Rozdział XIII. Zamki na lodzie

W pewien gorący czerwcowy dzień Artur kołysał się rozkosznie w hamaku. Brała go ciekawość, co robią sąsiadki, ale przez lenistwo nie poszedł się dowiedzieć. Miał bardzo zły humor, zmarnował bowiem dzień i chciałby go przeżyć na nowo. Upał czynił go ociężałym, więc niedbale odbył lekcję, wymęczył pana Brooke’a, rozgniewał dziadka kilkugodzinnymi ćwiczeniami na fortepianie, wystraszył służącą pomysłem, że pies się wściekł, wyłajał stajennego za urojone zaniedbanie konia, potem rzucił się na hamak, żeby rozmyślać nad głupotą całego świata — i nareszcie, wśród ciszy tego pięknego dnia, uspokoił się wbrew sobie. Patrząc na zielone głębie indyjskiego kasztana, zwieszającego nad nim gałęzie, marzył o różnych rzeczach, i właśnie wyobrażał sobie, że przebywa ocean w podróży naokoło świata, kiedy posłyszane głosy sprowadziły go na ziemię. Wyjrzawszy przez oko siatki, zobaczył panny March ubrane jak na dalszą wycieczkę.

„Co one zamierzają robić?” — pomyślał, otwierając szeroko oczy, żeby się przyjrzeć, bowiem wyglądały szczególnie. Każda miała kapelusz z wielkimi skrzydłami, ciemny płócienny płaszcz i w ręku kij. Małgosia niosła poduszkę, Ludka książkę, Eliza koszyczek, Amelka tekę. Przeszły spokojnie przez ogród, wymknęły się boczną furtką i zaczęły wchodzić na pagórek dzielący dom od rzeki.

„Pięknie! — pomyślał Artur. — Urządzają piknik, a mnie nie proszą! Łodzią popłynąć nie mogą, bo nie wzięły klucza. Może zapomniały? Zaniosę go i dowiem się, co to wszystko znaczy”.

Sporo czasu upłynęło, zanim znalazł kapelusz, chociaż ich miał pół tuzina; potem znowu polował na klucz, który miał u siebie w kieszeni — i dziewczęta znikły, nim przeskoczył ogrodzenie i udał się w pogoń. Wybrawszy krótszą drogę do łodzi, czekał, żeby się ukazały, a gdy żadna nie przyszła, wszedł na szczyt pagórka, by się stamtąd rozejrzeć. Gaj sosnowy zasłaniał część widoku, lecz z zieleni dochodził dźwięk wyraźniejszy od słabego westchnienia sosen i sennego ćwierkania świerszczy.

„To mi widok!” — pomyślał Artur, zaglądając przez krzaki, całkiem rozbudzony i odzyskawszy już dobry humor.

Był to rzeczywiście ładny obrazek, bo dziewczynki siedziały ukryte wśród drzew, słońce i cienie migotały nad głowami, wonny wietrzyk rozwiewał ich włosy i chłodził rozpalone policzki, a mieszkańcy lasu swobodnie oddawali się swym sprawom, nie uciekając od starych przyjaciółek. Małgosia siedziała na poduszce, szyjąc pilnie białymi rączkami, i w różowej sukience pośród zieleni wyglądała jak śliczna, świeża róża. Eliza wyrabiała z szyszek różne ładne rzeczy, Amelka rysowała grupę paproci, a Ludka robiła pończochę, czytając głośno.

Spojrzawszy, chłopiec zachmurzył się, czuł bowiem, że mu nie wypada pójść do nich bez zaproszenia. Wahał się jednak, bo w domu było tak pusto, a to spokojne grono, siedzące wśród drzew, bardzo nęciło jego skołataną duszę. Stał tak cicho, że wiewiórka, która zajęta swymi zbiorami, zbiegła z sosny, zobaczyła go nagle i wskoczyła na powrót krzycząc tak przeraźliwie, że Amelka spojrzała w górę, spostrzegła smutną twarz za gałęziami i ukłoniła się z uśmiechem, który mu dodał otuchy.

