XI. Pieśń jedenasta

Argument

Angelika, odjęta morskiemu dziwowi,

Ginie z oczu przez pierścień drogi Rugierowi,

Który potem olbrzyma wielkiego po lesie

Goni, co Bradamantę na ramieniu niesie.

Z Orland ochotny wjeżdża w niepobożne kraje,

Gdzie na śmierć piękne panny lud srogi wydaje,

Potem okrutną orkę na morzu zabija;

Obertowi zostaje żoną Olimpia.

Allegorye

Orland, który zarzuca w morze rusznicę króla Cimoska, uczy nas, że szlachetne i wspaniałe serce zawsze się ma wystrzegać fortelów nieprzystojnych. Przez orkę morską, którą wielkiem przemysłem zabił, ukazuje się, że częstokroć dowcip więcej może, niźli siła. Przez mieszkance wyspy Ebudy, którzy Orlanda chcieli zabić za dobrodziejstwo, które jem czynił, pokazuje się nagroda, która pospolicie potyka od złych i niewdzięcznych ludzi ich dobrodzieja.

1. Skład pierwszy

Acz się często w pół biegu dzielnemu koniowi

Przytrafia dać się wściągnąć lada munsztukowi,

Ale żądzą cielesną, gdy się w bieg zaciągnie,

Munsztuk rozumu rzadko utrzyma i wściągnie,

Zwłaszcza gdy ma przed sobą swą rozkosz; tak z głodu

Niedźwiedź się rzadko odwieść dopuści od miodu,

Skoro go jedno węchem gdzie w pudle poczuje,

Albo dopadszy pudła, trochę go skosztuje.

2

Który rozum zawściągnie żądze Rugierowe,

Żeby miał chcąc upuścić zdobyczy gotowe,

Które mu prawie samo szczęście w ręce niesie,

Będąc sam tylko w pustem z Angeliką lesie?

O Bradamancie swojej więcej nic nie myśli,

W której miał przedtem wszytkie utopione myśli:

Choć też myśli i choć jej serca nie chce puścić,

Btazenby beł, kiedyby i tę miał opuścić,

3

Z którąby Ksenokrates638 podomno639 wstydliwy

Nie bełby beł, niżli on, barziej wstrzemięźliwy.

Rzucił od siebie Rugier drzewo640 i tarcz swoję

I po częściach zdejmował z siebie ciężką zbroję,

Kiedy piękna królewna, srodze się sromając,

Na nagie członki oczy wstydliwe schylając,

Pierścień drogi na palcu swojem obaczyła,

Którego przez Brunella w Albrace pozbyła,

4

Ten pierścień, który ona przedtem z sobą miała,

Gdy pierwszem do Francyej razem przyjechała

Z bratem swem, który też tam przy wiózł drzewo nowe,

Drzewo złote, co potem beło Astolfowe;

Tem w niwecz obróciła wszytkie one czary,

Które Malagiz641 czynił u Merlina642 stary,

Tem Orlanda i inszych jednego dnia siła

Z niewolej Dragontyny643 srogiej wyzwoliła644.

5

Jego mocą i z wieże wyszła645 niewidziana,

W której była od starca srogiego trzymana.

Ale na co tak długa o tem historya,

Kiedy ją i wy dobrze wiecie, jako i ja?

Nakoniec go jej Brunei ukradł i królowi,

Który go barzo pragnął, niósł Agramantowi.

Odtąd się jej fortuna zawżdy źle stawiła,

Tak, że ją i królestwa nakoniec zbawiła.

6

Teraz, jako go skoro646 na palcu ujźrzała,

Tak mu się dziwowała, tak się radowała,

Że mniemając, że we śnie bawiły ją mary,

Ręce i oku całej nie dawała wiary.

Z palca go sobie bierze i niesie do gęby;

Ale skoro go jedno włożyła za zęby,

Zginęła Rugierowi z oczu w mgnieniu oka,

Jak słońce, od czarnego nakryte obłoka.

7

On i tam i sam, wszędzie upatrował koło

Siebie i jako głupi, obracał się wkoło.

Ale jako na pierścień wspomniał jej oddany,

Domyślił się, że przezeń tak był oszukany,

I łajał rozumowi swojemu głupiemu

I skarżył się, że panna wybawcy swojemu

Tak złą, tak nieprzystojną nagrodę oddała

Za to, że przezeń żywa dopiero została.

8

»Zła — pry647 — niewdzięczna dziewko! Takąż to mam za tę

»Swą uczynność od ciebie otrzymać zapłatę,

»Że przez gwałt i tak zły chcesz otrzymać uczynek

»Pierścień, niż go odemnie wziąć za upominek?

«Nie rzkąc pierścień, weź i tarcz i konia lotnego,

»Jedno mi nie kryj lica swojego pięknego.

»Wiem to dobrze, że słyszysz każde moje słowo,

»A nie chcesz mi się ozwać, twarda białagłowo!«

9

To mówiąc, na bałuku chodząc i rękami

Koło onego miejsca macał i nogami.

