XII. Pieśń dwanasta

Argument

Orland gniewliwy goni rycerza srogiego,

Z Angeliką do lasa uciekającego,

I trafia do pałacu, który Atlant stary

Z Kareny dla Rugiera zbudował przez czary;

Tamże chytry czarownik Rugiera prowadzi.

Orland o Angelikę z Feratem się wadzi;

Potem z wojskiem pogańskiem w srogi bój wstępuje,

Nakoniec Izabellę w jaskini najduje.

Allegorye

Pałac Atlantów, gdzie w miłości uwikłani samych siebie nie znają, myśląc tylko o tem, jakoby rzeczy pożądanej dostali, kładzie nam przed oczy ustawiczny labirynt, w którem bez przestanku błądzą ci, którzy się w próżnościach tego świata kochają i że niepowściągliwe żądze nasze zasłaniają nam wzrok rozumu, że i przyjaciół naszych i własnego dobra naszego znać nie możemy, nie myśląc ni o czem, jeno, abyśmy tych rzeczy dostali, których pragniemy.

1. Skład pierwszy

Gdy Ceres wracając się od idejskiej matki685

Do swej pustej doliny, gdzie mocne łopatki

Ciężka góra etnejska depce olbrzymowi,

Gromem postrzelonemu w bok Enceladowi686,

Nie zastała swej drogiej dziewki ulubionej,

Niedostępnej dolinie od niej powierzonej:

Skoro piersiom i twarzy krzywdę udziałała

I złotemu włosowi, dwie sośnie wyrwała.

2

Tem, gdy w ogniu Wulkana były zapalone,

Dała moc, że nie mogły nigdy być zgaszone,

Które na wozie w ręku po jednej trzymając

I zaprzężone lotne smoki poganiając,

Po górach, po równinach, po wodach jechała

I w lesiech jej i w polach i w rzekach szukała,

Na morzu i na ziemi; a skoro zwiedziła

Zwierzchni świat, do piekła się na dół obróciła.

3

By było w mocy, jako było w Orlandowej

Żądzej, naśladować żniw obfitych królowej,

Szukając Angeliki swojej, w one czasy

Zwiedziłby wszytkie także pola, góry, lasy,

Niebo wszytko i morze, z ziemią, nierozdzielne,

Nakoniecby beł poszedł i na dno piekielne;

Ale wozu i smoków skrzydlatych nie mając,

Na koniu jedzie i tam i sam, jej szukając.

4

Naprzód Francyą zwiedził, teraz się namyśla

Do Niemiec i zaś do Włoch i dalej zamyśla

Po starej i po nowej szukać Kastyliej

I z Hiszpaniej dać się przewieźć do Libiej.

Gdy tak myśląc, swą zgubę naleść sobie tuszy,

Nagle go głos płaczliwy jakiś bije w uszy.

Poskoczy tam i ujźrzy przed sobą jednego

Rycerza, kłusem wielkiem pojeżdżającego.

5

Który gwałtem żałosną dziewkę niósł na ręku,

Trzymając ją przed sobą na koniu przy łęku:

Ona z wrzaskiem tam i sam rękami miotała

I na pana z Anglantu o pomoc wołała;

Który, kiedy się jej tam przypatrował pilnie,

Zdało mu się, że to ta beła nieomylnie,

Dla której, pełen troski i wielkiego smutku,

Wzdłuż i wszerz wszytkę zwiedził Francyą bez skutku.

6

Zdało mu się — nie mówię, aby właśnie była

Angelika, co, wiecie, jako go paliła —

A widząc swą boginią smętną, utrapioną,

Gwałtem od nieznanego rycerza niesioną,

Wściekłem gniewem i żalem razem poruszony,

Woła nań strasznem głosem, aby zawściągniony

Stanął i poczekał go, i grozi mu srodze

I koniowi w bok kładzie obiedwie ostrodze.

7

On mu nie odpowiada i nie dba nic na ty

Pogromy, obrócony na zysk tak bogaty,

I tak rączo wciąż bieży przez gęstwę pierzchliwy,

Że wiatr, z niem porównany, zwać może687 leniwy.

Jeden ucieka, drugi goni: lasy one

Brzmią, wrzaskiem pochwycpnej dziewki uderzone;

Z których wbiegli na łąkę wielką, gdzie osobny

Pałac beł na ustroniu wielki i ozdobny.

8

Z marmuru, który sztucznie z wierzchu beł rzezany,

Różnego pyszny pałac beł pobudowany;

Do tego bieżał rycerz w złotą bramę lśniącą,

Niosąc na ręku smętną dziewicę wrzeszczącą.

Przypadł i Bryliador tam po małej dobie,

Mając rozgniewanego Orlanda na sobie;

Który skoro weń wjechał, wszędzie upatrował,

Ale rycerza ani panny nie najdował.

9

Zsiada z Bryliadora i gniewem zażarty,

Głębiej wchodzi i pałac przebiega otwarty

I wszędzie i tam i sam rączo się uwija,

Żadnej sale, żadnego pokoju nie mija.

Skoro daremnie dolne poprzębiegał gmachy,

Po wschodzie wbiegł na piętro pod samemi dachy;

Ale na górnem, jako i na piętrze nizkiem,

I czas i pracą tracąc, nie potkał się z ni zkiem.

10

Muru namniej nie widzi ani gołej ściany:

Wszytek pałac beł w drogie obicie ubrany.

Widzi łoża, usłane złotemi kołdrami,

I pawimenty688 wszytkie, kryte kobiercami.

Z dołu na górę idzie i często się wraca

I wzrok na wszytkie strony żałosny obraca;

Ale nie może ujźrzeć nigdziej rozbójnika,

Od którego porwana była Angelika.

