Czerwoni Waregowie
Będę zawsze żałował, że dnia 2 listopada 1936 roku o godzinie czwartej nad ranem nie znalazłem się w Hiszpanii, na dwudziesiątym trzecim kilometrze drogi szosowej Madryt-Murcia-Kartagena, za pueblem Valdemoro, w polu, nieco w prawo. Będę żałował, że nie należałem do tych, nielicznych zresztą, mi współczesnych, którzy tego dnia mogli widzieć, jak przed kwaterą pułku, który najlepiej moralnie przeniósł na sobie ciężką próbę sześciotygodniowego, nieustannego odwrotu, piątego pułku milicji madryckich, uformował się szyk bojowy kilkudziesięciu przybyłych tanków. Mało żołnierzy patrzących zdawało sobie może z tego sprawę, że jest to coś więcej jeszcze niż ofensywa mająca zatrzymać pochód na Madryt, rozpoczęta w niezwykle sprzyjających warunkach, choć zapewne wiedzieli o tym wszyscy, że bezpośredni obiekt porannego ataku to coś więcej niż miejscowość Sesenia296. Przecież musieli być i tam ludzie, którzy w owej godzinie porannej powiedzieli sobie „nareszcie”, tak samo jak powiedziano sobie „nareszcie” w niejednym ze sztabów generalnych, którym w sierpniu 1914 roku rozkaz mobilizacyjny zelżył wieloletnie napięcie nerwów, czujność wobec obcych zbrojeń, obawy, że przeciwnik wyprzedzi ich własne. Musieli powiedzieć to sobie ci Rosjanie siedzący za zapuszczonymi płytami stalowymi swych tanków, musieli to myśleć technicy włoscy z tamtej strony. Datę tego świtania, dzień 2 listopada 1936 roku, małą miejscowość Sesenia na południe od Madrytu, wśród pól i gajów oliwnych, z maleńkim dworcem kolejowym i całą małomieszczańską prowincjonalnością, która dziś wraz z Sesenią istnieć przestała, trzeba nam sobie zapamiętać. Wtedy i tam starły się bowiem po raz pierwszy dwa współczesne antagonizmy świata: bolszewizm i faszyzm. Napięcie nagromadzonej wrogości tych dwóch światopoglądów wyładowało się po raz pierwszy — orężnie.
Żaden z dziennikarzy obcych, poza może rosyjskimi trzymającymi się na uboczu od reszty, nie był świadkiem wszczęcia kontrofensywy rządowców. Przekonani, że wyruszy ona raczej wzdłuż drogi na Talawerę, by odciąć od głównego korpusu sił Franca te, które zapędziły się były prawym skrzydłem aż pod Aranjuez, mieliśmy zrazu wyjechać tegoż dnia rano ku Navalcarnero. Dla przezorności wybraliśmy jednak drogę środkową, toledańską: można z niej było w każdej chwili zboczyć, bez nakładania drogi, na właściwy teatr wydarzeń. Już w Getafe mieliśmy pierwszą wiadomość. Ofensywa rządowa istotnie ruszyła rano i do chwili obecnej odbiła już cztery wsie: Sesenię, Torejon de Calzado, Torejon de Velasco i czwartą, niezapamiętaną. W tej chwili trwać miał atak na Illescas. Było znać widoczne podniecenie. Minęły nas także furgony rannych. Nawet szoferzy nie wzbraniali się jechać dalej. Huk strzałów dochodził prawie niewstrzymaną falą. Niemniej za Parlo musieliśmy wysiąść i podejść dalej ku Torejon de Velasco. Była to wieś leżąca na samej drodze szosowej na Illescas i Toledo, podczas gdy drugi, mniejszy Torejon, leżał nieco z boku, bliżej Sesenii, między ramionami szos na Toledo i na Murcię-Kartagenę. W pewnym momencie wśród żołnierzy na szosie spotkaliśmy Rosjanina. Był woźnym ambasady sowieckiej, bez munduru i broni. Minęliśmy grupę, niedługo jednak później powiedziano nam, że dalej nie wolno, ze względów na rozwijającą się ofensywę, następować. Podeszliśmy więc polem z boku, gdzie już nie przestrzegano tak bardzo tajności wojny. Polem szła właśnie tyraliera wysłana na mały Torejon: jak się okazało, nie był on wcale zajęty, czy raczej po chwilowym opanowaniu został odbity. Grupa armii marokańskich Regulares297 broniła się z domów wioski i wielkiej, czworograniastej wieży kościoła. Za wzgórzem mogliśmy stosunkowo z bliska, leżąc na ziemi, śledzić tę obronę. Tymczasem ponad naszymi głowami, z pozycji o kilka kilometrów wstecz, przelatywały pociski. Artyleria rządowa brała za cel Torejon mały. Osłonięte wzgórzem stały dwie kompanie gotowe do ataku. O atak ten trwały właśnie telefoniczne targi między dowództwem oddziałów a niewidzialną komendą. Zdaje się, że komenda ta kierowała jednocześnie ogniem artyleryjskim bombardującym wieś i że żądała rozpoczęcia ataku. Komenda oddziałów nie była wcale tego zdania. Odpowiadano — byłem przy tej rozmowie podobnie jak żołnierze — że obstrzał artyleryjski jest niedostateczny, przenosi lub nie donosi, że natomiast karabiny maszynowe nieprzyjaciela wytłukłyby każdy atak. Po kilku minutach telefon polowy rozdzwaniał się na nowo. Ta sama rozmowa toczyła się z tymi samymi argumentami, żądaniami i odmowami, tylko w tonie bardziej podrażnionym. Żołnierze, jak się zdaje, również nie rwali się do walki. Okazało się poza tym, że i w drugim, leżącym na szosie Torejonie, do którego nas nie dopuszczono, sytuacja jest niewyjaśniona. Tuż za wsią, albo i w niej samej, wywiązała się nowa walka.
