Załamanie

Tego wieczoru jednak w Madrycie dostrzegliśmy pierwsze głębokie pęknięcia w spokoju stolicy. Gazety donosiły jeszcze o wspaniałych postępach ofensywy, o minięciu Illescas i zagrażaniu Toledo: ale tego dnia w paru punktach miasta wybuchały tajemnicze pociski, o których nie wiedziano, czy pochodziły z jakichś niewidzialnych samolotów, grubych Bert326 ustawionych o dziesiątki kilometrów, czy maszyn piekielnych. Organ rządowy podawał na pierwszej stronie wszystkie okoliczności śmierci generała Franco, pochodzące od naocznego świadka, który oglądał grób buntownika w Maroku: cytowano nawet napis grobowca: „Wódz i męczennik”. Niestety bujda nawet jak na analfabetyczne, ślepo wierzące masy, była za wyraźna. Zresztą powtórzono ją już uprzednio dwa razy i Franco za każdym zmartwychwstawał. Wiadomość, że Baleary już ostatecznie oddano Włochom, czego najlepszym dowodem jest rozpoczęcie na Majorce budowy wielkiego palace-hotelu pod nazwą „Roma”, także nie wywołała dość głębokiego wrażenia. Dużo większe wywarła epidemia nocnych strzałów ulicznych wybuchająca w różnych punktach miasta: mieszkańcy obchodzili zakaz pokazywania się w nocy na mieście, milicja ludowa strzelała zaś bez pardonu i za lada ukazaniem się przechodnia. Nie pytano nawet o przepustki. Szczęściem noce były zupełnie czarne, a milicje strzelały licho. Niemniej budził nas po parę razy głos jakiegoś zapytania, potem strzał jeden, drugi, trzeci, coraz szybciej następujące po sobie. Słyszałem raz gwałtowny tupot kroków na naszej, pustej zupełnie ulicy. Kroki oddzwaniały niesamowicie potężnym echem. Huk strzałów przygłuszał je na moment, ale zaraz potem słyszało się je znowu. Wreszcie strzały stały się dalsze, a kroki ucichły zupełnie. Ścigany przebiegł do jakiegoś dalszego rewiru, może się ukrył, może padł. Mógł to być spokojny przechodzień, mógł to być także konspirator. Strzelaniny nocne sprawiały wrażenie, że Madryt jest podminowany konspiracją.

