Rozdział XII. Obóz Artura

Eliza utrzymywała pocztę, bo najwięcej siedząc w domu, mogła ją regularnie obsługiwać. Z wielką przyjemnością co dzień otwierała biuro, by rozdawać przesyłki. Pewnego dnia w czerwcu przyszła stamtąd z pełnymi rękami i chodziła po mieszkaniu, rozdając listy i paczki.

— Oto bukiet dla mamy, Artur nigdy o nim nie zapomina — rzekła, kładąc kwiaty do wazonu, który codziennie w „kąciku mamy” bywał napełniany przez kochającego chłopca.

— Dla panny Małgorzaty March list i rękawiczka — mówiła dalej, wręczając te przedmioty siostrze, która obok matki stebnowała mankiety do koszuli.

— Ależ ja zostawiłam całą parę, a tu jest tylko jedna — rzekła Małgosia, spoglądając na szarą bawełnianą rękawiczkę. — Czy nie upuściłaś drugiej w ogrodzie?

— Nie, jestem pewna, że na poczcie była tylko jedna.

— Nie cierpię nieparzystych rękawiczek, ale mniejsza o to, może się znajdzie druga. To nie list, tylko przekład niemieckiej piosenki, którego sobie życzyłam. Zapewne dzieło pana Brooke’a, bo to nie pismo Artura.

Pani March spojrzała na Małgorzatę, która bardzo ładnie wyglądała w perkalikowym szlafroczku, z loczkami spadającymi na czoło, i z miną dorosłej kobiety szyła przy stoliku pełnym białych kłębków ułożonych w porządku. Nieświadoma myśli przebiegającej po głowie pani March, śpiewała, podczas gdy jej paluszki przemykały się. Jej umysł zajmowały panieńskie marzenia, tak niewinne i świeże jak bratki w jej ogródku. Matka uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Dla doktora Ludwika dwa listy, książka i jakiś dziwaczny stary kapelusz, który zakrył całą pocztę — rzekła Eliza, wchodząc ze śmiechem do pracowni, gdzie Ludka pisała.

— Co za złośliwy chłopiec! Odezwałam się kiedyś z żalem, że wolałabym, aby w modzie były większe kapelusze, bo w gorące dnie opalam sobie twarz. Odpowiedział wówczas: „Dlaczego zważasz na modę? Noś duży kapelusz, jeżeli ci z tym wygodniej”. Ponieważ odpowiedziałam, że nie mam takiego, więc przysłał to straszydło, żeby mnie wypróbować. Założę go dla żartu i pokażę mu, że nie dbam o modę.

Powiesiwszy staroświecki kapelusz o szerokich skrzydłach na popiersiu Platona75, odczytywała listy. Jeden z nich, od matki, rozognił jej policzki i napełnił oczy łzami, brzmiał bowiem jak następuje:

Moja droga!

Piszę słówko, żeby oznajmić ci, że z wielkim zadowoleniem widzę, jak usiłujesz poskramiać swój temperament. Nie mówisz nic, ile cię to kosztuje prób, upadków, jak cię raduje powodzenie, i myślisz, że je widzi tylko ten Przyjaciel, którego co dzień prosisz o pomoc — jak wskazuje zniszczona okładka twego Przewodnika. Ja także widzę i mocno wierzę w twe szczere chęci, bo zaczynają przynosić owoce. Moja droga, postępuj dalej tą drogą cierpliwie, odważnie, i ufaj, że nikt z tobą tak tkliwie nie dzieli wszystkiego, jak kochająca cię

Matka

— To mi skarb! To warte więcej niż litanie pochwał. Ach, mamo, tak się będę starać! Wytrwam w próbach i nie znużę się nimi, mając twoją pomoc.

Oparłszy głowę na rękach, Ludka zrosiła swoją romantyczną opowieść błogimi łzami. Myślała bowiem, że nikt nie widzi i nie ocenia jej wysiłków. Te słowa były podwójnie drogie i zachęcające, gdyż się ich nie spodziewała i pochodziły od osoby, której pochwała była dla niej najmilsza. Czując większe siły do walki z wadami, schowała list za stanikiem jako tarczę i przypomnienie, gdyby się dała znienacka zaskoczyć, po czym przystąpiła do otwarcia drugiego listu, przygotowana na złe i na dobre wiadomości. Oto co napisał Artur dużymi, eleganckimi literami:

Spodziewam się jutro panienek i chłopców znanych mi z Anglii, chciałbym więc urządzić wesołą zabawę. Jeżeli będzie ładnie, rozłożę namiot na Longmeadow, gdzie popłyniemy wszyscy na przekąskę i krokieta. Rozpalimy ogień, żeby się raczyć przysmakami na sposób cygański, i zabawimy się doskonale. Moi goście lubią takie rzeczy i są bardzo weseli. Brooke będzie trzymał chłopców w karności, a Kasia Vaughn posłuży dziewczętom za wzór. Bardzo pragnę, żebyście się z nami także wybrały. Elizy ani myślę się wyrzec i zapewniam, że jej się nikt nie będzie narzucał. Nie obciążajcie się zapasami, bo sam zajmę się wszystkim, tylko przybądźcie do

waszego na zawsze Artura

— Wspaniałe! — zawołała Ludka, biegnąc z tą wiadomością do Małgosi. — Oczywiście, nie masz nic przeciw tej wycieczce, mamo? Takie będziemy pomocne Arturowi! Ja umiem wiosłować, Małgosia przyrządzi podwieczorek, a dziewczynki też mogą coś robić.

— Mam nadzieję, że ci Vaughnowie nie są ani zbyt wykwintni, ani całkiem dorośli. Czy słyszałaś o nich, Ludko? — zapytała Małgosia.

— Wiem tylko, że jest ich czworo: Kasia, starsza od ciebie, bliźnięta Fred i Franek, prawie w twoim wieku, i mała Gracja, podobno dziesięcioletnia. Artur poznał ich za granicą i polubił tych chłopców, ale Kasią musi się nie bardzo zachwycać, bo zauważyłam, że zaciska wargi, mówiąc o niej.

— Jak to dobrze, że mam czystą perkalową suknię, bo taka jest najwłaściwsza — powiedziała Małgosia z radością. — A ty, Ludko, co masz stosownego?