11

Kiedy tak, pełen troski, ukwapliwem krokiem

Po pałacu tam i sam przebiegał szerokiem,

Ferata, Brandymarta, króla cyrkaskiego,

Sakrypanta, tam nalazł i serykańskiego,

Gradasa, z wielą inszych, co przedtem czynili

Próżne drogi i próżno także się silili,

Jako i on, cały dzień, w wieczór i po ranu,

Łając niewidomemu miejsca tego panu.

12

Wszyscy swych bez żadnego skutku zgub szukają,

Złodziejem go i zbójcą wszyscy nazywają:

Ten się o konia, a ten o pannę frasuje,

Ten tej rzeczy straconej, ten owej żałuje.

I tak tam wszyscy, troską utrapieni srogą,

Nie umieją z tej klatki wyniść i nie mogą;

Moc ich, co poimani tą sztuką zostali

I tydnie689 tam i całe miesiące mieszkali.

13

Gdy tak Orland na wielkie pałac bohatyry

Zbudowany przebieżał raz, dwa, trzy i cztyry,

Myśli sobie i mówi: »Kiedybym tu mieszkał

»Dłużej, pracąbym stracił, czasubym omieszkał.

»Mógł się już z nią daleko oddalić niecnota

»Z tego miejsca, przez insze uwiódszy ją wrota«.

Z tą myślą biegł na łąkę wielką, która koło

Zamku była i wszytek okrążała wkoło.

14

Tak około leśnego pałacu biegając,

Co raz twarz pochyloną ku ziemi trzymając,

Z prawej i z lewej strony patrząc pilnie szlaku

I jakiego świeżego nowej drogi znaku,

Usłyszał, że nań z okna głosem coś wołało:

Podnosi wzgórę oczy i tak mu się zdało,

Że słyszał głos i widział swą dziewkę kochaną,

Dla której beł śmiertelną obrażony raną.

15

Zdało mu się, jakoby żałośnie płakała,

I »Rata! przebóg, rata!« na niego wołała.

»Oddajęć swe panieństwo, o które się boję

»Barziej, niżli o żywot, bo o ten nie stoję.

»Takli to przy bytności wiernego mojego

»Orlanda mam być wzięta od zbójcę srogiego?

»Zabij mię ty sam raczej, bo będę wolała,

»Aniżbym przyść na los tak nieszczęśliwy miała«.

16

Za temi słowy Orland wszedł między podwoje

I kilka razów wszytkie pobiegał pokoje

Z pracą wielką i z troską niewypowiedzianą,

Jakokolwiek z nadzieje trochą pomieszaną;

Czasem się przysłuchywa głosowi onemu

Angeliki kochanej jego podobnemu,

I gdy stoi w tej stronie, z tamtej go dochodzi

On głos płaczliwy, ale nie wie, skąd wychodzi.

17

Teraz Rugiera wspomnię, który ciasną drogą

Olbrzyma wzrostem wielkiem i postawą srogą

Gonił tak długo z panną uciekającego,

Aż na łąkę przestroną wbiegł z lasu wielkiego.

A teraz tamże przyszedł, kędy przedtem chwilę

Orland przybeł, jeśli się na miejscu nie mylę.

Olbrzym w bramę do swego pałacu ubiega;

Rugier, tuż za niem bieżąc, tylko go nie sięga.

18

A skoro jeno wbieżał i przeniósł za progi

Bogatego pałacu ukwapliwe nogi,

Olbrzyma ani panny już nie widzi więcej

I szedł między otwarte podwoje co pręcej.

Dolne piętro zbiegawszy, przez szerokie wschody

Na górze, ale darmo, szuka rycerz młody;

Nie może pojąć, gdzie się tak prętko podziała,

Gdzie się panna z olbrzymem tak nagle schowała.

19

Skoro wszytek a wszytek zbiegał pałac ślepy

I izby i komnaty i sale i sklepy,

Znowu ukwapliwemi powraca krokami

I szuka pod samemi nakoniec wschodami.

Ale potem, iż jem być w blizkiem lesie tuszy,

Stamtąd idzie, a w tem go głos uderzył w uszy,

Tenże, co i Orlanda, za którem powrócił

I znowu się do zamku bogatego wrócił.

20

Jednaż osoba i głos, który Orlandowi

Zdał się być Angeliki, teraz Rugierowi

Zda się zaś, że jest własny dziewice z Dordony,

Dla której beł miłości ogniem zapalony.

Jeśli się Gradasowi lub komu inszemu

Z tych, którzy tam błądzili, ożywa każdemu,

Zda się, że to ona rzecz, której pożądają

I której po pałacu tam i sam szukają.

21

Niesłychane to beły i niezwykłe czary,

Które Atlant z Kareny wynalazł był stary,

Aby Rugier przez onę tak foremną sprawę

Tak długo koło tego miał swoję zabawę,

Ażby skutki minęły złych gwiazd i ustały,

Co prętką młodzieńcowi śmierć obiecowały.

Nie pomogła Alcyna i zamek stalony:

Chce znowu swych sztuk skusić Atlant nauczony.

22

Lecz nie tylko Rugiera, ale naprzedniejsze

Rycerze chrześcijańskie i co najmężniejsze

Pragnął Atlant wprowadzić w pałac znamienity,

Aby Rugier nie mógł być z ich ręki zabity;

A żeby wszyscy, póki tam bawić się mieli,

Niedostatków i głodów jakich nie cierpieli,

Tak opatrzył on pałac, że na długie czasy

Mogli mieć w nim rycerze i panny swe wczasy.