Wróciliśmy około godziny drugiej do Getafe, zjeść jak poprzednio obiad w dawnym klasztorze pijarskim. Było pewne, że na tym przynajmniej odcinku ofensywa nie postępuje już naprzód. Wychodząc, zobaczyliśmy sunący uliczką rząd tanków. Szły one teraz powoli, eskortowane milicjantami. Stanęły nawet i o coś się pytano. Zatrzymałem się z aparatem i zrobiłem zdjęcie. Z tanku, który wypadł na pierwszym planie, patrzał ktoś jakby znajomym wzrokiem. Na głos mojej towarzyszki, że mówią do siebie po rosyjsku, przyskoczyłem do tanku. Siwe oczy żołnierza patrzyły istotnie znajomo:
— Ty ruskij? — zapytałem. — Zwitki?298
Mimo woli przeszedłem więc na ukraiński, co okazało się szczęśliwym. Szeroka twarz słowiańska rozszerzyła się radosnym uśmiechem:
— Ja z Połtawszczyny — zawołał tryumfująco. — A ty zwitki tut wziałsia?299
— Ja Paljak300 — odpowiedziałem po prostu.
Twarz ścięła się jak przerażona. Ale w tej chwili opadli nas jacyś ludzie, inni ludzie, milicjanci i tankiści. Chłop o typowo wielkoruskiej twarzy rzucił się na mnie:
— Stupaj!301
— Czto ty, stupaj, czto tiebia302 — zacząłem oponować.
Ale drab łapał już za aparat panny Jeziorańskiej. Miała ona nie Kodak, ale Rolleiflex trudny do schowania i widoczny. Zaczęła się wzbraniać, że nie fotografowała. Milicjanci rozpędzali wszystkich, którzy chcieli podejść do tanków. Nie wiadomo, czym by się sprawa skończyła, gdyby naraz nad Getafe nie pokazały się samoloty. Tanki ruszyły naprzód, tankiści z nimi, milicjanci pochowali się po domach, myśmy zeszli do piwnic klasztoru, gdzie już uciekło kilkadziesiąt osób. Po półgodzinie nie było tanków. Kilka bomb spadło na ulicę. Jakieś domy były rozwalone, trup konia leżał przy furgonie. Pojechaliśmy dalej, ale teraz drogą na Valdemoro. Stąd wyszła rankiem ofensywa na Sesenię. Nie było złudzeń: żołnierze tu grupami wracali szosą. Sesenia była odbita. Od obu Torejonów dochodziła zażarta strzelanina. Ulice pełne były wojska. Robiło ono wrażenie znużonego i wyczerpanego. Nie mogliśmy się dowiedzieć, co zaszło między świtem a wieczorem. Nie mogliśmy zrozumieć, jak siła kilkudziesięciu tanków, gdy po drugiej stronie były one jeszcze wówczas rzadkością, mogła przejść tak bez rezultatu.
