Starsi od Hellady
Okna naszego pokoju wychodzą jednocześnie na szeroki plac i wąską uliczkę. W szeroki plac wdziera się ramię wielkiego kanału, u kamiennej bariery nadbrzeża kołyszą się duże barki, czernieją podniesione teraz do góry dwie połowy zwodzonego mostu, który rozchyla się, aby przepuścić aż dotąd, do środka Bilbao, statki handlowe z portu. Małą, ciasną uliczkę zamyka gotycka wieża i wielki portal kościoła. Drzwi w tym portalu nie zostały ani spalone, ani zamurowane, są otwarte. Żadne z gotyckich żebrowań nie sczerniło się innym dymem jak dymem kadzideł, nie zarysowało inną szczerbą jak własnej starości. Kamiennym świętym z portalu nie ucięto błogosławiącej ręki. Daleki ocean co dnia swoim przepływem podnosi wody w Bilbao, ale niedaleka rewolucja nie przeszła wąskim kanałem tej uliczki. A przecież przeszła. Z domu między mną a kościołem powiewa duży płat czerwonego sztandaru. Jest to lokal „komsomołu”608. Dom niemal przylegający do kościoła wywiesił czarno-czerwoną flagę anarchistów. Ręce świętych z portalu kościoła, wzniesione w hieratycznym ruchu, błogosławią ulicę. Na tej ulicy niekiedy podnoszą się w górę, na czyjeś powitanie, ręce żywych ludzi, ściśnięte w pięści, ruchem, który nie ma nic w sobie z hieratyzmu. I ulica ta jest hiszpańska, i domy hiszpańskie, i kościół wzniosły ręce budowniczych hiszpańskich, i mowa tych ludzi jest hiszpańska. Trzeba jednak przyjechać z Madrytu, z Walencji, Barcelony, z frontów południowych, z Iznalloz i Guadix, żeby odczuć, jak bardzo to Bilbao nie jest dziś hiszpańskie.
Patrząc, widzi się najpierw miasto takie jak Sosnowiec, jak Białystok, to znaczy przemysłowe, źle zbudowane, nędzne i bogate. Luksus wielkich banków sąsiaduje z brudem nędzy. Chaos budowniczy i społeczny. Kopalnie, wchodzące wprost w miasto, złoża najbogatszych po Rifie rud żelaza, rozryły całe wzgórza. Bilbao leży w dolinie, nad rzeką i kanałami, niczym na skraju rynsztoka. Ale nad tym Sosnowcem brudnym i nędznym falują zielone fałdy gór. Tej zieloności nie ma na płowych płaskowzgórzach Hiszpanii, nie ma też lasów szumiących nad miastem. Jakieś Zakopane, jakieś Karpaty, z połaciami wielkich połonin. Na stokach rozsiadłe, przysiadłe do ziemi chaty. Góry ciągną się daleko, rosną powoli amfiteatrem, tak że tych chat widzi się dużo. Wieś baskijska nachyliła się nad miastem czarnym i bez wyrazu. Jej światełka wieczorami błyszczą między sferą ogni hutniczych i sferą gwiazd. Nigdzie wieś nie stała się czymś tak górującym nad miastem wzniesionym ponad nie. Nigdzie nie patrzy tak z góry i nigdzie miasto nie jest tak bardzo u stóp swej wsi.
Wyższość nie jest tylko topograficzna. Jest jeszcze gospodarcza. Chłop, który mieszka w tym domu przykucłym609 nad miastem, jest możniejszy gospodarczo od robotnika. Pochodzi z kraju, który zachował poprzez wieki, niemal nieuronione, bogate chłopstwo, kmiecia, którego zatraciła Polska pierwszych Piastów, odgrzebała w XIX w. Dania, utrzymały Szwajcaria i Styria. W końcu XIX w., w początkach naszego, wyrósł spod ziemi oparty na żelazie przemysł. Miasto stało się wielkim portem, wielkim centrum przemysłowym. Zaczęło swą rudę wywozić i przerabiać. Z piętnastu tysięcy ludności wzrosło do stu. Rozrost miasta, rozrost przemysłu dały chłopstwu baskijskiemu więcej, niż mogły dać wszystkie reformy. Na stokach wyrosły ogrody warzywne, nowoczesne hodowle drobiu, nowoczesne obory. Nie przybyło ziemi na górach, ale to, co daje ziemia, zwiększyło wielokrotnie swą wartość. Bezrolni szli do tego miasta u stóp chat. W fajeranty610 widzi się ludzi ciągnących z miasta na wieś. Robotnik, idący w dzień wolny w góry, nie idzie raz tu, raz tam na „weekend”. Idzie do swoich. Tam w górze jest jego chata, chata jego rodziny. Caserio el solar, co pochodzi od słowa el sol (ziemia) i podkreśla związek domu z gruntem. Cały dzień wolny spędza tam właśnie. Dzieci jego, urodzone w mieście, znają dawny solar. Wiedzą, jak się tam uprawia, co się sadzi, wiedzą, jak i dlaczego zwie się tak a nie inaczej. Każdy solar ma swoją nazwę. Dzieci wymawiają tę trudną nazwę w euskera, mowie Basków: „Etchesauru”, „Etche-jauna”, „Etche-isagaray”. Wrócą do miasta opalone wiatrem połonin, zarumienione powietrzem, które spłucze z nich bladość miejską, nizinną przejrzystość cery, ziemistość policzków, a także strugami dziwnej tajemniczej mowy Basków zmyje namuł kastylski.
Bo oto jeszcze jedna przyczyna, dla której ta wieś, nie tylko w topograficznym znaczeniu, patrzy z góry na miasto. Wieś jest baskijska. Miasto — to przybysze kastylscy, czerń robocza i nędzna, przybiegła tu zza Burgos, zza Valladolid, za najnędzniejszą pracą. Jeszcze jedni bracia i siostry Róży. Świat bez wczoraj i bez historii. A wieś biskajska to Baskowie. Kto to są Baskowie? Nie wiem. Ale i nikt nie wie. Co to jest mowa Basków? Też nie wiem i znowuż nikt tego nie wie. Baskowie i wszystko, co się nich tyczy, jest taką samą tajemnicą historii jak olbrzymy na Wyspach Wielkanocnych, jak menhiry Bretanii, jak znaczenie Sfinksa, lwa o twarzy kobiecej, jak Atlantyda. Wiemy o tym mniej niż o przedhistorycznych kopcach pod Krakowem. Nazwy dziecka dla ojca i matki, niemal te same we wszystkich językach indoeuropejskich, są u Basków zupełnie inne. Przypominają za to słowa japońskie. Rozszerzają się tam, nie kurczą, mroki zagadki. Cóż wiemy dalej? Wiemy, że Gotowie i Arabowie, wszystkie najazdy, które przemieniły Hiszpanię, zarywały częściami ziemię Basków, nie zdołały jej posiąść nigdy. Taka Abisynia, która nie znalazła swego Badoglia611. Lasy hiszpańskie wycięto wtedy w pień i już nie odrosły. Lasy, ongi nieprzebyte, szumią dalej zielono nad krajem Basków, Nawarrą i Guipuzcoą, Alabą i Biskają. Burgos jest enklawą wkrojoną w te ziemie. Cóż wiemy o nich więcej? Że jedno ich podbiło: chrześcijaństwo. I znowuż nie dosięgli tego rycerze-biskupi z Toleda, wojenni książęta kościoła hiszpańskiego. Katolicyzm przyszedł tu późno, ale z jednego z najczystszych swych źródeł: wielkiej reformy kluniackiej. Synowie św. Benedykta, którzy — dziwnym trafem — nie przeszli przez Hiszpanię, dotarli aż w bory i bez wojny uczynili chrześcijańskim naród współczesny Mojżeszowi, ostatnim faraonom, Grecji wojny peloponeskiej, Rzymowi republiki. Kiedy z wygaśnięciem królów tych państw, małych jak dawne Teby i Lacedemon612, przyszła tutaj Kastylia, jej władcy zachowali tylko stosunkowe nad krajem władztwo: wszystko stanowiły rady ludu. Król przysięgał na wierność prawom i przywilejom starym. Przysięgał tak Baskom Nawarry, Guipuzcoi, Alaby i Biskai Ferdynand Katolicki, przysięgał cesarz i król Karol V, przysięgał Filip II. Kraje te mogły zawierać własne traktaty z Anglią czy Francją: królowi było nic do tego. Od nich tylko zależało, czy dadzą Madrytowi rekruta, czy też wojny królewskie uznają za niepotrzebne. Republika góralsko-chłopsko-szlachecka trwała. Podobnie jak chłopi szwajcarscy i częściowo niemieccy, posiadała swoje herby, nazwania i wywody. Natomiast nie posiadała tytułów! Żaden skastyliały Bask nie mógł przyjąć tytułu królewskiego, wywodzącego się z ziem, które tu posiadał. Nie można było aż po wiek XIX zostać księciem San Sebastian. Dostawszy tytuł, Bask musiał się stąd wynosić. Brał swój tytuł z dóbr posiadanych czy otrzymanych w Kastylii Starej lub Nowej, w Quence, w Aragonie, w Andaluzji, w Meksyku. Nie mógł go wziąć stąd. Kraj zachował swe formy prawne, ustrojowe i pojęciowe wykształcone w czasach, kiedy bory szumiały nad Tamizą, a lud rzymski przemieniał swą monarchię w republikę oligarchów. Nie znał nieszlachty i nie znał magnaterii. Sprawował sądy i odbywał rady pod świętym dębem. Światem szły burze, ginęły i zjawiały się narody, papieże zastępowali drogi hordom idącym na Rzym, Attyla613 władał znad Dunaju. W górach osłoniętych oceanem i obronnych lasem przetrwała jakaś Atlantyda wymarłych ludów, jakiś odłam zaginionej całości, żyjący własnym prawem, niezależnym od swej siły i liczby.
Tylko jednostki, wyrzucone jak race z owej rasy ludzkiej, mówiły o jej ogromnych, zatajonych jak kwarc w rudzie ziemnej, możliwościach. Podlegli Kastylii Baskowie owładnęli nią, tak samo jak podbita przez Litwę Białoruś władała z kolei tą Litwą, jak Niemcy bałtyccy gospodarzyli Rosją, jak ludzie z Litwy i Ukrainy rządzili rzecząpospolitą szlachecką. Zorganizowali jej zamorskie imperium, rozszerzyli je szeregiem wypraw. Zawładnęli w naszych czasach finansami Hiszpanii. Z górą połowa kapitałów hiszpańskich pozostaje dziś w ręku Basków. Baskiem z pochodzenia był Unamuno. Baskami byli założyciele jezuitów: Loyola i Franciszek Ksawery614. Pierwsi szermierze tego zakonu, milicji soboru trydenckiego, kontrofensywy, która powstrzymała pochód protestantyzmu w świecie, wyszli stąd właśnie. A jednak masa, sama masa, pozostała bierna, oporna i milcząca. Pozbawiono ją w XIX w., w imię liberalizmu, jej praw i fueros615. Złamano jej formalną odrębność. Materialnie ta odrębność nie przestała wzrastać. Nad miastem, które przez napływ sił roboczych stawało się kastylskie, nad światem banków i fabryk, który czerpiąc zyski z Kastylii, musiał czuć się kastylski, wznosił się świat chłopskich solarów. Taki świat patrzeć musiał na świat pod nim nie tylko, jak góral patrzy na człowieka z nizin, nie tylko jak zamożny na biedaka, ale jeszcze przemierzał tę dolinę zmiejszczoną i skastyliałą, jak rasa, kultura i tradycja patrzą na bezkształt, który jutro może nowe pocznie światy, ale wczoraj nie istniał wcale. Tak musieli patrzeć wielmoże białoruscy na kneziów pogańskich Olgierda, tak patrzała Grecja Demostenesa616 na swych zwycięzców z Macedonii.
Taki kraj musiał przylgnąć tak właśnie do kościoła. Katolicyzm musiał wejść tu w krew tak podgłębnie, jak wszedł.
Jest to najpierw to samo, co się działo na mniejszą skalę w zachodniej Polsce, na największą na Słowaczyźnie, wśród Ukraińców Galicji Wschodniej, na Litwie kowieńskiej. Ksiądz był pierwszym inteligentem, który wyszedł ze wsi. Był pierwszym działaczem ludowym budzącego się narodu. Jego kazania były pierwszymi mowami, pierwszym oknem na świat otwartym po słowacku, po polsku, po litewsku czy rusku. Jego wpływ szedł od ambony, od ołtarza i konfesjonału, w dnie świąt, z tego kościelnego residuum617, które stanowi po dziś dzień minimum życia społecznego dla nierozbudzonych wsi i nierozbudzonych narodów. Ten ksiądz mówił w euskera, stanowiącym sezam niedostępny dla księży z Kastylii, w mowie ojców, wyśmiewanej, wypartej, trudnej. Ten ksiądz wyszedł ze wsi, z ludu, i gdy teraz w niedzielę w jasnym ornacie intonował u ołtarza modły łacińskie, wieś baskijska była dumna ze swojaka. Tak bywało zresztą i pod Turczańskim Świętym Marcinem618, i pod Sokalem619, tak bywało pod Upitą620, a także w Pszczynie621, tak bywało i nad Atlantykiem Zatoki Biskajskiej. Tylko że nad Zatoką Biskajską było jeszcze inaczej.