Konspiracja nacjonalistów działała zaś istotnie. Jednym z jej doskonałych chwytów było podrzucenie w samym hallu hotelu „Gran Via” kilkudziesięciu egzemplarzy organu socjalistów z artykułem, jaki posłanka do Kortezów Margareta Nelken zamieściła w pierwszych tygodniach przewrotu. Artykuł zawierał rozważania na temat, czy należy oszczędzać kobiety burżuazyjne, żony bankierów, kupców, polityków prawicowych, ich córki i siostry, bezpośrednio niewinne zbrodni mężów. Z wielkim nakładem argumentacji czerwona posłanka dowodziła, że należy się tu wyzbyć wszelkich skrupułów. „Nie są to właściwie kobiety — pisała dosłownie Nelken — są to zwierzątka luksusowe, samiczki do igraszki, rozbudzające systematycznie w swych mężach najgorsze instynkty użycia, a więc zysków, a więc z kolei ucisku masy robotniczej. Ich sny o autach, drogich futrach i Paryżu odbijają się suchotami waszych żon, rachityzmem waszych zagłodzonych dzieci”. Nie można było odmówić pani Nelken zdolności dialektycznych ani talentów argumentowania: w jej pojmowaniu jednak zbiry policyjne, które zamordowały Calvo Sotela, popełniły wielką pomyłkę, pozostawiając przy życiu jego żonę. Na wytłumaczenie winy zbirów należy powiedzieć, że artykuł Nelken ukazał się po zamordowaniu Calva Sotelo: ponieważ przyszedł on w okresie późniejszych, najbardziej rozpasanych samosądów, przeto należy mieć nadzieję, że wywarł pożądany przez autorkę efekt. Może Cobos-Sanchez czytał jej sądy. Niestety efekt, jaki ów artykuł, rozrzucony wśród obcych dziennikarzy, wywarł za mej pamięci, był zgoła odmienny. Paru Anglosasów zapytało wydział prasowy ministerstwa stanu o wyjaśnienie, poszliśmy też nabyć więcej tych egzemplarzy po to tylko, by stwierdzić autentyczność podrzuconego numeru. Nie ulegała ona najmniejszym wątpliwościom. Zasadniczo ministerstwo ani redakcja nie wypierały się artykułu. Ministerstwo było tylko nieco zakłopotane: wyjaśniało, że nie ukazał on się teraz, ale przed paroma tygodniami. Że Margareta Nelken jest kobietą; że posiada dużą indywidualność literacką; że należy do Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela; że w epoce Gil-Roblesa prowadziła wspaniałą kampanię o humanitarność więziennictwa; że jest pacyfistką. Tępi Anglosasi otwierali szeroko oczy i usta i prosili, żeby im to raz jeszcze powtórzyć. Że nie zrozumieli. Że jak? Powtarzano im wszystkim i każdemu z osobna te szczególne okoliczności łagodzące. — „Ja nie bardzo rozumiem tego kraju, ich pacyfizmu, humanitaryzmu — mówił mi potem pewien Anglik. — Takie katolickie kraje to widać coś innego. Ale pan jest katolik i pan jest ze Wschodu, a mistress Nelken pochodzi ze starej polsko-rosyjskiej rodziny. Może pan to lepiej rozumie”. — Istotnie mistress Nelken opowiadała, że jej rodzina pochodzi z byłego zaboru rosyjskiego, że posiada jeszcze krewnych w Warszawie i Odessie. — Anglicy w ogóle byli tępi wobec błyskotliwej umysłowości propagandy wydziału prasowego. — „Możemy panów zapewnić — mówiono nam zawsze w tym wydziale — że ilość codziennych »zaginionych« w Madrycie czy Barcelonie jest mniejsza od ilości zranionych w ruchu kołowym Londynu czy Nowego Yorku”. — Błyskotliwy argument trafiał do przekonania wielu Francuzom, ale żadnego Anglika. „Yes, yes – przytakiwały humanitarne, stare ladies i gruby Amerykanin z Hearsta — ale u nas ludzi przejeżdża się przypadkiem i za to płaci się 10 000 dolarów i więcej, a tu ludzi chyba nie zastrzelono przypadkiem, no i nie płaci się nic za to!”. „Ciężka praca z Anglikami — opowiadał mi tłumacz — tacy niepojętni! Zdawało się, że jako protestanci nie powinni się kłopotać o kościoły. Zawsze im opowiadamy o wszystkich zbrodniach kleru, oni kiwają głowami, wołają »O, o!«, a potem zawsze swoje: »No oczywiste, okropnie, ale tak zaraz zabić? Wszystkich?«” Propaganda miała wielkie trudności z tymi ludźmi i nawet wielki talent pani Nelken zadania jej nie ułatwił.

Odbył się wielki meeting, na którym zapowiedziano, że władze zostaną w Madrycie aż do końca. Niemniej prezydent republiki wyjechał z miasta nazajutrz i nie oparł się aż w Barcelonie. Natomiast każde zjawienie się Largo Caballero przyjmowane było prawdziwymi, głębokimi owacjami tłumu. Ten człowiek nie był ambitnym bufonem władzy, histrionem literackim. Dziś po odjeździe Azanii327 sytuacja stała się o tyle jasna, że on już jeden reprezentował naprawdę władzę państwa i rewolucję. Pozostała też Dolores Ibarruri, Pasionaria.