23

Ale się do katajskiej chcę wrócić królewny,

Która, jakom powiedział, miała pierścień pewny,

Który, w gębie trzymany, oczy odejmował,

A na palcu od czarów każdego warował.

Słyszeliście, jako gdy do jaskiniej wlazła,

I potrawy i szaty gotowe nalazła,

Na klaczę się i insze potrzeby zdobyła

I wrócić się do swego królestwa myśliła.

24

Radaby w towarzystwie swem Sakrypantowi

Królowi z Cyrkas była albo Orlandowi,

Nie, że była chętniej sza temu, niż owemu,

Bo jednako się twardą stawiła każdemu;

Ale iż przez tak wiele miast jechać musiała;

Ponieważ na wschód słońca drogę przed się brała,

Towarzysza jej beło i wodza potrzeba,

A nad tych lepszych dostać i myślić nie trzeba.

25

Długo i Sakrypanta i grabie szukała,

Niżli o nich języka pewnego dostała,

Po miastach, po miasteczkach, po zamkach obronnych,

Po górach i po lesiech i po wsiach ustronnych;

A teraz ją fortuna, co jej w tem służyła,

Gdzie beł król z Cyrkas, Orland, Ferat, wprowadziła,

Gradas, Rugier i inszy rycerze wybrani,

Od Atlanta czarami dziwnie uwikłani.

26

Tam wchodzi niewidziana od czarnoksiężnika,

Zakryta swem pierścieniem piękna Angelika,

Widzi, że jej Sakrypant i Orland szukają

I po wielkiem pałacu tam i sam biegają,

I jako jej obrazem czarownik zmyślonem

Oszukiwji ich wielu, gusłami sprawionem;

Sama w sobie, którego z nich ma wziąć, rozbiera,

Ale w tem nic pewnego jeszcze nie zawiera.

27

Nie może poznać, kogo ma mieć za lepszego,

Jeśli Orlanda, jeśli króla cyrkaskiego;

Orland ją może lepiej przewieść swą dzielnością

Przez niebezpieczne miejsca i swoją śmiałością;

Ale gdzieby go sobie za wodza obrała,

Jakoby go zaś mogła zniżyć, nie widziała,

Kiedyby go uczynić mniejszem lub odprawić

I nazad do Francyej chciała zaś wyprawić.

28

Sakrypanta zaś może złożyć, kiedy trzeba,

By go dobrze wsadziła i na same nieba.

Z tej przyczyny się raczej do niego skłoniła

I mieć go swojem wodzem w drodze umyśliła.

Pierścień w gębie trzymany zarazem wyjmuje

I zasłonę mu z oczu, z twarzy swej zdejmuje;

Mniemała, że się jemu tylko ukazała,

Lecz, że wtem Orland przypadł i Ferat, ujźrzała.

29

Orland i Ferat, którzy po bogatem dworze,

Oba w każdem pokoju i w każdej komorze,

Na górze i na dole i wkoło szukali

Tej, którą, jako wiecie, z dusze miłowali,

Zbiegli się wszyscy do niej, bo jem nie wadziły

Żadne czary, żadne jem gusła nie szkodziły:

Pierścień, który na palcu miała, wszytkie czary

Próżne czynił, które beł sprawił Atlant stary.

30

Zbroje mieli na sobie, szyszaki na głowie,

Oba, o których śpiewam, dwa bohatyrowie,

I nigdy ich, jako tam jedno przyjechali

Do pałacu onego, z siebie nie składali.

We dnie je ustawicznie i w nocy nosili,

Że się jem, jako szacie, tak przyzwyczaili;

Ferat także beł zbrojny, krom że nie okrywał,

Głowy hełmem, bo go chcąc nigdy nie używał,

31

Ażby beł on tak sławny wydarł Orlandowi,

Który był także Orland odjął Almontowi,

I przysiągł na to w ten czas, gdy darmo laskami

Argalego szyszaka sięgał pod wodami.

I jeśli mu się Orland w on czas ukazował,

A Ferat się z niem, jako przysiągł, nie skosztował,

To z tej przyczyny poszło, że się nie poznali,

Póki w onem pałacu pospołu mieszkali.

32

Bo tak beł od Atlanta pałac uczonego

Sczarowany, że jeden nie mógł znać drugiego.

We dnie i w nocy mieczów nie odpasowali,

Zawżdy zbroje na sobie i tarcze miewali,

Ich konie także beły zawżdy posiodłane,

Z munsztukami na łękach; które zgotowane

Jadły w stajniej przy wrociech i owsy i siana,

Czekając pogotowiu każdy swego pana.

33

Nie może ich utrzymać Atlant, aby w siodła

Nagle nie mieli wsiadać: tak je miłość bodła,

Że się zaraz za twarzą gładką i złotemi

Włosami i oczami udali czarnemi

Panny, co uciekając klaczę poganiała,

Bo w towarzystwie jednem nie rada widziała

Razem trzech miłośników, aczby była wzięła

I jednego po drugiem każdego przyjęła.

34

Skoro je tak daleko piękna Angelika

Odwiodła od pałacu, że od czarownika

Mogli być bezpiecznemi, tak że ich onemi

Dłużej tam trzymać nie mógł czarami swojemi,

Pierścień, którem się nie raz i nie dwa wykradła,

Zdjąwszy z palca, w różane wargi sobie kładła

I zginąwszy jem z oczu, nagle się ukryła

I tak je, jako błazny jakie, zostawiła.

35

I co wziąć z sobą w drogę przedtem pewnie chciała

Grabię lub Sakrypanta, w którą jechać miała,

Aby przez nich do państwa beła Galafrona,

Do ostatecznych wschodnich granic przewiedziona,

To teraz harda dziewka obiema wzgardziła

I w oka mgnieniu pierwszą żądzą odmieniła,

Nie chcąc być nic powinna grabi i królowi,

A dufając samemu swemu pierścieniowi.

