XIX. Pieśń dziewiętnasta

Argument

Angelika rannemu Medorowi daje

Zdrowie i potem jego małżonką zostaje.

Marfiza z towarzystwem wielkiej niepogody

Zażywszy, u Lajacu na brzeg z morskiej wody

Na ostatek wysiada. Gwidon zawołany,

Od niepobożnych niewiast w niewoli trzymany,

Z Marfizą bohatyrką do boju wstępuje,

Potem ją z towarzystwem w dom na noc przymuje.

Allegorye

W tej dziewiętnastej pieśni przez Medora, który ruszony pobożnością przeciwko swemu panu, wdał się w wielkie niebezpieczeństwo zdrowia i nakoniec, naleziony od Angeliki, został jej małżonkiem, dwie rzeczy się znaczą: jedna, że dobre uczynki nigdy nie bywają bez nagrody, druga, że z tego przykładu daje się przestroga miłośnikom, aby to pewnie wiedzieli, że miłość barziej pochodzi z rozsądku i z obierania, aniżli z jakiego niebieskiego przeznaczenia.

1. Skład pierwszy

Żaden nie może wiedzieć, który go miłuje

Prawdziwie, gdy go szczęście trzyma i piastuje,

Stąd, że są koło niego wierni i fałszywi,

Co mu się pokazują jednako życzliwi;

Ale jeśli w nieszczęście i w nędzę upadnie,

Wszytka zgraja pochlebców zarazem odpadnie,

A ten, który miłuje z serca, nie ustawa

I wierny panu swemu po śmierci zostawa.

2

Ten jest wielki na dworze i gardzi wszytkiemi,

Ten u pana w niełasce jest między podłemi;

Ale gdzieby się serce, jako twarz, widziało,

I onychby się szczęście odmienić musiało;

Ów pokorny i cichy bełby wyniesiony,

A hardy i nadęty bełby poniżony. —

Ale się do Medora wróćmy, co swojemu

Panu beł i żywemu wierny i zmarłemu.

3

Nazawikłańsze ścieszki, nieszczęsny, wartował178

Tam i sam, aby się w nich ukrył i zachował;

Ale to brzemię, które na ramionach było,

Wszytkie mu do tej sprawy sposoby trudniło;

Miejsca i kraju nie jest wiadom, chybia drogi,

Wściągają go to krzaki, to kolące głogi.

Drugi się już beł dalej dobrze ukrył w cieniu,

Co takiego brzemienia nie miał na ramieniu.

4

Tak daleko Klorydan już beł w onej chwili

Uszedł, że nic nie słyszał tych, którzy gonili;

Ale skoro się postrzegł, że odbiegł miłego

Medora, jakby serca odbieżał własnego.

»Ach! jakom się zapomniał, jakom — pry179 — niedbały,

»Ach, jako nieostrożny, jakom beł ospały,

»Żem tu uszedł przez180 ciebie! Prze bóg! com to sprawił,

»Że ani wiem, jakom cię i kędy zostawił!«

5

To mówiąc, krzywą ścieszką bieży, niewściągniony,

Jak nagłębiej w gęsty las i trafia w te strony,

Skąd beł niedawno wyszedł, ani nóg hamuje,

Aż nieszczęśliwy swojej śmierci ślad najduje.

Słyszy konie, słyszy huk i wielkie wołanie

I głos nieprzyjacielski i groźne łajanie,

Na ostatek i słyszy i widzi swojego

Medora, między konnych tak wielą pieszego.

6

Ode sta konnych sam jest, pieszy, obegnany;

Zerbin woła, aby beł żywo poimany.

On się kręci, jak cyga181, nakoło po lesie,

A miły ciężar przecię na ramionach niesie.

Przy dębie i przy buku co nań biją z koni,

Jako najlepiej może, nieszczęsny się broni;

Nakoniec, spracowany, swoje miłe brzemię,

Snując się koło niego, upuszcza na ziemię,

7

Jako więc niedźwiedzica, kiedy łowiec śmiały

Na jej jamę napadnie, w końcu ostrej skały

Na wysokiem Krępaku stoi w wątpliwości

I mruczy to z wściekłego gniewu, to z litości;

Gniew jej i okrucieństwo radzi przyrodzone

Gębę, paznokcie, zęby skrwawić wyostrzone,

Miłość ją z drugiej strony miękczy i hamuje,

Że w pół gniewu wściekłego dzieci swych pilnuje.