— Czarna w pąsowe kwiaty będzie w sam raz, bo nie będę musiała się krępować i myśleć o sobie przy wiosłowaniu. Czy wybierzesz się z nami, Elizo?

— Jeżeli nie pozwolicie, żeby chłopcy do mnie mówili.

— Żaden się nie odezwie.

— Chciałabym sprawić przyjemność Arturowi. Pana Brooke’a się nie boję, bo on taki dobry, ale z innymi nie chcę się bawić ani rozmawiać, ani śpiewać. Znajdę sobie zajęcie, żeby nikogo sobą nie kłopotać, a ty, Ludko, się mną zaopiekujesz. Wtedy wybiorę się z wami.

— Dobra z ciebie dziewczyna — rzekła pani March. — Starasz się zwalczać nieśmiałość i kocham cię za to. Wiem z doświadczenia, że niełatwo walczyć z wadami i że dobre słowo dodaje otuchy.

— Dziękuję ci, mamo! — rzekła Ludka, składając na chudym policzku matki wdzięczny pocałunek, droższy dla niej niż gdyby jej przywróciła różową krągłość młodości.

— Otrzymałam pudełko czekolady i obrazek, który chciałam skopiować — rzekła Amelka, pokazując paczkę z poczty.

— A do mnie napisał pan Laurence, z prośbą, żebym przyszła grać o zmroku, i pójdę — dodała Eliza, której przyjaźń ze starym gentlemanem pięknie się rozwijała.

— Teraz trzeba się krzątać i pracować podwójnie, żebyśmy jutro mogły się swobodnie bawić — powiedziała Ludka, biorąc miotłę w miejsce pióra.

Gdy nazajutrz słońce zajrzało do pokoju dziewcząt z obietnicą pięknej pogody, ujrzało komiczny obraz, bo każda z nich uczyniła pewne przygotowania do zabawy. Małgosia dodała jeden szereg papilotów nad czołem, Ludka obficie namaściła twarz kremem, Eliza wzięła ze sobą Joasię do łóżka, żeby jej wynagrodzić zbliżającą się rozłąkę, Amelka zaś prześcignęła wszystkie: ścisnęła sobie nos spinaczami, podobnymi do tych, jakich używają artyści do mocowania papieru na desce. Chciała bowiem w ten sposób podnieść w górę szpecący ją nos. Zdaje się, że słońce bawiło się tym śmiesznym widokiem, bo wniknęło z takim blaskiem, że Ludka ocknęła się i obudziła siostry, śmiejąc się serdecznie z pomysłu Amelki.

Promienie słoneczne i śmiech były dobrymi wróżbami dla wycieczki i wkrótce w obu domach rozpoczął się wesoły ruch. Eliza, która pierwsza była gotowa, donosiła, co się dzieje w sąsiedniej bramie, a jej telegramy, przesyłane od okna, uprzyjemniały siostrom czas ubierania się.

— Idzie człowiek z namiotem — mówiła. — Pani Barkes układa przekąski w dużych koszykach, Pan Laurence przygląda się niebu i chorągiewce. Chciałabym, żeby się wybrał z nami. Teraz pokazał się Artur, wygląda jak marynarz, jaki ładny chłopiec! Ach, mój Boże! Jakiś powóz pełen gości! Siedzi w nim dorosła panna, dziewczynka i dwóch dużych chłopców. Jeden z nich kaleka, biedak, bierze kule! Artur nam o tym nie mówił. Spieszcie się, dziewczęta! Już późno! Jak to, Ned Moffat, doprawdy! Patrz, Małgosiu, czy to nie ten sam co się ukłonił, jakeśmy dziś chodziły po sprawunki?

— Tak, dziwne, że on też będzie. Myślałam, że pojechał w góry. Otóż i Salusia! Cieszę się, że wróciła na czas. Czy się dobrze ubrałam? — spytała Małgosia z pośpiechem.

— Prawdziwa z ciebie stokrotka. Podciągnij trochę sukienkę i załóż prosto kapelusz, bo wygląda sentymentalnie przekrzywiony w ten sposób i gotów polecieć w górę za pierwszym powiewem wiatru. Chodźcie już!

— Ludko, przecież nie włożysz tego szkaradnego kapelusza. To zbyt niedorzeczne! Nie możesz z siebie robić straszydła — przekonywała Małgosia, widząc, że siostra przywiązuje czerwoną wstążką wielki, staroświecki słomkowy kapelusz, który Artur przysłał dla żartu.

— Właśnie, że założę! Jest doskonały, daje tyle cienia, jest taki lekki i duży! Mniejsza o to, że wyglądam jak straszydło, kiedy mi będzie wygodnie.

Powiedziawszy to, Ludka ruszyła naprzód, a siostry w ślad za nią. Wszystkie ładnie wyglądały w lekkich sukienkach, z wesołymi twarzyczkami pod rondami kapeluszy.

Artur wybiegł na spotkanie i uprzejmie przedstawił im gości. Łąka służyła im za salon i od kilku minut panowało tam wielkie ożywienie. Małgosia była zadowolona, że miss Katarzyna, mając lat dwadzieścia, ubrała się jednak tak skromnie, że amerykańskie panny mogłyby z niej brać wzór. Bardzo jej też pochlebiło zapewnienie pana Neda, że przybył specjalnie po to, żeby ją zobaczyć.

Ludka zrozumiała, czemu Artur zaciskał usta, mówiąc o Kasi, miała bowiem minę: „Nie zbliżaj się do mnie!”, co silnie kontrastowało ze swobodnym zachowaniem się innych dziewcząt. Eliza, przyjrzawszy się nowym chłopcom, zdecydowała, że ten chromy wcale nie jest „okropny”, owszem miły i słaby, więc będzie dla niego uprzejma. Gracja wydała się Amelce osóbką dobrze ułożoną i wesołą; wpatrywały się w siebie pewien czas w milczeniu i nagle zawiązały wielką przyjaźń.

Namiot, przekąska i sprzęt do krokieta76 były już wysłane przodem, więc się gromadka prędko wybrała i dwie łodzie odbiły razem od brzegu, a pan Laurence został nad rzeką, powiewając kapeluszem. Artur z Ludką wiosłowali na jednej łódce, pan Brooke i Ned na drugiej.