Co uderza, to to, że mówiąc o sobie, Bask nie mówi: „mój szczep, mój naród”. Mówi: „moja rasa”. Mówi tak, jakby mógł mówić ktoś uważający się za Słowianina czy Germanina, nieznający w tym pojęciu poddziałów na narody. Baskowie uważają się za rasę. Podobno jako krew są jednym z plemion najczystszych w Europie. Baskowie mają pojęcie zarazem swej odrębności i swego uniwersalizmu. Nasi Ukraińcy przymierzają swoje zwyczaje, pojęcia prawne do rosyjskich, do polskich czy tatarskich. Baskowie swoje instytucje prawne zestawiają z prawem rzymskim. Przy całym poczuciu swej liczebnej małości, przy braku megalomanii młodych narodów, Baskowie czują się zawsze ostatnimi dziedzicami pochłoniętej przez historię Atlantydy etnicznej. Są małym, ale pełnym, skończonym w odmienności swych dróg historycznych, światem. Katolicyzm nie jest tu tylko, jak nad Wagiem622 czy Niewiażą623, matką schylającą się nad kolebką najmniejszego, najpowolniej ząbkującego dziecka, to nie tylko ogrom gotyckiej katedry, gdzie mały, pokonany i nieszczęśliwy narodzik szuka owych przystani-kaplic, o których pisał Stanisław Brzozowski624. To naród, który był świadkiem dziejowym czasów, gdy msze odprawiały się nie u Świętego Piotra i nie w Kolonii, ale w podziemiach cmentarzy Rzymu Karakalli625 i tej pierwszej, w użyczonej przez jerozolimskiego właściciela gospody, sali wieczerniku, a także poprzedzających to wszystko o całe wieki zapowiedzi proroków. Baskijskość i katolicyzm jednoczy uniwersalizm. Znam tylko jeden naród nie mniej stary od Basków, który mógłby katolicyzm rozumieć tak, jak go rozumie ten naród.
Robotnicy, którzy wyszli z tego ludu, nie mogli palić kościołów.
Zadecydowała o tym przeszłość, przeszłość grodziska chłopskiego na stoku wzgórza, przysiadłego ze swym szerokim, spłaszczonym dachem, pod którym wszystko się mieści. Zadecydowało coś więcej niż niestracenie związku z ową chłopską przeszłością. W to miasto leżące na dole robotnik baskijski wniósł całą tę odrębność, jaką zawsze niesie z sobą góral. Wniósł dalej swą odrębność etniczną, obcość elementowi kastylskiemu. Wniósł zespolenie z kościołem wsi baskijskiej. I jak to bywa z góralami, z ludźmi wmieszanymi naraz w obcy element, spróbował przenieść ile można z tej przeszłości w nowe życie. Rezultatem były baskijskie i katolickie syndykaty robotnicze, prowadzone zresztą w całości i od początku przez samych robotników, bez natchnień i patronów. To, czego nie było w Barcelonie, stało się w Bilbao. Baskijska masa robotnicza urobiła się w duchu narodowym i religijnym. Być może, złożyły się na to i inne czynniki. Wyższa niż gdzie indziej w Hiszpanii oświata mas ludowych, wyższy poziom duchowieństwa, chłodny, nie zapalny umysł Północy. Robotnik hiszpański w masie swej poszedł za Michaiłem Bakuninem albo Karolem Marksem. Robotnik baskijski poszedł inną drogą. W ciężkich dniach lipca i sierpnia stanął przed kościołem, swoim kościołem, nie pozwolił go spalić. Stanął przed mieszkaniem swego księdza, nie pozwolił go ruszyć. Postawa tego księdza była przez ten cały czas bierna. Pełnił obowiązki kapłańskie niczym ów ojciec Urrutia, który przez rok 1936 zdołał tyle odprawić misji. Robotnik hiszpański nie miał swego kościoła i nie miał swego księdza. Nie miał go robotnik barceloński. Robotnik baskijski go miał. Księża baskijscy mają braci na wsi i w fabryce. Są swoi i — co trudniejsze — pozostali swoi. Kościół jest swój. Nacjonalizm baskijski jest ludowy, jak nacjonalizm barceloński był mieszczański i drobnomieszczański. Przetrwał sam jeden burzę. Dziś tym małym krajem pragnie się zasłonić czerwona Hiszpania przed zarzutami Zachodu. Chce powiedzieć, że to ona uszanowała księży, którzy przeciwko niej nie poszli. Jest to ryzykowna teza. Robotnicy katoliccy muszą jednak także w Bilbao pilnować kościołów przed zamachami ze strony kastylskich, zadomowionych tu anarchistów. Jeśli kościół w kraju Basków ocalał, zasługą tego była jego własna, istotna moc, nie oparta na pieniądzu, nie oparta na systemie rządów, oparta na masie ludzkiej. Teraz jest wielki post. Setki osób klęczą przed stacjami Męki Pańskiej. Kościoły pełne są wiernych. Gorzkie żale śpiewa tłum ludzi. Temu tłumowi ludzkiemu kościół jest potrzebny tak samo, jak potrzebny mu jest chleb i ochrona pracy, jak potrzebne są jasne domy i szkoły, prasa, która nie kłamie, książka, która wyjaśnia. I jeszcze bardziej.
Ochandiano i Durango
Msza rozpoczęła się w chwilę po naszym zejściu z obchodu pozycji pod Ochandiano, tuż koło zakrętu drogi, gdzie idąc na linię, zostawiliśmy nasz samochód. Ołtarzem były dwie duże skrzynie od konserw, oparte mocno o drzewo. Dwa gumowe płaszcze żołnierskie, z olbrzymimi połami i kapturami, wparto w gałęzie tak, że tworzyły szarą, osłaniającą ścianę. Małe żółte świeczki mogły teraz migotać bez względu na silny wiatr i na mokry, padający wciąż śnieg. W gałęziach szamotał się jeszcze z wiatrem duży sztandar baskijski, czerwony, z białym krzyżem — symbolem chrześcijaństwa — w środku i z zielonym krzyżem poprzecznym, po przekątniach, tzw. krzyżem św. Andrzeja, w którego to dniu, w w. VIII, plemiona baskijskie odniosły wielkie zwycięstwo nad najeźdźcami z Kastylii. Dopiero w cieniu tego wszystkiego rozpostarł się biały, zwyczajny, ale niezwyczajnie tu wyglądający, obrus, zajaśniał złoty kościelny kielich, przykryty pateną626. Mszału dużego nie było. Ksiądz czytał swe modlitwy z niewielkiego modlitewnika, w którym zresztą są wszystkie modlitwy mszy świętej. Był to ten sam młodziutki żołnierz, którego poznaliśmy przed chwilą. Spod ornatu i komży wyglądały grube, komiśne627 buty. Były takie same, jakie nam dano na pójście do okopów i które z rosyjska nazywano „katiuszkami”. Służyło do mszy dwóch milicjantów otulonych w szerokie, ciemne płaszcze. Wokoło drzewa i ołtarza, trzema wielkimi półkolami, stanęli wszyscy żołnierze batalionu, którzy nie mieli służby. Śnieg stapiał się u naszych nóg w mokre, zimne błoto, przesłaniał kontury drzew i gór, osiadał na odkrytych głowach. Nastała cisza, w której było słychać tylko wyraźny, znany jak pacierz, rytm modłów łacińskich i łoskot oderwanych strzałów, dochodzący z okopów. W linii powietrznej najbliższe pozycje, zasłonięte teraz zboczem, były o trzysta metrów. Ksiądz powiedział u stóp ołtarza: „Introibo ad altare Dei”628. Ministranci odpowiedzieli głośno: „Ad Deum qui laetificat juventutem meam”629. Słowa od stuleci drzemiące w mszałach, oplecione bluszczem iluminowanych, barwnych miniatur, leciały teraz z wiatrem w pustkę górską. Nie tłumił ich łacińskiej jasności głos organów, nie opełzał je chór śpiewów. Odarte z ozdobnego nalotu wieków, stały się teraz surowsze i prostsze. Brzmiały chyba tak, jak rozkazy rzucane niegdyś w tej samej mowie do centurii630 kroczących wzdłuż Ebra631. Karabin maszynowy zaszczekotał donośnie, gdy ksiądz powtarzał greckie „Kyrie Elejson”632. Pasterski dzwonek rozdźwięczał się w ręku schylonych milicjantów na ofiarowanie. Odprawiała się jedna z coniedzielnych mszy świętych na jednym z odcinków baskijskiego frontu.
W tym świecie dzisiejszym, który nas w miastach, wielkich kłębowiskach, wymieszał, wierzących i obojętnych, różnych religii i żadnej, msza oddaliła się już, zatarła swe wyraziste kontury, jak stara moneta wytarta od użycia, machinalnie przesuwana z rąk do rąk. W kościele dzisiejszym ołtarz, niegdyś w środku jego, oddalił się na sam kraniec. Zamiast ludu, który odpowiadał księdzu i współuczestniczył w ofierze, stanęli dwaj ministranci. Słowa modlitw, nawet te najpiękniejsze, owe „ad Deum qui laetificat juventutem meam”, owe „asperges me hysopum et super nivem realbabor”633, ściszyły się dziś w szept niedolatujący do tłumu, zrozumiały dla wielu, niewytłumaczony w swym sensie. Nieprzyjaciel z owego „quare tristis incedum dum affligit me inimicus”634 stał się czymś niejasnym, niewiadomym, dlaczego o nim tu właśnie, teraz i tak mowa. Wielkie słowa o pax vobiscum635 oderwały się od życia. Wiara i uczestnictwo katolika skupiły się całe jeszcze na jednym momencie, największym, na przemienieniu chleba i wina, i potem, na momencie komunii. Msza stała się takim kościołem o wieczorze, kiedy ze wszystkich ścian stopniowo spływa zmrok aż światło migocze tylko w środku, płomykiem oliwnej lampki. Ale teraz tego wszystkiego nie ma. Wszystko jest jak dawniej. Nie ma barokowych ołtarzy w chmury, draperie złocone i tłuste aniołki. Nie ma bogatego tabernaculum, za strop cały służą gałęzie buku, bezlistne, przybrane jedynie w sztandar baskijski. Kościołem ofiary są góry Pagotchici, niedostępne i pustynne, całe w śniegu i błocie mokrej, nadmorskiej zimy. Ludzie przybliżyli się do ołtarza, obstąpili go wkoło jak w świątyniach romańskich, są blisko. Słowa księdza płyną wyraźnie w powietrzu, nic z nich nie ginie, każdy widzi każdy jego ruch, każdy współuczestniczy. Coś jeszcze większego spaja i odnawia to wszystko. Ołtarza nie obstąpili ludzie starzy, bojący się śmierci. Obstąpili go młodzi i ci młodzi patrzą codziennie i co godzina śmierci, prawdziwej śmierci w oczy. Ten ksiądz, który teraz celebruje w jasnym ornacie, jest ich towarzyszem. Śpi na jednej pryczy z nimi, je z jednego kotła, a jeśli sam karabinu nie dźwiga, to przecież pełni przy nich, w linii, służbę pomocniczą dozwoloną przez kanony kościelne. Jeszcze jedna odrodzona wspólnota. To, co on głosi, jest dla nich zrozumiałe, bo nie ma mowy bardziej łacińskiej niż hiszpańska, to, co on głosi, jest im ponadto bliższe. Ów Bóg, do którego ołtarza ów ksiądz, jak mówi w pierwszych słowach mszy świętej, podchodzi, naprawdę dziś „laetificat juventutem” tych młodych. Zapytanie księdza „quare conturbas me”636 wydobywa jeszcze jedną z wojennych udręk sumienia. „Spera in Deo”637, stare słowa, napływają nową nadzieją, nadzieją ludzi walczących z siłą przemożną, nadzieją bijącego się o swój byt własny narodu. „Quoniam adhuc confitebor illi” — „albowiem wyznałem mu wszystko”. Ci ludzie naprawdę się spowiadają, powtarzając za księdzem: „mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa”638. Powietrze przesiekły znowu gęściej strzały karabinu maszynowego, a oto ksiądz mówi, niestrzymanym, dwutysiącletnim śladem tej modlitwy swoje wezwanie: „Sursum corda”639, i tłum odpowiada mu, jak wszędzie i zawsze, ale inaczej niż zawsze, że te serca ma wzniesione w górę, że ma je w Bogu. Habemus in Dominum.