— Czy mogę do was przyjść? Nie będę przeszkadzał? — zapytał Artur, zbliżając się powoli.

Małgosia podniosła brwi, ale Ludka zmarszczyła się groźnie i rzekła prędko:

— Naturalnie, że możesz, byłybyśmy cię zaprosiły od razu, ale sądziłyśmy, że cię nie obchodzą takie dziewczęce rozrywki.

— Lubię wasze rozrywki, ale odejdę, jeżeli Małgosia mnie nie chce.

— Nie mam nic przeciw temu, jeżeli też się czymś zajmiesz, bo tutejsze przepisy nie pozwalają próżnować — odparła z powagą, lecz uprzejmie.

— Bardzo jestem wdzięczny i będę robił, co zechcecie, bylebym tylko mógł tu zostać choć na chwilę, bo na dole jest nudno jak na Saharze. Mam szyć, czytać, zbierać szyszki, rysować, czy robić to wszystko naraz? Włóżcie na mnie swe brzemiona, wyręczę was chętnie — mówiąc to, usiadł z tak pokorną minką, że je rozśmieszył.

— Dokończ powieść, a ja zrobię piętę — rzekła Ludka, podając mu książkę.

— Dobrze — odpowiedział pokornie i starał się czytać jak najlepiej, odwdzięczając się za przyjęcie do „Towarzystwa Pracowitych Pszczółek”. Powieść nie była długa, a gdy ją skończył, w nagrodę ośmielił się zadać parę pytań.

— Czy mogę zapytać, czy ta wysoce pouczająca, czarująca instytucja jest nowa?

— Powiecie mu? — odezwała się Małgosia do sióstr.

— Będzie się śmiał — przestrzegała Amelka.

— Kogo to obchodzi? — rzekła Ludka.

— Mnie się zdaje, że może mu się to podobać — dodała Eliza.

— Naturalnie! Daję wam słowo, że nie będę się śmiał. Powiedz, Ludko, nie bój się.

— Skąd ci przyszło do głowy, że bym się ciebie bała! Widzisz, bawimy się w „pielgrzymki” i nie przestawałyśmy całą zimę i całe lato.

— Wiem — rzekł Artur z poważnym skinieniem głowy.

— Kto ci powiedział? — spytała Ludka.

— Duchy.

— Nie, to ja. Chciałam go rozerwać jednego wieczoru, kiedy był trochę smutny, a was nie było w domu, i podobał mu się ten pomysł, więc nie besztaj, Ludko — powiedziała pokornie Eliza.

— Nie umiesz dochować tajemnicy, ale mniejsza o to, będzie teraz mniej kłopotu.

— Dopowiedz resztę, proszę cię — rzekł Artur, gdy z trochę niezadowoloną minką zajęła się robotą.

— Czy nie mówiła ci o nowym planie? Otóż, aby nie marnować wakacji, postanowiłyśmy, że każda wybierze sobie jakąś pracę. Wakacje już prawie skończone, zadania prawie osiągnięte, a my zadowolone, że czas nie upłynął nam na ziewaniu.

— Rozumiem — rzekł Artur i smutno zamyślił się nad swoim próżniactwem.

— Mama lubi, żebyśmy przebywały jak najwięcej na świeżym powietrzu, więc przynosimy tu robotę i bawimy się doskonale. Dla żartu ładujemy prace w worki, bierzemy stare kapelusze i kije do wspinania się na pagórek i odgrywamy role pielgrzymek, jak przed laty. To miejsce nazywa się „Rozkoszną Górą”, bo można daleko sięgać okiem i widzieć okolicę, gdzie się spodziewamy kiedyś mieszkać — rzekła Ludka, wskazując palcem.

Artur usiadł, żeby się przyjrzeć, i przez lukę między drzewami ujrzał szeroko rozlaną, niebieskawą rzekę po drugiej stronie łąki, dalej zarysy wielkiego miasta i zielone góry, sięgające niebios. Słońce zachodziło, obłoki czerwieniły się od jego jesiennych blasków, złociste i purpurowe obłoki opierały się na szczytach gór, a srebrzyste wierzchołki, wznoszące się wysoko w jaskrawym świetle, błyszczały jakby napowietrzne szczyty niebiańskiego grodu.

