Proboszcz wśród czerwonych
Pierwszą osobą, która na tym hiszpańskim statku zwróciła naszą uwagę, był ksiądz. Ksiądz w najzwyczajniejszej sutannie, w czarnym, wytartym nieco płaszczu, w szerokim księżowskim kapeluszu używanym w Hiszpanii i Francji. Opasany był szerokim sukiennym pasem, przypominającym jezuicki. Wszedł na „Severino Asarte” w chwilę po nas. W dużej kajucie na pokładzie było już kilkanaście osób, przeważnie kobiet i dzieci. Zrobiliśmy księdzu miejsce koło nas i wdaliśmy się w rozmowę. „Severino Asarte” miała odpłynąć o trzeciej, ale nie odpłynęła. Z kolei wszedł wysoki, postawny Hiszpan, w sportowym ubraniu cywilnym o kroju kurtek armii angielskiej. Po chwili wyciągnął z kieszeni kawał kolorowej materii, rodzaj zaginanych żółtych pluskiewek i dłuto i zaczął tym dłutem przekłuwać oporne sukno swej kurtki. Dzieci przyglądały się uważnie. Niedługo potem ów kawał kolorowej materii był już przytwierdzony do ubrania. Poznałem odznakę komisarzy politycznych czerwonej armii hiszpańskiej. Ksiądz widział, że zwróciłem na nią uwagę. Zdążyliśmy mu zresztą powiedzieć pokrótce o moich dotychczasowych peregrynacjach595 po czerwonej Hiszpanii i obecnym celu podróży. Pogrzebał w dużym portfelu i wyciągnął jakąś nową odznakę, z białymi literami i krzyżem na czerwonym tle. Odznaki tej nie spotkałem dotąd na żadnym z frontów hiszpańskich. Ksiądz powiedział mi, że jest to odznaka kapelana przy oddziałach wojsk baskijskich. Przez chwilę obie odznaki, komisarza politycznego i kapelana wojskowego, dzielił tylko drewniany blat stołu. Komisarz polityczny, udający się na front baskijski, patrzał najzupełniej spokojnie i uprzejmie, niczym na swego kolegę, na księdza z odznaką kapelańską. Są armie na świecie, które mają kapelanów — i są armie, które mają komisarzy politycznych. Pomyślałem, że armia najnowszego w świecie półpaństwa jest pierwsza, która posiada tych i tamtych.
„Severino Asarte” zaczęła przepływać powoli szerokie ujście rzeki, które sprawia, że port Bajonny596 leży właściwie głęboko wewnątrz lądu. Rozmawialiśmy z księdzem. Mówił z namysłem, powściągliwie, ale pewnie. Jechał teraz z Paryża do kraju Basków, do Euskadi w ich mowie, na misje.
— Na misje?
— No tak — odpowiedział ksiądz — przecież teraz jest wielki post: chyba w Polsce, kraju nie mniej znanym ze swego katolicyzmu, co kraj Basków, także w ciągu postu są misje i rekolekcje?