Na chwilę przerwała się msza. Młodziutki księżyk odwrócił się po ewangelii od ołtarza i wygłosił krótkie kazanie w euskera. Nie rozumiałem nic. Raz tylko myśl wypłynęła naraz na jakieś zrozumiałe dźwięki, jakby z gęstwy oczeretów640 przebrnąwszy na wolną taflę małego jeziorka. Ksiądz wymienił wyraźnie nazwiska: Bergson641 i Maritain642. Nie wiem, co ksiądz mówił o nich obu, bo kazanie potoczyło się dalej mową bliższą tej, którą mówią w Korei, niż tej, którą mówią w Burgos. Mowa ojców robiła sobie miejsce w tym łacińskim kościele ściosanym z psalmów biblijnych i rytuału poczętego w katakumbach. Było jej przestronnie i swobodnie. Zrastała się z tą lingua latina643, którą mówili centurionowie644 legii nadebrzańskich i legiści królów Nawarry. Na chwilę śnieg prawie przestał padać i zrobiło się jaśniej. Zarysowały się wyraźnie linie pozycji naszych, mniej wyraźnie nieprzyjacielskie, zbyt daleko, aby można było strzelać stąd do nas. Niemniej część żołnierzy musiała odstąpić niżej. Msza płynęła w ciszy, w migotaniu woskowych świeczek. Od ołtarza padały słowa modlitwy łacińskiej. Od okopów padały strzały.
Ksiądz już zrzucił ornat i w mundurze milicjanta baskijskiego modlił się po mszy. Ludzie jednak nie schodzili z miejsca. Stali grupami. Po chwili zrozumiałem czemu. Kościoły baskijskie mają murowane przedsienie, ocienione sklepieniem nad kolumnami, gdzie w deszcz lub skwar przystają ludzie po mszy i gawędzą. Weszło to w nawyk i żołnierze, którzy jeszcze kilka miesięcy temu o karabinie i froncie nie mieli pojęcia, nie wyzbyli się nawyku wieków. Wyszedł jeden z milicjantów, dobył długi flet baskijski, chistu, i zaczął nucić długą, dziwną melodię, raz zawodzącą, raz skoczną. Żołnierze słuchali. Batalion zrekrutował się w Guipuzcoa, okolicach San Sebastian, najrdzenniejszym i najczystszym Euskadi, flecista pochodził z puebla, które od wieków słynie ze swej gry na chistu. Gdy skończył, zaczęli się rozchodzić nie jak żołnierze, ale właśnie jak chłopi od kościoła po nabożeństwie.
*
Komendant Lizasso, szef batalionu, odwiózł nas do sztabu, gdzie czekał na nas obiad w towarzystwie oficerów i żołnierzy batalionu. Wszystko byli to Baskowie spod San Sebastian, wyparci pochodem białych, przeważnie robotnicy i studenci. Lizasso z zawodu był budowniczym. Muszę przyznać, że stop studencko-robotniczy okazał się bardzo szczęśliwy. Formacja była jedną z najbardziej znanych na froncie, najlepiej odznaczonych w boju. Ona jedna nie zawiodła w nieudałej645 ofensywie na Burgos. Panował nastrój bardzo prosty i koleżeński. W tym samym miasteczku mieścił się drugi, komunistyczny batalion, imieniem Stalin. Dowództwo grupy było też czerwone. Stosunki panowały poprawne. Niebawem miano zluzować batalion i zastąpić go innym batalionem katolickim, noszącym nazwę Loyola. Myślałem, że chodzi o przedmieście San Sebastian i koszary tej nazwy, wokoło których rozgrywały się przed pół rokiem zaciekłe walki: formacja mogła sobie przybrać za miano nazwę tej okolicy. Okazało się jednak, że nazwą tą chciano uczcić pamięć pewnego wielkiego Baska z XVI w., założyciela zakonu Towarzystwa Jezusowego. Mimo woli myślało się o szczególnej pikanterii sceny, gdy dwa oddziały tej samej armii będą miały tak różnych patronów jak założyciel jezuitów i władca czerwonego Kremla.
W parę godzin potem wracaliśmy ku Bilbao. Nasz drugi towarzysz, Bask z pochodzenia, ale jednocześnie korespondent prasy amerykańskiej, zapragnął zatrzymać się w Durango, słynnej kwaterze powstań karlistowskich. Chciał odwiedzić klasztor augustianek znajdujący się w mieście. Mieliśmy z tym znaczne trudności. Drzwi były zamknięte i dzwonienie nie pomagało. Po chwili z ulic wyszli jacyś ludzie, z wyglądu robotnicy, wypytujący nas nieufnie, czego chcemy. Wyjaśnienia zadowoliły ich jednak, ale wiadomość o przybyciu dziennikarzy zagranicznych rozeszła się po mieście. My tymczasem dostaliśmy się w końcu do rozmównicy klasztornej. Za grubą kratą zjawiło się kilka zakonnic. Powiedziały, że im nic nie grozi, że ludzie, którzy nas indagowali, to przyjaciele klasztoru, że strzegą je na wszelki wypadek. Jedyny ślad prześladowania zdołaliśmy już sami spostrzec. Oto brama i ściany kościoła były dokładnie oblepione afiszami komunistycznymi. Ponieważ nie było ich wcale na sąsiednich domach, mogliśmy sądzić, że nie było to wynikiem ani konieczności, ani przypadku. Wyładowywała się tu po prostu marna ludzka zawiść. Natomiast milicjanci, rozkwaterowani w części klasztoru, zachowywali się poprawnie, choć znajdowali się wśród nich niewątpliwie ludzie bardzo czerwoni. Poprzedniego dnia zwiedziliśmy w Amorrebieta klasztor karmelitów, częściowo zajęty przez formacje bojowe nacjonalistów baskijskich. Obrazy święte wisiały na swoim miejscu, wszystko było w największym porządku. Widziało się liczne habity pospołu z kurtkami wojskowymi. Po ogrodzie oprowadzali nas społem646 komendant zakwaterowanej tu milicji i przeor klasztoru. Władza duchowna i świecka współżyły ze sobą w większej harmonii niż średniowieczny papież i cesarz z Canossy647.
*
U wyjścia z klasztoru czekało natomiast parę osób, które najpierw naszemu towarzyszowi, a potem i nam samym zaczęły coś przekładać. Sprawa nie była zwykła. Oto dnia wczorajszego zapadł wyrok w wielkim procesie „tradycjonalistów” karlistowskich z Durango, którzy chcieli zrobić powstanie na rzecz białych. Tarczę miasta otacza dewiza łacińska, głosząca od pięciu wieków, że „Durango noble, y leal a la corona real”648. W murach kościoła drzemią stare kule artylerii generała Espartera, cóż więc dziwnego, że karlizm odrodził się w starej swej stolicy. W procesie o zdradę stanu zapadło trzynaście wyroków śmierci. Szczęściem, w tej liczbie jedenaście było trudnych do wykonania, bo podsądni zdołali przedrzeć się przez linie bojowe i byli po tamtej stronie. Natomiast w stosunku do dwóch ludzi młodych, najmniej może winnych, posiadających rodziny, zapadł także wyrok śmierci. Ludzie dowiedzieli się, że jesteśmy cudzoziemcami i gośćmi rządu. Przyszli prosić o interwencję u Prezydenta. Oczywiście, przyrzekliśmy zrobić wszystko, co tylko chcą, zaznaczyliśmy jednak swoje wątpliwości, czy Prezydent będzie uważał tak bardzo na słowa obcych dziennikarzy. Nasz towarzysz zapewnił, że mimo wszystko może to odnieść skutek; rząd jest wrażliwy na opinię zagranicy; wie, jak i Madrytowi i Sewilli zaszkodziły w tej opinii masakry; w dodatku interwencja obcych dziennikarzy może tu rozwiązać ręce wobec miejscowych czerwonych, którzy stale zarzucają władzom zbytnią łagodność; rząd w tym wypadku zasłoniłby się jakby tą zagraniczną interwencją. Niedawno dziennikarka katolicka z Francji, pani Maleterre, wstawiała się za młodym jeńcem wojennym, Niemcem, kuzynem von Papena649. Sprawa obcokrajowca, ujętego z bronią w ręku na froncie, była zbyt wyraźna, pokrewieństwo ze znienawidzonym wicekanclerzem pierwszego gabinetu Hitlera zaszkodziło mu jeszcze u komunistów, dość że nawet po poddaniu sprawy nowemu badaniu ułaskawienia nie dało się wyjednać. W tym wypadku nie wchodzi w grę tyle animozji. Może nam się powieść lepiej niż pani Malaterre.
Nad wieczorem byliśmy w Bilbao i z zanotowanymi nazwiskami skazanych poszliśmy do Prezydenta. W niedzielę o tej porze nie było tu nikogo. Przyjął nas w biurze Prezydenta jakiś znudzony podsekretarz. Nie wprowadzając go w całą sprawę, zapytaliśmy tylko, czy wyrok wydany w sobotę zostanie jutro, tj. w poniedziałek rano, wykonany. Gdyby odpowiedział, że tak, byliśmy gotowi wyszukać gdzie można Prezydenta i prosić go zaraz o łaskę. Gdyby nie, mieliśmy czas zaczekać do dnia następnego. Sekretarz zadzwonił do kilku miejsc i wreszcie oświadczył, że nie. Wyrok zostanie wykonany dopiero pojutrze czy nawet za trzy dni.
W nocy przed dwunastą budzi nas stukanie do drzwi. Portier hotelu oznajmia, że dzwonią do nas z kancelarii Prezydenta z zawiadomieniem, że stracenie skazanych odbędzie się jednak nazajutrz o świcie. Kancelaria zapytuje, czy pragniemy asystować przy akcie; jeśli tak, samochód zajedzie po nas o szóstej rano. Proszą o odpowiedź. Oczywiście, pobiegliśmy na dół do telefonu. Łączymy się z kancelarią. Mówię, że nie o to nam chodziło. Że prosimy o skomunikowanie nas zaraz z Prezydentem, że pragniemy prosić o ułaskawienie. Zdziwiono się mocno. Zapytano, czy znaliśmy tych ludzi. Jeśli nie, czemu nam na nich tak zależy? Poprosiłem o telefon Prezydenta. Układałem krótko, a jak najlepiej słowa, które powiem. Żeby były najskuteczniejsze. Żeby nie urazić natręctwem, a jednak przekonać dość silnie. Co powiem? Jak powiem?
Po chwili telefon odpowiedział. Zawiadomiono, że Prezydent, czując się niedobrze, poszedł się położyć i zakazał się budzić. W jakiej sprawie? Powiedziałem, w jakiej. Nie zrobiło to żadnego wrażenia. Odpowiedziano tylko, że prawo łaski ma rada ministrów. Powiedziałem, że chcę prosić Prezydenta przynajmniej o wstrzymanie egzekucji. Usłyszałem odpowiedź, że i tego zrobić nie mogą, po czym naraz przełączono mój telefon na nowo z kancelarią. Zadzwoniłem najpierw do księdza Urrutii, potem do Mendigurena — bezskutecznie. Zadzwoniłem jeszcze raz do kancelarii. Tym razem odezwał się ktoś inny, bardzo uprzejmy i autorytatywny. Odpowiedział, że samochód już przygotowano na rano, wszystko gotowe, będzie przed hotelem, że możemy z niego skorzystać, żeby być świadkami egzekucji. Miałem wrażenie, że nie rozumieją zupełnie, ale to zupełnie, o co mi chodzi. Powtórzyłem raz jeszcze moją sprawę. Odpowiedziano mi wtedy, że mają tylko jedno wydane im polecenie: zapytania dziennikarzy polskich, czy pragną być świadkami stracenia, a jeśli tak, użyczenia im samochodu na godzinę szóstą. Więcej nic. Czego więc chcemy, czy mają nam służyć samochodem?
Wtedy utraciłem do reszty cierpliwość. Powiedziałem, że przyjechałem tu jako katolik do katolickiego państwa, że mam dość mordów, że czemuż się oburzają na Queipę de Llano w Sewilli, czemuż odżegnują od komunistów, skoro robią i tutaj krwawe widowisko ze straceń? Powiedziałem, że wyjeżdżam natychmiast, proszę o samochód, ale do portu, na pierwszy neutralny statek, że nie chcę tu nic widzieć, że dla świata tyle są warci, co Sewilla i kaci z Barcelony, że nic tu innego się nie dzieje jak w Hiszpanii. Cisnąłem słuchawkę.