Najstraszniejszą kobietę rewolucji poznałem w dwa dni później, w najdziwniejszych zapewne warunkach, w niezwykle teatralnym miejscu. Już nie było mowy o Torejon czy o Sesenii: sztab Listera był nie w Valdemoro, nie w Pinto, ale u podnóża Góry Aniołów, tuż pod Madrytem. Od czterech dni co dzień widziałem tego pułkownika-robociarza. Jego armia, najlepsza z tych, co walczyły o Madryt, rozlatywała się w ręku, darła w strzępy uciekinierów, załamywała. Ludzie przecież nie byli żołnierzami, nie chcieli tej ani żadnej wojny, myśleli, że walka na barykadach zakończy wszystko, a oto okazało się, że rewolucja to cała wojna, to tanki i samoloty, Maurowie i artyleria. Gdy okazało się, że nawet owa masa tanków rosyjskich rzuconych na front nie przełamała tamtych, że wystarczyła na dwudniowe zahamowanie naporu, który potem przewalił się poprzez rosyjską przegrodę, gdy zobaczono tanki rosyjskie uwięzłe w gruzach Sesenii, spalone naftą i wzięte do niewoli, załamał się ostatek energii rewolucyjnej. Właśnie na tle tego wszystkiego tym wspanialej rysował się Lister. Dziennikarz, który był na froncie, sam kulił się na liniach bojowych, miał świst kul w uszach i czuł lęk, gdy z hukiem motorów przelatywały wielkie myszołowy Capronich, nie będzie miał za złe tym ludziom, że nie dotrzymali w polu. Może mieć tylko podziw dla wodzów, którzy tych ludzi wstrzymywali w ucieczce. Lister w tych dniach sprawiał wrażenie człowieka, który zaparł się w sobie, opanował, powiedział, że nie będzie reagować na nic, że odstępować będzie tylko krok po kroku. Ten kamieniarz odstępował z kamiennym uporem. Po kamieniarsku wygładzał każdą wyrwę w linii bojowej: myślę, że nie na darmo nosił u pasa swój nagan i nie na pokaz ten rewolucyjny komandir328 paradował z nahajem ekonomskim. Ponieważ jego odcinek frontu odstępował najpowolniej, więc dziennikarze ściągali na te najciekawsze pozycje. Czy piąty pułk wytrwa? Przybywszy rano do Listera z panną Jeziorańską i starszym publicystą Szwajcarem, Hauserem, zebrałem informacje, obszedłem z nim część linii, gdy nadjechało kilka innych samochodów: Lister polecił mi powtórzyć, co słyszałem. W ten nieprzewidziany, a powtórzony jeszcze później sposób stałem się jakby referentem prasowym pułku: mam nadzieję, że zadanie wypełniłem i pożytecznie, i lojalnie. Zaraz po rozjechaniu się dziennikarzy udaliśmy się i my naszym autem na pobliską Górę Aniołów. Mieliśmy odjeżdżać, gdy w całym towarzystwie, z dziennikarzami niemieckimi, których znałem i paroma kobietami, zjawił się Lister. Okazało się, że jedna z pań jest właśnie Pasionaria. Fotograf niemiecki przedstawił mnie jej dość nagle. Przyznam się, że słysząc tyle o „strasznej” kobiecie, byłem zupełnie zmieszany. Nie podałem ręki, zresztą bez myśli żadnej. Zmieszanie powiększyło się jeszcze, gdy na wprost siebie widziałem kobietę starszą już, ubraną czarno, niezwykle skromnie, ale i z dziwną dystynkcją329: musiałem sobie z trudem powiedzieć, że jest to ktoś w rodzaju Margarety Nelken, choć jednocześnie wszystko mi mówiło, że nie. Lister pokazywał nam tymczasem operacje bojowe. Widok był rzeczywiście idealny: wysoka góra dominowała nad równiną, zaledwie sfalowaną. Sesenia, Torejony, wszystko to było już w tamtych rękach. Przez lornetki dostrzegało się jakieś punkty na szosie i polu: to postępowały już pierwsze patrole tyraliery Franca. Nadleciał nad nas samolot i okrążywszy górę, wrócił do Illescas. U stóp wzgórza sypano wielkie okopy, motano druty kolczaste na wbijanych palach. Staliśmy wszyscy, ze znakomitymi gośćmi z Madrytu, oparci plecyma330 o wielki pomnik z żelazobetonu wystawiony za monarchii Sercu Jezusowemu. Wielka postać Chrystusa z rozpostartymi ramionami leżała już w gruzach: przez miesiące służyła za cel karabinów milicjanckich. Wreszcie wysadzono ją dynamitem. Wokoło postaci, której stopy pozostały tylko w kamieniu, chyliły się jakieś alegoryczne postacie hiszpańskich świętych, myślicieli, wodzów, ludu. Ich ruchy uciekania się i szukania pomocy nabierały teraz wyrazistości dziwnej mimo szram i pęknięć, zadanych eksplozją. Pasionaria patrzyła przez lunetę polową. W pewnym momencie mój znajomy Niemiec zawezwał mnie do tłumaczenia. Ktoś, mówiąc po rosyjsku, rozpytywał się o coś szoferów: przetłumaczyłem wszystko. Jegomość, otrzymawszy wyjaśnienia, przyjrzał się mnie nieufnie, dowiedział się, że jestem Polakiem, a potem zapytał dość niegrzecznie, w jakim właściwie charakterze tu przebywam. Myśląc, że to jakiś rosyjski dziennikarz, odpowiedziałem równie nieuprzejmie: „W takim samym, w jakim i pan”. — Odpowiedź wywołała jakiś odruch zaskoczenia: szczęściem właśnie dosłyszał ją zajęty Pasionarią Lister. Poklepał mnie po ramieniu swoją ciężką łapą i rzekł: „Niet, mołodoj cziełowiek331, trochę w innym charakterze niż ten pan”. — Mój znajomy Niemiec nie był zadowolony z przymówki. — „Nie rozumiesz, kto to był” — tłumaczył. — „Kto?” — zapytałem. — „Der Russe es ist der militaerischer Beirat332. — Istotnie, byliśmy w dość różnym charakterze świadkami tych wydarzeń.