36

Oni, tak oszukani, po lesie biegają

I tam i sam zdumiałe twarzy obracają,

Jako ogar, któremu liszka albo zając

Zginie, co go poimać już chce, doganiając,

Kiedy mu albo w jamę, niżli go dopadnie,

Albo w dół albo w gęstwę wielką nagle wpadnie.

Angelika się śmieje, której nikt nie widzi,

Patrząc na ich postępki, i z nich sobie szydzi.

37

Szła przez las jedna droga, którą się udali,

I wszyscy rącze konie za nią obracali,

Rozumiejąc, że przez tę przed niemi zjechała

I iż inszej nie było, że tą biedz musiała.

Orland bieży i Ferat także nie postawa,

Ale i król cyrkaski za nią się udawa;

Angelika wodzami klaczę zatrzymywa,

Bieży także za niemi, ale mniej skwapliwa.

38

Kiedy tam przybieżeli, gdzie w głębokiem lesie

Wszytkie ścieszki zginęły, patrzyć w onem czesie

Poczęli, jeśli w trawie nie znać belo znaków

I kopyta końskiego świeżo bitych szlaków;

Wtem na obu hiszpański rycerz, nad którego,

Jeśli go ja dobrze znam, chłopa pyszniejszego

Jako żywo podomno nie było na świecie,

Krzywo patrząc, zawoła: »A wy gdzie jedziecie?

39

»Jeśli chcecie być żywi i zdrowi, tak wiedzcie,

»Albo stąd w inszą drogę albo nazad jedźcie;

»Nie chcę ja towarzysza tam, kędy miłuję,

»I tam, gdzie mojej dziewki szukam i szlakuję«.

Orland zaś Cyrkasowi: »Ja nie wierzę, aby

»Więcej nadto miał mówić, gdyby nas za baby

»Nikczemne miał obydwu, fukając tak śmiele,

»Jakobyśwa dopiero wstała od kądziele«.

40

Do niego zaś: »Ty, chłopie, co się tak wynosisz,

»Bych na to nie miał względu, że hełmu nie nosisz,

»Terazbyś się zarazem odemnie dowiedział,

»Jeśli to dobrze, czy ile, coś teraz powiedział«.

Ferat na to odpowie: »Tobie co do tego,

»Kiedy tak chcę i kiedy mogę być bez niego?

»Ja sam jeden, choć nie mam szyszaka na głowie,

»Z wami obiema czynić gotowem, błaznowie!«

41

»Jakoś dobry — rzekł zatem grabia Cyrkasowi —

»Pożycz swego szyszaka temu szaleńcowi,

»Iż mu muchy, co mu mózg we łbie pomieszały,

»Wypłoszę, że nie będzie potem tak zuchwały«.

Sakrypant grabi na to: »Jeśli twe żądanie

»Słuszneć się zda, kiedy mię tak namawiasz na nie

»Pożycz mu ty sam swego: i jam tej otuchy,

»Że mu tak, jako i ty, wypędzę te muchy«.

42

Hiszpański zasię na to rycerz się ozowie:

»Kiedyby mnie szyszaka potrzeba, błaznowie,

»Jużbyście wy tych swoich obadwa nie mieli,

»Bobym je wam gwałtem wziął, choćbyście nie chcieli;

»Ale tak macie wiedzieć — wie ich o tem dosyć —

»Żem ślub uczynił nigdy szyszaka nie nosić

»Okrom jednego, który zwykł miewać na głowie

»Jeden rycerz francuski, Orlandem się zowie«.

43

Rozśmiał się grabia za tą Feratową mową,

I: »Masz z to690 — prawi — serca, że z odkrytą głową,

»Bez szyszaka uczynić to chcesz Orlandowi,

»Co on Agolantowemu uczynił synowi?

»Kiedybyć stanął w oczu, coś to śmiały z mowy,

»Drżałbyś wszytek od strachu od pięty do głowy;

»Nie tylkobyś mu hełmu nie wziął, ale swoję

»I tębyś mu dać musiał po niewolej zbroję«.

44

»Jużem się ja — rzekł Hiszpan chlubny — nieraz kusił

»O Orlanda, jużem go kilkakroć przymusił,

»Żebych mu beł (acz się sam nierad chwalić muszę)

»Nie rzkąc hełm wydarł, ale i zbroję i duszę.

»Żem tego nie uczynił, często przypadają

»Nowe myśli, często się ludzie odmieniają.

»Na on czasem go nie wziął i mam stąd przyganę:

»Teraz tuszę, że gwałtem łatwie go dostanę«.

45

Nie chciał być dłużej już pan z Anglantu cierpliwy.

»Kiedyś — pry691 — w którem kraju, kłamco niewstydliwy,

»Sprośny, brzydki Maranie692, zemną się kosztował693?

»Niech wiem, kiedyś mię pożył, kiedyś mi folgował?

»Jam jest Orland, z którego chluby darmo szukasz,

»Tusząc, że jest daleko, ale się oszukasz;

»Wraz patrz, jeśli ty szyszak mnie, czyli ja twoję

»Będę mógł wydrzeć, co ją masz na sobie, zbroję.

46

»A nie chcę nic mieć nad cię«. — Wtem sznur rozwięzował

U szyszaka i z głowy prętko go zdejmował,

Zawiesił go na dębie i biegł na Hiszpana,

W ręku się mu dobyta błyska Duryndana.

Nie ulękł się go namniej Ferat zawołany;

Miecza od boku dobeł i sam w się zebrany,

W jednej ręce mając miecz ostry, piorunowy,

Drugą, tarcz wystawując, strzegł odkrytej głowy.