Zacząłem się dopytywać o mieszkanie Prezydenta. Okazało się, że mieszka na wsi, o 14 kilometrów stąd. Mendiguren? Też na wsi, w innej stronie. Oto jeszcze jedno charakterystyczne dla tych ludzi. Są to wszystko ludzie z małej prowincji i nie zatracili z nią kontaktu. Ale teraz to utrudnia sprawę. Znaleźć jakąś niezarekwirowaną taksówkę? Naraz telefon zadzwonił znowu. Dzwonił Mendiguren.
Zrozumiałem, że się dowiedział o awanturze, że wie już, jak jego podwładni zrozumieli moje wieczorne zainteresowanie skazanymi, wie, co mi zaproponowali za widowisko, o co mi chodzi i co im powiedziałem przed chwilą. Zrozumiałem, jak ten człowiek, katolik, Europejczyk, wychowany w Belgii, ten, który mi przez te trzy dni tak wyraźnie odcinał swój kraj i rząd od krwawej Hiszpanii, musi się teraz wstydzić. Tłumaczył się, jak mógł najbardziej. Powiedziałem, że nie chodzi nam o to. Rozumiemy, zakładamy z góry, że ową wstrętną propozycję uczynił nam jakiś tępy urzędnik — Mendiguren przerwał, że ordynans (po francusku ordonnance znaczy nieco więcej niż nasz „ordynans”) — że nigdy i w żaden sposób nie myślimy obciążać za to narodu baskijskiego ani władzy, ani nikogo, że potrafimy to odróżnić, zapomnieć zupełnie, ale... Ale pozostaje dalej sprawa tych ludzi, których mają stracić o świcie. Jedno nie zmaże drugiego. Chodzi o życie tych ludzi.
Mendiguren obiecał, dał słowo honoru, zrobić wszystko, co może. Po półgodzinie odezwał się znowu telefon. Udało mu się sprawdzić, że Prezydent dotąd nie został oficjalnie zawiadomiony, że więc nie mogą ich rozstrzelać. Dla pewności za pośrednictwem ministra sprawiedliwości, również katolika, zadzwonił do więzienia. Sprawa musi przejść przez radę ministrów, która zbierze się we wtorek lub środę. Będę miał czas prosić Prezydenta. Rozstrzyga oczywiście rada, ale zdanie Prezydenta zawsze znaczy. O jedno mogę być spokojny. Rano ich nie rozstrzelają. A tamto? „Niech pan zapomni. Niech pan pamięta, że przez kilka wieków panował nad tym krajem cień Hiszpanii”.
Wielcy i mali
José Antonio de Aguirre650, prezydent Euskadi, autonomicznego regionu trzech prowincji w łonie republiki hiszpańskiej, pierwszy po wielu wiekach włodarz usamodzielnionej wspólnoty baskijskiej, przyjął mnie, jak to było umówione, w swym gabinecie, tuż obok dziesiątka podobnych pokojów, w których stukały remingtony i szła pełną parą praca zmobilizowanych przemysłów, mająca dostarczyć frontowi odzieży i amunicji, żywności i broni. Prezydencja mieści się w dawnym hotelu i pokój prezydenta ma w sobie coś z owego hotelowego prowizorium, ale jednocześnie jest pełen największej prostoty. Na dużym biurku leżą posegregowane pliki akt. Poza nimi nie widzi się już nic więcej, prócz jednej tylko rzeczy. Wznosi się ona spośród nich kształtem ciemnym, dobrze znanym, ostrym. Jest nią duży krucyfiks z ciemnobrunatnego drzewa, stary, niezawodnie piękny, ale przede wszystkim najzupełniej prosty. Z pewnością nie jest to żadne dzieło sztuki. Ale nie jest to także szablonowy krucyfiks z naszych sądów, przedmiot stanowiący część inwentarzową gmachu. Jest to jeden z takich, jakie znajdujemy czasem w starym domu, przy łóżku osób bardzo pobożnych, ale nieczyniących ze swej pobożności żadnej zewnętrznej ostentacji, pragnących tylko w swej głębokiej wierze móc składać u stóp owego znaku symbolicznego wiary swoje troski, nadzieje i myśli. Obecność tego krucyfiksu jest jedynym bardziej osobistym piętnem, wyciśniętym na tym bezosobowym pokoju. Człowiek, który go tu przyniósł, stoi właśnie przede mną. Średniego wzrostu, ciemny, bardzo baskijski i młody. Jeszcze jeden młody. Jeszcze jeden, który wydaje się bardziej młody może, niż sam jest, z całą swoją powagą, z całą skromnością, która mu patrzy z oczu. Przez chwilę myślę o małym Dollfussie651. Ale to jeszcze coś innego. I już siedząc naprzeciw niego, zadaję moje pierwsze pytanie:
— Znaliśmy zawsze Basków jako ludzi głęboko przywiązanych do wiary katolickiej, do swej narodowości, do tradycji. W zeszłym stuleciu oni właśnie byli najwierniejszymi szermierzami sprawy znanej pod nazwą karlizmu. Jeszcze teraz wielu Basków walczy w szeregach powstańców. Wy, tutaj, jesteście z przeciwnej strony. Jesteście z Frontem Ludowym. Czy mógłby mi Pan, Panie Prezydencie, wyjaśnić przyczyny, które skierowały was na tę drogę?
Prezydent namyśla się chwilę, potem odpowiada:
— W tym, o co pan pyta, muszę najpierw sprostować parę rzeczy. Przede wszystkim nie jesteśmy, jak to pan powiedział, avec le Frente Popular652. To nie jest ścisłe. Co jest ścisłe, to to, że my, nasze wolności, nasze prawa, nasze ideały, nasz naród baskijski, zostaliśmy zaatakowani jednocześnie i przez tych samych ludzi, którzy zaatakowali legalny régime hiszpański. Napadnięto nas, bronimy się, będziemy się bronili. Oto jak jest. Mówi mi pan, że wielu Basków walczy po tamtej stronie. Odpowiem, że my, władze Euskadi, zgodzimy się w każdej chwili, choćby zaraz, na plebiscyt, referendum ludowe, zarządzone na całym terytorium zamieszkanym przez Basków, referendum przeprowadzone oczywiście w warunkach najzupełniej legalnych i neutralnych, w którym ludność naszego kraju mogłaby się wypowiedzieć w tych sprawach. O zwycięstwo w takim plebiscycie jestem spokojny. My z Bilbao przystępowalibyśmy do niego, niosąc uzyskany od Hiszpanii statut autonomii baskijskiej, odzyskanie naszej samodzielności zdeptanej przed wiekiem, cel naszych walk ostatnich. Z czymże przystępowaliby tu Baskowie-karliści z armii Moli?
I nie urywając, prezydent Aguirre przechodzi do dalszej kwestii.
— Wspomniał pan o jednej z wielkich w tym kraju spraw zeszłego wieku — o karlizmie. Zanalizujmy wreszcie, co się w tej sprawie i dla kogo mieści! Było i jest jeszcze wiele bardzo zagadnień, spraw bardzo różnych, ujmowanych jednak razem pod wspólnym mianem karlizmu. Znaliśmy przede wszystkim dawnych, pierwszych karlistów baskijskich. Sto lat temu chwycili oni za oręż. Chodziło o to, kto zasiądzie na tronie madryckim. Ale trzeba wiedzieć, że ta sukcesja dynastyczna odgrywała w motywach ich walki, jak zresztą i w całej Hiszpanii, rolę drugorzędną. Jeżeli ówcześni „liberali”, lewica hiszpańska sprzed lat stu, wzięli w Hiszpanii stronę królowej-wdowy i jej małoletniej córki, to przede wszystkim dlatego, że pretendent do tronu, brat zmarłego króla Ferdynanda, ów Don Carlos, dał się poznać jako zdecydowany przeciwnik liberalizmu, jako szef autokratycznej prawicy. Woleli po prostu mieć w Hiszpanii monarchię w stylu Ludwika Filipa653 niż Karola X654, niż Mikołaja I655. Dla Basków Don Carlos i jego zwolennicy mieli natomiast jedną dobrą stronę: oto jako zwolennicy tradycji dawnych wieków okazywali się skłonni do utrzymania odrębności lokalnych, starych przywilejów, dawnego stanu rzeczy, a w tym i odrębności baskijskich. Liberali, śladem rewolucji francuskiej, byli centralistami. Oto co nas pociągało w sprawie Don Carlosa. Najlepszym na to dowodem jest, że gdy generał Espartero obiecał, iż swobody nasze zostaną uszanowane, odstąpiliśmy od tej sprawy. Zostaliśmy jednak oszukani: liberali parlamentu madryckiego obalili w imię postępu w roku 1839 nasze fueros. I odtąd chwytaliśmy za broń przy każdej okazji, jaka tylko się nadarzyła. Wreszcie w końcu ubiegłego roku wyszedł z naszego narodu myśliciel, pisarz, nauczyciel i działacz, który nasz stary tradycjonalizm baskijski przekuł na współczesny nacjonalizm, taki jak innych ujarzmionych narodów. Był to Sabino de Arana Goiri656, założyciel stronnictwa, z którego wyszedłem. Inni pracownicy wyposażyli nas jednocześnie w zdobycze na każdym polu i utrzymując z szacunkiem nasze narodowe właściwości, uczynili z naszego kraju jeden z najwyżej stojących regionów z tej strony Pirenejów. My teraz kontynuujemy i tę pracę, i tę walkę. Czynimy w XX wieku to, co Polacy, Czesi i inne narody czyniły w wieku XIX.
Jak gdyby porządkując raz jeszcze wszystko, co może powiedzieć o karlizmie i karlistach dzisiejszych, dodaje:
— Tamto to byli dawni karliści baskijscy. W sprawie pretendenta to nie dziedzictwo tronu, nie absolutyzm, nie teoria prawa do władzy „z Bożej łaski”, nie monarchia Filipa II, były rzeczami, których pragnęli bronić. To były ich własne prawa i wolności, zaatakowane w tym samym czasie i przez tych samych ludzi, którzy atakowali prawa Don Carlosa. Wówczas stanęliśmy, jakby ktoś mógł powiedzieć, po stronie skrajnej prawicy. Dziś, jak znowu powie się niesłusznie, jesteśmy z lewicą. Wówczas i dziś będzie to błędne (faux). I wówczas, i teraz jesteśmy za naszymi prawami. Gare à qui nous attaque!657
— Karliści, karliści dzisiejsi — mówi jeszcze Prezydent — to właśnie autorytaryzm czysto prawicowy, który pociąga ich w tym wszystkim. To nie są obrońcy fueros. W karlizmie widzą przede wszystkim to, co dla naszych dziadów odgrywało najmniejszą rolę: stronę legitymistyczną, monarchistyczną, prawo z Bożej łaski, autokrację. Idą ku niej poprzez wolność własnego kraju. Cóż się z nim stanie, jeśliby zwyciężyli wojskowi? Przecież to właśnie wojskowi, nacjonaliści hiszpańscy, prawica hiszpańska, która prowadziła najbardziej nieprzejednaną kampanię przeciw pierwszemu statutowi autonomicznemu, przygotowywanemu dla kraju Basków po nastaniu republiki? Czyż Baskowie zapomnieli o tej kampanii?
I uśmiechając się, dodaje:
— Przyszedł pan tu po wywiad aktualny, a otrzymuje pan tymczasem lekcję historii baskijskiej?
— Tym lepiej dla mnie — mówię. — Ale, jeśli Pan Prezydent pozwoli, ja z kolei będę mówił nieco o historii walki o wolność innych, dalekich i mało tu może znanych narodów, które walczyły w warunkach bliższych może wam z XX wieku, niż nam Polakom i Czechom, którzy przebyliśmy to samo w XIX...
— Niech pan mówi — zachęca Prezydent.
Opowiadam, że jest prawdą, jak to zauważył był Prezydent w jednym z ustępów swej rozmowy, że i Polacy, nacjonaliści i katolicy, szli często podczas walki z rewolucjonistami obcymi ich ideałom.
— Ale — dodaję — niebezpieczeństwo zatonięcia w tych prądach, którymi pragnęliśmy żeglować, nie było wielkie, podczas gdy współczesny marksizm to ideologia o wiele potężniejsza niż dawne ideologie czerwone, nieraz utopijne, zazwyczaj mętne, zeszłego wieku. Mówił mi Pan, Panie Prezydencie, o przykładzie Polski, przykładzie Czechosłowacji. Ale wydaje mi się, że dla was bardziej współczesny może być przykład Ukrainy, przykład narodów Kaukazu. Nie wiem, czy te nadzieje są tak dobrze znane Baskom. W latach 1918–1921 narody te, podobnie jak wy dzisiaj, pragnąc wyzyskać dziejowy moment rozprężenia u dawnych ujarzmicieli, stanęły między powstańczymi generałami, Molami i Varelami swego czasu, a między rosyjskimi czerwonymi. Część z nich przynajmniej wybrała czerwonych, niosących autonomię i federację. Dziś Ukraina i Kaukaz z całą swą autonomią i federacją zatonęły w falach marksizmu. W wieku XIX było inaczej niż w w wieku XX, los Ukrainy jest dla Was dalszy geograficznie, ale bliższy chronologicznie. Czyż nie obawiacie się jednak — odważam się postawić drażliwe pytanie — podobnego końca?