Mojej żonie, towarzyszącej mi od Bajonny, omal nie wyrwała się uwaga, że sytuacja w Polsce jest jednak nieco odmienna od sytuacji w Euskadi. Naprzeciw nas siedział komisarz polityczny, taki sam, jakich mają armie sowiecka, chińska rewolucyjna, jakich miała armia węgierska Beli Kuhna597. Ksiądz narzucał posłuch swym słowom. Nie mówił nic o polityce, kościele, sytuacji, a tylko wyliczał. Od lata miał już w Euskadi tyle a tyle misji kaznodziejskich. Bo na Matkę Boską, w sierpniu i we wrześniu. Potem triduum598 świętej Teresy. Potem przed św. Michałem. Potem adwent. Potem Boże Narodzenie. Rok kościelny, mający swoje święta i swoje pamiątki, rocznice odległe swych zwycięstw i ofiar, dni swych bohaterów i żołnierzy, przesuwał się przed nami, nakładał się na wspomnienia wojenne, frontowe, madryckie z tego właśnie czasu. Ksiądz mówił o tym z taką prostotą i pewnością, jakbyśmy właśnie jechali razem bryczką po drogach jakiejś Lubelszczyzny — a on sam był księdzem proboszczem z Piotrowic czy Żabiej Woli i opowiadał nam o swych parafialno-duszepasterskich pracach. Niemniej nie był to zwykły ksiądz. Przy ciężkiej, topornie ciosanej budowie ciała, przypominającej czasem krępego chłopa, uderzało niezawodne wykształcenie, opanowanie, przemyślenie. Mówił dobrze po francusku i spędził szereg lat we Francji. Był superiorem599 swego zakonu w prowincji baskijskiej. Zakon ten, nieznany mi dotąd, nazywał się zakonem Synów Najświętszego Serca Niepokalanej Marii Panny. Gdy wybuchła rewolucja, ksiądz Urrutia — tak się nazywał — pojechał z listami polecającymi rządu baskijskiego do Asturii. Kto wie, że czerwone Asturie były jednym z najgorętszych kotłów rewolucji, że nie ustępowały w niczym Barcelonie, Madrytowi, Maladze, zrozumie nasze zdziwienie. Ksiądz nie mógł tam pojechać w sutannie. Pojechał w zwykłym ubraniu, aby wydostawać z więzień czy schowków swych zakonnych braci. Władze asturyjskie stawiały początkowo opór, godząc się na wpuszczenie tylko Basków, rezerwując sobie Asturyjczyków. Niemniej podróż tego księżowskiego Orfeusza600 po marksowskim piekle powiodła się. Powyciągał z więzień lub ukrył wszystkich swych braci. Ponieważ przyjechał tam w najbliższych dniach po wybuchu, udało mu się to wszystko stosunkowo dobrze. W więzieniu był tylko jeden z księży, inny zmarł na wolności, wskutek choroby, której przebieg obecne wydarzenia mogły były oczywiście przyśpieszyć, ale go nie spowodowały. Ksiądz Urrutia odbywał potem swoje misje kaznodziejskie, jeździł do Francji i do Paryża. Mam wrażenie, że ksiądz Urrutia miał jeszcze jedną wtedy misję, o której nam nie mówił. Kontaktu z episkopatem francuskim, może z Rzymem.
Nagłe rzucanie statkiem przerwało na całych godzin osiem wszelkie rozmowy. Wypływaliśmy z ujścia Aduru na ocean. Nie napisałem jeszcze, że „Severino Asarte”, dawny prywatny jachcik od wycieczek w pogodę wzdłuż brzegów, była wprawdzie wyposażona w potężny stosunkowo motor, ale tak mała, że z trudem odnaleźliśmy ją w porcie, schowaną zupełnie za flankiem średnio dużego handlowego brygu. Popatrzyliśmy wtedy na tę łupinę i zrobiło się nam, jak to powiadają na Litwie — obojentnie. Od Bajonny trzeba było od razu walić na pełne morze, czyli najdalej od Irunu i San Sebastian, zajętych przez nacjonalistów, byle się przemknąć przez sieć blokady. To „pełne morze” o tej porze roku jest w dodatku szczególnie burzliwe. „Asartą” zaczęło rzucać w zupełnie nieprawdopodobny sposób. Kładła się zupełnie lub wpadała w ogromne, wyboiste leje. W godzinę później byłem rozbity, wpółprzytomny. Było to tym smutniejsze, że