O, jako często próżne powietrze obłapił,

Mniemając, że to panna, ale wiatr ułapił!

Ona w tem już się była dobrze oddaliła

I szła tak długo lasem, aż jeden trafiła

Loch pod górą wysoką przestrony; tam wlazła

I tam do swej potrzeby potrawy nalazła.

10

Kędy było mieszkanie z dawnych lat jednego,

Co miał wielkie stado klacz, pasterza starego,

Które się i tam i sam pasły po dolinie,

Przy pięknych zdrojach, które ciekły po nizinie;

Miejscami i tam i sam gęste szopy były,

Gdzie się klacze przed słońcem południowem kryły,

Chwilę tam Angelika w on dzień się bawiła,

A od nikogo jeszcze widziana nie była.

11

Przed wieczorem, gdy sobie dobrze odpocznęła,

W coby się mogła odziać, szukać tam poczęła;

I nalazszy, w grube się szaty ubierała,

Jakich przedtem, pewna rzecz, że nie używała,

Mając żółte, zielone, modre i czerwone,

Różnem, co go na świecie, strojem urobione;

Ale jej prosta suknia tak wiele nie bierze,

Żeby piękna nie była, choć w podłem ubierze.

12

Niech milczy każdy, który Neerę648, Fillidę649,

I Galateą650 chwali i Amaryllidę651;

Żadna z nich z tą nie zrówna, odpuść mi, Tytyrze652,

Melibee653, i wszyscy odpuście, pasterze!

Stamtąd wyszedszy, poszła i klaczę obrała,

Która się jej nabarziej w stadzie podobała,

I zaraz nie mieszkając, przed się myśli nowe

Wzięła nawiedzić znowu krainy wschodowe.

13

Wtem Rugier, który czekał długo utrapiony,

Upatrując jej darmo w te i owe strony,

Skoro swój błąd obaczył, że go nie słyszała

I że z tamtego miejsca dalej iść musiała,

Poszedł, chcąc w dalszą drogę jechać utroskany,

Tam, gdzie jego skrzydlaty koń był uwiązany;

I zastał tylko próżną uzdę i z wędzidłem,

Z której się zdarszy, w górę poszedł wolnem skrzydłem.

14

Ciężki beł Rugierowi i przykry przydatek

Do nowej szkody konia stracić na ostatek,

Co go nie mniej trapiło nad to, że tak sprośnie

Dał się zwieść i oszukać; ale się żałośnie

Nabarziej gryzł i trapił, że krom inszej straty

Ladajako utracił pierścień tak bogaty,

Nie tak dla onej mocy, którą był nadany,

Jako, że mu od jego miłej beł posłany.

15

Zbyt żałosny z swej zguby tak wielkiej, we zbroję

Ubrał się i włożywszy na ramię tarcz swoję,

Oddalił się od morza i szedł po zielonej

Łące prosto ku jednej dolinie przestronej,

Gdzie przez pośrzodek lasu beł miedzy inszemi

Gościniec naubitszy drogami mniejszemi.

Niewiele uszedł, jako usłyszał grzmot srogi

Tam, gdzie była nawiętsza gęstwa podle drogi.

16

Podle drogi usłyszał grzmot i dźwięk straszliwy

Z mieczów w się uderzonych i tam ukwapliwy

Bieżał na głos i zastał w placu dosyć ciasnem

Dwu bijących się z sobą w pojedynku strasznem.

Żadnego na się względu, żadnego nie mają

Miłosierdzia i mieczmi na się przycinają.

Jeden beł jakiś wielki olbrzym okazały,

Drugi, ile znać było, rycerz mężny, śmiały.

17

Ten się tarczą i mieczem broni, zastawując

I nakoło tam i sam rączo uskakując,

Aby go jako olbrzym nie dosiągł staloną

Buławą, którą nań bił z obu rącz; nad oną

Drogą, kędy się bili, koń leżał zabity.

Rugier wtem, gałęziami gęstemi nakryty,

Stanie i bojowi się przypatrza srogiemu

I życzy rycerzowi zwycięstwa onemu.

18

Nie, żeby mu chciał pomódz albo go ratować,

Ale z daleka stojąc, chciał się przypatrować;

A wtem olbrzym okrutny w hełm z góry wymierzył

I tak nieprzyjaciela z obu rącz uderzył,

Że padł na ziemię, ciężkiem razem okrócony.

Drugi widząc, że ów już leży ogłuszony,

Chcąc go zabić, szyszak mu odkrywał zawarty,

Że go w twarz Rugier ujźrzał, skoro beł otwarty.

19

Ujźrzał twarz Bradamanty Rugier swej kochanej;

Tylko co jej kęs654 zajźrzał z hełmu ukazanej,

Poznał, że ta jest właśnie, której raz straszliwy

Zadał i którą zabić chce olbrzym złośliwy.

Zaczem z gęstwy, w której stał, wielkiem pędem skoczy

I z dobytą mu szablą śmiele idzie w oczy;

Ale on o bój nie dba i tuż przy Rugierze,

Gdy go dopadał, dziewkę ogłuszoną bierze.