— Jakie to cudowne — rzekł Artur cicho, bo był wrażliwy na wszelkie piękno.

— Często tak bywa i z przyjemnością się przyglądamy, bo widok nigdy się nie powtarza, a zawsze jest wspaniały — odpowiedziała Amelka, żałując, że nie potrafi tego narysować.

— Ludka mówi o tej wsi, gdzie mamy nadzieję kiedyś mieszkać, o prawdziwej wsi, z krowami, kurczętami i sianozbiorem. To byłoby miłe! Ale chciałabym, żeby się już stało rzeczywistością i żebyśmy mogły tam jeździć — powiedziała Eliza w zamyśleniu.

— Jest jeszcze piękniejsze miejsce, gdzie udamy się kiedyś, jak na to zasłużymy — odpowiedziała Małgosia słodkim głosem.

— Tak długo trzeba na to czekać, tak ciężko pracować! Ja bym chciała wzlecieć zaraz, jak te jaskółki, i wejść w te wspaniałe podwoje.

— Wejdziesz tam, Elizo, prędzej czy później, nie bój się — powiedziała Ludka. — Co do mnie, wolałabym walczyć, pracować, mozolić się i czekać, a nawet nigdy się tam nie dostać.

— Miałabyś we mnie towarzysza, jeżelibyś chciała, bo muszę odbyć dużo podróży, zanim przybłądzę do waszego niebieskiego grodu. Jeżeli się spóźnię, to powiesz za mną dobre słowo, Elizo, zgoda?

Mówił to z takim wyrazem twarzy, że jego mała przyjaciółka zaniepokoiła się. Rzekła jednak wesoło, patrząc spokojnym okiem na zmieniające się obłoki:

— Jak ktoś szczerze chce, to niezawodnie się tam dostanie. Nie przypuszczam, żeby zamykano te podwoje lub strzeżono tych bram.

— Czy to nie byłoby zabawne, gdyby nasze zamki na lodzie stały się rzeczywistością i gdybyśmy mogli w nich mieszkać? — rzekła Ludka po krótkim milczeniu.

— Ja ich tak wiele narobiłem, że byłby trudny wybór — powiedział Artur. Leżał na wznak i rzucał szyszkami w wiewiórkę, która go zdradziła.

— Zająłbyś swój najbardziej ulubiony. Jaki on jest? — spytała Małgosia.

— Jeżeli powiem, czy będziesz równie szczera?

— Dobrze, ale niech i dziewczęta opiszą swoje.

— I owszem. Mów Arturze.

— Jak się już dosyć napatrzę świata, chciałbym się osiedlić w Niemczech, słuchać do syta muzyki i zostać sławnym artystą, żeby wszystko, co żyje, tłoczyło się, by mnie usłyszeć. Nie zajmowałyby mnie nigdy pieniądze, interesy, bawiłbym się tylko i żył, jak by chciał. Oto mój ulubiony zamek. A twój, Małgosiu?

Małgorzacie widocznie zdawało się trudne powiedzieć, co ma w duszy. Zasłoniła twarz gałązką paproci, jak gdyby dla odpędzenia urojonych komarów, i mówiła z wolna:

— Chciałabym mieszkać w ładnym, wykwintnym domu, mieć smaczne jedzenie, piękne suknie, śliczne meble, miłych gości i dużo pieniędzy. Chciałabym panować, rządzić według woli i mieć liczną służbę, żeby nigdy nic nie robić. Jakżebym tego używała! Ale nie byłabym próżniaczką, spełniałabym dobre uczynki i sprawiała, że wszyscy by mnie kochali.

— Czy nie chciałabyś mieć gospodarza w tym zamku na lodzie? — zapytał Artur figlarnie.

— Przecież mówiłam, że chcę miłych gości — powiedziała, pilnie zawiązując trzewik, żeby nikt nie widział jej twarzy.