Śmieszny kapelusz Ludwisi zasłużył na wotum dziękczynne, oddał bowiem tę ogólną przysługę, że wywołując śmiech, przełamał lody zapoznawania się, sprawiał przyjemny wietrzyk, powiewając tam i z powrotem, gdy wiosłowała, i jak powiedziała, byłby w razie deszczu doskonałym parasolem dla całego towarzystwa. Kasia z pewnym zdziwieniem przyglądała się zachowaniu Ludki, zwłaszcza gdy upuściwszy wiosło, wykrzyknęła: „Krzysztofie Kolumbie!” lub gdy Artur zapytał: „Czy zrobiłem ci krzywdę, drogi kolego?”, nadepnął jej bowiem na nogę, zajmując jej miejsce przy wiośle. Ale przyjrzawszy się parę razy przez szkło „tej osobliwej dziewczynie”, zawyrokowała, że wprawdzie jest dziwaczna, ale ją bawi, i uśmiechała się potem do niej z daleka.

Małgosia siedziała w drugiej łodzi, naprzeciw wioślarzy, którzy wpatrywali się w nią z uwielbieniem, bardzo zręcznie wiosłując. Pan Brooke, poważny, milczący młodzieniec, miał pięknie ciemne oczy i przyjemny głos. Małgosia lubiła jego spokojne maniery i uważała go za encyklopedię pożytecznych wiadomości. Niewiele do niej mówił, ale często się w nią wpatrywał, i była pewna, że czyni to bez niechęci. Ned, będący w kolegium, jak każdy nowicjusz przejął naturalnie miejscowe zwyczaje. Nie był zbyt rozumny, ale poczciwy, wesoły i urządzał wyborne pikniki. Salusię Gardiner pochłaniało czuwanie nad białą pikową suknią i rozmowa z ruchliwym Fredem, którego figle wprawiały Elizę w ciągły strach.

Do celu nie było daleko, a jednak przybywszy, zastali namiot już rozstawiony i wszystko gotowe. Była tam ładna łąka, po środku rozłożyste dęby i równy kawałek ziemi przeznaczony na krokieta.

— Witam was w obozie Laurence’a! — rzekł młody gospodarz, gdy wylądowali z okrzykami radości. — Brooke będzie naczelnym dowódcą, ja głównym intendentem77, reszta chłopców oficerami, a wy, moje panie, szeregowcami. Namiot służy wyłącznie do waszego użytku. Pod jednym dębem będzie salon, pod drugim jadalnia, a pod trzecim kuchnia obozowa.

— Zagrajmy partię krokieta, póki nie gorąco, a potem pomyślimy o obiedzie.

Franek, Eliza, Amelka i Gracja usiedli, żeby się przyglądać grze. Pan Brooke wybrał Małgosię, Kasię i Freda, Artur Salusię, Neda i Ludkę. Anglicy grali dobrze, ale Amerykanie jeszcze lepiej i tak silnie bronili każdej piędzi ziemi, jak gdyby ich ożywiał duch roku siedemdziesiątego szóstego78. Ludka z Fredem mieli kilka małych utarczek, i nawet wyrwały im się raz ostre słowa. Ludka doszła do ostatniej bramki i nie trafiła w kulę, co ją mocno rozgniewało. Fred był tuż za nią i jego kolej wypadała przed jej. Wykonał uderzenie, kula uderzyła w bramkę i zatrzymała się o cal79 po niewłaściwej stronie. Nikt nie stał w pobliżu, skorzystał więc z tego, pobiegł i ukradkiem przesunął ją nogą na właściwą stronę.

— Pobiję cię teraz, panno Ludwiko, i wejdę pierwszy — wykrzyknął wywijając młotkiem, by znowu uderzyć.

— Pchnąłeś kulę, widziałam. Teraz moja kolej — cierpko odezwała się Ludka.

— Daję słowo, że nie pchnąłem. Może się trochę potoczyła, ale to dozwolone, więc proszę mi ustąpić, żebym mógł celować do słupka.

— Amerykanie nie oszukują, ale ty możesz, jeżeli ci się podoba! — rzekła Ludka gniewnie.

— Jankesi to daleko więksi oszuści, każdy to wie. Odejdź stąd! — odpowiedział Fred, odpychając jej kulę.

Ludka otworzyła usta, by powiedzieć coś ostrego, ale się powstrzymała w porę, zarumieniła się po czoło i stała przez chwilę, tłukąc z całej siły w bramkę, podczas gdy Fred uderzył w słupek i z wielkim triumfem ogłosił swą wygraną. Ludka poszła podnieść swoją kulę. Długo szukała jej w krzakach, ale wróciła z chłodną, spokojną miną i cierpliwie czekała na swą kolej. Wystarczyło kilka uderzeń, żeby odzyskać stracone miejsce, i gdy tam dotarła, druga strona prawie wygrała, bo kula Kasi była przedostatnia i leżała blisko słupka.

— Na Jerzego, wygraliśmy! Żegnaj, Kasiu! Panna Ludwika winna mi jedną, więc skończyłyście! — wykrzyknął Fred z podnieceniem, gdy się wszyscy przysunęli, żeby się przyjrzeć, jaki będzie obrót gry.

— Jankesi mają zwyczaj zachowywać się szlachetnie w stosunku do swych nieprzyjaciół — rzekła Ludka z takim spojrzeniem, że się chłopiec zaczerwienił — zwłaszcza gdy ich pobiją — dodała i nie dotykając kuli Kasi, wygrała zręcznym uderzeniem.

Artur podrzucił w górę kapelusz, lecz przypomniawszy sobie, że nie wypada cieszyć się niepowodzeniem gości, powstrzymał się w połowie żartu i szepnął do przyjaciółki:

— Gratuluję, Ludko, widziałem, że oszukiwał. Wprawdzie nie można mu tego powiedzieć, ale daję ci słowo, że więcej sobie na to nie pozwoli!

Małgosia wzięła siostrę na bok pod pozorem upinania luźnego warkocza i rzekła z pochwałą:

— Strasznie cię prowokował, ale zachowałaś panowanie nad sobą, co mnie bardzo cieszy.

— Nie chwal mnie, bo niewiele brakowało, żebym mu dała policzek. Byłabym z pewnością wybuchła, gdybym nie postała w zaroślach, póki mi się nie udało poskromić wściekłości na tyle, by powstrzymać język. Jeszcze cała się gotuję i wolałabym, żeby mi schodził z drogi — odrzekła Ludka i przygryzła wargi, zapalczywie spoglądając na Freda spod wielkiego kapelusza.