Hiszpanie, również chorując, znosili to wszystko znacznie lepiej. Nasz „proboszcz wśród czerwonych” oczywiście nie chorował wcale. Mówił sobie spokojnie brewiarz601. Leżałem lub stałem na pokładzie zlewanym przez strugi deszczu lub bryzgi pian przewalających się falami przez burty. Statek nie tylko skakał: śmigał zygzakami po morzu jak odbijający się od fal płaski, rzucony kamyk. Z mego miejsca widać było wyraźnie marynarza przy sterze, na wyniosłości pokładu. Stamtąd ogarniał widnokrąg i kierował statkiem. Jego głowa w grubej „kominiarce”, popularnej dziś w armii hiszpańskiej jako bonnet russo602, odwracała się to ku jednej, to ku drugiej stronie. Wobec fal skaczących wysoko można było nie zauważyć w porę nieprzyjaciela. Widziano go zresztą nieustannie. Najpierw od brzegu ujrzano trzy niewielkie punkciki. „Asarte” znała je już jako brygi rybackie, uzbrojone teraz w działa i patrolujące po brzegach iruńskich. Momentalnie rzuciła się jeszcze dalej na pełne morze. Po półgodzinie z odrętwienia wyrwał mnie nowy niepokój na statku. Oto po prawej stronie ukazały się dwa rosnące szybko punkciki. Nie ulegało wątpliwości, że to są okręty, duże okręty, i że tu stoją. Po chwili wiedzieliśmy ponadto, że są to okręty wojenne. Na statku rozległy się głosy, żeby wracać. Istotnie, jeśli to były okręty powstańcze, sytuacja była ciężka: skręcać ku brzegom oznaczało tyleż, co wpaść pod obstrzał ominiętych niedawno stateczków. Ominąć okręty, rzucić się jeszcze dalej na pełne morze, było dla „Severino Asarte”, małego jachciku, niebezpieczną przeprawą. Co będzie zresztą, jeśli okręty wojenne ruszą w pościg i ze swymi potężniejszymi niż nasze motorami zaszczują jacht na pełnym morzu? Przypomniałem sobie na moment pewien zwrot, użyty w przepustce wystawionej na nasze nazwiska przez konsulat Euskadi w Bajonnie. Zwrot opiewał, że udajemy się w podróż „por su risco y cuenta”603.
Ale i tym razem risco y cuenta, ryzyko i rachunek, wyszły jeszcze na naszą korzyść. Okręty wojenne były francuskie. Przemknęliśmy się uspokojeni obok szarych kadłubów, na których krańcu trzepotała wyraźna malutka Tricolore604. Potem zaraz wszystko zapadło z powrotem w wilgoć deszczu, szarość chmur, morza i rzucanie po falach.
W ten szary dzień weszła noc jakby jaśniejsza. Po kilku długich godzinach po lewej stronie zbliżył się ląd. Błyskały z daleka światełka. Płynęliśmy już przy brzegach Euskadi, poza legalnym zasięgiem białych. Trwało to długo, aż po prawej stronie zamajaczył nowy kontur lądu. Bilbao605 leży w zatoce, która głęboko, jak bajońska, wrzyna się w ląd. Światła latarń morskich, potężne zielonkawe reflektory poczęły śmigać po nas. Upewniano się, kto zacz. Za łamaczami fal zrobiło się spokojniej. Jakiś głos zaczął przez tubę nadawać kierunek naszej jeździe, celem uniknięcia założonych u wjazdu min. Wjeżdżaliśmy w szeroki górski amfiteatr lśniący światłami, jakby nie było tu wojny. W basenie stał duży statek, jedyny okręt wojenny rządowców w tej stronie. Ktoś opowiedział nam, że oczywiście statki powstańcze dobrze widziały „Asartę”. Ale były to wszystko dawne łodzie rybackie, poprzerabiane na wojenne, powolne. „Asarte” z dobrym motorem mogła uciec przed każdym z nich. Gorzej, gdyby na tych wodach pokazał się powstańczy statek wojenny. Marynarz wydobył gazetę bilbaońską. Były w niej odrysowane ciemne kontury kilku jednostek floty powstańczej. „Almirante Cervera” i „Canovas del Castillo”. Gdyby z Morza Śródziemnego wpłynęły na te wody lub gdyby „Asarte” nieostrożnie zbliżyła się do tamtych brygów, mogłoby być niedobrze.