Dopiero dużo później znalazłem na to odpowiedź. W warunkach, których dokładniej nie opiszę, mogłem rozmawiać z jednym z rosyjskich tankistów, mniej podejrzliwym, a bardziej wygadanym niż ów Połtawszczyk. Opowiadanie Rosjanina ciągnęło się rozwlekle, ale barwnie. Na Sesenię poszły, wedle jego wersji, dwie fale tanków. Jedna posuwała się wzdłuż toru kolejowego, druga od szosy na Aranjuez. Bez trudu przełamano pierwsze linie obrony. Tanki były czymś, czego się tu zupełnie nie spodziewano, zwłaszcza w tej ilości. Moment zaskoczenia wybrany był więc świetnie: w dwadzieścia minut od ruszenia na wieś była ona zajęta.
— Tanki przeszły przez nią jak przez chleb — mówił z satysfakcją tankista.
— No i co stało się z chlebem? — zabawiło mnie porównanie.
— Pomalutku, brat, pomalutku. — I opowiedział, że przeszedłszy wieś, stanęli znowu w szyku. Tłumaczył mi, jak wygląda ten szyk tanków, ale nie spamiętałem. Byli gotowi ruszyć naprzód, wedle planu ofensywy. Tymczasem okazało się, że piechota milicjantów, która miała iść za tankami, nie idzie. Nie ma jej. Tank bez piechoty nic nie może zrobić trwałego — tłumaczył. Uważając, że zapewne opanowanie Sesenii zajęło milicjantom więcej czasu, ruszyli wstecz im pomóc. Tymczasem okazało się że w Sesenii zaskoczeni Regulares i Maurowie zorganizowali zaciekłą obronę. Rosjanin opowiadał o niej szczegóły nieomal nieprawdopodobne. I tak miano wciągnąć armatki na dachy domów i a bout portant walić w nadchodzące tanki. Nie było co robić, kończył: trzeba było wjechać w taki dom. Naszemu nic to, wjechał. Ale hiszpańska dierewnia303 — opowiadał, kręcąc głową — to nie nasza ruska dierewnia. Ona nie z dierewa304 — konstatował swe głębokie odkrycie: po niej nie przejedziesz jak po naszej, i wzdłuż, i na piereriez305. Ona z kamienia. Ruszył nasz motorem, wwalił się na ścianę, stiena306 łopnuła, on wjechał na Maurów, zgniótł żmije. Ale tam była druga ściana — ani rusz. Chce zawracać na drogę, ale rozpędu od tej ściany wziąć nie może, gruzu ma z tyłu od tej pierwszej całą górę — nie przejedzie. A tu już Maur na tanku, z benzyną, z ogniem! Leje i zapala. Dwie nasze maszyny tak zostały. W tej wsi, cośmy wzięli w trzy migi. —
Pytałem o milicjantów. — Okazało się, że nie ruszyli. Poszli, stanęli w drodze i pełni większej ciekawości niż entuzjazmu śledzili przejście tanków przez wieś. Istotnie opór murowanego, kamiennego puebla, bronionego przez doskonałego żołnierza, a taki niewątpliwie znajdował się tam właśnie, był groźny. Tymczasem sytuacja zaczęła stawać się krytyczna. Milicjanci nie nadchodzili, ale linie telefoniczne Sesenii zaalarmowały już cały front. Tankiści rosyjscy za późno, nieraz pod gradem kul, musieli wyskakiwać z tanków, przecinać biegnące po ziemi druty telefoniczne. Już podczas tej pracy poszybowały pierwsze pociski artyleryjskie, potem ukazały się tanki włoskie, nieliczne, ale większe. Pomoc rosyjska, a raczej współdziałanie rosyjskich tanków, z piechotą milicyjną, w tym pierwszym razie zawiodło. Znaczną przeszkodą była absolutna niemożebność dogadania się Rosjan i Hiszpanów: bodaj ów woźny na drodze wysłany był na tłumacza. Że zaś obraz kreślony przez tankistę był prawdziwy, tego dowodem były liczne, już nazajutrz, nawoływania prasy, że tank jest wprawdzie orężem zwycięstwa, ale sam, bez wsparcia piechoty, nic jeszcze nie może. „Claridad” wołało po raz pierwszy: „Mamy uzbrojenie równie dobre jak wróg, nawet lepsze, a na pewno liczniejsze. Jest nas więcej od przeciwnika, duch panuje u nas lepszy, mamy wszystko, co trzeba do zwycięstwa”.