— Czas na przekąskę — odezwał się pan Brooke, patrząc na zegarek. — Intendencie, rozpal ogień i przynieś wody, a panna March, panna Salomea i ja nakryjemy stół. Kto umie robić dobrą kawę?

— Ludka — odrzekła Małgosia z zadowoleniem, że może polecić siostrę.

Ludka, pewna siebie po lekcjach gotowania, wzięła się za imbryczek. Dziewczynki poszły zbierać suche gałęzie, a chłopcy rozpalili ogień i przynieśli wody z pobliskiego źródła. Miss Katarzyna szkicowała, a Franek rozmawiał z Elizą, która wyplatała małe maty z sitowia, mające służyć za półmiski.

Naczelny wódz z pomocnikami wkrótce ustawili na przykrytym obrusem stole ponętne pokarmy i napoje, pięknie ozdobione w zielone liście. Ludka oznajmiła, że kawa już gotowa, i wszyscy zasiedli do wesołej uczty, bo ruch rozwija apetyt w młodzieży. Było to bardzo ożywione śniadanie, wszystko bowiem wydawało się nowe, zabawne, i częste wybuchy śmiechu wystraszały sędziwego konia, pasącego się w pobliżu. Z powodu nierównych nóg u stołu szklankom i talerzom przytrafiały się nieszczęśliwe wypadki; żołędzie wpadały do mleka, czarne mrówki, bynajmniej nieproszone, częstowały się chłodnikiem, a kosmate gąsienice spuszczały się z drzewa, żeby zobaczyć co się dzieje. Troje jasnowłosych dzieci zaglądało przez płot, a kłótliwy pies szczekał na nie z całej siły po drugiej stronie rzeki.

— Proszę, to sól, jeżeli chcesz — rzekł Artur, podając Ludce salaterkę z poziomkami.

— Dziękuję, wolę pająki — odparła, łowiąc dwa nierozważne, które znalazły śmierć w śmietance. — Jak śmiesz przypominać mi ten okropny obiad, kiedy twój tak się udał pod każdym względem — dodała i śmiejąc się, jedli we dwoje z jednego talerza, bo zabrakło porcelany.

— Dzisiejszy dzień jest dla mnie szczególnie miły, a jeszcze nie koniec przyjemności. Nie moja w tym zasługa, bo nic sam nie robię, tylko ty, Małgosia i Brooke umilacie czas, za co jestem nieskończenie wdzięczny. Co będziemy robić po jedzeniu? — zapytał.

— Możemy bawić się w gry, póki nie jest gorąco. Proponuję „autorów”, a miss Katarzyna pewnie zna coś nowego i zabawnego. Idź ją zapytać. Jest gościem, więc powinieneś więcej przy niej siedzieć.

— A czy ty nie jesteś gościem? Sądziłem, że spodoba się Brooke’owi, ale on cały czas rozmawia z Małgosią, a Kasia właśnie wpatruje się w nich przez te swoje śmieszne szkła. Pójdę, ale przestań prawić morały o przyzwoitości, bo nie powinnaś.

Miss Katarzyna istotnie znała różne nowe gry i ponieważ dziewczęta nie chciały już jeść, a chłopcy nie mogli, zgromadzono się w pokoju bawialnym, żeby się bawić w „klepaninę”, co odbywa się w ten sposób, że ktoś zaczyna opowiadać cokolwiek i mówi, póki mu się podoba, dopiero w jakim znaczącym miejscu milknie nagle, a druga osoba podchwytuje słowo i opowiada dalej. To bardzo zabawne, jeśli dobrze idzie, robi się bowiem śmieszna mieszanina rzeczy komicznych i dramatycznych.

— Panie Brooke, proszę zacząć — rzekła Kasia z rozkazującym gestem, który zaskoczył Małgosię, bo ona traktowała nauczyciela z takim samym szacunkiem, jak każdego innego gentlemana.

Leżąc na trawie u nóg dwóch panienek, pan Brooke posłusznie zaczął opowiadanie, wpatrzony pięknymi ciemnymi oczyma w połyskującą rzekę.

— Dawno, dawno temu pewien książę wyruszył się w świat, żeby szukać szczęścia, bo nic nie miał prócz miecza i tarczy. Podróżował długo, prawie dwadzieścia osiem lat, i ciężkie chwile przeżywał, aż nareszcie trafił na pałac dobrego i starego króla, który obiecał nagrodę temu, kto zdoła ujeździć jego ulubione źrebię, ładne, lecz krnąbrne. Książę zgodził się na odbycie próby i zaczął jeździć powoli, lecz śmiało. Dzielny rumak prędko pokochał swego pana, chociaż był kapryśny i dziki. Książę, dając codzienną lekcję ulubieńcowi króla, objeżdżał miasto i rozglądał się za piękną twarzą, którą widział nieraz we śnie, lecz nigdy na jawie. Pewnego dnia na jakiejś cichej ulicy w zrujnowanym zamku zobaczył w oknie te urocze rysy. Rozradowany, spytał, kto tam mieszka. Odpowiedziano, że kilka księżniczek uwięzionych czarami i że cały dzień przędą, żeby zebrać pieniądze i kupić sobie wolność. Książę gorąco zapragnął je wyzwolić, ale był ubogi i mógł tylko przejeżdżać co dzień, przyglądać się lubej twarzy i tęsknić za chwilą, kiedy ją zobaczy w blasku słonecznym. Nareszcie postanowił wejść do zamku i zapytać, w jaki sposób może im pomóc. Poszedł i zapukał... wielka brama otworzyła się na oścież i ujrzał...

— ...prześliczną damę, która wykrzyknęła z radością: „Nareszcie!” — ciągnęła dalej Kasia, oczytana we francuskich romansach i rozmiłowana w ich stylu. — „To ona!”, zawołał hrabia Gustaw i padł jej do nóg w radosnym uniesieniu. „Ach, powstań!”, rzekła, wyciągając marmurowo białą rękę. „Nie wstanę, póki mi nie powiesz, w jaki sposób mogę cię uwolnić”, przysięgał książę, klęcząc ciągle. „Niestety, srogi los skazał mnie na to więzienie, póki mój tyran nie zostanie zgładzony ze świata”. „Gdzie jest ten nikczemnik?” „W błękitnej sali. Idź, zacny człowieku i wyrwij mnie z rozpaczy”. „Odchodzę, wrócę zwycięski lub zginę”. Po tych przeszywających słowach wybiegł i otwierając drzwi od błękitnej sali, już miał wejść, kiedy uderzył go...

