali się tu?

— A jak! Cmentarz choćby. Cmentarz Carabanchel Bajo! Nie znasz cmentarza? Jakie tam groby, same marmurowe. Było, że mieli cmentarz. Myśmy odbili nocą. Na granaty i dynamit rady nie ma w mieście. Jeżeli przejdziesz — i tu rozpoczęło się długie opowiadanie, jak przejść — to dojdziesz aż do cmentarza. Zobaczysz, co porobił dynamit.

*

Nie doszedłem do cmentarza. Carabanchel Bajo znalazł się znowuż, o zmierzchaniu, pod obstrzałem artylerii. Przebiegliśmy małą, wąską uliczką. Jakieś dachówki posypały się za nami. Pociski zapadały się w gąszcz domów, ale daleko. Przedmieście było rozległe. Podeszliśmy znowu do mostu. Straże nas poznały. Anarchista, który najbardziej dopytywał się i opierał, teraz klepał mnie po ramieniu, mówił „muchacho”. Był z czegoś rad. Trzeba było podejść, chyląc się pod mur wzdłuż całej ulicy, do bramy toledańskiej. Ściemniło się mocno, gdyśmy dobrnęli do Starego Miasta, przeszli przez Puerta del Sol, Alcalę. Rozumiałem teraz, co zaszło. Oto całe staromieście madryckie, anarchistyczne przedmieścia, dynamitardzi, robotnicy, tutejszy Kercelak i Powiśle, bardziej nawet niż polityczna Wola, wszystko to w godzinie trwogi poleciało za Manzanares. Armaty, które waliły w przedmieście, niewiele mogły zdziałać. Poburzyły moc domów nędznie budowanych, pomordowały ludzi, gdzie trafiły, ale samym swoim przechodem tworzyły rumowiska, za którymi można było się kryć, chować, przemykać i bronić. To było ważne. Pocisk wpadający w gęstwę domów zabijał i burzył, ale działał mimo wszystko w dość małym, bo zakurczonym murami promieniu. To nie było swobodne pole. Na gruzy poburzonych domów mogli wpełznąć od miasta, wydostać się z nietrafionych pociskiem miejsc nowi czy pochowani dobrze, ocalali obrońcy. Gdy po ogniu artyleryjskim przychodziła kolej na atak piechoty, na tyralierę, strzelano z ukrycia do idących. Nocą rzucano granaty na każdy głośniejszy krok. Rozpoczęło się dziwne pasowanie. Armaty stały się bezradne wobec tego półrumowiska, które swymi strzałami rozrabiały w jakieś gęste, kształtozmienne ciasto, miesiły, deformowały, ale które w godzinę później odpowiadało nowymi strzałami, odpryskiwało na piechotę nowymi rzutami granatów. Wtedy gdy szedł ogień artyleryjski, schodziło się za wnęki murów, w podziemia: byle przetrwać. Armaty musiałyby walić raz koło razu, przemiesić każdy metr kwadratowy. Wtedy, oczywiście, piechota by przeszła swobodnie. Ale niewielka armia Franka nie była tak mocna. Przeciwnie, artyleria rządowa ostrzeliwała z daleka widne na równinie koncentracje wojsk. Tylko że o tym wszystkim miałem się dowiedzieć, mieliśmy to zrozumieć dużo, dużo później. Teraz wyglądało to heroicznie, beznadziejnie i strasznie. Ci żołnierze, nieliczni, niezmieniani, niezaopatrzeni, walczyli przeciw całej armii, zwycięskiej w niedawnych bojach, nie mając za sobą nic. Madryt o nocy był takim wyludnym miastem, nie broniącym się, lecz wyczekującym, spłukanym paniką. Miastem rozkładu władzy. W kawiarni zeszli się ostatni pozostali dziennikarze. Były zakłady, kiedy Madryt padnie. Powszechne zdziwienie budził ryzykant, który twierdził, że dopiero na Boże Narodzenie. Dzwoniłem do moich czerwonych znajomych hiszpańskich. Wszyscy byli w Walencji.