*

Tymczasem wypadło nam zjechać w dół. Nie było mowy o wielkim objeździe. Mostoles było już nawet wraz z Pinto, Navalcarnero i innymi pozycjami w ręku faszystów. Przejechaliśmy przez Getafe zestrzelane dokładnie. Jechaliśmy drogą łączącą wszystkie trzy szosy, wzdłuż których posuwały się walki. W Leganes333, już bliżej szosy na Talaverę, wydrapaliśmy na wieżę kościelną. Przed wsią widać było tanki rosyjskie formujące się najwidoczniej w pochód. Podjechaliśmy do nich: po drodze jakiś milicjant pokazał nam gilzy334 od pocisków z rosyjskich armatek tankowych: uderzyła nas dość stara data: 1927 rok. Po drodze minęliśmy trzy tanki jadące również na pole, tuż za wsią. Tu stało ich osiem.

Zatrzymaliśmy się na szosie i zeszliśmy w pole. Osiem szarozielonych stalowych pudeł stało półkolisto na zoranej ziemi. Odcisk szerokich gąsienic znaczył się wyraźnie, jak ślad bestii, na zmiażdżonych przechodem skibach. Ale nie pozwolono nam pójść dalej. Znowu była eskorta już nie milicjantów, ale Guardia de Asalto, specjalnej formacji służącej w Hiszpanii do rozpraszania zbiegowisk, utworzonej przez republikę. Ponieważ przyjechaliśmy autem ministerstwa wojny, więc nie robili nam przeszkód. Dosłyszeliśmy jednak wyraźnie rozmowę tankistów toczoną po rosyjsku. Oni ze swej strony odeszli od szosy. Grupa, która była najbliżej nas, siadła z powrotem na ziemi: jeden z Rosjan rysował coś, klęcząc, patykiem i pokazywał Hiszpanom: ci starali się rozumieć. Tymczasem od Brunete ukazały się ominięte tanki: jeden miał chwiejącą się nad swą wieżą antenę radiową, dwa inne zbrojne były w długolufe armatki. Z pierwszego patrzano na nas pytająco i nieufnie. Wyszedł z niej człowiek, który pytał jednego z guardiów, a potem swych żołnierzy. Zdawało mi się, że jeden z tych ostatnich wskazywał jakby na nas. Człowiek zbliżył się. Był w skórzanym odzieniu, bez odznak. Miał bladą, kościstą, jakąś nieprzyjemnie surową twarz. Podniósł rękę wojskowo do hełmu samochodowego i zapytał nas po francusku o dokumenty. Pierwszym z nas był Niemiec Namuth. Namuth wyciągnął swoje:

— Pan jest Niemcem — zdziwił się chłodno człowiek.