— ...gruby leksykon grecki, którym rzucił w niego pewien jegomość w czarnym ubraniu — rzekł Ned. — Sir Jak-Mu-Tam natychmiast doszedł do siebie, wyrzucił tyrana przez okno i powrócił do damy z triumfem, lecz i z guzem na czole. Zastawszy drzwi zamknięte, podarł firanki na pasy, zrobił z nich drabinę, zszedł do połowy, ale drabina pękła i padł głową w rów głęboki na sześćdziesiąt stóp. Ponieważ pływał jak kaczka, okrążył zamek, aż dotarł do furtki, strzeżonej przez dwóch wielkich drabów. Uderzył ich głowami o siebie, aż pękły jak orzechy, potem niewielkim wysiłkiem swych olbrzymich sił wyłamał drzwi, wszedł na kilka kamiennych schodów pokrytych gęstym kurzem, ropuchami dużymi jak pięść i pajęczyną, która przyprawiła by pannę March o konwulsyjny strach. Na szczycie schodów uderzył go widok, który mu zatamował oddech i ściął krew.

— Była to wielka postać w bieli, z zasłoną na twarzy i z lampą w wychudłej ręce — mówiła dalej Małgosia. — Skinęła głową, przesunąwszy się przed nim cicho po korytarzu ciemnym i zimnym jak grób. Ponure postacie w zbrojach stały z jednej i z drugiej strony wśród śmiertelnej ciszy i przy płomieniach jednej lampy, a upiór ciągle się zwracał ku niemu, ukazując blask strasznych oczu przez białą zasłonę. Doszli do zasłoniętych drzwi, za którymi brzmiała przyjemna muzyka. Skoczył naprzód, żeby wejść, lecz widmo, pchnąwszy go w tył, groźnie potrząsało...

— ...tabakierką — rzekła Ludka grobowym głosem, który przeraził słuchaczy. — „Dziękuję ci”, grzecznie powiedział książę, biorąc niuch tabaki i kichnął siedem razy tak gwałtownie, że mu głowa odpadła. „Ha, ha!”, roześmiał się duch, spojrzawszy przez dziurkę od klucza na księżniczkę, przędącą ciągle, żeby wykupić drogie życie. Szatan chwycił swą ofiarę i włożył ją do wielkiej cynowej skrzyni, gdzie już było jedenastu książąt upakowanych bez głów, jak sardynki. Powstali oni wszyscy i...

— ...rozpoczęli taniec angielski — wtrącił się Fred, gdy Ludka przerwała, żeby zaczerpnąć tchu — a kiedy tańczyli, zniszczony, stary zamek przemienił się we fregatę pod pełnymi żaglami. „Zrefować foka, uzbroić działa!”, zawołał kapitan, ujrzawszy portugalski statek piratów z powiewającą na maszcie flagą czarną jak atrament. „Naprzód, po zwycięstwo!”, krzyknął znowu kapitan i rozpoczęła się okropna bitwa. Ma się rozumieć, że Brytyjczyk zwyciężył, bo oni zawsze biorą górę, a wziąwszy do niewoli kapitana piratów, podpłynął do szkunera, którego pokład był pokryty ciałami i spływał krwią, bo rozkaz brzmiał: „Na noże i bądźcie twardzi!”. „Bosmanie, weź kawał tego łopoczącego foka i zastrasz złoczyńcę, jeżeli się nie wyspowiada prędko z grzechów!”, rzekł kapitan. Portugalczyka poprowadzono po desce, ale chytry pies zanurkował pod fregatą, przedziurawił ją i pod pełnymi żaglami poszła na dno morza, morza, morza, gdzie...

— Ach, mój Boże, co ja powiem? — wykrzyknęła Salusia, gdy Fred skończył swą „klepaninę”, w której pomieszał marynarskie wyrażenia i fakty wzięte z ulubionej książki. — Poszli więc na dno, gdzie zostali przyjęci przez miłą rusałkę, ale się bardzo zmartwiła, znalazłszy skrzynię z książętami bez głów. Przejęta litością, zamarynowała ich w wodzie morskiej, spodziewając się, że odkryje związaną z nimi tajemnicę, gdyż jako kobieta była ciekawa. Wkrótce zszedł na dno nurek, a rusałka powiedziała: „Dam ci tę skrzynię pereł, jeżeli ją wyniesiesz na powierzchnię morza”, chciała bowiem przywrócić do życia tych biedaków, a nie mogła sama podnieść tak wielkiego ciężaru. Nurek wydobył skrzynię z głębin i bardzo się zawiódł, bo otworzywszy, nie znalazł pereł. Zostawił ją na wielkim, pustym polu, gdzie została znaleziona przez...

— ...małą gęsiarkę, która pasła stado tłustych gęsi na polu — rzekła Amelka, gdy Salusi skończyły się już pomysły. — Małej dziewczynce żal się ich zrobiło i zapytała pewnej staruszki, w jaki sposób mogłaby ich wskrzesić. „Twoje gęsi ci to powiedzą”, odparła stara. Zapytała je zatem, z czego ma zrobić nowe głowy w miejsce utraconych, a całe stado, otworzywszy dzioby, krzyknęło...