Była pierwsza w nocy, gdy dobiliśmy do brzegu. W drewnianej hali ze świeżych desek odbyła się kontrola, dość niewprawna i powierzchowna, bardzo uprzejma. Kiedy wyłoniły się jakieś trudności paszportowe, wdał się w rozmowę nasz ksiądz i to poskutkowało. Ponieważ przybiliśmy do brzegu w Las Arenas, willowo nadmorskiej przyległości Bilbao, odległej od niego o kilkanaście kilometrów, i ponieważ tramwaje nocą nie chodzą, wynikły z kolei trudności z noclegiem. Ksiądz okazał się znowu wszechmocny. Wraz z nim i jego znajomym z urzędu celnego przeszliśmy do sąsiedniej bardzo ładnej willi, zajętej dla celników. W pokoju, który nam dano, brakowało nieco mebli, ale panował porządek. Nad łóżkiem wisiał duży obraz Matki Boskiej Bolesnej, na co ksiądz zwrócił nam uwagę.
Rano raz jeszcze ofiarował się ze swą pomocą, biorąc nas do samochodu i odwożąc ze sobą. Pokazał, przejeżdżając, kościół, w którym tegoż rana odprawił mszę świętą, i najwidoczniej podkreślał nam jak mógł wolność kultów zachowaną przez Euskadi. Przejechaliśmy przez miasto fabryczne, źle zabudowane, nieładne, wciśnięte między góry zieleniejące wiosenną trawą a sady zaczynające kwitnąć. Ksiądz złożył swoje rzeczy w plebanii małego kościołka, z zakrystią jak wszystkie zakrystie. Właśnie paru księży modliło się po mszy. Odjechaliśmy do centrum miasta, gdzie nad gmachem wielkiego hotelu wisiały dwa sztandary: republiki hiszpańskiej i kraju Basków. Naprędce utworzona gwardia w ciemnogranatowych mundurach, z czerwonymi wyłogami i w ogromnych beretach trzymała wartę. Na nasz widok, a raczej na widok naszego księdza, sprezentowano broń. Przeszliśmy korytarze pełne ludzi, zadymione. Lśniły tylko nowe witraże w klatce schodowej, noszące już owieńczony dębem herb kantonów baskijskich. Przeszliśmy do apartamentu, nad którego wejściem widniało: „Jefe de relationes extranieros”. Szef stosunków międzynarodowych młodego państwa było to coś pośredniego między Beckiem, Przeździeckim i Święcickim; nieco minister spraw zagranicznych, trochę szef protokółu, trochę szef prasowy. Nazywał się Bruno de Mendiguren. Przyjął nas po chwili w swoim gabinecie. Był ze swym sekretarzem na ty, a do nas zwrócił się z najbardziej ujmującym szczerym i prostym uśmiechem, jakim kiedykolwiek zwracał się do ludzkości szef prasowy jakiegokolwiek państwa. Nie miał lat trzydziestu, a wyglądał na mniej. Obrączka na palcu z trudem podtrzymywała powagę tego młodocianego dostojnika. Przypominał może nieco z rysów twarzy Edwarda VIII. Nam jednak przypominał w dziwny sposób różne nasze akademickie władze z bratniaków606, bibliotek słuchaczy prawa, mens akademickich. Nad jego biurkiem wisiała fotografia innego młodego człowieka. Mógł mieć lat trzydzieści trzy, cztery. Wyglądał tak właśnie, jak wygląda, fotografując się po raz pierwszy po swoim wyborze, jakiś Kurcyusz, Wisłocki czy Dembiński. Jak prezes bratniaka. Był to prezydent Euskadi. W korytarzach barcelońskiej generalidad widziałem ludzi takich, jakich widuje się w dymie kawiarń, w gwarze niekończących się rozmów na niezgłębione tematy. Ludzie ci byli ministrami rewolucyjnej Katalonii. Z limuzyn przed pałacem ministerstwa wojny w Madrycie, gdy szedł od Getafe huk armat, wysiadali ociężali i podstarzali politycy partyjni, Caballero, Prieto607, Azana, del Vayo, wieloletni redaktorzy i posłowie, dla których ciężar wydarzeń, wielkość odpowiedzialności i władzy przyszła pospołu z siwizną, z tyciem, początkiem sklerozy, za późno. To same brzemię władzy opadło tutaj na ramiona młode, prawie młodziutkie, pewno za słabe. Te ramiona może się pod tym ciężarem ugną i złamią. Może dojrzeją i okrzepną. Nie wiemy, zobaczymy. Na razie jest to jedyna część Hiszpanii, gdzie to, co doszło do głosu, to, co rządzi, jest pokoleniem młodym, pokoleniem moim. W Polsce to pokolenie skrępowano nawet w dziedzinie rządzenia bratniakami. Tutaj, w Euskadi, ono kieruje państwem.