20

I na ramię ją sobie kładzie w onem czesie

I tak, jako wilk owcę, na sobie ją niesie,

Albo tak, jako sokół czyni gołębiowi,

Gdy go niesie w paznogciach, kiedy się obłowi.

Widząc Rugier, że wszytko na prędkiej należy

Pomocy, ile może, za niem rączo bieży.

Ale on zaś tak wielkiem ucieka mu krokiem,

Że go już ledwie może Rugier dojźrzeć okiem.

21

Tak jeden uciekając, a goniąc zaś drugi,

Drogą ciemną, która szła prosto przez las długi,

Co raz się rozszerzając, obadwa bieżeli,

Aż na łąkę zieloną, wielką wybieżeli. —

Ale teraz dam pokój cnemu Rugierowi,

A pocznę o Orlandzie, który Cimoskowi

Broń wziętą w morze wrzucił, aby tam koniecznie

Zginęła i na ziemi nie postała wiecznie.

22

Ale mało pomogło; bo główny człowieczy

Nieprzyjaciel, naleźca655 tak szkodliwej rzeczy,

Tak złej broni, wziąwszy kształt z tego, co wypada

Z obłoków rozerwanych i na ziemię spada,

Mało co z mniejszą szkodą, niż gdy zakazanem

Jabłkiem Ewę oszukał, od niej skosztowanem,

Czarnoksiężnikowi ją ukazał jednemu,

Który ją światu znowu przywrócił nędznemu.

23

Piekielna broń, ku ludzkiej naleziona szkodzie,

Na sto krokow w długi wiek pogrążona w wodzie,

Leżała, aż przez czary z głębi wyciągniona,

Na początku do Niemców była zaniesiona,

Którzy jedno i drugie czyniąc doświadczenie,

A szatan nową kaźnią chcąc ludzkie stworzenie

Trapić i zaostrzając dowcipy subtelne,

Naleźli używanie i skutki śmiertelne.

24

Wprzód Włochy i Francya, a potem narody

Insze wszytkie nawykły na swe spólne szkody

Złej, przeklętej nauki: ten ją w formie leje,

Skoro kruszec roztopi i w piecu rozgrzeje;

Ten zaś wierci żelazo i więtszą i mniejszą

Robi, jako mu się zda, lżejszą i ważniejszą,

Ten półhakiem656, a ten ją mianuje rusznicą,

Ten muszkietem657, a ten ją zowie hakownicą658.

25

Słyszę, że jako wielkiem albo będzie małem,

Drudzy je krzczą to polnem, to burzącem działem,

Któremu, gdzie przechodzi, wszytko ustępuje,

Które stal tłucze, mury rozwala i psuje.

Wszytkich broni, co ich masz, do szable pozbywaj,

A na muszkiet się, drabie659 ubogi, zdobywaj;

Bo wiem, jeśli bez niego do rotmistrza staniesz,

Że pieniędzy i służby pewnie nie dostaniesz.

26

Jakoś, o niecnotliwy, przeklęty wymyśle,

Nalazł miejsce w człowieczem sercu i umyśle?

Przez cię rycerska sława i chwała spodlała,

Przez cię każda przewaga beze czci została;

Przez cię dzielność w swej słusznej cenie nie zostawa,

Przez cię się za dobrego często zły udawa.

Męstwo więcej na placu przez cię — żal się, Boże! —

I serce śmiałe stanąć na próbie nie może.

27

Przez cię tak wiele małych i wielkich żołnierzów,

Tak wiele bohatyrów i mężnych rycerzów

Zginęło i daleko jeszcze więcej zginie,

Niżli wojna, która świat wszytek miesza, minie.

Przeto i teraz twierdzę, com rzekł, że od wieka

Gorszego i sroższego nie było człowieka

Nad tego, który naprzód wymyślił swą głową

Przeklętą broń i srogą strzelbę piorunową.

28

I ja tak o niem trzymać i rozumieć muszę,

Że Bóg jego przeklętą, potępioną duszę

W piekle nagłębiej zawarł z Judaszem, gdzie za tę

Subtelność swoję godną odbiera zapłatę.

Ale wam o Orlandzie trzeba wiedzieć więcej,

Któryby się w Ebudzie rad widział co pręcej,

Tam, gdzie najpiękniejszemi, których dostać mogą,

W różnych krajach, pannami karmią orkę srogą.

29

Ale im się on barziej kusił ukwapliwy,

Tem mniejszy wiatr miał w drodze i barziej leniwy;

Lub z prawej strony wieje, lub z lewej, lub po niem,

Tak jest słaby i tak jest leniwy, że o niem

Barzo mało ujedzie, a czasem się zdało,

Że go nic, a nic nie znać, albo barzo mało.

Czasem tak beł przeciwny, że przeciw swej wolej

Na zad albo kołem iść musiał po niewolej.