— „Z kapusty!” — prędko dopowiedział Artur. — „Dobra myśl!”, odparła dziewczynka i pobiegła do ogrodu po tuzin pięknych sztuk. Gdy tylko je przyłożyła, książęta zaraz ożyli, podziękowali, ruszyli w drogę z radością i nigdy się nie dowiedzieli o zamianie, bo tak wiele było podobnych głów na świecie, że nie zwracali uwagi. Nasz książę wrócił szukać pięknej damy i dowiedział, że księżniczki wyprzędły sobie wolność i wszystkie prócz jednej wyszły za mąż. Wsiadł na źrebaka, który go nie odstępował w szczęściu i nieszczęściu, i podążył do zamku, żeby się przekonać, która pozostała. Zaglądając przez żywopłot, zobaczył królową swych uczuć, zrywającą kwiaty w ogrodzie. „Czy dasz mi pani różę?”, zapytał. „Musisz wejść i sam ją wziąć. Nie mogę pójść do ciebie, bo to byłoby nieprzyzwoite”, rzekła z miodową słodyczą. Próbował się wspiąć na żywopłot, który zdawał się rosnąć coraz wyżej i wyżej. Rozpacz go ogarniała, lecz cierpliwie odłamywał gałązkę po gałązce, aż wreszcie zrobił mały otwór, przez który zajrzał, mówiąc błagalnie: „Wpuść mnie, wpuść!”, lecz piękna księżniczka zdawała się nie rozumieć, bo spokojnie rwała róże, zostawiając go samego, by wywalczył sobie drogę. Czy się ta praca powiodła, opowie nam Franek.

— Nie mogę, nie gram, ja nigdy nie gram — powiedział Franek, nie mając ochoty wyprowadzać tej niedorzecznej pary z tak sentymentalnego położenia. Eliza schowała się za Ludkę, a Gracja usnęła.

— A więc biedny książę skazany jest na utknięcie w żywopłocie, nieprawdaż? — zapytał pan Brooke, który patrzył ciągle na rzekę, bawiąc się dziką różą zatkniętą w butonierkę80.

— Domyślam się, że księżniczka dała mu bukiet i otworzyła furtkę po niejakim czasie — powiedział Artur, uśmiechając się do siebie, i rzucił żołędziem w swego nauczyciela.

— Jakie brednie pletliśmy! Przy wprawie można by stworzyć coś dobrego. Czy znacie „prawdę”? — zapytała Salusia, gdy się uśmiali ze swej powieści.

— Tak mi się zdaje — rzekła Małgosia.

— Zapewne mówisz o grze?

— Co to jest? — zapytał Fred.

— Każde z was wybierze jakąś liczbę. Włożycie wszyscy ręce do koszyka z numerami i po kolei będziecie je wyciągać. Komu dostanie się wybrany przez niego numer, ten będzie musiał odpowiadać prawdziwie na pytania reszty towarzystwa. To bardzo zabawne!

— Spróbujmy! — rzekła Ludka, lubiąca wszelkie nowości.

Miss Katarzyna i pan Brooke, Małgosia, Ludka i Artur ułożyli ręce piramidalnie i ciągnęli. Los padł na Artura.

— Kto są twoi bohaterowie? — spytała Ludka.

— Mój dziadek i Napoleon.

— Która dama wydaje ci się najpiękniejsza? — rzekła Salusia.

— Małgorzata.

— Którą najbardziej kochasz? — spytał Fred.

— Ma się rozumieć, że Ludkę.

— Jakie niedorzeczne pytania zadajecie — wykrzyknęła Ludka, wzgardliwie wzruszając ramionami, gdy inni śmieli się ze stanowczego tonu Artura.

— Próbujmy jeszcze, „prawda” jest niezłą grą — rzekł Fred.

— Bardzo dobra dla ciebie — z cicha odparła Ludka.

Następnie na nią przyszła kolej.

— Jaką masz największą wadę? — spytał Fred.

— Żywy temperament.

— Czego sobie najbardziej życzysz? — rzekł Artur.

— Pary sznurowadeł — odparła, chcąc zniweczyć cel, który odgadywała.

— To nieszczera odpowiedź, musisz wyznać, czego sobie życzysz.

— Geniuszu, czy nie chciałbyś mi go dać czasem? — rzekła z figlarnym uśmiechem, widząc zawód na jego twarzy.

— Jakie cnoty najbardziej cenisz w mężczyźnie?

— Odwagę i uczciwość.

— Teraz moja kolej — rzekł Fred, gdy na koniec wydobył swą rękę.

— Odpłać mu się — szepnął Artur do Ludki, która skinęła głową i zapytała Freda:

— Czy oszukiwałeś w krokiecie?

— Trochę.

— Dobrze. Czy historia, którą opowiadałeś, nie jest wyjęta z Morskiego lwa?

— Po części.

— Czy nie sądzisz, że naród angielski jest doskonały pod każdym względem? — spytała Salusia.

— Wstyd by mi było nie uznawać tego!

— To prawdziwy John Bull81. Miss Salomeo, na ciebie teraz kolej. Obrażę cię zapytaniem, czy nie jesteś cokolwiek zalotna? — rzekł Artur, a Ludka skinęła głową Fredowi na znak zgody.

— Niegrzeczny chłopcze! Ma się rozumieć, że nie! — wykrzyknęła Salusia z minką dowodzącą, że rzecz ma się inaczej.

— Czego najbardziej nie cierpisz?

— Pająków i budyniu z ryżu.

— Co najbardziej lubisz?

— Taniec i francuskie rękawiczki.

— Zdaje mi się, że „prawda” jest bardzo głupią grą, zabawmy się w rozsądniejszych „autorów” dla odświeżenia umysłu — odezwała się Ludka.

Tym razem połączyli się Ned, Franek i małe dziewczynki, a starsi rozmawiali na osobności. Miss Katarzyna wzięła się znów za rysowanie, Małgosia się jej przyglądała, a pan Brooke leżał na trawie z książką, której nie czytał.

— Jak pani to pięknie robi, chciałabym umieć rysować — rzekła Małgosia głosem, w którym podziw mieszał się z żalem.

— Czemu się nie uczysz? Zdaje mi się, że miałabyś smak i zdolność — uprzejmie odparła miss Krystyna.

— Nie mam czasu.

— Zapewne mama woli, żebyś się oddawała innym naukom, tak samo jak i moja, ale ją przekonałam, że mam talent. Przez jakiś czas brałam lekcje potajemnie, a potem zgodziła się z chęcią, bym dalej pracowała. Czy nie mogłabyś tak zrobić ze swoją guwernantką82?

— Nie mam guwernantki.

— Zapomniałam, że w Ameryce panienki częściej pobierają naukę w szkołach niż u nas. Papa mówi, że tu są bardzo dobre. Zapewne chodzisz do prywatnej?

— Nigdzie nie chodzę, ja sama jestem guwernantką.

— Doprawdy! — odrzekła miss Katarzyna, ale takim tonem, jakby powiedziała: „Boże mój, jakież to straszne!”, i przybrała taki wyraz twarzy, że Małgosia zarumieniła się i pożałowała swej otwartości.