47

Zaczem oba ćwiczone konie obracali

I z tej i z owej strony na się nacierali,

Gdzie były blachy spięte hartowanem nitem,

Szukając gwałtem drogi mieczom jadowitem.

Żadna para na świecie równiejsza nie była,

Coby się z sobą niemal we wszytkiem zgodziła;

Równego byli serca, siły i dzielności

Równej, bo żaden nie mógł być ranny z twardości.

48

Nie wiem, jeśli to wiecie, że beło stwardziało

Przez czary wszytko prawie Feratowe ciało,

Okrom tam, kędy dziecię, kiedy u macierze

W żywocie jeszcze leży, pierwszy pokarm bierze;

I póki jeno beł żyw, zawsze tę część ciała,

Która będąc wątpliwa, ranom podlegała,

Ubezpieczał, jako mógł, sposobem wszelakiem

Z wypławnego694 żelaza blachem695 siedmiorakiem.

49

Także właśnie i Orland beł uczarowany,

Że jego ciało żadnej nie bało się rany,

Okrom pod podeszwami u obu nóg, które

Kryły jako nabarziej zawżdy miękką skórę.

Ostatek beł, jak marmur, jeśli wieść nie plecie,

Co to za szczerą prawdę rozniosła na świecie.

Obadwa wprawdzie zawżdy zbroje zażywali

Dla ozdoby, nie żeby jej potrzebowali.

50

Co raz sroższe, co raz trwa straszliwsze potkanie,

Bojaźń i strach zejmuje na samo patrzanie.

Ferat siecze i sztychy zadawa śmiertelne,

Skąpych cięcia nie czyni, ale wszytkie pełne.

I Orland mężny niemniej, gdzie zatnie po zbroi,

Rwie, dziurawi, a czasem sztukę jej ukroi.

Nikt ich zgoła nie widzi okrom Angeliki,

Co niewidoma, widzi swoje miłośniki.

51

Bo przedtem król cyrkaski, tusząc i mniemając,

Że niedaleko przed niem biegła, uciekając,

Skoro wszedł pan z Anglantu z Feratem w bój srogi,

Puścił się i pobieżał rączo do tej drogi,

W którą, jako rozumiał, obrócić się miała,

Gdzie jem z oczu zniknąwszy nagle, ujechała.

Tak, że tam sama tylko Angelika była,

Co na ono potkanie okrutne patrzyła.

52

Gdy tak stojąc na stronie, chwilę na wątpliwy

I na on pojedynek patrzyła straszliwy,

Który się jej na wadze zdał być położony

I równo niebezpieczny z tej i z owej strony,

Zamyśla jem wziąć szyszak, o który się bili,

Aby tylko widziała, coby też czynili,

Postrzegszy, że beł wzięty; acz go w onej dobie

Nie myśliła długo mieć i trzymać przy sobie.

53

Myśli go grabi wrócić, lecz pierwej igrzysko

Chce sobie z niem uczynić i przyszedszy blizko,

Zdejmuje go z gałęzi i kładzie go w łono

I chwilę na rycerzów patrzy i na ono

Potkanie; potem dalej stamtąd się udała

I już beła opodal od nich odjechała

Pierwej niżli, że hełmu niemasz, obaczyli:

Tak się beli obadwa gniewem zapalili.

54

Ferat napierwej postrzegł i napierwej zoczył,

Że szyszaka nie było i prętko odskoczył

Od Orlanda i rzekł mu: »Pięknieć nam wyrządził

»Ów rycerz, który z nami w towarzystwie błądził!

»Pytam, jaką zwycięzca ma odnieść nagrodę,

»Kiedy wziął szyszak, co nas wprawił w tę niezgodę?«

Cofnie się Orland, patrzy na drzewie, pod drzewem

I szyszaka nie widzi: pała wielkiem gniewem.

55

I zgodził się z słowami w tem Feratowemi,

Że go wziął rycerz, który beł pospołu z niemi;

Zaczem się przeciw swemu koniowi zapuścił

I wsiadł nań i wodze mu do biegu wypuścił.

Widząc Ferat, że z placu pan z Anglantu zjechał,

Wpadszy na konie, za niem skwapliwy pojechał;

Wtem przybiegli obadwa tam, gdzie beł ślad pewny

Na trawie Sakrypanta i gładkiej królewny.

56

Puścił się Orland w lewo ścieszką ku dolinie,

Którą Sakrypant jechał, i biegł po równinie.

Ferat ku górom bieżał tam, kędy się zdała

Scieszka, którą królewna świeżo udeptała.

Ona wtem zostawiwszy dwu rycerzów w boju,

Jechała i trafiła do ciemnego zdroju,

Który w swem chłodzie miłe odpoczynki dawał

I upragnione często pielgrzymy napawał.

57

Nie myśląc, aby ją tam miał kto zastać w chłodzie,

Stanęła przy ciekącej, przejźroczystej wodzie

I żadnego przypadku złego, żadnej trwogi

Nie boi się, na palcu mając pierścień drogi.

Naprzód hełm, skoro klaczę wściągnęła wodzami,

Powiesiła na rózdze między gałęziami,

Potem po lesie drzewa lepszego szukała,

Żeby klaczę, gdzieby się pasła, uwiązała.

58

A wtem Ferat, który się beł po onem boju

Jej śladem puścił, za nią przybieżał do zdroju.

Skoro go Angelika pierzchliwa ujźrzała,

Zniknęła mu i przed niem rączo ujeżdżała.

Nie wzięła hełmu, co spadł z rózgi, bo się była

Już daleko od miejsca tego oddaliła.