30

Bóg tak chciał, że nie pierwej krajów tych dojechał,

Niżli tam król irlandzki z armatą przyjechał,

Aby to snadny skutek wzięło, co odkrycie660

Przez kilka kart odemnie potem usłyszycie.

Będąc już nad Ebudą, rzecze grabia śmiały

Do szypra: »Ty tu zostań, a mnie ten bat mały

»Spuść z okrętu, na którem ja się sam powiozę

»I na onę się skałę, co widzisz, przewiozę.

31

»Ale chcę, żebyś mi dał co namiąższą linę

»I co nawiętszą kotew; wszak potem przyczynę

»Będziesz wiedział ode mnie, na co tego trzeba,

»Jeśli dojdzie między mną a orką potrzeba«.

Tak każe z sobą zepchnąć z okrętu bat mały;

Wziąwszy z sobą potrzeby, które należały,

Okrom szable nie bierze żadnej inszej broni

I puszcza się do skały po głębokiej toni.

32

Wiosła ciągnie do piersi, a tył do tej strony,

Kędy ma wolą wysieść, trzyma obrócony,

Jako kiedy w skorupy ubrany powłokiem

Rak do brzegu niesporem postępuje krokiem.

Beł ten czas i godzina, kiedy mokrej rosy

Pełne złota jutrzenka rozściągała włosy

Przeciw wpół odkrytemu dopiero słońcowi,

Co było zazdrosnemu gniewno Tytonowi661.

33

Gdy już beł tak daleko brzegu w onem czesie,

Jako kamień ciśniony z mocnej ręki niesie,

Zda mu się, że płacz słyszy i zasię nie wierzył,

Że słyszał: tak go słaby głos w uszy uderzył.

I wszytek się obróci, sobą pochylony,

I ujźrzy, trzymając wzrok ku ziemi schylony,

Uwiązaną u brzegu dziewkę, której myła

Woda nogi, jako ją natura stworzyła.

34

Iż jest jeszcze daleko i twarz w ziemię kryje,

Nie może poznać, kto jest; zaczem morze bije,

Chcąc wiedzieć, ktoby była, obiema wiosłami,

Że morze, mocno bite, toczyło pianami.

W tem usłyszy, że brzegi straszliwie ryczały,

Skały się blizkie trzęsły, wody się wzdymały;

Potem ujźrzy, że brzegu srogi dziw dopływa

I połowicę morza piersiami nakrywa.

35

Jako czarna z ciemnego lasu więc wychodzi

Chmura, co niepogody i grady przywodzi,

Która barziej, niżli noc, wszytek świat zasłania,

I tak się zda, że gwałtem jasny dzień wygania:

Tak straszny dziw tak wiele morza zastępował,

Że się zdało, jakby je wszytko opanował.

Huczą wody; patrząc nań Orland, w się zebrany,

Nie ma żadnej na sercu i twarzy odmiany.

36

I jako ten, co już beł na bój odważony

Z sprosnem dziwem, natarł nań bez żadnej ochrony,

Ażeby mógł i dziewkę obronić zarazem

I potkać się z straszliwem dziwem jednem razem,

Między orką, między nią stanąwszy, nie trwożył

Nic sobą, a miecz w pochwach przed sobą położył.

W ręku miał kotew z liną; z tak wielkiem srogiego

Sercem dziwu tam czekał na miejscu morskiego.

37

Skoro plugawa orka bliżej nastąpiła

I Orlanda na bacie stojąc obaczyła,

Tak szeroko plugawą paszczekę rozdarła,

Żeby konia i z chłopem pospołu pożarła.

Bez rozmysłu w nię śmiele skoczył, zapędzony

Na bacie z wielką kotwią i tak utopiony

W brzydkiem garle, kotwicę z wielkiem podziwieniem

Między językiem wstawił, między podniebieniem,

38

Tak, że nie mogły spodnie podnosić się szczeki,

I zwierzchnie spuszczać więcej u sprosnej paszczeki,

Jako kto podkop robi, gdzie piasek wybiera,

Ziemię nad sobą wszędzie wiesza i podpiera,

I żeby nań nie spadła, kiedy swej pilnuje

Nieostrożnej roboty, drzewa podstawuje;

Tak kotwica wysoka jest między zębami,

Że skacze Orland, wierzchu chcąc dosiądź rękami.

39

Kiedy jej tak podpory włożył między zęby,

Że już nie mogła zawrzeć żadną miarą gęby,

Dobywszy miecza nie dba, choć się orka miece,

I tam i sam ją wewnątrz w brzuchu kole, siecze.

Jako się broni zamek, kiedy już przez mury

Wpadnie weń nieprzyjaciel, przez wybite dziury,

Tak się orka na on czas broniła mężnemu

Orlandowi, wewnątrz ją mieczem siekącemu.

40

Zwyciężona od bolu srodze się miotała

I boki i twardy grzbiet z wód ukazowała;

Czasem się pogrążała na dół i brzuchami

Mieszała dno i wzgórę rzucała piaskami.