Pan Brooke podniósł oczy i rzekł:

— W Ameryce panienki tak kochają niezależność, jak ich prababki, i są wielbione i szanowane za to, że utrzymują się z własnej pracy.

— O tak, naturalnie! To bardzo ładnie i właściwie z ich strony. U nas także jest wiele poważnych i zacnych panien, które robią to samo i są poszukiwane przez domy z wyższego towarzystwa, bo jako córki gentlemanów są wykształcone i dobrze wychowane — rzekła miss Katarzyna protekcjonalnym tonem.

Zraniło to dumę Małgosi i zdawało jej się, że przyjęte przez nią obowiązki są nie tylko przykre, ale nawet poniżające.

— Czy pannie March podobał się niemiecki poemat? — zapytał Brooke, przerywając krótkie milczenie.

— Bardzo ładny i wdzięczna jestem osobie, która go przetłumaczyła. — Przy tych słowach przygnębiona twarz Małgosi ożywiła się.

— Czy nie umiesz czytać po niemiecku? — spytała miss Katarzyna ze zdziwieniem.

— Nie bardzo dobrze. Mój ojciec, który mnie uczył, wyjechał, a sama nie mogę robić postępów, bo nie ma komu poprawiać wymowy.

— Spróbuj pani teraz, jest tu Maria Stuart83 Schillera84 i nauczyciel lubiący uczyć — rzekłszy to, pan Brooke położył jej książkę na kolanach z zachęcającym uśmiechem.

— To tak trudne, boję się próbować — powiedziała Małgosia z wdzięcznością, ale onieśmielała ją obecność wykształconej panny.

— Przeczytam trochę, żeby ci dodać odwagi — odezwała się miss Katarzyna i przeczytała jeden z najpiękniejszych ustępów bardzo poprawnie, ale bez duszy.

Pan Brooke nie zrobił żadnej uwagi, gdy oddała książkę Małgosi, która powiedziała naiwnie:

— Myślałam, że to poezja.

— Miejscami są wiersze. Spróbuj tego fragmentu.

Dziwny uśmiech przeszedł po ustach pana Brooke’a, kiedy trafił na miejsce, gdzie biedna Maria lamentuje.

Małgosia podążając za długim źdźbłem trawy, której używał jej nowy nauczyciel do wskazywania, czytała wolno i nieśmiało, bezwiednie tworząc poezję z twardych słów miękkim dźwiękiem melodyjnego głosu. Zielona wskazówka dotarła do końca stronicy, a Małgosia, zapominając o swej słuchaczce pod wpływem uroku tej pięknej sceny, czytała jak gdyby dla siebie, nadając lekko tragiczny ton słowom nieszczęsnej królowej. Gdyby wówczas widziała ciemne oczy, umilkłaby zaraz, lecz nie spojrzała w górę ani razu i lekcja nie została niczym przerwana.

— Bardzo dobrze, doprawdy! — rzekł pan Brooke, gdy ucichła, nie wiedząc zupełnie o swych licznych pomyłkach, i z taką miną, jakby wierzyła, że istotnie „lubił uczyć”.

Miss Katarzyna przyłożyła szkło do oka i przyjrzawszy się temu obrazkowi, zamknęła album z rysunkami, łaskawie mówiąc:

— Masz ładny akcent i z czasem czytałabyś dobrze. Radzę ci się uczyć, gdyż język niemiecki cennym jest nabytkiem dla nauczycieli, ale muszę się obejrzeć za Gracją, bo okropnie dokazuje. — Po czym odeszła i wzruszając ramionami, rzekła w duchu: „Nie przyjechałam tu po to, żeby matkować guwernantce, chociaż jest młoda i ładna. Jacy dziwaczni ludzie z tych jankesów! Boję się, żeby nie zepsuli Artura”.

— Zapomniałam, że w Anglii odwracają się od guwernantek i nie obchodzą się tak z nimi jak u nas — rzekła Małgosia, patrząc za odchodzącą z niechętnym wyrazem twarzy.

— Nauczyciele mają tam nie mniej ciężkie życie, wiem o tym na nieszczęście. Najlepszym miejscem dla pracowników jest Ameryka, miss Małgorzato! — mówiąc to, miał twarz tak zadowoloną i pogodną, że Małgosia zawstydziła się, iż ubolewa nad swym twardym losem.

— Kiedy tak, to się cieszę, że mi tu dano żyć. Nie lubię swoich obowiązków, ale mam poza nimi bardzo wiele przyjemności, więc przestanę narzekać. Chciałabym tylko uczyć z takim upodobaniem jak pan.

— Sądzę, że pani miałabyś je także, gdyby Artur był twym uczniem. Z wielką przykrością utracę go na przyszły rok — powiedział, pilnie wiercąc dziury w darni.

— Zapewne wstąpi do kolegium? — zapytała ustami, oczy zaś dodały: „A co się stanie z panem?”

— Tak, najwyższy czas, bo już jest prawie gotowy, a jak tylko odejdzie, wstąpię do wojska.

— Cieszy mnie to! — wykrzyknęła Małgosia. — Moim zdaniem każdy młodzieniec powinien tego chcieć, chociaż ciężko jest matkom i siostrom zostającym w domu — dodała ze smutkiem.

— Ja nie mam wcale rodziny, a bardzo mało przyjaciół, którzy by dbali, czy żyję, czy umarłem — rzekł Brooke z pewną goryczą. Przez roztargnienie włożył zwiędłą różę w dołek i przykrył go niczym mały grób.

— Artur i jego dziadek bardzo by dbali, i my wszyscy zmartwilibyśmy się, gdyby się panu coś złego stało — odrzekła serdecznie.

— Dziękuję pani, to bardzo miłe — odezwał się Brooke wypogadzając znowu twarz, ale zanim dokończył zdanie, nadjechał Ned na starym koniu, by się popisać przed panienkami, i nie było już spokojnej chwili do rozmowy.

— Lubisz jazdę konną? — zapytała Gracja Amelki, gdy wypoczywały po wyścigach wokół łąki prowadzonych przez Neda.

— Szalenie! Moja siostra Małgosia jeździła konno, jak papa był bogaty, ale teraz nie mamy koni, prócz Heleny Drzewo — powiedziała Amelka ze śmiechem.