*

Około ósmej wieczór syreny dały znać nalot samolotów. Padło kilkanaście bomb. Wyszedłem po półgodzinie. W paru miejscach bliskich centrum, przy poczcie, ministerstwie wojny, wielkich hotelach, dogorzewały domy. Nie było straży pożarnej. Kręcili się za to jacyś ludzie, bez żadnych politycznych odznak, ale z bardzo wyraźnymi, choć nieśmiałymi jeszcze, grabieżowymi zamiarami. Jakieś wietrzące za resztkami „niezrewidowanych” portfeli, tchórzliwe, w mrok uciekające za lada krokiem, ale czujne hieny. Wracając ulicą, zabłądziłem. Na przeciwnym trotuarze usłyszałem jakieś szybkie kroki. Przeszedłem na tę stronę. Kroki stały się szybsze, coraz szybsze, przynagliłem. Dopadłszy wreszcie jegomościa, zacząłem go pytać, jak trafić na moją ulicę. W ciemności zaczął bełkotać coś strwożonym głosem. Wyjaśniał z trudem, że nie ma broni. Wtedy zobaczyłem w ciemnościach, że podniósł ręce do góry i trzyma je ciągle. Musiałem go dobrze uspokoić, nim zrozumiał, o co mi chodzi. Okazało się, że odszedłem daleko od domu i że jest jedenasta. Nie miałem przepustki nocnej, ale też nikt tego już nie pilnował. Gdzieś daleko spieszyły czasem jakieś kroki, ktoś dopadał bramy. Słyszało się to wszystko tak zdwojenie, jakby na czarne miasto ktoś nałożył ogromny, zwiększający megafon. Strzały karabinowe klekotały już ze wszystkich stron miasta. Cisza przybliżała je jeszcze. Mogłem prawie że z taką samą pewnością spotkać tu pierwszy patrol Maurów, co ostatni rządowców.

Od wąskiej Fuencarral dopadłem do Gran Via, potem do Alcala, schodziłem szybko w dół, wciąż w ogromnych, zaróżowionych czasem odblaskami pożarów, ciemnościach. Latarń nie palono od miesięcy. Nagle przy Alcala, od bulwarów, którymi często szło wojsko, zaczął wpadać w tę przejmującą ciszę jakiś stłumiony, daleki jeszcze, werbel bębnów wojskowych. Nie było wątpliwości: bębny. Stanąłem w miejscu, słuchałem i czekałem. W ciemnej ulicy, w której domy połyskiwały szarawo, pod zrudziałym łunami niebem, bito w werbel. Potężny łoskot werbla huczał jak echem. Werbel był coraz bliższy. Teraz podszywał go jeszcze tupot kroków maszerujących oddziałów. Musiały maszerować tu chyba całe kompanie, może pułk, brygada, tak ten miarowy, wyliczony łoskot tysięcy stąpnięć wbijał się w wyludłe359 miasto, w ciemność, w wyczekiwanie, w najstraszniejszą rzecz — ciszę wojny. Rytm marszu nawijał wokoło siebie wszystkie inne odgłosy, gęstniał nimi, przywracał jakiś ład. Ale wojska dalej nie było widać. Naraz, tak samo potężnie, buchnął śpiew:

Arriba, parias de la tierra,

En pie, famelica legion!

Atruena la razon del marcha;

Es el fin de la opresion!

Międzynarodówka spłynęła dalej, dalszą strofką, po bruku wymarłych ulic, po asfaltach pustego bulwaru. Ale nikt nie szedł. Nie widziało się wciąż nikogo. Znowu na pół tempa zaczęła zapadać cisza. Nim jednak zapadła zupełnie, poderwał się znowuż ten sam warkot werbli żołnierskich, tupot kroków. Wiedziałem już, co to jest. To zawieszone przy poczcie wielkie głośniki radiowe rzucają na miasto, z małej płyty gramofonowej, ostry hymn Kominternu360, to z takiej małej płyty, granej tu ciągle aż do znudzenia, wylatywał nieraz ten łoskot werbli i kroków żołnierskich, poprzedzających każdą zwrotkę. Ale o tej porze i tej nocy banał, jaki ją obrósł, uciekł daleko stąd. Pewno ze wszystkimi, do Walencji. Jedynym żywym pozostałym w tym porzuconym mieście była teraz mała, na całe miasto hucząca płyta. To przez nią nieistniejące tłumy śpiewały dalej pieśń rewolucji, to przez nią dygotał marsz nieistniejących oddziałów, grzmiał po ulicach Madrytu łoskot żołnierskich werbli, których nie było. To ludziom walczącym na przedmieściach ona jedna niosła wieść o tym, że za ich plecyma coś żyje, śpieszy z odsieczą i walczy.