A widząc pan z Anglantu, że wody przybywa

Co raz więcej, z jaskiniej plugawej wypływa,

A linę długą w rękę bierze, co wisiała

U kotwie, która w gębie wstawiona została.

41

Z tą śpiesznie na brzeg płynie po morzu głębokiem

I stanąwszy na ziemi suchej mocnem krokiem,

Ciągnie kotew do siebie, która w gębie tkwiała

I dziwowi paszczekę sprosną rozdzierała.

Idzie orka za liną, chocia się wydziera

I choć się wielkiem gwałtem ciągnie i opiera,

Bo Orland tak jest duży, że siłą dawnemu

Może Herkulesowi porównać samemu.

42

Jako nieokrócony poczuwszy byk srogi,

Że mu nagle powrozy zarzucą na rogi,

I tam i sam się miece i kręci się wkoło

I bez skutku chce wydrzeć poimane czoło:

Tak morski dziw, ciągniony z dawnego mieszkania,

Koła czyniąc i srogie tam i sam miotania,

Idzie za długą liną, nie mogąc przez dzięki

Wydrzeć się, od tak mocnej przyciągniony ręki.

43

Tak wiele z gęby leje krwie na wody słone,

Że to dziś morze może662 nazywać czerwone,

Które tak mocno bije i tłucze, że wały

Rozstępując się, morskie dno ukazowały.

Czasem je tak wysoko ciska, że macają

Same nieba i słońce jasne zasłaniają;

Huczą na straszliwy dźwięk, który się rozlega,

Góry, lasy dalekie, gdzie jedno dosięga.

44

Proteus na wierzch z jamy wyszedł na huk srogi

I patrząc na Orlanda nie bez wielkiej trwogi,

Gdy wlazł i wylazł z orki i gdy poimaną

Ciągnął na brzeg, u kotwie liną uwiązaną,

Stada rozprószonego nie pilnując więcej,

Po wielkiem oceanie ucieka co pręcej;

Sam Neptunus delfiny, do woza zakłada

I do Etyopiej chcąc ujeżdżać, wsiada.

45

Ino663 z swem Melicertą i roztarganemi

Włosami Nereidy664 i z przestraszonemi

Glaukami665 Trytonowie666, nagłą zdjęci trwogą,

Po morzu uciekają tam i sam, gdzie mogą.

Tem czasem zawołany do brzegu straszliwą

Rycerz wyciągnął rybę, ale już nieżywą;

Bo od bolu i męki wielkiej zwyciężona,

Pierwej zdechła, niż na brzeg była wyciągniona.

46

Gęsty lud, co na wyspie miał swoje mieszkanie,

Zbiegł się patrzyć na ono straszliwe potkanie.

Ten próżnem nabożeństwem i strachem ujęty,

Niepobożny rozumiał uczynek tak święty,

Mówiąc, żeby to było już na wieki na się

Proteusa rozgniewać, żeby znowu zasię

Wypuścił wszytkie swoje morskie stada z wody

Na wyspę i odnowił zapomnione szkody;

47

I że obrażonego lepiej prosić boga

O pokój, który odnieść jedna była droga:

Aby występnik667 w morze zaraz niemieszkanie

Beł wrzucony na jego gniewu ubłaganie.

Tak od jednej pochodnie zapala się druga,

Że się świeci ulica wszytka, jako długa;

Tak gniew z jednego serca idzie do drugiego,

Który chce w morze wrzucić rycerza zacnego.

48

Ci z procami, a ci się zbiegają z łukami,

Ci z mieczmi i rożnami, a ci z oszczepami,

Nakoniec go nakoło zewsząd okrążają

I z blizka i z daleka wszyscy go sięgają.

Tak wielkiemu gwałtowi, który następuje

Na niego, pan z Anglantu barzo się dziwuje;

Widzi, że się chcą nad niem mścić orki zabitej,

Skąd się spodziewał dzięki i chwały obfitej.

49

Jako niedźwiedź, którego po jarmarkach wodzą,

Kiedy z niem i tam i sam po ulicach chodzą,

Tak się boi i tak dba na gęste zbieganie

I na przykre małych psów z daleka szczekanie,

Że się na nie obejrzeć nie chce: tak wszytkiego

W on czas się mężny Orland bał chłopstwa onego,

Któreby beł mógł tylko surowem wejźrzeniem

Albo mocnem podomno rozgromić dmuchnieniem.

50

Skoro wziął Duryndanę w rękę w onej chwili,

Zaraz mu plac przestrony wszyscy uczynili.

Zrazu nań uderzyli z tą zupełną wiarą,

Że się jem nie miał oprzeć Orland żadną miarą,

Zwłaszcza, że na niem zbroje żadnej nie widzieli

I tarcze na ramieniu; ale nie wiedzieli,

Że był trwadszy od stopy aż do samej głowy,

Niż dyament i niżli kamień marmurowy.

51

Czego nie mogli grabi uczynić mężnemu,

To on zaś mógł uczynić łatwie z nich każdemu.