— Czemu nie dodajesz, że pragnęłabyś mieć znakomitego, mądrego, dobrego męża i kilkoro anielskich dzieciaczków? Przecież twój zamek nie byłby doskonały bez tego — rzekła śmiało Ludwisia, która nie miała jeszcze czułych myśli i pogardzała romansami, z wyjątkiem drukowanych.

— Ty w swoim będziesz miała tylko konie, atrament i powieści — odpowiedziała porywczo Małgosia.

— Bardzo bym chciała mieć stajnię pełną arabskich rumaków, pokoje wypełnione książkami i magiczny atrament, żeby moje dzieła były tak sławne jak muzyka Artura. Ale zanim obejmę w posiadanie zamek, pragnę dokonać jakiejś rzeczy wspaniałej, bohaterskiej lub niezwykłej, która by nie została zapomniana nawet po mojej śmierci. Nie wiem jeszcze, co to będzie, ale ciągle na to czekam i chcę was wszystkich kiedyś zadziwić. Zdaje mi się, że będę pisała książki i tą drogą pozyskam bogactwo i sławę. To by mi się podobało i takie jest moje ulubione marzenie.

— Ja pragnę zostać spokojnie w domu z ojcem i mamą i służyć mej rodzinie — rzekła Eliza słodko.

— Nie życzysz sobie niczego więcej? — spytał Artur.

— Odkąd mam fortepianik, jestem zupełnie zadowolona, chciałabym tylko, żebyśmy wszyscy byli zdrowi i zawsze razem, więcej niczego nie pragnę.

— Ja mam mnóstwo życzeń, ale najmilsze, to żeby pojechać do Rzymu, robić piękne obrazy i być najlepszą artystką na całym świecie — oto skromne życzenie Amelki.

— Ambitna z nas gromadka, nieprawdaż? Wszyscy prócz Elizy chcemy być bogaci, sławni i znakomici pod każdym względem. Ciekaw jestem, czy się komuś spełnią te życzenia? — powiedział Artur, gryząc trawę jak zadumane cielę.

— Mam już wprawdzie klucz do mojego zamku, ale czy będę mogła otworzyć nim drzwi, o tym się przekonamy — odezwała się dwuznacznie Ludka.

— Ja także mam klucz, ale nie wolno mi go wypróbować. Bodaj to kolegium! — krzyknął Artur z niecierpliwym westchnieniem.

Amelka, wskazując ołówek, rzekła:

— To mój klucz!

— Ja nie mam żadnego — rozpaczliwie powiedziała Małgosia.

— Owszem, masz — żywo odparł Artur.

— Jaki?

— Swoją twarz.

— Brednie, to się na nic nie zda.

— Poczekaj, zobaczysz, czy ona ci nie sprowadzi czegoś takiego, co warto posiadać — odparł, śmiejąc się na myśl ślicznej tajemnicy, którą posiadał, jak mu się zdawało.

Małgosia zarumieniła się za gałązką paproci, lecz nie spytała o nic i patrzyła za rzekę z tym samym wyrazem oczekiwania, jaki przybrał pan Brooke, opowiadając historię o księciu.

— Jeżeli będziemy żyli za dziesięć lat, zejdźmy się, aby się przekonać, czy się komuś ziściły życzenia albo na ile się ktoś zbliżył do swego celu — rzekła Ludka, mająca zawsze na pogotowiu jakiś plan.

— Mój Boże, jaka ja będę stara! Dwadzieścia siedem lat! — wykrzyknęła Małgosia, która jako siedemnastoletnia panna uważała się już za dorosłą.

— My oboje będziemy mieli po dwadzieścia sześć lat, Arturze. Eliza dwadzieścia cztery, a Amelka dwadzieścia dwa! Jakie szanowne grono! — odezwała się Ludwisia.

— Spodziewam się, że do tego czasu dokonam czegoś zaszczytnego, ale taki jestem ociężały, że się boję, moja Ludko, czy nie przepróżnuję życia.

— Mama mówi, że ci potrzeba podniety, ale gdy ją znajdziesz, z pewnością będziesz doskonale pracował.