*
Całe popołudnie i wieczór daremno szukałem auta na jutro. Jutro mogły decydować się losy ofensywy. Walka o Torejony była nierozstrzygnięta, wynik walki o Sesenię niedokładnie wiadomy. Liczba tanków rosyjskich mogła zdziałać swoje. Nie wiedząc jeszcze o tym, że tyraliera zawiodła, nie rozumiałem zupełnie — podobnie jak bodaj wszyscy dziennikarze obcy — skromnych rezultatów pomocy rosyjskiej. Fakt tej pomocy zajmował oczywiście wszystkich, bo dotąd mówiło się o niej mało, a jeśli pracowała, to w zupełnym milczeniu. Obecności rosyjskich tanków i rosyjskich tankistów nie dało się już ukryć, choć pisma madryckie opublikowały podobizny czterdziestu rasowo iberyjskich Gonzalezów i Fievrów z podpisem „nasi dzielni tankiści”. Niestety wygadany generał-speaker Queipo de Llano, podawał z Sewilli nazwiska schwytanych w Sesenii Rosjan. Mówiono o tym wśród dziennikarzy, zresztą dość delikatnie, bo obok tanków zdołano zapożyczyć już z Moskwy nieco wypróbowanych metod GPU. Para polskich Żydów zasiedziałych w Hiszpanii kręciła się co wieczór po hallu café „Gran Via” i ziewając wytwornie, spełniała swe funkcje podsłuchowe tak gorliwie, jakby to były kuluary sejmu polskiego i rozmawiano w nich o tajnikach gospodarki Lasów Państwowych. Były to sposobiki polityczne nie na miarę wielkoświatową: sam Litwinow307 zapowiedział był przecież, że wobec notorycznego gwałcenia nieinterwencji przez państwa faszystowskie Rosja nie uważa się więcej za skrępowaną zobowiązaniami neutralności, transporty broni z ZSRR stały się tak olbrzymie, że ukryć tego nie było sposobu przy nie wiedzieć jakiej policji. Niestety innym zarządzeniem szczególnie krępującym było odmówienie większości dziennikarzy aut prasowych. Z kłopotu wybawiła mnie dopiero Gruba Ilza. Gruba Ilza miała auto. Jak dokonała tego wyczynu, przy swym głośnym już wojowaniu z komunistami z „Mundo Obrero”, tego nie mogłem dociec: z opowiadań Ilzy wynikało właściwie, że samochód jest jakby naturalną emanacją308, technicznym przedłużeniem i uzupełnieniem jej korpulentnej postaci. Nie pytałem więcej.
Na front wyjechaliśmy zupełnie rano. Okazało się że szofer owej naturalnej emanacji jest Niemcem-emigrantem: wobec notorycznego tchórzostwa hiszpańskich szoferów było to bardzo szczęśliwe. Pomknęliśmy na Getafe-Parlo-Torejon. Jak się okazało, na ostatnim odcinku tej drogi świstały już kule, ale całym szczęściem nie nas mające na celu. Torejon, do któregośmy dotarli, nie był to ów mały na skraju drogi leżący Torejon, ale jego większy imiennik, wokoło którego wczoraj toczyła się walka. Teraz walkę tę zakończono zwycięsko: duży Torejon znajdował się w niepodzielnym władaniu rządowców. Bój musiał być ostry. Prawie wszystkie domy były poburzone, opuszczone w nieładzie, z powybijanymi drzwiami i oknami. Co kilkanaście minut padały na wieś, przenosząc zresztą bardzo, pociski armatnie z jakiejś dalekiej baterii faszystowskiej. Grudy czarnej skamieniałej ziemi leżały rozsypane od tych wybuchów wszędzie. Ilza zabrała się z niesłychanym animuszem do wścibiania wszędzie nosa. Żołnierze, jako że była to już zupełnie frontowa pozycja, przyjęli nas raczej owacyjnie. Gruba Ilza wzięła ich zaraz do roboty. W paru chatach leżały na podłodze pozostawiane sienniki, materace, prześcieradła, stare koce i pełno szmaciarni. Były to pozostałości zarówno wygnanych w popłochu mieszkańców Torejonu — żadnego z nich nie było już we wsi — jak kolejnych koczowników obu armii. Powalane to było błotem, krwią opatrywanych tu pewno rannych i kałem: tę ostatnią pozostałość żołnierze rządowi, wiedzeni jakimś szczególnie rozróżniającym węchem przypisywali niezawodnemu przejściu Maurów. Ale i ślad Maurów nie zniechęcił Ilzy: kazała wszystko to wyciągać i wynosić na dwór, zapowiedziała, że zabierze to dla potrzeb madryckiego Socorro Rojo309.