Za dziesięciorgiem tylko cięciem albo mało

Co więcej trzydzieści ich naplacu zostało.

Drudzy zatem poczęli na zadustępować;

On już chciał upłakaną dziewkę rozwięzować,

Kiedy się wszczął nowy zgiełk i huk z drugiej strony,

Którem668 beł wszytek wysep669 nagle napełniony.

52

Wtem, gdy tak w tamtej stronie Orland w onej dobie

W kupę zebrane chłopstwo zabawiał na sobie,

Na kilku miejscach żadnych nie nalazszy wstrętów,

Irlandczycy na wyspę wysiedli z okrętów

I lud po wszystkich brzegach bili bez litości

I lub to okrucieństwu lub sprawiedliwości

Przypisować, nikomu folgować nie chcieli

I na wiek, na płeć względu żadnego nie mieli.

53

Mały odpór strwożeni czynią Ebudzanie,

Częścią, że na nich przyszli tak niespodziewanie

I nagły uczynili wpad nieprzyjaciele,

Częścią, że wyspa w sobie ma ludzi niewiele;

Którzy ją splądrowali, domy popalili,

Ludzie wszytkie wysiekli i na miecz puścili,

Ruchome majętności w okręty zabrali,

Miasta wszytkie i mury z ziemią porównali.

54

Orland, jakoby mu nic upadek i trwogi

One nie należały, ukwapliwe nogi

Powrócił, gdzie u ostrej skały uwiązana

Czekała pani, orce na pokarm wydana.

Patrzy na nię i bliżej do niej przystępuje

I lepiej się jej coraz z blizka przypatruje.

Nakoniec poznał, że to Olimpia była,

Której się wierna miłość tak źle nagrodziła.

55

Olimpia, którą wprzód miłość oszukała,

Potem na nię fortuna zła zbójcę posłała,

Którzy ją, odjechaną od męża chytrego,

Zanieśli onegoż dnia do wyspu670 srogiego.

Poznała tam Orlanda zaraz nieszczęśliwa;

Ale iż ją tak nago zgraja niecnotliwa

Wystawiła, nie tylko mówić z niem nie chciała,

Ale i podnieść oczu na niego nie śmiała.

56

Pytał jej zatem Orland, żalem poruszony,

Jaki ją los przeciwny przygnał w tamte strony

Z tego kraju, gdzie ją tak wesołą zostawił

Potem, jako z nią Biren wesele odprawił.

Ona na to: »Ja nie wiem, jeślić mam dziękować,

»Żeś mię ato przy zdrowiu chciał teraz zachować,

»Jeśli się skarżyć na cię, żem żywa została

»I końca swojej nędzy dziś nie otrzymała.

57

»Prawda to, żeś ode mnie godzien za to dzięki,

»Żeś mię tak srogiej śmierci wyzwolił przez dzięki671;

»A sroższą być nie mogła nad tę bez pochyby,

»Gdybym była pożarta od straszliwej ryby.

»Za to, żem śmierci uszła, trudnoć mam dziękować„

»Bo mię ta sama może w mej nędzy ratować.

»I jeśli ją za żywot od ciebie w odmianę

»Otrzymam, wiecznieć za to powinną zostanę«.

58

Potem mu z wielkiem płaczem wszytko powiadała,

Jako od męża swego zdradzona została,

Sama jedna na wyspie twardem snem zmorzona,

Skąd zaś była od zbójców morskich uniesiona.

To mówiąc, obraca się, jako więc rzezaną

Z marmuru Latonównę672 albo malowaną

Widziemy, gdy kąpiąc się w rzece, natrafiona

Od myśliwego nagle była Akteona673.

59

Ile może, brzuch kryje z pełnemi piersiami,

A coraz się obraca do niego bokami.

Orland okrętu swego z daleka wygląda

I żeby wszedł do portu, co napręcej żąda,

Chcąc ją, z mocnych łańcuchów pierwej rozwiązaną,

Przyodziać jaką szatą, w okręcie dostaną;

Wtem Obert, król irlandzki, przypadł w prętkiem biegu,

Słysząc, że już morski dziw zdechły beł na brzegu,

60

I że jej jakiś rycerz włożył między zęby

Kotwicę, że nie mogła więcej zawrzeć gęby

I że ją tak do brzegu przyciągnął po wodzie,

Jako przeciwko rzece ciągną wielkie łodzie.

Obert zatem tam nadszedł, chcąc się sprawić, jeśli

O zdechłem wielorybie prawdę mu odnieśli;

Tem czasem jego ludzie Ebudę psowali

I niesłychane szkody po wyspie działali.

61

Król irlandzki, chocia beł Orland umoczony

I krwią plugawej orki wszytek oszpecony,

Która na jego szacie na on czas została,

Kiedy go w sobie orka po niewolej miała,

Poznał go, a tem więcej, że to dobrze wiedział,

Kiedy mu jeden o tej potrzebie powiedział,

Że krom Orlanda inszy nie mógł tam być, coby

Tak niebezpiecznej się śmiał podejmować próby.

