Późniejsza wstawka

„27 grudnia. Pojechałem za Guadalaharę. Deszcz i śnieg. Na froncie spokój, wbrew pogłoskom. Dojechałem do sto czwartego kilometra drogi na Irun. Przed i za Alcala de Henares fortyfikacje. W Guadalaharze oficerowie rosyjscy. Zatrzymałem się w domu dróżnika, sztab odcinka. Żona straciła dwóch synów: jednego po tej, drugiego po tamtej stronie. Dzieci jedenaścioro. Jedno jeszcze przyjdzie”.

Prowadziłem (dla zorientowania się później w rozkładzie materiału) notatki. To jest właśnie taka notatka. Dziś, gdy do układu książki ją czytam, nic już z niej nie jest aktualne ani ważne. Dużo się zmieniło w Hiszpanii, nie ma już może domu na sto czwartym kilometrze od Madrytu na Irun. Przypomniała mi się tylko ta kobieta. Jakże to było?

Był rzeczywiście śnieg i deszcz. Ruchoma strzałka na szybie auta pracowała, zmiatając nalot mokry, ciężko. Zatrzymano nas. Zeszliśmy do domu, postanowiliśmy się pogrzać. Było kilkunastu żołnierzy, porucznik, kapitan. Grzano się przy wielkim ogniu w środku izby. Był olbrzymi komin hiszpański i zapadał mrok. —

W pewnym momencie za mną, z góry, coś poczęło trzeszczeć. Popatrzyłem. Były schody. Bardziej drabina niż schody. Schodziła z nich właśnie powoli, ostrożnie bardzo, jakaś kobieta. Nie widać było zrazu nic więcej poza nogami i grubym, ciężarnym brzuchem. Dopiero potem ukazała się twarz, niemal stara. Ciąża była już bardzo posunięta. Żołnierze oglądnęli się i zamilkli. Kobieta miała na głowie czarną, żałobną płachtę. Była żoną czy krewną dróżnika. Zeszła i poszła do dalszych izb, w swych czarnych szatach, ociężałym krokiem.

— Wie pan — powiedział porucznik — to zaciekła dewotka. Miała syna, który był po tamtej stronie. Karlista. Zabito go tu, gdy się przemykał z powrotem. Co chciał, nie wiadomo. To było po nocy. Ona przyznała, że jej syn. I na nią było wiele. Mieliśmy ją nawet sądzić. Sądem polowym. To krótko, choć to ciąża... w tych sprawach. Ale oto drugi jej syn padł pod Alcorcon. Pan wie, wtedy. Po naszej stronie. Był członkiem partii od tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego czy wcześniej. Tak mówiono mi, tego nie wiem dokładnie. Rozumie pan, zwolniono ją zaraz oczywiście. Pogrzeb syna miał honory wojskowe. —

Kobieta w chwilę potem przeszła tak samo, ciemna, obojętna, przy nas. Znowu wdrapała się ciężko na strome schody, windując w górę strudzone, niezdarne boki. Popatrzyłem jeszcze za nią. Porucznik wrócił do tematu:

— Miała jedenaścioro dzieci. To mówiono nam, jak miała być sądzona. Tamten chłopak na dworze to też jej syn. I teraz będzie miała, widzi pan, jeszcze jedno. Kobiety rodzić nie przestały w Hiszpanii. Tamte dzieci są po całym świecie. W Wenezueli, przy nafcie, w Argentynie, w Maroku, gdzie tam jeszcze. Sama nie wie gdzie. Suka nie wie, gdzie jej szczenięta, a szczeni się co wiosny.

To wszystko mi się przypomina wyraźnie jak dziś, gdy czytam tę starą notatkę. Z kilku słów wprost w obraz się rozrasta. Wszystko inne się zatraciło, a to zostało jakoś. Prawie, a twarz porucznika pamiętam. Prawie, a widzę te schody, pół drabinę, po której niezdarnie gramoliła się zniszczona matka. I przychodzi mi teraz refleksja:

Tak, to prawda że dzieje Polski i Hiszpanii, krótkotrwałych mocarstw, które wzniosły te kraje, były przejściowe i efemeryczne. To prawda, że nasze granice „z 1772 roku”, coś, co dla nas współczesnych uchodzi za absurd — i w obecnej sytuacji zrozumiale — były dla pokolenia Tadeusza Kościuszki i potem, jeszcze dla naszych pradziadów, tylko skromnym minimum żądań: Polska bez Kijowa. Tyle że dorozbiorowe status quo520. Tak, to prawda, że nie ma dziś śladu z mocarstwowej pozycji Hiszpanii, że bliższa dziś w losach Etiopii niż Wielkiej Brytanii.