Tymczasem popod domami przeszedłem aż na skraj Torejonu. Stał tam niewysoki ceglany kościół, obwiedziony murem. Z dachu kościoła waliła niestrudzenie mitralieza310 do sąsiedniego, dotąd jeszcze broniącego się, małego Torejonu. Z tej strony zresztą nie atakowano go zbytnio. Tylko drugi jeszcze karabin maszynowy, ukryty pod oliwkami, prażył w nieszczęsną wieś. Za to ogień armatni rządowców nie tylko wzmógł się od wczoraj, ale i usprawnił: dachy tamtej wsi były prawie wszystkie powgniatane w dół, jakby uderzeniami jakiejś silnej, opancerzonej pięści. Ponieważ z naszej pozycji byliśmy o jakie sto metrów wyżej od tamtych, widziało się doskonale. Część kościoła także runęła. Tylko wielka wieża stała jeszcze. W pewnej chwili z muru naszego ceglanego kościoła poczęło się coś sypać. O kilka metrów ode mnie wyżej karabin maszynowy „tamtych” łupał strzałami jeden koło drugiego w ścianę. Cegła odpryskiwała się na strony. Karabin maszynowy obstukiwał ścianę jak niewidzialny dziób dzięcioła, dobierającego się poprzez drzewo do ukrytych w nim robaków. Ale „robak” — rządowy karabin maszynowy ukryty był wyżej, na strychu kościoła: jego lufa, dygocąca tempem wystrzałów, sterczała z małego, mansardowego okienka, obłożonego worami z ziemią i pluła krocią311 wystrzałów. Ułamki cegieł sypały się ciągle. Żołnierze leżący na wale pokazywali mi je, śmiejąc się: padały tak blisko, a nie było niebezpieczeństwa, żeby w nas osłoniętych trafiły. Za to przez peryskop widać było niemal dokładnie to, co się działo w odległym o kilometr zaledwie Torejonie małym: broniono już tam chyba jego gruzy. W kościół musiały paść tymczasem nowe pociski, bo nie tylko dach nad absydą, ale jeszcze sam środek głównej nawy świecił olbrzymią wyrwą. Widać było nawet białe żebra jakichś ułamanych belek stropu, obdarte z dachu i wystające ku górze. W ciągu dwudziestu czterech godzin artyleria rządowa zdołała naprawić swą celność. Na równinie, w kierunku Madrytu, dostrzegaliśmy ukryte za sfalowaniami terenu oddziały, rozsypane w tyralierze, gotowe zapewne do ataku. Powinien był przyjść lada moment. Stało się tak istotnie. Naraz jedna z czterech ścian wieży poczęła się jakby odczepiać, potem złamała w połowie i runęła, wznosząc olbrzymi słup kurzu. Trwało to oczywiście moment, ale było zupełnie wyraźne. Kurz wiał jeszcze tumanem, gdy odsłoniły się szczątki tego, co oszczędził wybuch. Były to jednak już nie trzy pozostałe ściany, ale jakiś strzęp, jakiś róg budowy, monolitowo sterczący w niebo. Żołnierze wyskoczyli na linię, z karabinami do ataku. Popadali jednak zaraz: od Torejonu dalej śmigały strzały. Skąd strzelali? Zza załomów muru, z porozwalanych domów, z tych stert podruzgotanej dachówki, którą widać było przez peryskop? Dosyć że walka nie skończyła się jeszcze. Za to artyleria rządowa widocznie uważała, że już czas najwyższy na atak piechoty, bo przestała strzelać. Może bała się trafić swoich. —
Zbiegłem tymczasem, kuląc się, do pierwszych, zwartych już domów naszej wsi. Gruba Ilza walczyła właśnie z jakimś teniente312 o danie jej ciężarówki na przewóz pościelowego dobytku. Dowódca miał jednak co innego na głowie. Wybiegł za drugą stronę wsi, gdzie tymczasem sytuacja stawała się widać ciekawsza. Wreszcie jego zastępca powiedział, że wszelką pomoc otrzymamy w sztabie, który znajduje się w tyle linii.
Okazało się nawet, że Ilza zna miejscowego pułkownika w Mostoles. Ruszyliśmy więc do Mostoles. Sztab zastaliśmy przy obiedzie. Ilza coś wspomniała o autach, ale spora misa paelli à la Valenciana313 przerwała rozmowę. Pułkownik, wojskowy, podstarzały charmeur314, przypuścił atak do „znakomitej pisarki niemieckiej, wygnanej przez terror Hitlera”. Znakomita pisarka broniła się w każdym razie mniej wytrwale niż Regulares z Torejonu, pułkownik atakował zaś z większą energią niż jego czerwona tyraliera. Zjawił się i kieliszek anyżowego likieru. Otrzymaliśmy go tylko my dwoje i pułkownik; szofer Niemiec i oficerzy nie dostąpili tego zaszczytu. Naraz odwołano jednego z oficerów do aparatu, potem drugiego, potem pułkownika. Pułkownik wrócił po chwili, jednocześnie zajechały jakieś auta. Na nas nie zwracano już uwagi. Pożegnano się, tak jakby to oni odjeżdżali. Ale z Ilzą tak się nie dało:
— Jak to, a moje rzeczy dla Socorro Rojo? A nasze auto?