Skoro ją, przypadszy tam, mężny Ferat zoczył,

Wnętrznej pełen radości, rączo ku niej skoczył.

59

Ale mu, jakom wam rzekł, nagle z oczu znika

Tak, jako nocna mara, gdy się kto ocyka.

On jej po gęstem lesie i tam i sam szuka

I nie mogąc jej naleść, na swe bogi fuka:

Trewigantowi696 winę rozgniewany daje,

Bluźni i fałszywemu Makonowi łaje.

Potem się na zad wrócił i do zdroju bieżał

Tam, kędy między trawą hełm Orlandów leżał.

60

Poznał go zaraz Ferat po piśmie, na litem

Złocie około brzegów misternie wyrytem

Wielkiemi literami, które powiadały,

Gdzie, jako, kiedy, komu wziął go grabia śmiały.

Zaraz go Ferat włożył na głowę z radością,

Choć się wewnątrz na sercu gryzł wielką żałością

O piękną Angelikę, co mu z oczu znikła

Tak prętko, jako znikać nocna mara zwykła.

61

Skoro weń głowę ubrał, widzi i uznawa,

Że mu do zupełnego szczęścia nie dostawa

Naleść pannę, co mu się to ukazowała,

To, jako błyskawica, nagle zaś znikała.

Szuka po wszytkiem lesie, zwiedza wszytkie knieje;

A iż mu coraz to mniej zostawa nadzieje,

Aby ją miał gdzie naleść, przeciw Paryżowi

Ku hiszpańskiemu prosto jechał obozowi,

62

Ulżywając niesmaku i swojej żałości,

Którą miał, że nie przywiódł do skutku miłości,

Tem, że jako ślubował, panem szyszakowi

Został, który należał cnemu Orlandowi.

Orland potem długi czas szukał swojej zguby,

Dowiedziawszy się, jakie Ferat czynił chluby

Z tej zdobyczy; któremu nie odjął szyszaka,

Aż kiedy u dwu mostów zabił nieboraka.

63

Angelika tem czasem jedzie niewidziana,

Sama tylko, żałosna i ufrasowana

Oto, że się tak barzo na on czas trapiła,

Że u zdroju wyborny szyszak zostawiła.

»Chcąc uczynić — tak z sobą rozmawiać poczęła —

»To, co mi nie należy, hełmem grabi wzięła;

»To jest pierwsza za jego posługi nagroda,

»Którą mu płacę: i żal i tak wielka szkoda!

64

»Bóg mi świadek, że myśli moje dobre były,

»Choć różne od nich i złe skutki nastąpiły.

»Jam go wzięła, abym tem straszliwą rozwiodła

»Bitwę, co się na wielkie złe była zawiodła,

»Nie dla tego, aby się temu szgetnikowi

»Przez mój śrzodek miał dostać dziś, poganinowi«.

Tak w on czas Angelika do siebie mówiła,

— Narzekając, że hełmu Orlanda zbawiła.

65

Zbyt żałosna i sama na się rozgniewana,

Czasem wszytkiem odkryta, czasem niewidziana,

Według, jako potrzeba jej ukazowała,

Przeciw wschodowi słońca pilnie pojeżdżała.

Przebywszy wiele krajów, kiedy to kończyła

Swoję drogę, na lesie młodzieńca trafiła,

Który leżał, w pół piersi raniony, na ziemi

Między towarzyszami dwiema zabitemi.

66

Ale was Angeliką nie chcę więcej bawić,

Bo siła rzeczy pierwej trzeba mi odprawić,

Jako o Sakrypancie, także o Feracie

Darmo teraz odemnie rymów wyglądacie.

Bo mię do siebie woła zacny grabia z Brawy

I każe mi, abym w przód śpiewał jego sprawy,

Prace, trudy, kłopoty niewypowiedziane,

W żądzej nieokreszonej697 bez końca cierpiane.

67

W pierwszem mieście na drodze onej zawołany

Rycerz — bo zawsze chciał być i jeździć nieznany —

Nie patrzając, lub zły beł lub dobry, na nowy

Hełm się zdobył, odkrytej nie chcąc nosić głowy.

Jaki jest, nie pomaga, wadzi mu też mało:

Żadnych się ran nie boi sczarowane ciało.

Tak zbrojny, za żądzami swemi jedzie rączo;

Nie może go wściągnąć dzień, noc, deszcz i gorąco.

68

Beł ten czas, kiedy Febus, złoty dzień na łonie

Niosąc z morza, wyganiał umaczane konie

I jutrzenka z koszyka złotego zrzuconem

Zdobiła niebo kwieciem żółtem i czerwonem

I kiedy tańce swoje gwiazdy odprawiły

I odchodząc, na twarzy zasłony włożyły,

Kiedy mijając Paryż, wielki znak śmiałości

Orland jawnie ukazał i swojej dzielności.

69

Potkał się jednego dnia ze dwiema wielkiemi

Pułkami pogańskiemi: jeden wiódł pod swemi

Chorągwiami Manilard, król norcki698, do rady,

Tak jako opowiadali, lepszy, niż do zwady;

Drugi zaś król prowadził wielki z Tremizeny699,

Między Afrykanami rycerz wielkiej ceny

I wielkiej sławy z męstwa; ci, którzy go znali,

Aldzyrdem go imieniem własnem nazywali.

70

Ci dwaj z sarraceńskiemi inszemi wojskami

Onę zimę długiemi trawili leżami,

Ci bliżej, a ci dalej miasta położeni,

Po wsiach i po miasteczkach wkoło rozprószeni,

Bo się o Paryż darmo kilkakroć kusiwszy

I kilka pod niem szturmów Agramant straciwszy,

Nakoniec się namyślił oblężeniem raczej

Kusić się oń, dostać go nie mogąc inaczej.