Prezydent pozwolił mi mówić i gdy skończyłem, odpowiedział:
— Nie, nie obawiamy się. Zaraz panu powiem, dlaczego. Przede wszystkim jesteśmy daleko od Rosji. Nie jesteśmy zdani na akcję bezpośrednią, taką której mógł ulec Kijów i Kaukaz. Hiszpania w moim pojęciu kroczy własnymi szlakami, może równoległymi do rosyjskich, niezawodnie pod pewnym jej wpływem, jednak odrębnymi. Ale w obecnym stadium rewolucji widzimy, że nawet w krajach takich jak Katalonia, gdzie w pierwszym okresie wydawało się, że fala rewolucji społecznej zatopiła zupełnie siły narodowe, wyłoniły się one dziś z potopu, zaczynają brać górę. Tak jest w tej Katalonii, gdzie anarchiści mieli swoje największe siły, gdzie rewolucja się zaczęła, gdzie była tak krwawa. Tutaj to kraj Basków. Kościołów tu nie palono, księża są wolni, religia szanowana. Burza pierwszych dni rewolucji przeszła tu już wtedy z najmniejszą siłą. Nie, proszę pana. W naszym kraju nacjonalizm, podobnie jak i kościół, był głęboko zakorzeniony w społeczeństwie. Nawet kwestia społeczna miała tu aspekt lepszy niż gdzie indziej: klasy robotnicze zorganizowały się tu na zasadach zawodowych w organizacjach czysto robotniczych, ale dalekich od marazmu i anarchizmu. Były, co wszyscy uznają, najbardziej oświecone w Hiszpanii. Przy pomocy tych sił i tego stanu rzeczy utrzymaliśmy równowagę, zorganizowaliśmy nasze życie. Nie zostaliśmy zatopieni przez żadną falę. Teraz już nie będziemy, teraz tego się nie boimy.
— Mówił Pan, Panie Prezydencie, że to Baskowie zostali zaatakowani przez powstanie wojskowe. Jak i czym?
— To proste — odpowiada Prezydent Aguirre. — Po upadku monarchii, gdy po raz pierwszy wysunęła się sprawa statutu autonomicznego dla kraju Basków, podobnego do tego, który otrzymała właśnie Katalonia, właśnie prawica hiszpańska rozpoczęła gwałtowną kampanię przeciw tym planom. Podburzono tradycjonalistów nawarskich, starając się rozdzielić Basków. Tych, co głosowali za statutem baskijskim, piętnowano jako złych katolików, masonów, Żydów. Lżono biskupa z Vittoria, który oświadczył wyraźnie, że statut, rzecz czysto polityczna i narodowa, w dodatku szanująca wszystkie prawa kościoła, w niczym nie sprzeciwia się sprawom wiary i że głosując za statutem, nie jest się jeszcze złym katolikiem.
Prezydent wstał, szuka w półkach biblioteki. Wyciąga gruby tom, który już widziałem. To jego mowy, artykuły, polemiki, gdy jako zupełnie młody poseł do konstytuanty, bronił tych spraw przeciw prawicy, jak przeciw lewicy. Cały skrót historii.
— Znajdzie tu pan echa owej walki. Zobaczy pan, że odmawiano nam na prawicy hiszpańskiej nawet tych praw, które szanował absolutysta Don Carlos. W tej książce walka kończy się na roku 1935. Naszych czasów w nich jeszcze nie ma. Później było jeszcze gorzej. W pierwszych dniach puczu wojskowego generał Mola aresztował w Nawarze wszystkich baskijskich działaczy narodowych. W tym wielu księży. Potem przyszło gorsze. Zakazano mówić w euskera. Wygnano biskupa z Vittoria, księcia kościoła, który był zarazem Baskiem, jak kardynał Mercier był Belgiem. To ten sam, który nie chciał, aby kościół i katolicyzm sprowadzono do roli narzędzia w ręku centralizmu kastylskiego. Do tych aktów jeszcze jedno muszę dodać: listę 32 księży czy osób duchownych, katolików, pozostających w najzupełniejszej zgodzie ze swymi władzami kościelnymi i Rzymem, rozstrzelanych przez rozkaz wojskowy. To już nie są sporadyczne wypadki: stoimy tu wobec zwartego systemu. Te rozstrzeliwania wyrywają kościołowi baskijskiemu wszystkie jego narodowe, wybitniejsze elementy, zmierzają do pozbawienia naszego kraju, naszego ludu, księży, ich mowy, ich krwi i rasy. Po zwycięstwie myśli się zapewne o wysłaniu nam księży z Kastylii, którzy może wbrew swej własnej woli, ale przecież de facto stać się muszą agentami asymilacji? Chce się wyprzeć nasz język nawet z tego miejsca, gdzie znalazł w czasach najcięższych swój najwierniejszy schron — z kościoła? Ale jeśli tak jest, trzeba, żeby w całym świecie, w całym świecie katolickim, w krajach tak katolickich, zwłaszcza jak Polska, jak Irlandia, wiedziano, że pozbawia nas się elementu duszpasterskiego, który wśród kleru Hiszpanii uchodził za najbardziej wykształcony, najlepiej przygotowany do swych zadań, elementu, którego wieloletnia praca sprawiła, iż tu właśnie kościołów nie spalono. Ale wtedy trzeba, żeby wiedziano, iż oznaczać to będzie oddalenie ludu od kościoła, postawienie między nimi księdza narodowości obcej, jeśli nie wrogiej. Na Śląsku, w Poznańskiem, chciano wam dać księży niemieckich. Czyż w ten sposób zbliżano wasz naród do kościoła, powszechnego, rzymskiego?
— Nie mam — podkreśla Prezydent — najmniejszego prawa, ani zamiaru nawet, przemawiania za kościół, za Rzym. To kościół sam wypowie swój sąd w tej sprawie. Nasza rasa czeka na ów sąd. Niemniej raz jeszcze podkreślę, że akcja generała Moli, akcja zmierzająca do zniszczenia całego duchowieństwa pochodzenia baskijskiego, przygotowania w ten sposób jego substytucji658 przez księży hiszpańskich, nie zbliży naszego narodu do tych nowych pasterzy. W ich ręku ten kościół, który krzepił nas w dniach najcięższych, który wspierał nasze odrodzenie narodowe, naraża się (court le risque) na to, że stanie się narzędziem ucisku jednego narodu przez inny. W Rzymie starają się wyposażyć odległe plemiona w księży ich mowy i rasy, pracuje się nad tym, aby Japonia miała księży japońskich. Czyż Rzym pozwoli, żebyśmy tutaj byli pozbawieni naszych?
Muszę przystąpić do dalszych kwestii:
— Czy statut autonomiczny, uchwalony przez parlament madrycki, jest wystarczający? Czy zaspokaja on ostatecznie dążenia narodowe Basków? Czy kładzie kres ich żądaniom? Czy też nie?
Prezydent odpowiada:
— W życiu narodu nie ma kresów. Są tylko etapy. Statut jest też tylko etapem. Etapem bardzo potrzebnym, koniecznym, ocenianym przez nas głęboko. Ale tylko etapem. Poprzez niego nasza rasa pójdzie dalej swą drogą.
— Ta droga, Panie Prezydencie? Dokąd prowadzi ta droga? Jakie węzły między Euskadi a Hiszpanią pozwoli utrzymać? Niepodległość zupełna?
Prezydent, zamyślony, odpowiada:
— Czego my pragniemy, czego chce Euskadi, to być panem swego losu, móc z całą swobodą rozwijać własną kulturę narodową we wszystkich dziedzinach — wszak nawet teraz, podczas wojny, stworzyliśmy nasz własny uniwersytet — i nie być w tym krępowanymi przez nikogo. Uznawać prawa przez nas samych stanowione czy przez nasze legislatywy uznane. Oto cel. My szukamy obecnie formy, w której najlepiej, z najmniejszym nakładem ofiar, można by go urzeczywistnić. Jaka będzie ta forma, zależy w dużej mierze od Hiszpanii. Jeśli zobaczymy, że obecna autonomia jest szanowana, że związek z Hiszpanią nie krępuje nas już narodowo, zbliży nas to do Madrytu lepiej niż siła. Gdyby było inaczej... Jeśli będzie inaczej... W takim wypadku będziemy wiedzieli, że po to, aby żyć jako naród, trzeba posiadać pełną odrębność państwową. Zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jest to trudne. Wolelibyśmy spokój, zgodę i nasze prawa. Ale posiadanie tych praw cenimy ponad wszystko.
— Lecz teraz, ze statutem, jeśli wasza sprawa zwycięży, nastanie spokój, będziecie mieli przed sobą ogromne zadanie. Prawie państwo. Prawie odrębność. Prawie jak my, jak Czesi w roku 1918. Co wtedy myślicie uczynić?
W biurach za ścianą stukają maszyny do pisania, pracują gorączkowo biura zaopatrzenia frontu. Wstukuje się w naszą rozmowę wojenna aktualność chwili. Ale mój rozmówca przekracza ją myślą. Mówi o tym, co będzie do zrobienia w tym kraju po wojnie. Tyle rzeczy. Skonstruować owo quasi-państwo z kantonów historycznych, federacyjnych, demokratycznych. Kontynuować, ale rozszerzyć, zogromić pracę chrześcijańskich syndykatów robotniczych, które tutejszej masie robotniczej dały dojrzałość społeczną nowocześniejszą i wyższą niż w całej Hiszpanii. Jeszcze prawie połowa ziem tutejszych to dzierżawy. Zamienić i tę resztę na właścicieli, na małe górskie farmy. Podbudować wolność polityczną narodu wolnością gospodarczą jednostki. Przygotowano już dokładny plan wykupu tych ziem przez tych, co je uprawiają...
— Wykupu? — wtrącam.
— Pana to dziwi, że wykupu? — pyta Prezydent. — A tak. Wykupu. Nasz chłop ma głębokie poczucie prawa. On nie chce daru. Nie chce zabrać. Chce mieć, móc wykupić. Otóż my postaramy się o to, żeby nasz chłop miał tę możliwość. Damy mu ją, i pełną. Pieniądz, jaki zapłaci, pójdzie zresztą do miasta, rozwinie jeszcze nasz przemysł, usunie z niego obcy kapitał, postawi nowe warsztaty pracy. Ten kapitał będzie pracował i dawał pracę. Będziemy baczyli, aby warunki pracy, jakie stworzy, były słuszne, były chrześcijańskie.
— A miasto, Panie Prezydencie? Robotnicy? Przemysł? Uspołecznianie?
— Nacjonalizować będziemy to tylko, co dojrzało do nacjonalizacji, co ze względów na swój monopolistyczny charakter, na użyteczność publiczną, do tego się nadaje. Będziemy jednak od początku pilnie dbali, aby pieniędzmi wyciąganymi z podatków nie sztukować dziur, które w gospodarstwie państwowym uczyni gospodarowanie rozrzutne, lekkomyślne, nieekonomiczne. W moim przekonaniu takie gospodarstwa nie tylko, że nie ułatwiają postępów prawdziwego socjalizmu, ale go kompromitują. Socjaliści niekiedy uważali, że należy i tego bronić. My tego błędu nie popełnimy. Co potem? Mamy już prawodawstwo robotnicze, będziemy tę sprawę rozwijali dalej, ale tak przede wszystkim, żeby sam robotnik odczuwał jej skuteczność. Budownictwo robotnicze, szkolnictwo, oświata, kultura mas — oto rzeczy już u nas zaczęte. Delegaci biorą już udział w zawiadywaniu naszym przemysłem. Przerażało to z początku wielu. Okazało się, że wszystko funkcjonuje sprawnie. Syndykaty myślą o współudziale w zyskach. Ale my tutaj nie musimy myśleć za robotników. Okazali swą dojrzałość w dniach przełomowych i niezależność swej myśli. Myślą o sobie sami, w ramach kraju. Decydować też będą i własne formy znajdą sami. Oczywiście, jesteśmy małym krajem zgubionym w wielkim świecie. Ale niesiemy z sobą jedną z najstarszych tradycji, ciągłości rozwojowych tego świata. Mamy wytyczone wyraźnie linie naszego dalszego rozwoju, narodowe, chrześcijańskie, tradycyjne. Może jak mała Szwajcaria, będziemy w swym skromnym bardzo zakresie użyteczni światu.