— Doprawdy? Na Jowisza, stanie się tak, nie inaczej, jeżeli znajdę sposobność! — wykrzyknął Artur, siadając z nagłą energią. — Powinienem być zadowolony z losu, żeby dogodzić dziadkowi. Spróbuję, ale wiecie, że to przeciwne mojej naturze i będzie mnie wiele kosztować. Jego życzeniem jest, bym został indyjskim kupcem, jak on sam był, a ja wolałbym się raczej zastrzelić! Nienawidzę herbaty, jedwabi, korzeni i rozmaitych rupieci sprowadzanych na jego starych okrętach i nie dbałbym o to, czy pójdą na dno, gdybym je posiadał. Powinien poprzestać na tym, że wstąpię do kolegium, bo jeżeli mu poświęcę cztery lata, to niechże mnie za to uwolni od handlu. Ale się uparł i ja tak zrobię, aż na koniec zerwę z nim stosunki i będę żył według własnej woli. Tak samo uczynił mój ojciec. Zrobiłbym to jutro, gdyby ktoś mógł pozostać przy staruszku.

Mówił gorączkowo i zdawał się gotów przy najmniejszym zadrażnieniu spełnić groźbę, dorósł bowiem bardzo prędko i pomimo pozornej ociężałości z młodzieńczą siłą pragnął uzyskać niezależność i puścić się w świat.

— Radzę ci odpłynąć na jednym z tych okrętów i nie wracać do domu, póki nie zakosztujesz życia na własny sposób — rzekła Ludka, której wyobraźnia zapaliła się do tak śmiałego przedsięwzięcia, a serce przejęło się współczuciem wobec tego, co nazywała „krzywdą Artura”.

— Nie masz racji, Ludko. Nie wypada mówić w ten sposób, a Artur nie powinien słuchać złej rady. Spełnij życzenie dziadka, mój drogi chłopcze — rzekła Małgosia macierzyńskim tonem. — Dokładaj wszelkich starań w kolegium, a jak dziadek zobaczy, że chcesz mu się przypodobać, jestem pewna, że nie będzie twardy i niesprawiedliwy. Sam mówisz, że nie ma nikogo, kto by z nim mieszkał i kochał go, więc miałbyś sobie do wyrzucenia, gdybyś go opuścił bez jego woli. Nie bądź smutny, rozdrażniony, tylko pełnij obowiązki, a zostaniesz nagrodzony, tak samo jak pan Brooke, którego wszyscy szanują i kochają.

— Co o nim wiesz? — zapytał Artur, który wdzięczny był za dobrą radę, lecz niechętny kazaniu, więc po swoim niecodziennym wybuchu pragnął odwrócić rozmowę od siebie.

— Twój dziadek opowiadał mamie, że z oddaniem dbał o matkę, póki nie umarła, i nie chciał wyjechać zagranicę jako nauczyciel do jakiegoś zamożnego domu, żeby jej nie opuścić; że dotąd wspiera staruszkę, która jej doglądała, i nikomu o tym nie mówi, że jest szlachetny, cierpliwy i dobry, jak tylko to w mocy człowieka.

— To prawda — rzekł Artur serdecznie, gdy Małgosia umilkła z rozpaloną twarzą po swym poważnym opowiadaniu. — Jakie to podobne do mego dziadka, że się wszystkiego dowiedział, nie mówiąc mu o tym, i rozgłasza jego przymioty, żeby go ludzie kochali. Brooke nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego wasza matka jest taka dobra dla niego, zaprasza go razem ze mną i obchodzi się z nim tak przyjaźnie, jak to jest jej pięknym zwyczajem. On też widzi w niej doskonałość, co dzień ją wspomina i was tez zachwala. Jeżeli moje marzenia kiedyś się urzeczywistnią, to zobaczycie, co dla niego zrobię.

— Zacznij od tego, by go nie dręczyć teraz — rzekła cierpko Małgosia.

— Skąd wiesz, że się tego dopuszczam, moja panno?