Namuth uśmiechnął się tylko. Miał wszystko w porządku:

— Tak, Niemcem, emigrantem.

Ale człowiek nie indagował już o to, jakby chodziło mu od początku o co innego:

— Ale pan tu był — mówił powoli, z trudem widocznie, ale zupełnie poprawnie — dwa dni temu. Pan fotografował tanki. Z panem był jeszcze inny dziennikarz, który mówi po rosyjsku.

Przypomniałem sobie, że przecież ja fotografowałem właśnie tanki i mówiłem z tankistami po rosyjsku. Ale Namuth najspokojniej odpowiedział:

— Zgadza się. Fotografowałem tanki. Powiedziano mi, że nie wolno i oddałem rolkę.

Człowiek wdrążał się dalej:

— Ale pan był tutaj z innym dziennikarzem, który mówił po rosyjsku. Pytam, jak się nazywa ten dziennikarz?

— Luis Fisher — powiedział niespodzianie Namuth.

— Kto to taki? — indagowano dalej.

— Luis Fisher? — dziwił się teraz Namuth. — To długoletni korespondent amerykański w Moskwie. Stąd mówi po rosyjsku. Mieszka w hotelu „Gran Via”. Vous pouvez vous renseignez335.

Myślałem, że przyjdzie kolej na nasze paszporty. Ale człowiek uspokoił się. Znowu zwrócił się bardzo grzecznie, choć bardzo stanowczo:

— Przepraszam, ale państwo nie mogą być tutaj. Przepraszam, ale proszę odjechać.

Mówił to wszystko po francusku, poprawnie, bardzo obco. Francuszczyzna chrzęściła w jego ustach, trzeszczała w swych miękkich spojeniach, prawie jak ta skórzana kurtka, którą miał na sobie. Czuł się w niej niezgrabnie skrępowany. Odjeżdżając, miałem ochotę zawołać naraz swobodniej: „Doswidanja, towariszcz336. Obejrzałem się. Tanki ruszały właśnie, poczynały podpełzać pod niewielką wyniosłość gruntu.

*

Nie minęło pięciu minut, a byliśmy znowu w Leganes w drodze na szlak do Talavery. Stało się zupełnie spokojnie. Strzelanina dochodziła z daleka, od strony szosy na Aranjuez. Przejechaliśmy jakieś pueblo, podejrzanie puste. Wyjeżdżając za nie, zobaczyliśmy po naszej prawej ręce, a więc od strony Madrytu, gęstą tyralierę wojska. Posuwało się ono nie na Talaverę, ale właśnie na Madryt. Stanęliśmy. Nikt nam nie odpowiadał. Cała fala żołnierzy schodziła z pola. Dostrzegliśmy, że nie jest to właściwie tyraliera, że jest to zupełny odwrót bojowej linii. Ale nie rozumieliśmy jeszcze. Przecież cała walka toczyła się zupełnie gdzie indziej? Właśnie ta strona była nieatakowana. Przed chwilą widzieliśmy tanki rządowe sunące naprzód. Co znaczy ta tyraliera, wstecz, o kilometr za tankami?

Żołnierze byli już za nami zbyt daleko, żeby gonić kartofliskiem i pytać. Ale przed nami była i szosa Madryt-Talavera, a nią w kierunku Madrytu waliła cała karawana. Ruszyliśmy ku szosie i wysiedliśmy z wozu. Nie było najmniejszych wątpliwości: był to odwrót. Żołnierze, zmęczeni widocznie, rwali szybko w tył. Przejechały jakieś taczanki337, działo przeciwlotnicze. Komunista Namuth nie chciał wierzyć. Pytaliśmy ludzi. Szli, spoceni, okurzeni, nie odpowiadając. Z Hauserem wybiegliśmy jeszcze naprzód. Była tam niewielka wyniosłość gruntu, która zakrywała dalszy widok. Przy drodze stało jakieś opuszczone duże obejście. Montowano przy nim pospiesznie karabin maszynowy. Droga dalej, pole było wolne, zupełnie wolne... Kilkunastu żołnierzy tu i ówdzie przynaglało tylko kroku. Obsługa karabinu maszynowego wypatrywała w polu coś nerwowo. Zaczęli sobie pokazywać jakieś punkty: po obu stronach szosy na Talaverę, bez pośpiechu, w dużych odstępach od siebie sunęły dwa tanki. Postępowały tak spokojnie, były jeszcze daleko, że nie przeszło mi przez myśl, że mogą nie być rządowe. Ale Hausera uderzyła zaraz barwa, inna, jaśniejsza od rosyjskiej. Potem wielkość. Były to duże, ciężkie maszyny. Obsada karabinu maszynowego zaczęła oglądać się w tył. Wojsko za nami odstępowało w pośpiechu. Byliśmy zupełnie sami. Po chwili żołnierze zaczęli wydobywać karabin maszynowy z osłony prowizorycznej barykady, zładowali go na niską przewozową taczankę. Tamte tanki posuwały się zawsze wolno, badając teren. Można było myśleć, że orzą, że prowadzą sieć, że grabią. Nigdy, że to jest wojna.