Prezydent zatrzymuje się na chwilę, po czym ciągnie dalej:
— Jutro pan zwiedzi nasze szpitale, urządzenia zdrowotne, zobaczy pan, co uczyniono tu dotąd dla robotnika, dla kobiety i dziecka. Są to dzieła deputacji Biskai, jednej więc tylko prowincji. Zobaczy pan, ile można było zrobić w ramach skromnego samorządu. Mam nadzieję, że oceni pan ten wysiłek: nasze prawa do self-government659 musi, niestety, nasza młodzież wywalczać karabinem. Ale to nie karabinem, lecz naszymi szkołami, urządzeniami sanitarnymi, szpitalami i klinikami, sierocińcami i żłobkami, miłością bliźniego, realizowaną jako obowiązek społeczny, kraj ten upomina się o prawa samostanowienia, pokazuje, jak umie się rządzić.
Prezydent wstał, rozmowa jest skończona. Ale jednak przerywam:
— Panie Prezydencie, mam jeszcze jedno...
Zatrzymuje się. Mówię o dwóch skazanych w Durango. Mówię jednym ciągiem, z góry uchylając kontrargumenty. Pochodzili z grupy tradycjonalistów, chcieli pójść do powstańców, inni uciekli, na nich się skrupiło. Ustalono, że nie byli wodzami. Nie przyznaję sobie prawa do mieszania się w sprawy własne Euskadi, wiem. Proszono mnie jednak, żeby mówić i prosić. Dlatego mówię. Przypominam Prezydentowi smutne wrażenie, jakie wywarły liczne wyroki śmierci wydane za Dollfussa po stłumionym powstaniu robotniczym w Wiedniu.
— Panie Prezydencie — mówię — świat patrzy na Hiszpanię i powiada sobie, że z obu stron srożą się nieludzkie proskrypcje, krwawi rzeź. Nie wiemy, co będzie rezultatem tej wojny. Jedno jest pewne, że winni okrucieństw nie ujdą potępienia. Rzeczą wielką w Euskadi, rzeczą, którą podziwia świat, którą zasłania się Madryt jak swoją, jest to, że nie tknięto u Was kościołów, nie wymordowano zakonnic i księży, że uszanowano religię. Panie Prezydencie, chciałbym, żeby powiedziano o Waszym kraju, że szanuje się tu jeszcze u Was, jedynych w całej Hiszpanii, i życie ludzkie. Że nawet w wypadkach dyktowanych racją wojny, uzasadnionych legalną samoobroną regime’u, nie zabija się. Że ułaskawia się, gdy tylko można. Panie Prezydencie, ułaskawcie tych ludzi!
Wyrzuciłem to wszystko w zdaniach krótkich, rąbanych, zwartych. Prezydent słucha zamyślony. Powtarzałem niektóre zdania po dwa razy. Miałem wrażenie, że słowa zrobiły się czymś materialnym, nabrały kształtu i zwłaszcza wagi jak przedmioty, i że myśl Prezydenta Aguirre stała się jakby szalą, na którą się kładą, którą przechylają powoli z miejsca. I naraz Prezydent wykonał jakiś zdecydowany ruch. Podał mi rękę i powiedział:
— Dobrze. Sprawa przechodzi jutro przez radę ministrów. To ona ułaskawia. Ja jednak wypowiem się za łaską dla nich obu. Pan niech przejedzie przez nasz kraj, zobaczy, wróci do siebie i zaświadczy. Po prostu, co pan widział. Po prostu, że jak wy, chcemy mieć prawo do życia i że jednak to prawo mamy.
Jesteśmy w progu drzwi. Już są otwarte. Mogę odpowiedzieć tylko tyle:
— Największe, co będę mógł powiedzieć, to zanieść wszędzie decyzję, którą Pan, Panie Prezydencie, powziął przed chwilą. W Hiszpanii się zabija. W Euskadi ułaskawia. Tu widziałem rząd chrześcijański. —
Podaje mi raz jeszcze, w silnym uścisku, rękę. Teraz znowu jest jakby zmieszany, jakby nieśmiały. Przez drzwi uchylone ogarniam wzrokiem raz jeszcze pokój i człowieka, których opuszczam. Człowiek wraca właśnie do swej pracy. Akta, dokumenty piętrzą się biało na biurku. Wśród nich i ponad nimi, tak jak wtedy, gdy tu wszedłem, wznosi się kształt dobrze znany, zwyczajny, ciemny. Stary, zbrunatniały krucyfiks jest zawsze na swoim miejscu. Pośród akt, u stóp tego Chrystusa, wszędzie indziej palonego na stosach, włóczonego w rynsztokach ulicznych, położą się jutro dwa akty łaski. Takie akty podpisują wszędzie wszyscy prezydenci. Ale to nie jest zwyczajny kraj, zwyczajna władza i zwyczajny czas. Władza, która nie stosuje terroru, jest tu podejrzewana, pomawiana o zdradę, podminowywana rewolucją, niepewna. To mało, a może nic, dwa akty łaski w tym rosnącym morzu krwi. To takie zagubione, jak owo małe państewko, którego nazwy musimy się uczyć dopiero, jak ów mały naród o nieznanych początkach i mowie niezrozumiałej. A przecież mam wrażenie, że to wiele. Że tym aktem dokonanym wśród anarchii i wśród faszyzmu, między marksowskimi passeito i wojskowymi hekatombami, ten mały wielki naród manifestuje odmienność swych dróg.
Tłumacz Antygony
Dniem zupełnie niezapomnianym i zupełnie różnym od wszystkich w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, był dzień następny.Przejechaliśmy w kilku kierunkach ten mały kraik, który stanowi w chwili obecnej niepodległą Euskadi. Mżył deszcz i przepraszano nas za porę roku, która niszczy zwykle piękność baskijskich krajobrazów, zielonych majem, złocistych i rdzawych do grudnia. Ale to, cośmy widzieli, było jeszcze piękniejsze. Pokazano nam najpierw parę ogromnych na kilkaset łóżek sanatoriów dla dzieci. Jedno leczyło gruźlicę kości, do innego odsyłano z Bilbao i miast dzieci ubogie. Oba leżały między górami i morzem. Wielkie płaszczyzny tarasów, urządzenia niemal u nas nieznane, nowoczesny aparat sanitarny, jasność i czystość, a przede wszystkim radość. Widzieliśmy zarówno dzieci przybyłe tu niedawno, jak i pozostające od dawna, i można było stwierdzić olbrzymią różnicę. Miało się wrażenie, że tajemniczy eliksir życia jest tu destylowany z powietrza morskiego, gór, słońca i lampy kwarcowej. Przez całe miesiące widziałem właśnie ciała ludzkie, z których ten sam eliksir wysączał się z minuty na minutę, które w szpitalach i na noszach nieruchomiały w martwotę zwłok. Widzieć coś tak przeciwnego sprawia ulgę. Wszystko to wzniosły samorządy prowincji Biskaja w ciągu ostatnich lat piętnastu. Wszystko to wzniosło właściwie samo społeczeństwo. Miało się wrażenie, że kieruje tym wszystkim mechanizm niezwykle prosty. U nas wiemy, że są lecznice i sanatoria wypoczynkowe, że do czegoś wreszcie służą te pieniądze, które każdy urzędnik, pracodawca i pracownik wpłaca na pierwszego do różnych ZUP-ów660. Wiemy, że coś jest w Krynicy i coś się zbudowało w Zakopanem. Ale wszystko to jest u nas za lasami i górami, po których wiją się serpentyny zawiłej biurokracji. Tu jedna prowincja miała tego wszystkiego — parę innych zakładów zwiedziliśmy przelotnie — więcej niż pół Polski. Dostęp do tego jest tu prostszy, nie potrzeba tu ani alpinistyki stosunków, ani wyćwiczonych w szczególnej wspinaczce muskułów, ani pleców. Przeciwnie, decydują słabe kości i mizerne piersi.
Wszystko pozostawało pod ścisłym nadzorem władz, a było prowadzone i nadal przez zakonnice miłosierdzia. Trzeba wiedzieć, że w koalicyjnym rządzie Euskadi obok katolików zasiadają i komuniści, a specjalnie ministerstwa robót publicznych i opieki społecznej są w ręku czerwonych. Rozmawiałem i z nimi, oświadczyli mi, że pracę zakonnic na tych placówkach uważają za pełną ofiarności i nawet pod względem przeszkolenia fachowego niepozostawiającą nic do życzenia. Między pewnym młodym lekarzem-komunistą a siostrami nawiązał się rzadki wypadek najściślejszej współpracy. One brały od niego wszystko, co mu dało wykształcenie, on poznawał, ile siły w tym bardzo trudnym zawodzie może dawać motor miłości bliźniego. Nie myślę wcale uogólniać tego zjawiska, ale powiem, że ta dziwna współpraca lekarza-komunisty z zakonnicami katolickimi, nachylonych pospołu nad łóżkiem robotniczego dziecka, dźwigającego na swym chorym ciałku ciężar nierówności społecznych, głębokie rysy niedostatku i atawizmów, pozostanie w najlepszym moim wspomnieniu.
W hallu wielkiego sanatorium dziecięcego w Algorta zwrócił naszą uwagę portret typowego kapitalisty o spokojnej, zamyślonej twarzy. Istotnie, był to wielki kapitalista Bilbao, ale i wielki filantrop. Jego pieniądze przyczyniły się w znacznej mierze do powstania sanatorium, paru szkół robotniczych, pierwszych domów robotniczych, jego inicjatywa pociągnęła tu innych. Rewolucja wywiesiła w tym hallu nowe portrety, usunęła inne, ten jednak zostawiła. Moi towarzysze stali przed nim nieco zakłopotani. Po chwili sami wyjaśnili mi, dlaczego. Oto obaj synowie tego człowieka — on sam zmarł już wcześniej — zostali zamordowani bez sądu podczas rewolucji. Nie brali udziału w polityce. Mieli majątek uszczuplony przez ojcowskie fundacje. Po prostu ich nazwisko było znane jako nazwisko ludzi zamożnych. Ten cień nie spada na Euskadi. W początkach rewolucji miejscowe żywioły skrajne, opierające się głównie na ciemnym elemencie spośród robotników napływowych, dokonały paru samosądów. Władza była jeszcze w ręku lokalnych władz hiszpańskich. Te, może z racji politycznych, zapewne także pragnąc ochronić aresztowanych, uwięziły szereg przedstawicieli zamożniejszych czy bardziej prawicowych rodzin i umieściły ich nie w więzieniu, dokąd tłum mógłby się wedrzeć, lecz na dużym statku u wejścia do portu. Niestety, właśnie w tym czasie przypłynęła do brzegów czerwona flota hiszpańska, która potopiwszy oficerów, wprowadziła u siebie sowiety661. Flota stała w porcie przez miesiąc bezczynnie. Raz, wypłynąwszy pod San Sebastian, doznała porażki. Marynarze wrócili wściekli, podobno podpici, wdarli się na statek z więźniami i zamordowali bez sądu około pięciuset uwięzionych tam osób.
Gruby kapitalista ze ściany hallu patrzył na nas dalej swym spokojnym wzrokiem człowieka interesu, który czasem odbiega myślą od cyfr i coś tam sobie niegiełdowego marzy. Był tu kiedyś portret króla, był portret Zamory, są teraz Azana i Caballero, a wzrok zmarłego dawno człowieka, który może chciał leczyć rany, jakie zadaje zły ustrój, patrzył dalej tak samo spokojnie, jak wtedy, gdy ów spokój chwytał malarz, a murarze wznosili mury tego gmachu. Tylko ludzie żywi, przechodzący tu pod nim, unikali jakby tego spojrzenia.
Oto była krótka, niezawiniona przez władze baskijskie, które dopiero później przejęły tu władzę, burza zniszczenia. Ale było ono tym boleśniejsze i przykrzejsze, że właśnie przemysł bilbaoński wyróżniał się w całej Hiszpanii swym zmysłem społecznym i ofiarnością, że najmniej był zaangażowany we wspieraniu faszyzmu, że szedł innymi drogami niż ludzie pokroju Juana Marcha662. Można być zdania, że niezależnie od tego należałoby wywłaszczyć tych ludzi, znacjonalizować posiadane przez nich kapitały, ale kara śmierci, bez sądu, w warunkach jak najbardziej odrażających, wytłumaczyć się nie da. Muszę oddać sprawiedliwość władzom w Euskadi: wydarzeń tych nikt przede mną nie starał się ukryć, nikt nie starał się ich rozmiarów zmniejszyć, w niczym rozgrzeszyć. Nie było cienia owego krętactwa, jakie w takich wypadkach stosował niepotrzebnie Madryt. Może to był, jak mówili, wstręt do wszelkiej z ich strony propagandy. Może przeciwnie, była to najlepsza propaganda.