Napisałem: państwem. Czy nie przesada, gruba przesada? Co im dał Madryt w dniach, gdy w Gran Via waliły armaty generała Franco, to była tylko autonomia. Nieco więcej od tego, niż ma u nas Śląsk. Trzepoce się nad tym, to prawda, sztandar nowy, o podwójnym krzyżu, zielonym i białym na czerwonym tle, jest herb heraldyczny z jakimiś drzewami, wieżami i górkami, w swym wieńcu hieratycznym dębowych liści, jest ten prezydent, który w swym orędziu nazywa siebie „prezydentem wszystkich Basków”. Ale takie państwa między rokiem 1918 a 1921 rodziły się i nikły na Krymie i we Lwowie, na Kaukazie i nad Donem kozackim. A to jest tylko autonomia...
To prawda, ale prawdą jest jeszcze co innego. Prawdą jest, że ten autonomiczny kraik wykonywa władzę państwową choćby dlatego tylko, że jest zupełnie odcięty od szamocącej się wśród własnych trosk stolicy państwa. Prawdą jest, że ten kraik ma dziś swoją armię, swoje karabiny i pułki, swój front, że na tym froncie walczy o całość swego terytorium. Prawdą jest, że jednocześnie na zapleczu organizuje na nowo rozpadłą władzę, jak my, Łotysze czy Estowie organizowaliśmy w roku 1918. I prawdą jest, że jadąc, minęliśmy czerwony sztandar nad lokalem komunistów, a także księży wychodzących z kościoła, a tej wspólnej możliwości nie ma jak Hiszpania długa i szeroka. Gdybym tutaj przyjechał z Europy, może bym tego nie rozumiał. Ale przyjeżdżam z Hiszpanii. Wiem, jakim trudem i jakimi wartościami buduje się ład w ogniu rewolucji. Widziałem w Katalonii rządy ludzi z kawiarń, w Madrycie rządy ludzi z partii, którzy nie umieli zatrzymać zniszczenia. W tej chwili właśnie taka władza z bratniaka, ów Beck-Przeździecki-Święcicki, Bruno Mendiguren, podaje mi jakieś zdjęcia czy materiał informacyjny. Wykonywa taki sam ruch, jaki by w podobnych warunkach wykonał może Święcicki w prezydium rady ministrów, może Skiwski w ministerstwie spraw zagranicznych, może inny urzędnik. Ale ja wiem dobrze, ile wysiłków uprzednich, licznych, ogromnych, musiało się złożyć na to, żebyśmy tu siedzieli wszyscy, ksiądz Urrutia, my przybyli morzem i wreszcie ten młody chłopak — i żeby mógł wykonywać tak spokojnie, w kraju zalanym rewolucją, taką normalną, urzędową czynność.