71

Czego chcąc dowieść, wojsko potężne zgromadził,

Bo krom tych, co z Afryki z sobą przyprowadził,

I tych, które królestwo hiszpańskie możnemu

Wyprawiło królowi swemu Marsylemu,

We Francyej służebnych siła naprzyjmował,

Bo już beł od Paryża wszytko opanował

Aż po brzegi arliskie700 i wszytkie Gaszkony,

Krom kilku zamków mocnych od północnej strony.

72

A teraz, jako skoro śnieg i zimne lody

Poczęły się obracać nagle w ciepłe wody

I łąki się okrywać nowemi trawami

I lasy się odziewać gęstemi liściami,

Rozkazał król Agramant, aby się stawili

Ci wszyscy, co za jego fortuną chodzili,

Chcąc główny popis wojska uczynić wszytkiego

I do porządku przywieść swe rzeczy lepszego.

73

Na to szedł król norycki701 i król z Tremizeny,

Aby nie omieszkali tam, gdzie Sarraceny

Wszytkie przed Agramantem miano popisować

I które były zeszły, roty wybrakować,

Z temi pułkami, gdy się na popis ruszały,

Z trafunku się, jakom rzekł, potkał grabia śmiały,

Szukając, jako beł zwykł, tej, co go w więzieniu

Miłości w ustawicznem trzymała trapieniu.

74

Skoro Aldzyrd Orlanda ujźrzał, nad którego

Na świecie bohatyra nie beło więtszego,

Na twarz wściekłą i na wzrok srogi i surowy,

Na harde, groźne czoło okazałej głowy

I na straszliwą postać zdziwił się i zdumiał

I że to rycerz wielki musiał być, rozumiał;

Zaczem go chęć gorąca poczęła ujmować

Skusić się i boju z niem strasznego skosztować.

75

Młody Aldzyrd i zawżdy pełen beł hardości

Z wielkiej siły, z wielkiego serca i dzielności,

I harcując na koniu, wypadł przed wszytkiemi;

Ale mu lepiej beło w szyku między swemi,

Bo na pierwszem potkaniu z konia beł zwalony

I przez serce od grabie drzewem702 przebodziony.

Koń zbywszy jeźca, w długą ucieka703 i kędy

Wpadnie, uszykowane wszędzie miesza rzędy.

76

Zaczem się okrutny krzyk i straszny rozlegał

I bił rzadkie powietrze i nieba dosięgał.

Jako skoro ujźrzeli, że tak wielką raną

Na ziemi krew król młody wylewał rumianą,

Wszyscy się na Orlanda nagle obracają

I cięte mu i kłóte razy zadawają;

Ale tych beło więcej, którzy nań strzelali

I co go pierzystemi bełtami704 sięgali.

77

Z jakiem hukiem źwierzęta, ubrane w szczeciny,

Zbiegają się do kupy z gór albo równiny,

Kiedy wilk srogi z jamy skrytej, przemorzony,

Albo niedźwiedź z blizkich gór, głodem przymuszony,

Porwie i w las unosi nazimca705 młodego,

Kwiczącego i stado zwoływającego,

Z takiem się w on czas zgraja pogańska zbiegała

I »Bij! bij!« na Orlanda mężnego wołała.

78

Razem tysiąc strzał, mieczów, grotów zbroja miała,

Tyle drugie także tarcz na sobie trzymała.

Ci nań z prawej, ci z lewej strony nacierają,

Ci go z przodku, a tamci z tyłu go sięgają;

Ale on niestrwożony i broni tak wiele

I obrócone na się wraz nieprzyjaciele

Tak waży, jako owiec by najwiętsze stada

Wilk, szukając głodnemu brzuchowi obiada.

79

Trzymał w potężnej ręce straszliwy miecz goły,

Którem na głowę wszytkie bił nieprzyjacioły,

Że ktoby porachować i liczbę chciał wiedzieć

Pobitych, długo nad tem musiałby posiedzieć.

Krew ciecze strumieniami po drodze pełnemi,

Pola się okrywają trupami gęstemi;

Bo żadne zbroje, tarcze, szyszaki, kaftany

Nie mogą Orlandowej strzymać Duryndany,

80

Ani żadne zawoje, choć miąższo dokoła

Zwite, powierzonego pilnie strzegą czoła.

Nie tylko po powietrzu skargi niepojęte,

Ale i ręce lecą i głowy ucięte;

Śmierć w wielkiej liczbie twarzy straszliwych igrzyska

Odprawuje i leje krwią pobojowiska,

Mówiąc do siebie: »W ręce Orlandowej — prawi —

»Więcej, niż sto moich kos, Duryndana sprawi«.

81

Jedno cięcie drugiego cięcia ledwie czeka.

Pogaństwo rozgromione tam i sam ucieka,

Co pierwej wielkiem pędem do niego bieżało,

Właśnie tak, jakoby go żywo połknąć miało;

Żaden, byle się tylko mógł wymknąć z ciasnego

Boju, na przyjaciela nie czeka miłego.

Jeznych strach opanował, w pieszych wielka trwoga,

Nikt nie pyta, jeśli zła, jeśli dobra droga.

82

Męstwo swoje źwierciadło wszędzie wystawuje,

Które każdą na duszy zmarskę706 ukazuje.

Nikt się w niem nie chce przejźrzeć krom starca jednego,

Któremu wiek krwie ujął, nie serca śmiałego.

Ten w niem widział, że lepiej beło iść ochotnie

Na śmierć uczciwą, niżli uciekać sromotnie.