W jednej z sal chcieliśmy zrobić zdjęcie jednego z dzieci, leżących cicho w łóżeczku, i przystanęliśmy dłużej. Nad łóżeczkiem widniała tabliczka z napisem: „Marquesa viuda de Berriz”. Co robił w tym rewolucyjnym kraju i nad łóżkiem szpitalnym ów markizowski tytuł? Po chwili zauważyliśmy, że cała sala, wszystkie łóżka, posiadają takie tabliczki. Wszędzie lśniły tytuły condów i marquesów, mieszały się z nazwiskami znanymi mi już z giełdowego herbarza. Odpowiednicy naszych Radziwiłłów i naszych Zieleniewskich czy Lilpopów. To byli fundatorzy łóżek. Czasem robiło to dziwne wrażenie: cały rząd łóżeczek dziecinnych nosił np. napis: „Sociedad de Explosivos de Bilbao”663. Pod takim biletem wizytowym dynamitu chore robotnicze dziecko bawiło się lalką. Nie stawałem przed każdym łóżkiem i nie pytałem, co się stało z synami ofiarodawców lub z nimi samymi. Dowiedziałem się tylko, że markiza wdowa de Berriz jest nie tylko wdową. Straciła dwóch synów na tym samym okręcie, na którym stracił swoich gruby kapitalista z hallu. Ponieważ, jak się rzekło, wszyscy naprawdę posądzeni o udział w puczu wojskowych byli odesłani nie na statek, lecz do więzienia, i stanęli przed jakąś formą trybunału, przeto i o synach markizy Berriz należy sądzić, że skoro odesłano ich na statek, to raczej w celu uchronienia przed samosądem ulicy.
W ten sposób sprawa floty hiszpańskiej raz po raz wplatała się w nasze obserwacje. Nie mogłem zrozumieć jednego. Oto na początku wydarzeń hiszpańskich flota wymordowała swych oficerów, należących do rokoszu wojskowych, i stanęła po stronie rządu. Franco miał wskutek tego trudności z przewiezieniem wojsk z Maroka. Teraz zaś jest odwrotnie. To Franco blokuje wybrzeża, to on ostrzeliwuje z morza Walencję, to wreszcie przed jego statkami przemykaliśmy się chyłkiem do Bilbao. Co zaszło między lipcem a marcem na wodach hiszpańskich? Po wielu zapytywaniach zdołałem ustalić stan rzeczy. Oto Franco posiada zaledwie trzy większe jednostki i te ostrzeliwują porty i utrzymują blokadę. Zorganizował ponadto flotyllę z łodzi rybackich. Natomiast cała flota rządowa, wywiesiwszy czerwone sztandary i proklamowawszy rady załogowe, siedzi bezczynnie w portach. Podczas swego miesięcznego pobytu w Bilbao nie zdecydowała się wyruszyć gromadnie ku portom francuskim i eskortować statki z żywnością dla Euskadi. Byłoby to uratowało kraj od głodu, który obecnie z każdym dniem stawał się dokuczliwszy. Po objeździe spokojnych zupełnie frontów euskadyjskich stało się zrozumiałe, że powstańcy liczą właśnie na złamanie oporu kraju blokadą i głodem. Jak więc widzimy, terroryści nie byli jeszcze bohaterami. Przeciwnie, plamiąc sztandar rewolucji, jednocześnie swym tchórzostwem czy niedołęstwem gotowali mu sami klęskę. Ale też to, co w tym kraju nawet przez rewolucję będzie kiedyś kontynuowane, rozszerzone, zogromione — to praca ludzi, których nienawidzili, posłali na śmierć. To na ich dzieło powoła się wobec świata, mówiąc o swych prawach do samorządzenia, naród baskijski, rząd z Bilbao. Człowiek z portretu w Algorta może dalej patrzeć jasno i spokojnie przed siebie. W jego ślady wstąpi naród pragnący budować swą przyszłość. Jego pracę poprawi, ulepszy, ale właśnie ją poprowadzi, w niej znajdzie oparcie.
Niestety, nie mogę powiedzieć, aby sielanka zakonno-komunistyczna trwała bez rysów i w Bilbao. Ze szpitali miejskich usunięto siostry miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Jeśli w Amorrebieta zwiedzaliśmy klasztor karmelitów, częściowo zajęty przez milicję, i podziwialiśmy zgodne pożycie habitu zakonnego i roboczego mona, to w paru szpitalach Las Arenas, dzielnicy neutralnej przy porcie Bilbao, widzieliśmy krzyże usunięte z dawnego domu zakonnego jakichś sióstr. Ulokowani tu byli jacyś, bardzo sympatyczni zresztą, ranni anarchiści i komuniści. Zapytani, odpowiedzieli wręcz, że nie chcą „tego wszystkiego”. Władze starały się jedynie rozgradzać jednych i drugich. Bezbożnicy wędrowali zazwyczaj do jednych szpitali, wierzący — do innych. Ponieważ w tym miejscu funkcjonowało kilka szpitali, przeprowadzenie podziału nie było trudne. Linia podziału rozgradzała jednak nie tylko komunizm i anarchizm od nacjonalizmu. Rozgradzała jeszcze Hiszpanów od Basków. Natomiast wygnane zakonnice uczyniły rzecz, której zapewne nie oczekiwali ich prześladowcy. Oto ruszyły w ubraniach zwykłych sióstr miłosierdzia na front asturyjski. W chwili gdy przyjechaliśmy, przeprowadzono właśnie gwałtowną ofensywę na Oviedo. Ofensywę tę przeprowadzały w znacznej mierze oddziały baskijskie: wódz ich, założyciel milicji baskijskich, człowiek wierzący, padł na przedmieściach tego Alkazaru proletariackiej Hiszpanii. W jego zaciśnięte ręce włożono krzyż i przewieziono z tym krzyżem do Bilbao, gdzie cały rząd wysłuchał mszy żałobnej u jego zwłok. Oddziały baskijskie w Asturiach miały swych kapelanów, odprawiały msze. Zakonnice ruszyły, aby nieść pomoc rannym z tego czerwonego piekła, gdzie nie ostał się żaden klasztor, gdzie było tylu męczenników, ilu księży, gdzie brakowało lekarstw, żywności, lekarzy, wszystkiego.
Mogłem dojechać tylko do połowy drogi na Oviedo, z transportem żołnierzy posiłkowych. Ofensywa była już powstrzymana. Kolumny samochodowe wroga przywiozły całe oddziały falangistów, wypoczęte, dobrze zorganizowane. Oviedo dogorywało powoli, czy raczej dogorywały szanse tych, którzy chcieli odbić to miasto. Jednodniowe asturyjskie wspomnienia kojarzą mi się z szarą, żmudną słotą, z opustoszałymi pueblami, zburzonymi domami, spalonymi, zawalonymi w siebie, kościołami. Kraj był pusty, czy też robił takie wrażenie. Otwarły się tu naraz w Europie nowe Dzikie Pola, stratowane wojną. Kilkudniowa ofensywa na Oviedo, niemal niezauważona przez resztę świata, w ogniu walk nad Jaramą664, nie zasługuje zapewne na żadną wzmiankę w militarnych dziejach wojny. W psychicznych zasługuje na jedno z najżywszych przeżyć. Wojskowo była to najbardziej bezsensowna ofensywa: Oviedo, opanowane przez nich, ale nie eksploatowane, niestanowiące punktu strategicznego, położone na peryferiach właściwej walki, było celem szaleńczym. Atak na Toledo, atak z Euskadi na niedalekie Burgos, na Terruel grożący Walencji, na Jaramę — każdy miałby jakiś sens. Oviedo miało być tylko moralnym odwetem za Malagę: Oviedo było świętem miastem legendy robotniczej Hiszpanii, symbolem, sentymentem. Ludzie spod Ovieda, robotnicy asturyjscy, byli najdzielniejszym jeszcze elementem, na który mógł liczyć rząd. Ich odcinek frontu był po prostu tym, gdzie rozkazu do ofensywy wysłuchano. Ofensywa była jednak przeprowadzona w najfatalniejszych warunkach. Brakło oficerów, brakło dowództwa, brakło materiału i współdziałania. Brakło sztabu. Jeśli kiedy była tu walka czysto robotnicza, bez Rosjan i międzynarodówki, bez obcych ludzi w każdym urzędzie, centrali i łączności, to tam właśnie. Oviedo było najbardziej krwawą, najbardziej beznadziejną, najbardziej osamotnioną szarżą robotniczej Asturii. Jedyną pomoc, jaką uzyskało, to z katolickiego Euskadi. Podobno patrząc na księży robotniczych oddziałów z Bilbao, górnicy powiadali, że gdyby sami mieli dawniej takich, toby wszystko poszło inaczej. Bardzo wierzę, że tak mówili. Ale w deszczowym schyłku lutego u stóp ciemnych gór asturyjskich dopalał się już ciemnym płomieniem stos czarnych ludzi z kopalni. Było za późno.
*
Organizacja bojowa małego państwa funkcjonowała sprawnie: niewielkimi, często luzowanymi z frontu siłami, przy doskonale rozwiniętej służbie łączności, rozplanowaniu pozycji, trzymali w szachu znaczne siły nieprzyjacielskie. Organizacja zaopatrzenia w żywność wewnątrz kraju szwankowała z musu. Było coraz gorzej. W Bilbao i pod Bilbao koczowały tysiące uchodźców baskijskich z zajętych przez wojska prowincji. Była to migracja ludów tych rozmiarów chyba co uchodźstwo greckie po wojnie z Turcją665, co polskie w roku 1915666, co rosyjskie w pierwszych latach bolszewizmu. Nierzadko znowu, śladami ludzi z Durango, tutejsi przemykali się do San Sebastian. Linia podziału stała się czymś, co dawno już przestało biec poprzez granicę klas: ludzie z tych samych rodzin i środowisk społecznych należeli do zwalczających się obozów. Im dłużej trwała walka, tym bardziej jej dawny charakter klasowy zdawał się zacierać. Tym bardziej jej sens, oczywiście, malał. Tym bardziej stawała się krwawa i niszcząca.
Wyjeżdżaliśmy dużo wewnątrz kraju, chodziliśmy piechotą przez wieś, mówiliśmy z ludźmi. Spotykało się nieraz po drogach księży baskijskich najspokojniej przechadzających się po kraju. Raz w gospodzie widziałem, jak miejscowy wikary grał w domino z jegomościem w czarno-czerwonych barwach anarchizmu. Innym razem spotkałem pierwszego w mym życiu, a przynajmniej nieukrywającego się masona. Był to zarządca pomocy dla uchodźców w małej wiosce rybackiej, w której musieliśmy nocować, Mundaca. Pochodził z rybaków, był długo w Ameryce, posiadał wykształcenie. Tłumaczył nam długo i szeroko właściwe jego zadanie, cele masonerii. Należał do stronnictwa Azanii, ale zapowiadał, że jeśliby po wojnie Hiszpania miała stać się komunistyczna, Euskadi będzie zmuszona oderwać się od niej w imię demokracji. Robił wrażenie człowieka porządnego i rozumnego, który doszedł do wniosku, że tajemnice w życiu publicznym zdrowe nigdy nie są.
Niestety, wrażeniem nieopuszczającym nas na moment wśród tych wszystkich epizodów było to, że ów ład i spokój, normalne funkcjonowanie tego państewka, wyrosłego w burzy, okupywane jest codziennym powstrzymywaniem naporu anarchii. Mendiguren rozumiał odrazę, gdy proponowano nam uczynienie z kaźni widowiska, ale już jego podkomendni uważali to za nie mniej naturalne niż ich przeciwnicy z Sewilli. Te podskórne nurty duszono, odprowadzano, kanalizowano. Wyrywały się ciągle. Spotkaliśmy gdzieś oficera, którego brat, osiemnastoletni ochotnik, zginął z rąk tłumu anarchokomunistycznego w momencie, gdy po nalocie samolotów faszystowskich czerwoni próbowali w odwecie zdobyć więzienie w celu wymordowania pozostających tam więźniów. W dwa dni po ułaskawieniu obu skazańców z Durango, przed procesem dwóch mężczyzn i trzech kobiet o szpiegostwo, pismo komunistyczne „Euskadi Roja” zażądało dla wszystkich kary śmierci, atakując, a nawet szantażując władzę, wypominając jej niedawne ułaskawienia. „Widzi pan, że to nas jednak kosztuje” — powiedział Mendiguren. Kosztuje, bo podważano autorytet władzy, grano na odjęciu jej zaufania mas, zmuszano do srogości.