62

Znał go dobrze, gdy mieszkał na francuskiem dworze,

Z którego beł rok przedtem pojechał na morze,

Aby po ojcu swojem, który mu ustąpił

Przez śmierć, onego roku na państwo nastąpił.

Częstokroć, tam mieszkając, Orlanda widywał

I mawiał z niem i nieraz z niem pospołu bywał;

I teraz go przywitał i pytał o zdrowie,

Zdjąwszy z siebie przyłbicę, którą miał na głowie.

63

Pokazował to Orland, że tam beł królowi

Nie mniej rad, jako i król beł rad Orlandowi;

A skoro się kilkakroć z sobą obłapili

I spólne pozdrawiania wzajem powtórzyli,

Począł Orland powiadać, jako utrapiona

Olimpia tak była okrutnie zdradzona

I mianował od kogo, że od niewiernego

Birena i pod słońcem najokrutniejszego;

64

I jako mu nie jednem znakiem pokazała,

Że go szczerze i prawie z serca miłowała,

Że i ojca i bracią i państwo straciła

I potem sama umrzeć dla niego myśliła,

I że o tem nikt nadeń nie mógł lepiej wiedzieć,

Co był przy tem i umiał o wszytkiem powiedzieć.

Gdy mówił, Olimpia barzo się wstydziła

I łzami ociężałe źrzenice moczyła.

65

Twarz jej beła podobna na wiosnę pięknemu

Niebu, jeszcze niedobrze wypogodzonemu,

Gdy deszcz idzie i słońce w tenże czas odgania

Chmurę około siebie, która je zasłania.

Jako więc słowik płacze między przybranemi

Dopiero w swą zieloność liściami gęstemi,

Tak w jej pięknych łzach pióra Kupido maczając,

Lata sobie, jasnego światła zażywając.

66

I złote swoje strzały rozpala w płomieniu

Jej oczu i potem je ugasza w strumieniu,

Który spada po kwieciu białem i rumianem

I dopiero żeleźcem tak uhartowanem

Trafia króla, którego ani zbroja broni

Ani paiż674 zasłania od śmiertelnej broni.

Gdy tak patrzy na oczy i twarz pięknej panny,

Czuje, że już jest w serce, nie wie jako, ranny.

67

Tej była Olimpia, choć w smętku, gładkości,

Jakiej dziś rzadko widać na świecie piękności,

Nie tylko z stanu675, kształtu, nie tylko z urody,

Nie tylko włosy piękne, oczy i jagody,

Usta i nos i szyję i ramiona miała,

Lecz i te części, które szata zakrywała;

Idąc na dół od piersi, podomnoby były

Wszytkich inszych na świecie dziewek zwyciężyły.

68

Białością przechodziły śniegi nieruszane,

Miękkością świeże woski, ogniem rozgrzewane;

Okrągłe piersi beły podobne do mleka,

Które dopiero piękna wydoiła ręka,

A wązkie zstępowało pole między niemi,

Równie, jako doliny więc między małemi

Pagórkami widziemy, pięknie położone,

Śniegami, co dopiero spadły, napełnione.

69

Bok wydatny i żywot bez zmarski676 pięknemu

Zwierciadłu beł podobien polerowanemu;

Nogi białe zdały się, że były toczone

Albo Fidyaszową677 ręką urobione.

Milczę o innych członkach jej pięknego ciała,

Które w on czas przed niemi darmo zakrywała;

To samo tylko powiem, że w niej zgoła była

Wszytkie doskonałości piękność zgromadziła.

70

I by ją beł frygijski widział pasterz młody,

Kiedy na Idzie sądził trzech bogiń niezgody678,

Chocia tam Wenus jabłko złote otrzymała,

Podomnoby go jej zaś ustąpić musiała;

I nie szedłby beł pewnie w amiklejskie strony679

Gwałcić gościnne prawa i brać cudze żony;

Owszemby beł raczej rzekł: »Zostań przy Helenie,

»Menelae, bo u mnie ta jest w więtszej cenie«.

71

I kiedyby miała być na on czas w Krotonie680

Kiedy Zeuksys681 swój obraz, który miał Junonie

Ofiarować, malował, gdzie nago stanęły

Przed niem te wszytkie, które gładkością słynęły;

I aby doskonałą jednę wymalował,

To z tej, to z owej części chwalniejsze wyjmował:

Nie miał wziąć inszej nad tę, bo wszytkie piękności

I wszytkie w sobie miała ta doskonałości.

72

Ja tak mniemam, że Biren jej pięknego ciała

Nigdy nago nie widział, bobym ja bez mała

Przysiągł na to, żeby beł nie mógł być tak srogi,

Aby jej beł tak samej odjechał niebogi.

Tem zawieram, że Obert tak beł zapalony,

Że w niem nie mógł być ogień wielki zatajony;

Cieszy ją i mówi jej, że się prętko skróci

Jej smętek i że się jej w pociechę obróci.