— No — popatrzał na zegarek Hauser — jeśli pan chce robić reportaż z tamtej strony, to wystarczy zaczekać pięć minut.

Nie, nie chciałem robić reportażu z tamtej strony. Poszliśmy szybko. Biegiem. Nasi pozostali towarzysze byli w największej trwodze. Żołnierze pakowali się gwałtem do pozostawionego auta. Szofer i milicjant naglili. Tymczasem Namuth dojrzał w tłumie żołnierzy młodą dziewczynę sanitariuszkę. Klęła po hiszpańsku i niemiecku, płakała i krzyczała. Dostała szoku nerwowego. Była to sanitariuszka, Żydówka z Niemiec. Okazało się, że tanki włoskie wypadły zupełnie nagle. Żołnierze zaczęli uciekać. Gdyby Włosi posuwali się szybko, byliby tutaj. Szli Maurowie. Ona wołała, żeby jej lazaret338 zabrano. Tymczasem wzięto samochód, wyrzucono rannych, zostawiono ją z nimi na szosie. Dziewczyna nie wytrzymała także, pobiegła za żołnierzami, wołała, prosiła, nikt jej nie słuchał. Dostała spazmów. Żołnierze mijali nas chmurnie, coraz prędzej. Ktoś próbował ich zatrzymać. Dziewczyna szlochała, spazmowała. Klęła rewolucję, Hiszpanię, tchórzów, oficerów, komunistów. „Das ist keine Revolution, es ist Schade, Schade!339 Bezwstydni ludzie!” — Ludzie schodzili z pola nieprzerwanie, tłumnie, nie słuchając złorzeczeń. W pewnym momencie nadleciał samolot. Teraz wszystko poczęło uciekać biegiem. Siadaliśmy do auta, gdy pojawił się jakiś młody oficer. Zwracała uwagę jego kurtka, granatowa z szamerowaniami czarnymi, jak za monarchii, opięta po austriacku. Oficer był też typowym młodym oficerem dawnej armii. Teraz stał z pejczem i wrzeszczał rozkazy krótkie, jasne. Prosił nas donieść w miasteczku, żeby powstrzymano uciekających. Powiedział głośno: „Karabinem maszynowym!” Powiedział wyraźnie po to, żeby to słyszano. Żołnierze patrzyli się zawistnie na paniczyka. Paniczyk tymczasem, gdy odjeżdżaliśmy rozwrzeszczał się ostro, po hiszpańsku:

— Chciałeś, sk...synie, rewolucji? Chcesz, sk...synie, rewolucji? To teraz strzelaj, sk...synie! To teraz nie uciekaj, sk...synie!

Auto wpychało się w tłum jakby baranów. Nie trzeba było alarmować nikogo. Przed miasteczkiem powstrzymywano już wszystkich. Karabiny maszynowe sterczały lufami ku szosie, żołnierze byli stropieni. Nie chciano puścić naszego auta, myśląc, że to dezerterzy. Namuth był złamany zupełnie. Powtarzał: „Alles ist schon verloren, verloren340. A ja myślałem naraz o Olszynce Grochowskiej341 i o starym Chłopickim342, który nie chciał Nocy Listopadowej, ale wobec Dybicza wołał prawie dosłownie to samo, co ten pański oficerek.