Pojechaliśmy pewnego dnia obejrzeć obóz izolacyjny. Wznosił się niedaleko Bilbao, był dopiero w budowie. Lśniły długie drewniane baraki-klitki, narastał wysoki na cztery metry betonowy mur, obwiedziony sowicie drutem, okopany wałem. Była to, zdaje się, jedna z celniejszych „robót publicznych” euskadyjskiego ministra tychże robót, członka partii komunistycznej. Robotnicy zatrudnieni przy budowie, uświadomieni kastylscy komuniści, witali nas ze szczytów rosnącego muru izolacji podniesionymi pięściami. Wśród wsi baskijskiej z domami rozpłaszczonymi niemal u ziemi, te olbrzymie szare ściany, za którymi zamykał się jakiś wykrawek ziemi, sprawiały wrażenie olbrzymiego tekturowego pudła. Ściany pudła nie miały jednak wcale kruchości tektury. Robiły nie tylko wrażenie nowości, ale mocy. Najniezawodniej w starym kraju Basków ziszczała się niespodziewanym konkretem zwrotka Międzynarodówki. Budowały się w naszych oczach pierwsze podwaliny jej nowego ładu.
*
Któregoś dnia spotkaliśmy właśnie u Mendigurena młodego żołnierza. Był to syn średnio zamożnych rolników. Był zarazem jednym z poetów baskijskich. Zaprosił nas do siebie i przyjął w ładnym, miłym mieszkaniu. Miał u siebie piękną potrzaskaną rzeźbę Chrystusa, znalezioną w rynsztoku w Santander. Wiedzieliśmy już, że piśmiennictwo baskijskie stworzyło kilkadziesiąt pism, periodyków i miesięczników o dużych nakładach, prosperujących doskonale, bo czytanych też przez całe to społeczeństwo z chłonnością, z jaką czyta Litwa czy Estonia, gdzie nakłady pism przewyższają o wiele nasze. Stefan Urkiaga’tar667 wyszedł z Munguia, tej samej, co Mendiguren wsi rybacko-pasterskiej. Krzyżowała się w nim przeszłość długich pokoleń marynarzy, którzy na barkach dopływali do Spitsbergenu i dalekich pokoleń juhasów, którzy bydło pędzili aż do hal nawarskich. Teraz walczył na froncie w Asturiach, przyjechał na urlop, miał wrócić. Dał mi wiele fotografii, chciał powiedzieć o literaturze baskijskiej, która z takim trudem, z odległych klechd, pieśni po zmarłych, kołysanek dziecinnych, pastorałek później, przemieniała się na prawdziwe piśmiennictwo w trudnej mowie euskera. Doszliśmy do czasów ostatnich. Zwróciłem wtedy uwagę, że zbyt często, mówiąc o pisarzach współczesnych, kończy: rozstrzelali go tam i tam, wtedy a wtedy. Iluż wreszcie pisarzy baskijskich tak zginęło? Urkiaga’tar wyjął jeden z zeszytów najpoważniejszego miesięcznika baskijskiego i ostatecznie zakreślił piórem sześć nazwisk na kilkanaście, wyliczających autorów współpracujących z tym pismem. Tych sześciu to byli ludzie rozstrzelani w Guipuzcoa i Nawarze przez armię gen. Moli. Więc ksiądz Aristimuno, redaktor najpoważniejszego, wydawanego swobodnie za monarchii, miesięcznika literacko-społecznego Basków „Yakintza”, periodyku „Euskerea”, publicysta i poeta; ksiądz Jauregui, poeta; Lemona, prozaik i poeta; Onandia, nowelista; Aberri, powieściopisarz; ksiądz Markiegi, znany tłumacz. Nie robił przy tym żadnej propagandy. Stwierdzał. Ale i ja nie potrzebowałem też nic więcej. Nie wiem, czy ci ludzie byli Szekspirami czy Goethemi, nawet przyjmuję, że było im do tego bardzo daleko. Ale w najśmielszych obliczeniach naród baskijski to nie więcej niż półtoramilionowe społeczeństwo. Co by było, gdyby u nas rozstrzelano sześciu poetów, pisarzy publicystów? Dla nas, dla dużego narodu? Co znaczyło tych sześciu dla małego szczepu Basków? Oczy poety patrzały zbyt poważnie i twardo, żeby o to pytać. Powtórzyłem więc sobie to, co powiedział mi był Aguirre, o rozstrzelanych trzydziestu dwóch księżach, że to już nie są sporadyczne wypadki, że to jest system, który ma pozbawić naród baskijski księży ich mowy. Teraz pozbawiano tę mowę jej pisarzy.
Rozmawiający ze mną zachowywał, mówiąc o tym, zupełny spokój. Tak, zabito. Tak, to były ofiary, jeszcze jedne, walki, oto były jeszcze jedne straty i poprzez nie będzie musiał iść dalej naród euskaryjski, Euskaldun, jak oni tam mówią, i poprowadzić swą walkę dalej. Dla niego było to takie jasne, jak jest jasne dla synów rybackich, że i oni kiedyś popłyną na morze, że i ich kiedyś weźmie, jak dla synów dziesiątka pokoleń pasterskich jasne jest, że i oni pogonią kierdel668 na hale. Teraz, na urlopie, przed nową kampanią, może ostatnią dla niego, wykończył ten Żuławski669 baskijskich legionów swoje wielkie dzieło. Rozpowiedział mi o nim z radością. Oto chciał rozpocząć przyswajanie mowie euskaryskiej wielkiego cyklu dramatycznego starożytnej Hellady670. Przyznam się, że pochwycił mnie myślą. Pierwotna literatura Basków, ta sprzed najdawniejszego chrześcijańskiego okresu, dotrwała jedynie w strzępach. Naród nie posiada wielkiej poezji swych najwspanialszych czasów. A owe czasy, współczesne epoce, kiedy lata w Grecji liczyły się od igrzysk olimpijskich, mogły być dziwnie podobne greckim. Jednaka ziemia, między postrzępionymi falą morską zatokami a szczytami bliskich gór, jednaki lud rybacko-pastersko-żołnierski, jednakie rozbicie na kantony małych pół republik, pół królestw, jednaka demokracja plemienna. Kto wie, czy ongi surowa Nawarra nie była Spartą tej rasowej jedynie wspólnoty, kto wie, czy morska Guipuzcoa nie była jej Attyką, rolnicza Alava — Tebami, kto wie, czy pod dębem Guerniki nie wieszczono dawniej jak pod świętym dębem Zeusa, w dalekich czasach, gdy chłodna Kastylia, jak ziemia Filipa i Aleksandra671, nie wynurzyła się jeszcze z fal dziejów? Kto wie, czy w Sofoklesie672 i Homerze nie odnajdzie się literatura najbardziej swoja, najbardziej bliska tej, która tu bez pamięci znikła?
Urkiaga’tar był owładnięty tą myślą. Wziął się do przekładów z greckiego. Dzieła te dziwnie łatwo dawały się przekuwać w twarde dźwięki euskary. Wiedział, że może nie będzie mógł tego skończyć. Chciał jednak przynajmniej pchnąć literaturę baskijską, cały wysiłek utrzymania przez nią świadomości narodowej, na tę drogę. Na pierwsze wybrał Antygonę Sofoklesa. Siedzieliśmy w pokoju, wśród książek. Miał na kurtce naszywki sierżanta. Czytał mi po grecku wielkie strofy chórów attyckich, potem swój przekład. Biała Antygona, losem ścigana dziewczyna, stawała teraz inaczej niż w suchej gimnazjalnej lekcji. Oto były znów Teby i wyrocznia, i zbrodnia Edypa. Oto brat tej dziewczyny był zamordowany, ciało jego rzucone na żer ptakom, nie wolno go było pogrzebać, bo niepogrzebane ciała nie znajdą szczęścia na tamtym świecie. Władze zakazały surowo, ale siostra pamięta o bracie, zagrzebuje jego zwłoki, jak jej to każe, silniejsza nad moce ustaw, wola praw bożych. Dalej, z mocy tych ustaw idzie na śmierć, w loch, gdzie pogrzebią ją żywcem:
I nie zaznawszy rozkoszy wesela,
Ni matki uczuć, ni dziatek pieszczoty,
Schodzę tak sama i bez przyjaciela.673
*
Przekład był doprowadzony prawie do połowy, przebrnięte były najcięższe miejsca. Poeta był rad. Jest to złe określenie. Wydawał się spokojny. Dziwnym trafem, los córki Kreona jakby kojarzył się z losem tego narodu, bez radości i bez wolności, wtrącanego brutalnie w nową przepaść. Salwy plutonów egzekucyjnych likwidowały jego myśl religijną, społeczną, artystyczną. Nie zaznawszy rozkoszy wesela, u pierwszych kroków rozbudzenia narodowego widział, jak wszystkie jego bujniejsze, śmielsze pędy, z pnia starego puszczane wiosną, obcinał swym ostrzem kastylski sekator.
Reinkarnacja baskijska Antygony przychodziła dziwnie w czas. Łódź swej literatury spychał istotnie tłumacz na toń dla nas martwą i obcą, dla przeszłości tego narodu najbardziej może swoją. Mendiguren i Aguirre trudzili się nad aprowizacją, nad ocembrowaniem pozycji wałami betonu, sądzili, że jeśli uda im się wytrwać w walce, przyjdzie jakaś interwencja europejska. Byli Prądzyńskimi i Skrzyneckimi674 Euskadi. Poeta nie miał tych złudzeń. Wiedział, że walka staje się coraz bardziej beznadziejna, że cała jej wartość skupi się w tym, iż nawet jako klęska rozbudzi tym silniej poczucie odrębności narodowej. Wiedział jeszcze, że może jak tamtych sześciu paść na froncie. I właśnie cały swój urlop liniowy spędził nad Antygoną. Pracował z pośpiechem. Pisał na kartkach małych, starannie numerowanych; zupełnie tak, jakby się bał, że praca urwie mu się naraz, żeby potem kolega z pułku mógł je łatwo uporządkować, jeśli autora zabraknie. Wysilił się, żeby pozostawić coś, jakieś dzieło zaczęte, drogą wskazaną, na którą pójdzie literatura niepodległościowa Basków. Gdy przestał czytać swe strofy, spytał, czy nie ma w literaturze polskiej rzeczy, która by się mogła im przydać. Literatura polska interesowała go właśnie jako oręż walki niepodległościowej. Może Sienkiewicz? Przejrzałem szybko Sienkiewicza. Krzyżacy, tak, mogliby być dla nich Krzyżacy, może Latarnik — tyle jest Basków za oceanem, nawet mowa w tej noweli o wojnach karlistowskich. Jednak nie Sienkiewicz. Przebiegłem myślą, ile mogłem, literatury polskiej i znalazłem wreszcie jedną rzecz, którą chciano rozświetlić przedhistoryczne dzieje Polski, a która dziwnie „nie trzyma się” kraju nad Gopłem, za to jeszcze dziwniej mogła przylgnąć, niczym Antygona grecka, do archaicznych i obecnych dziejów Euskadi. Walka Lechitów i Wenedów, najazd, opór. Chór jak w teatrze Sofoklesa, jak w teatrze pastorałek i żałosnych panichid675 baskijskich. Zacząłem na kastylski tłumaczyć Baskowi wolno, jak je tylko pamiętałem, strofy:
O! święta ziemio polska! arko ludu!
Jak zajrzeć tylko myślą, krew się lała.
W przeszłości słychać dźwięk tej harfy cudu,
Co wężom dała łzy i serce dała!
Słuchajcież wy! gdy ognie zaczną buchać,
Jeżeli harfy jęk przyleci z dala,
Będziecież wy jak węże stać i słuchać?
Będziecież wy jak morska czekać fala...676
Nie pamiętałem tego już więcej, musiałem dopowiadać. Urkiaga’tar rozumiał doskonale. Nie wiem, czyby nie rzucił jeszcze białej Antygony dla Lilli Wenedy. To było właśnie dla nich. Stary dramat Słowackiego, czytany dziś przez nas w obowiązkowej lekturze szkolnej, ze wstępem, przypiskami, komentarzem i nudzeniem, tutaj wyskakiwał z szyn. Stawał się znowu, bardziej niż kiedykolwiek był u nas, orężem walki. Podobno takim orężem jest dla naszych Ukraińców Konrad Wallenrod, zapomniana lektura. Dla Basków mógłby być takim druidyczny dramat Słowackiego. To nie Gopło, ale Guernika; to nie pochód Lechitów, ale Kastylian wchodzi żywy w owe strofy. To ta walka, toczona w szczęku mitraliez i łoskocie idących po szosie tanków, wtłoczy się w maski dramatu Wenedów, wstępuje na koturny prawdziwego patosu. To ona dziś podejmie odłożony do lamusa oręż innego narodu. Przekładając tych kilka strof żołnierzowi, który je zapisał, a za kilka dni na nowo, ze swym nieskończonym przekładem z Sofoklesa, ruszał na linię bojową, miałem po raz pierwszy krępujące wrażenie, że w tej walce przestaję być neutralny. Że staję się jakby kombatantem677.