— Odgaduję z jego twarzy, gdy odchodzi do domu. Jeżeli się dobrze zachowałeś, ma zadowoloną minę i prędko idzie; jeżeli go wymęczyłeś, ma surową twarz i powolny chód, jak gdyby miał ochotę wrócić i poprawić swoją pracę.

— To mi się podoba! Więc prowadzisz rachunki moich dobrych i złych znaków na twarzy Brooke’a, czy tak? Widziałem, że się kłania i uśmiecha przechodząc koło waszych okien, ale nie sądziłem, żeście sobie urządzili telegraf.

— Nie mamy żadnego, nie gniewaj się i pamiętaj, nie mów mu tego! Chciałam ci tylko pokazać, że zależy mi na tym, jak postępujesz, i powiedziałam to w zaufaniu! — wykrzyknęła bardzo zaniepokojona tym, co mogłyby wyniknąć z jej nieostrożnych słów.

— Nigdy nie roznoszę plotek — odparł Artur, strojąc imponującą minę, tak nazywała Ludka pewien wyraz jego twarzy — Tylko jeżeli Brooke ma być termometrem, muszę się mieć na baczności i zawsze przynosić mu piękną pogodę.

— Proszę cię, nie obrażaj się. Nie chciałam ci prawić morałów i niemądrze cię przestrzegać, tylko mi się zdawało, że Ludka zachęca cię do trwania w uczuciu, którego byś później żałował. Taki jesteś dobry dla nas, że uważamy cię za brata i mówimy wszystko, co nam przejdzie przez myśl. Daruj mi, bo miałam dobre chęci — mówiąc te słowa, podała mu rękę przyjaźnie, lecz nieśmiało.

Zawstydzony chwilowym rozdrażnieniem, Artur uścisnął życzliwą rączkę i rzekł szczerze:

— To raczej ja proszę o przebaczenie. Jestem cierpki z natury, a dziś od rana byłem nieswój, ale mi się to podoba, żeś mi wytknęła winy jak siostra. Nie zważaj na to, że czasem jestem szorstki, bo się pod tą powłoką kryje wiele wdzięczności.

Chcąc pokazać, że nie jest obrażony, starał się być bardzo usłużny: przecinał bawełnę dla Małgosi, deklamował wiersze dla Ludki, strząsał szyszki dla Elizy, pomagał Amelce układać paprocie, a to wszystko na dowód, że warto go dopuszczać do „Towarzystwa Pracowitych Pszczółek”. Gdy wiedli ożywioną rozmowę o domowych zwyczajach synogarlic87, bowiem jedna z tych miłych istotek przybłąkała się właśnie od strony rzeki, słaby głos dzwonka ostrzegł, że Anna postawiła herbatę, żeby „naciągnęła”, i że im czas iść na kolację.

— Czy będzie mi wolno tu przychodzić? — spytał Artur.

— Odpowiem ci jak małemu chłopczykowi: jeżeli będziesz grzeczny i polubisz książeczkę z abecadłem — odrzekła Małgosia z łagodnym uśmiechem.

— Będę się starał.

— W takim razie możesz przychodzić, a ja cię nauczę robót na drutach, jak robią to Szkoci, a właśnie teraz potrzebne są skarpetki — dodała Ludka, potrząsając swoją jak wielką chorągwią wojenną. Po chwili rozstali się przy bramie.

Tego wieczoru, gdy o zmroku Eliza grała panu Laurence’owi, Artur ukryty za firanką przysłuchiwał się małemu Dawidowi, którego pełna prostoty muzyka zawsze koiła jego kapryśne usposobienie. Stojąc tam, przyglądał się starcowi, który siedział z siwą głową wspartą na ręku, tkliwie zamyślony o ukochanej, nieżyjącej już wnuczce. Przypomniawszy sobie popołudniową rozmowę, Artur postanowił poświęcić się ochoczo i powiedział sobie: „Wyrzeknę się mego zamku na lodzie i zostanę z tym drogim starcem, któremu jestem potrzebny, bo prócz mnie nikogo nie ma na całym świecie”.