— Państwo przecież mają auto? — zdziwił się pułkownik.
— Ale mieliśmy dostać ciężarówkę po rzeczy w Torejon! — upomniała się Ilza.
— No tak — mówił pułkownik, czemuś zafrasowany — no tak. Ale nie teraz, nie teraz. Jutro. O, jutro — zapewnił.
— Dlaczego jutro? Nie wiadomo, co może być jutro? Dziś, zaraz.
— Nie mogę, Madame. — (Pułkownik w czasie obiadu oświadczył był, że do takich osób jak Ilza całe życie mówił: Madame. Ale ona, jeśli chce, może do niego mówić: towarzyszu. Będzie to dlań, zapewniał, niezapomniane wspomnienie tej wojny). Jutro, tak. Teraz, żeby móc jutro, on właśnie wyrusza na linie. Musi zdobyć na nowo Torejon...
— Jak to, zdobyć na nowo?
Pułkownik już siadał do pierwszego auta. Nasz szofer był na tyle przytomny, że również podjechał autem Ilzy. Nakładając jakieś okulary od słońca, wojskowy wyjaśniał:
— Musieliśmy chwilowo opuścić Torejon. Jedziemy na linie.
Auto ruszyło, ale i Ilza, która była sprytna, nie pytała dłużej. Po trzech autach komendy nadjechało nasze. Do jadącego przed nami wsiadł pomiędzy oficerów kucharz w kitlu i żołnierz wyglądający na ordynansa. Ale auta nie skręciły na drogę do Torejon: z autem pułkownika na czele pędziły w kierunku przeciwnym, na Getafe i Madryt. Od drogi dolatywała wzmożona i bardzo już wyraźna strzelanina.
— Obawiam się, że to z Mosteles trzeba ewakuować bety — powiedział szofer, któremu nie wiedzieć dlaczego zabiegi pościelowe Ilzy nie przypadły do gustu. —
Zgubiliśmy gdzieś auta sztabowe. Za to Getafe uległo ponownemu bombardowaniu. Pociski padły w hangar główny lotniska, koszary i ulicę. Opowiedzieli nam o tym dwaj fotodziennikarze Niemcy, komuniści, którzy właśnie dokonali zdjęć. Wybierali się na drogę do Aranjuezu. Pojechaliśmy z nimi. Boczna droga łącząca dwa główne szlaki była opancerzona szeregiem wznoszonych naprędce okopów: kilkadziesiąt wspaniałych betonowych schronów zamykało linię obronną. Przy skręcie na szosę aranjueską prowadził roboty pół Austriak, pół Czech, oficer z wojny światowej, jeniec na Syberii, komunista. Narzekał bardzo na opieszałość swych robotników. Byli to zresztą przeważnie urzędnicy biurowi, członkowie socjalizującego syndykatu zawodowego, jedni z najpierwszych entuzjastów Frontu Ludowego, ale z biegiem (niedługim) czasu, bardzo ochłodzeni z zapałach. Austriak przykładał największą wagę do operacji piątego pułku, grupy Listera, działającej właśnie na drodze do Aranjuez. Ponieważ znał i Ilzę, i młodych fotografów, wygadał się, że tam właśnie są tanki rosyjskie i trwa walka o Sesenię. On też pierwszy wyjaśnił z lekka, dlaczego ofensywa daje tak słabe rezultaty: milicjanci, dobrzy w górach, nie umieją bić się w polu, okopywać się, ostrzeliwać zza lada bruzdy. Uważali, że tanki zrobią wszystko za nich, i nie mogą jeszcze tego zrozumieć, że tank przełamuje tylko opór linii bojowej, ale zlikwidować ją zupełnie może tylko idąca za nim piechota. —
Ruszyliśmy autami na Pinto i Valdemoro. Za Valdemoro okazało się, że nasi towarzysze nie jadą za nami. Sunęliśmy dalszym odcinkiem szosy, już blisko Sesenii i frontu. Nie było widać nikogo. Naraz, oglądając się za naszymi Niemcami, Ilza zobaczyła daleki daleki samolot lecący do Getafe, a więc z tyłu, ale niewątpliwie nieprzyjacielski. Rządowych nie spotykaliśmy prawie. Samolot skręcił nad naszą szosę. Musiał już być nad Pinto. Za chwilę będzie nad nami.