73

I z nią do Olandyej jechać obiecuje

I przywrócić jej państwo ojczyste ślubuje

I pokarać Birena pomstą sprawiedliwą

Za niewdzięczność i jego zdradę niecnotliwą,

Chcąc na to wszytkie siły królestwa swojego

Obrócić, nie czekając z tem czasu długiego.

A wtem rozkazał, aby wszędzie szat szukano,

W któreby Olimpią zarazem ubrano.

74

Słać dla nich w insze kraje nie było potrzeba:

Mógł ich dostać na wyspie, ile było trzeba.

Bo na każdy dzień nowe w Ebudzie miewali

Z tych, które strasznej rybie na pokarm dawali.

Nie zbyt długo szukano, jako na ostatek

Przyniesiono ich wielki do króla dostatek;

W te ubrał Olimpią, acz go to bolało,

Że jej nie mógł tak ubrać, jako mu się zdało.

75

Jeszcze nigdy nie była tak piękna robota,

Urobiona z jedwabiów i cienkiego złota,

Nad którą swych dowcipów długo Florenczycy

Zażyli lubo inszy przedni robotnicy,

Żeby godna miała być Olimpiej ciała,

Choćby ją własną ręką Minerwa utkała;

Tak się w niej beły wszytkie zebrały piękności,

Że w niej nie było żadnej niedoskonałości.

76

Dla wielu przyczyn Orland barzo się radował,

Że się król Olimpiej w on czas rozmiłował;

Bo okrom, że Biren miał wziąć słuszne karanie,

O czem pilno obiecał król czynić staranie,

I sam się mógł ciężkiego ciężaru pozbawić,

Dla Olimpiej się tam dłuższy czas zabawić,

Który nie dla niej, ale przybeł w tamtę stronę

Swej miłej, jeśliby tam beła, na obronę.

77

Że tam w on czas nie była, prętko się dowiedział;

Lecz jeśli beła przedtem, coby mu powiedział,

Nie beł żaden, bo wszytek lud na miecz puszczono

I jednego na wyspie nawet nie żywiono.

Drugiego dnia armata z portu wyjechała

I nazad ku domowi sztyry obracała;

Na którą wsiadł i Orland, myśląc z Irlandyej

Znowu się w swoję drogę puścić do Francyej.

78

Nic więcej nad dzień jeden nie chciał się tam bawić,

Wielkie królewskie prośby nie mogły nic sprawić;

Który go wściągał, na co pozwolić nie chciała

Miłość, co go za jego miłą wyprawiała.

Olimpią królowi zaleca żegnając,

Aby jej obietnice ziścił, nalegając;

Acz tego zalecania król nie potrzebował,

Bo czynił dobrze więcej, niżli obiecował.

79

Po wszytkiem swojem państwie zaraz ludzie zbierał,

Związki z królem angielskiem i szkockiem zawierał;

Potem do Olandyej z wojskiem się wyprawił,

Którą wziął i Fryzyą, ale i to sprawił,

Że mu jego poddani właśni, Zelandowie,

Wierzgnęli682 i przedniejszy zelandzcy panowie.

Potem go poimawszy, pozbawił żywota;

Wprawdzie kaźń beła lżejsza, niż jego niecnota.

80

Obert wziął Olimpią za żonę i nową

Uczynił ją z grabianki bogatą królową. —

Ale pódźmy do grabie, który morzem jedzie

We dnie i w nocy, gdzie go ślepa miłość wiedzie.

Potem zaś w temże porcie żagle z masztu zbierał,

Gdzie je był rozpiął, gdy się w tę drogę wybierał,

I dalej stamtąd jedzie na Bryliadorze,

Zostawując za sobą wiatr i słone morze.

81

Wierzę, że na ostatku zimy znamienite

Dzieła porobił; ale iż beły zakryte

I jam do tego czasu o nich nic nie słyszał,

Nie winienem, że o nich nic nie będę pisał.

Bo Orland więcej beł zwykł czynić, niżli swoje

Sprawy potem powiadać i czci godne boje,

I wszytkie jego dzieła nie były wiedziane

Okrom tych, które były od świadków widziane

82

Tak zszedł ostatek zimy, że kędy się bawił,

Nie wiedziano, i jeśli co znacznego sprawił.

Ale jak skoro683 słońce sferę oświeciło

W źwierzęciu, które Fryksa na sobie nosiło684,

I kiedy zasię znowu Zefirowie mili

Piękną, wesołą wiosnę na świat wprowadzili,

Wychodziły pospołu z sobą zioła nowe

I wielkie, zawołane dzieła Orlandowe.

83

Po górach i równinach jedzie, utroskany

I barzo sfrasowany, grabia zawołany,

Gdy wjeżdżając do lasu jednego, wołanie

I żałosne usłyszy jakieś narzekanie.

Bierze, szablę i konia zwiera ostrogami

I skąd on dźwięk wychodzi, obraca wodzami —

Ale wam teraz o tem niechaj nie powiadam,

Bo to wszytko do drugiej pieśni wam odkładam.

Koniec pieśni jedenastej.