— Co to za Helena Drzewo, czy to osiołek? — spytała Gracja ciekawie.

— Widzisz, Ludka przepada za końmi, ja także, ale mamy tylko stare damskie siodło, a konia ani jednego. W naszym ogrodzie jest jabłoń z nisko rosnącą gałęzią, więc kładę na niej siodło, przyczepiam cugle w miejscu, gdzie się zagina w górę, i pędzimy, gdzie się nam podoba.

— Jakie to zabawne! — rzekła ze śmiechem Gracja. — Ja mam kucyka w domu, jeżdżę prawie co dzień po parku z Fredem i Kasią. Jest bardzo miło, bo i nasze przyjaciółki się przyłączają, więc jest szereg dam i panów.

— Mój Boże, jakież to śliczne! Mam nadzieję, że pojadę kiedyś za granicę, ale wolałbym widzieć Rzym niż szereg — rzekła Amelka, która nie miała najmniejszego pojęcia, co to jest szereg, a za nic w świecie nie chciałaby się spytać.

Franek, siedzący tuż za dziewczynkami, słyszał ich rozmowę i odrzucił niecierpliwie kulę, widząc różne sztuczki gimnastyczne żwawych chłopaków.

Eliza, która zbierała rozrzucone kartki „autorów”, podniosła oczy i rzekła nieśmiało, lecz przyjaźnie:

— Obawiam się, że jesteś zmęczony, mogę ci się czymś przysłużyć?

— Porozmawiaj ze mną, jeżeliś tak dobra. Nudno mi siedzieć samemu — odpowiedział Franek, widocznie przyzwyczajony, że się nim bardzo zajmowano w domu.

Gdyby prosił o łacińską orację85, lękliwej Elizie nie wydałoby się to trudniejszym zadaniem, ale nie miała gdzie uciec, nie było w pobliżu Ludki, żeby się za nią schować, a biedny chłopiec patrzył tak smutno, że odważnie postanowiła spróbować.

— O czym lubisz rozmawiać? — zapytała, zbierając kartki, i upuściła połowę, chcąc je związać razem.

— Lubię słuchać o pływaniu statkiem, o polowaniach — rzekł Franek, który się jeszcze nie nauczył dopasowywać rozrywek do swych sił.

„Co tu robić, dla mnie to wszystko obce” — myślała Eliza i zapominając w tym kłopocie o kalectwie chłopca, rzekła w nadziei, że go rozrusza: — Nigdy nie byłam na polowaniu, ale ty musiałeś je nieraz widzieć.

— Kiedyś tak, ale już nigdy nie będę polował, bo się połamałem, przeskakując przeklętą barierę o pięciu szczeblach. Już nie istnieją dla mnie konie ani psy gończe — rzekł z westchnieniem, a Eliza znienawidziła siebie za mimowolną nieuwagę.

— Wasze jelenie są dużo piękniejsze od naszych brzydkich bawołów — powiedziała, szukając ratunku na łące i w ulubionej książce Ludki, napisanej dla chłopców.

Wzmianka o bawołach ożywiła rozmowę i Eliza, chcąc rozerwać biedaka, zapomniała o sobie tak dalece, że nie widziała, jak siostry cieszą się i dziwią tym niezwykłym widokiem, że rozmawia z jednym ze starszych chłopców, przeciw którym prosiła o opiekę.

— Poczciwe serce, z litości zajmuje się nim! — powiedziała Ludka, spoglądając na nią z placu, gdzie grano w krokieta.

— Zawsze mówiłam, że to mała święta — odrzekła Małgosia takim tonem, jakby to nie ulegało wątpliwości.

— Dawno nie słyszałam Franka śmiejącego się tak dużo — powiedziała Gracja do Amelki, gdy rozmawiały o lalkach i robiły z żołędziowych czapeczek filiżanki do herbaty.

— Moja siostra Eliza ma dużo dowcipu, jak jej przyjdzie humor — powiedziała Amelka ucieszona jej powodzeniem.

Zaimprowizowany cyrk, lis i gęsi oraz przyjacielska gra w krokieta uwieńczyły popołudnie. O zachodzie słońca namiot został rozebrany, kosze upakowane, bramki wykopane z ziemi, łodzie załadowane i nasza gromadka popłynęła, śpiewając na całe gardło. Ned zrobił się sentymentalny i zaśpiewał serenadę z melancholijną zwrotką:

Bolesny ciężar duszę mą przygniata,

Jestem samotny wśród całego świata.

A przy słowach:

Dlaczegóż, kiedy w sercach wrą uczuć płomienie,

Los okrutny skazuje nas na oddalenie!

spoglądał na Małgorzatę z tak rozmarzoną twarzą, że roześmiała się wreszcie na cały głos i przerwała mu pieśń.

— Jak możesz być dla mnie tak okrutna? — szepnął pod osłoną wesołego chóru. — Trzymałaś się cały dzień tej wykrochmalonej Angielki, a teraz szydzisz ze mnie.

— Wcale nie miałam takiego zamiaru, ale wyglądałeś tak zabawnie, że doprawdy nie mogłam się powstrzymać — odparła Małgosia, pomijając pierwszą część wymówki, gdyż istotnie unikała go, pamiętając zabawę w domu państwa Moffat i rozmowę po niej.

Ned obraził się i szukał pociechy u Salusi.

— Prawda, że nie ma ani odrobiny zalotności w tej pannie? — rzekł trochę gburowato.

— Ani trochę, ale milutka — odpowiedziała, broniąc przyjaciółki, chociaż przyznawała, że ma tę wadę.

— Nie jest rannym łosiem86, w każdym razie — mówił dalej Ned, usiłując być dowcipny, a tak mu się powiodło, jak się zwykle zdarza bardzo młodym ludziom.

Na tej samej łące, gdzie się zebrano rano, rozeszło się to małe grono po serdecznym życzeniu dobrej nocy i pożegnaniu, bo rodzina Vaughan udawała się do Kanady. Gdy nasze panienki szły do domu przez ogród, miss Katarzyna, śledząc je wzrokiem, rzekła głosem pozbawionym protekcjonalnego tonu:

— Amerykańskie panny są bardzo miłe przy bliższym poznaniu, chociaż mają rażące zachowanie.

— Zupełnie się z panią zgadzam — odezwał się pan Brooke.