Zaczęła się walna, choć szybka narada, co robić. Były dwa wyjścia. Jechać dalej, jak najszybciej drogą. Jeśli samolotowi nie zależało na ostrzelaniu nas, jeśli nie chciał się bawić, jak to bywało niekiedy, w „polowanie”, wyjście było najlepsze. Szofer był gorąco za wyścigiem: dać gazu i wiać, póki tamten daleko, choćby do Kartageny. Jako posiadacz auta, nie miał ochoty zostawić je w polu, a samemu, jak przeciwnie proponowała Ilza, zejść gdzieś do rowu i pokłaść się w burzanach315: auta nie dałoby się skryć tak dobrze i samolot mógłby je z łatwością poszpikować z karabinu maszynowego. Rozmowa szła w krótkich, urywanych zdaniach, ale różnica poglądów była jasna: Ilzie chodziło o własną skórę, szoferowi jeszcze i o wóz. Z francuskiego, wobec tego, że nie wypowiedziałem się za żadnym planem i nie brałem udziału w dyskusji, przeszło się na niemiecki. Zerknięcie okienkiem pokazało, że samolot już zbliża się do Valdemoro: szofer dał na własną rękę gazu. Ale Ilza pamiętała, że przed paroma dniami trzech dziennikarzy amerykańskich, jadąc tak na oślep, dostało się pod obstrzał włoskiego tanku i do niewoli nacjonalistów. Zaczęła więc protestować gwałtownie: od kierownicy odpowiadano nie mniej ostro. Nie była to dyskusja. Nie była to już ani wytworna francuszczyzna, ani kategoryczne niemieckie, był to jakiś nerwowy, ujadliwy żargon. Auto mknęło po szosie, warkot lotniczego motoru stawał się coraz bliższy. Naraz stało się coś, co na chwilę zdawało się sprawdzić ponure przepowiednie Ilzy: z krzaków przy drodze wyskoczyło dwóch żołnierzy, zagradzając drogę.
Auto zatrzymało się gwałtownym wstrząsem. Z rowu podniosło się jeszcze kilkunastu żołnierzy, cała grupa. Szczęściem jeden z nich miał jakąś czerwoną oznakę: nie byliśmy więc w niewoli. Żołnierzami dowodził młody podchorąży, który wyjaśnił położenie. Dalszy odcinek drogi jest chwilowo przecięty. Tam oto leży zestrzelone i spalone auto, którym wieziono na linię gazety: biednego roznosiciela wydobyto z wozu, przeszytego kulami i wpółzwęglonego. Nad drogą pojawiła się kawaleria Maurów. Nim łączność z Aranjuezem będzie odnowiona, wstrzymano więc wypady na ten odcinek. Tymczasem jednak kryjmy się w pole. —
Nadlatywały nie jeden, ale dwa samoloty: okrążenie Valdemoro, centrum operacyjnego, powstrzymało je w drodze. Teraz sunęły prosto naszą drogą. Auto zjechało bruzdami polnymi pod oliwki, myśmy pokładli się na ściernisku i w krzakach rowu. Rozlewność, z jaką Ilza zdążyła już przywitać się z żołnierzami, gdy okazało się, że nie są to Maurowie, zdołała jej zdobyć pewną swoistą popularność, pozbawioną zresztą większych oznak szacunku. Przeznaczono dla niej jednej najcenniejszy schowek: wybetonowany przewód pod szosą, tworzący tu coś pośredniego między małym mostkiem a wielkim otworem ściekowym. Samoloty zbliżały się szybko, ale niestety tułów Ilzy jedynie z trudem przeprowadził swą górną część przez otwór: imponująca rozmiarami reszta uwięzła, mimo ryzyka sytuacji dość zabawnie, w cembrowinie i sterczała jak korek z butelki. Żołnierze żywo i na wesoło zabrali się do energicznego wpychania i tej reszty. Podchorąży, przyzwany piskotliwymi protestami Ilzy, ruszył zmniejszyć tę nadmierną gorliwość, ale tym razem samoloty były już nad nami. Pokładliśmy się szybko na ziemię. Leżałem na samym ściernisku, przykryty rozpostartym płaszczem mocno ścierniskowej barwy: leżący obok żołnierz tłumaczył, że tu najlepiej, bo krzaki i pobliże drogi mogą najłatwiej ulec ostrzelaniu.