A jednak, jest coś, czym oni wyżsi są nad nas. Coś, czym oni przetrwali. Nie ma dziś tego ich państwa, „nad którym nie zachodziło słońce”. Ale jest kontynent, cała część świata, która mówi ich mową, którą zawładnęli synowie ich krwi. Jest tam dziś konglomerat państw, półdzikich, iście „bałkańskich” z operetkowymi mężami stanu, z dżunglami nieprzebytymi jeszcze, z nową rosnącą dżunglą XX wieku, gdzie trusty521 amerykańskie buszują niczym tygrysy w tamtych, przeszłowiecznych puszczach. Ale to jest jednak kontynent, włada nim jednak hiszpańska rasa i hiszpańska mowa. Odeszło to od Hiszpanii. A przecież Hiszpania nie przestanie już być nigdy. Stolica Montezumy nie przestanie już nigdy być miastem hiszpańskim. Miastem polskim nie będzie już nigdy Kijów, nawet Mińsk, nawet —

I to jest wielka różnica. Polski i Hiszpanii. Dzieła XV wieku tam, i XV tu. Ugórowały ogromne latyfundia w Kastylii, Estramadurze, Andaluzji, nie było chleba dla takich kobiet jak ta przez całe wieki, po to, by jej synowie szli za „wielkie morze”, zdobywali dla przyszłych synów rasy ziemię czterykroć większą od Europy. Pustoszała, wycieńczała się, więdła metropolia. Aż stała się jak ta matka z Guadalajary. Ale wybudowała dla wnuków swej rasy olbrzymi dom. Omiedziła522 im, wcześniej niż inne narody, olbrzymi kawał globu. Nie umiała go utrzymać w jednym politycznym władaniu. Ale w jednym władaniu etnograficznym pozostanie już na zawsze. Nie będą już mówić inaczej niż po kastylsku w Texas523 i w Ziemi Ognistej. Słowianin, Niemiec, Japończyk będzie tam zawsze pasierbem. Hiszpan, najgorszy nawet, gospodarzem.

Były trzy wielkie kolonialne ekspansje w historii: hiszpańska, angielska i francuska. Nadchodzi teraz trzecia: włoska. Etiopia, Trypolis, Erytrea. — Najstarszy typ to hiszpańska. Tej okres zdobyczny został zamknięty już bardzo dawno. Załamał się politycznie. Narodowościowo przetrwał. Co będzie z Indiami, gdy z kolei zacznie się kiedyś kurczenie Wielkiej Brytanii? Co będzie z Tunisem, gdy starzeć się zacznie imperium kolonialne Francji? Nie wiem. Najmłodsze imperium kolonialne, włoskie, wchodzi jednak na drogi najstarszego. Oni chcą nie tylko zdobyć surowiec kolonialny i rynek kolonialny dla swych fabryk, nie tylko naftę i złoto, chcą mieć jeszcze ziemie pod pług swego osadnika. Chodzi im nie tylko o to, żeby Addis Abeba dostarczyła maniok, ropę, i rudę ołowiu Mediolanowi oraz zbyt dla jego przędzalni, dla włoskich Białystoków, Birminghamów i Łodzi. Chodzi im o to, żeby język, którym mówić będzie za lat sto i dwieście przyszła Addis Abeba, był ten sam, co w Mediolanie i Peruggi, a dzieci, które będą się rodzić w kołyskach w Gore, były podobniejsze do chłopców z Balilla524 niż do synów Rasa Tafari525. Jak dzieci w Meksyku przypominają madryckie, a nie inkaskie.

I myślę jeszcze o tych milionach zniszczonych matek, które tej Hiszpanii zdobyły, nędzą swych dzieci, męką swych bioder, więcej niż Karol V, Filip i zwycięzca z Lepantu.