Król to beł z Norycyej707, który z wielkiem gniewem

Biegł przeciw Orlandowi z wymierzonem drzewem708.

83

Prawda to, że je dobrze o tarcz jego skruszył,

Ale samego z siodła bynamniej nie ruszył;

On, który w ręku trzymał miecz goły gotowy,

Manilarda w mijaniu uderzył w róg głowy.

Tak jego szczęście chciało i tak się trafiło,

Że się tylcem709 żelazo grabi obróciło,

Jako to często bywa; atoli tem razem

Ogłuszony z siodła się pochyla zarazem.

84

Potem spadszy, na wznak się na ziemię wywraca,

Ale się Orland mężny do niego nie wraca,

Na inszych bieży; bije, wali, siecze, kole

I pędzi potrwożonych przez szerokie pole.

Jako więc na powietrzu rządkiem mali ptacy

Przed krogulcem się kryją, wróble albo szpacy,

Tak z hufców rozgromionych jedni uciekają

Albo się różnie710 kryją, drudzy umierają.

85

Nie próżnuje krwawa broń, aż pouciekali

Wszyscy a wszyscy z pola, co żywo zostali.

Orland, gdzie się ma udać, wątpliwy zostaje,

Choć mu beły wiadome tamte wszytkie kraje.

Jeśli się w lewo udać, jeśli w prawo, myśli

I zawżdy ma wątpliwe i odmienne myśli.

Boi się, aby nie wziął przed się próżnej drogi

I tam, gdzie Angeliki niemasz, pełen trwogi.

86

To polami, to jedzie, gdzie się lasy gęsto

Dawaj ą widzieć, o niej pytając się często,

A jako, zamyślony, sam z siebie samego,

Tak beł i z drogi wyszedł i z toru bitego

I trafił w górę, w której rozczepiona skała

W nocy jasne promienie cienkie wydawała.

Tam swego Bryladora wodzami kieruje

I jeśli Angeliki niemasz, upatruje.

87

Jako więc pospolicie w jakiem chróście nizkiem

Albo i w gołem polu, nakrytem ścierniskiem,

Gdy zająca szukają po różnych przyłogach711

I po skrześlonych712 chróstach i niepewnych drogach,

Żadnego podobnego miejsca nie mijają,

W każdy kierz, jeśli pod niem siedzi, naglądają:

Tak Orland Angeliki szuka i miejsc siła

Zwiedza, gdzie go nadzieja jaka prowadziła.

88

Na to miejsce skwapliwy pojechał tam, gdzie się

Małe okazowało światło w gęstem lesie,

Wychodząc ciasną dziurą pod górą zieloną,

Co w sobie zakrywała jaskinią przestroną.

Przyjechawszy tam, nalazł z przodku pierwsze czoło

Ostrem cierniem zakryte i głogami wkoło,

Które tak, jako mury, przystępu broniły

I tem, co w niej mieszkali, obronę czyniły.

89

We dnieby się, pewna rzecz, trudno naleść miała,

Ale ją w nocy światłość łatwie ukazała.

Co to było, zarazem Orland się domyślił,

Ale się pewnej rzeczy dowiedzieć umyślił;

I uwiązawszy konia u drzewa wodzami,

Szedł do skrytej jaskiniej cichemi krokami

I wszedł w nię, ostre ciernie na bok uprzątając,

I coby go wprowadził do niej, nie czekając.

90

Przez wiele stopni do niej po wschodzie schodzono

Tam, kędy beło ludzie żywo pogrzebiono.

Twardemi, stalonemi jama niewidziana

Dłuty w skale sklepisto była wykowana;

Słońce się jej po części przecię dostawało,

Acz go, gdzie w nię wchodzono, było barzo mało;

Ale go zasię dosyć przez okno wchodziło,

Które w dziurze nieznacznej z prawej strony było.

91

Na nizkiej, małej ławce, na śrzodku jaskinie,

Przed ogniem, który gorzał na wielkiem kominie,

Panna dziwnej gładkości żałosna siedziała,

W piętnastu lat albo ich mało co mijała;

A tak nadobnej twarzy i tak pięknej była,

Że z onego dzikiego miejsca raj czyniła,

Chocia łez pełne oczy miała ociężałe,

Na sercu skrytej znaki żałości niemałe.

92

Była też tam i baba, która się swarzyła

Z tą młodszą, co w jaskiniej z nią pospołu była.

Ale skoro Orlanda obiedwie ujźrzały,

Zaraz spory ucichły i swary ustały.

Orland obie pozdrowił ludzkiemi słowami,

Jako się zawsze godzi z białemigłowami;

One też wstały z ławy przeciw Orlandowi,

Czyniąc wielką uczciwość nowemu gościowi.

93

Prawda, że się obiedwie zrazu polękały,

Skoro niespodziewany on głos usłyszały

I ujźrzały, że do nich wszedł rycerz surowy

Nagle, a wszytek zbrojny od stopy do głowy.

Orland ich pytał, kto tak beł niesprawiedliwy,

Tak srogi, tak nieludzki i kto tak złośliwy,

Że twarz, taką gładkością od bogów uczczoną,

Chciał mieć w onej jaskiniej strasznej pogrzebioną.

94

Ledwie odpowiedziała na ono pytanie

Piękna panna, bo częste łkanie i wzdychanie

Słowa jej wielkiem gwałtem co raz przerywały,

Co z koralów i drogich pereł wychadzały,

A łzy nieprzepłacone między liliami

I między rumianemi siedziały różami. —

Ale o tem aż w drugiej pieśni mieć będziecie,

Jeśli, jakoście zwykli, na nią się znidziecie.

Koniec pieśni dwanastej.