Myśleliśmy, że nas ono ominie, bo oba samoloty zaczęły coś bombardować nieco dalej, minąwszy nas już. Później dowiedziałem się, że były to przynależne do Aranjuezu, ustawione w dolinie Jarama, baterie artylerii rządowej. Wbrew spodziewaniu zawróciły raz jeszcze i ostrzelały tamtą stronę drogi. W karoserii auta znalazły się trzy kule, zresztą nieszkodliwe zupełnie. Wgramoliliśmy się z powrotem. Szofer był zachmurzony, ale Ilza rozradowana, z lekka zarumieniona i mówiąca o żołnierzach: ces chers garçons316. Przed odjazdem przyprowadzono rannego. Otrzymał postrzał w nogę, utykał. Odwieźliśmy go do Valdemoro i dowiedzieliśmy się od niego, że rządowcy jeszcze raz odzyskali Sesenię, ale że sytuacja jest ciężka.
W Valdemoro Ilza postanowiła odwiedzić „swego wielkiego przyjaciela” komendanta 5. pułku milicji ludowych, Listera. Poznałem go był kiedyś przy objeździe frontu. Teraz dowiedziałem się, że mówi po rosyjsku: kamieniarz z zawodu, galleg317, pracował w Moskwie przy robotach kamieniarskich budowy kolejki podziemnej. W dawnej kwaterze „gwardii cywilnej” urzędował teraz Lister. Był to bardzo barczysty, ciemny i krępy robociarz, noszący się z rosyjska. Przy kurtce skórzanej i butach wisiał olbrzymi nagan318 i większy jeszcze nahaj319. Mówiliśmy po rosyjsku i miałem wrażenie, że jestem mu sympatyczny. W pewnym momencie przeszedł na hiszpański i po chwili zapytał, czy dobrze władam tym językiem. Powiedziałem, że słabo, ale mogę się już dogadać. Lister zapytał wówczas, czy mam karnet. Nie rozumiałem, jaki karnet. Ilza wmieszała się do rozmowy: wyjaśniła mi, że „karnet” oznacza tyle, co „bilet partyjny” partii komunistycznej. Listerowi zaś, że nie jestem komunistą. Uśmiechnąłem się, zaprzeczając, Lister popatrzał na mnie jeszcze, uśmiechnął się również, jakby o czymś myślał i powiedział: „A nie żałko li?”320 — „Poka czto, nie żalko”321 — odpowiedziałem. I wtedy, i później rozmawiałem jeszcze wiele z Listerem, miałem wrażenie, że sympatia jest obustronna. Co znaczyło zapytanie w Valdemoro, nie powiedział mi nigdy. Być może chodziło o znalezienie jeszcze jednego tłumacza rosyjsko-hiszpańskiego, których tak bardzo wówczas właśnie brakowało.
Wyszliśmy z kwatery po wczesnej kolacji — Ilza zawsze umiała tak praktycznie wykręcić, żeby w porze posiłku znaleźć się przy możliwie największej kwaterze. Była już noc wczesna i chłodna, zupełnie jesienna. Szukaliśmy naszego auta, gdy uderzył nas gwar przy szosie. To przyjechały od Pinto tanki sowieckie. Milicjanci otoczyli je ze wszystkich stron, krzycząc „Viva Russia! Viva Russia!”, dotykając ich i poklepując, cisnąc się dookoła. Dwóch szczupłych, ściśniętych w pasie wojskowych w krągłych czapkach skórzanych, przeszło koło nas energicznym krokiem w kierunku kwatery Listera. Było zupełnie ciemno, ale wiedziałem, jak i Ilza, jak nasz szofer, że ci ludzie nie będą to Hiszpanie. Że są to oficerowie sowieccy.
Ciżba niesfornych milicjantów rozstępowała się przed nimi, uciszała, jakby prostowała na baczność. Byli tacy zupełnie różni od tego tłumu, puebla i świata, że widząc ich, nie myślało się już o komunizmie. Myślało raczej o tym, że oto po raz pierwszy w historii kraj Iwana Kality322 przybył sprawować ład w kraju don Kiszota z La Manczy. Wiedziałem już, że oni jedni wniosą tu to, czego rewolucja sama z siebie dać nie zdołała. Że będą Waregami323, przybyłymi z czerwonej północy na tych swych stalowych, pełznących po ziemi łodziach, wezwanymi do kraju, który pokłonił się teraz, jak ongiś ludzie znad Ładogi przed wikingiem Rurykiem324, i powiedział: „Ziemia nasza bogata i ludna, ale ładu, którego chcemy, w niej nie ma. Przyjdź i władaj”325. —