8

Klorydan, który widzi, że go nie ratuje,

I który chce z niem umrzeć, sposoby najduje,

Aby mógł niejednego z nieprzyjaciół pożyć,

Niżby mu przyszło żywot samemu położyć;

I między gałęziami strzałę do cięciwy

Pierzystą przyłożywszy, łuk wyciąga krzywy

I tak ugadza w czoło jednemu Szotowi,

Że nieżywy wypada z siodła ku dołowi.

9

Wszyscy się inszy zatem tam i sam mięszają

I w tę stronę, skąd strzała przypadła, patrzają.

On tem czasem drugi bełt pchnie, aby jednego

Zabiwszy, podle niego obalił drugiego.

Ten drugi, kiedy tego i owego pytał,

Ktoby strzelił, i wołał i zębami zgrzytał,

Przyszła pierzchliwa strzała i w garle utknęła

I fuki mu surowe i mowę ucięła.

10

Zerbin królewic, który starszy beł nad niemi,

Nie mógł już więcej wytrwać i słowy groźnemi

Wołając, koniem przeciw Medorowi kmie:

»Ty mnie tego przypłacisz — prawi — poganinie!«

Ale to mniejsza, że nań łajania używa:

Ręką sięga i za włos złoty go porywa;

Potem wejźrzawszy mu w twarz piękną, gniew hamował

I użaliwszy się go, zdrowo go zachował.

11

On się do próśb udawa i »Przez twoje bogi,

»Które chwalisz — powiada — nie bądź mi tak srogi,

»Mój cnotliwy rycerzu, abyś mi zmarłego

»Miał niedopuszczać pogrześć wprzód króla mojego.

»Nie proszę cię o więcej i wiedz pewnie o tem,

»Że nic nie dbam, abyś mię darował żywotem,

»W którem póty korzystam tylko, póki ciało

»Bez pogrzebuby pana mojego zostało.

12

»Ale jeśliś tak srogiem i tak zatwardziałem,

»Że chcesz źwierze i ptaki karmić ludzkiem ciałem,

»I serce tebańskiego masz w sobie Kreonta,

»Mnie jemi skarm, a pogrześć daj syna Almonta!«

Takie na on czas słowa Medorowe były,

Któreby i kamienie podomno ruszyły;

I już i sam królewic jemi beł zmiękczony

I na sercu litością wszytek przerażony.

13

Tem czasem jeden żołnierz Zerbina mężnego,

Nie mając względu namniej na pana swojego,

Niepostrzeżony, z wielkiem przyskoczywszy gniewem,

Młodzieńczykowi w piersi zadał ranę drzewem.

Zbyt się Zerbin nieludzkiem postępkiem uraził,

Tem więcej, kiedy ujźrzał, że go tak obraził,

Że próżny krwie na twarzy upadł nieszczęśliwy

Na ziemię, i rozumiał, że już beł nieżywy.

14

I takiem beł ku niemu żalem poruszony,

Że zawołał: »Nie będzie pewnie niezemszczony!«

I skoczył rozgniewany przeciw żołnierzowi,

Co proszącemu ranę zadał Medorowi;

Ale on gniewliwego w miejscu nie chciał czekać

Królewica i zbiegszy, w czas począł uciekać.

Klorydan widząc, że ów już na ziemi leży,

Więcej się już nie tając, pędem wielkiem bieży.

15

Łuk porzuca i bierze od boku miecz goły

W obie ręce i siecze na nieprzyjacioły,

Raczej, aby tam zginął, nie, żeby być miała

Pomsta, któraby z gniewem jego wyrównała;

Widzi, że ów obfitą krew na ziemię leje

I że już żadnej niema żywota nadzieje,

A skoro zbył wszytkich sił, tuż podle swojego

Poległ, martwy, na ziemi Medora miłego.

16

Za swojem się Szotowie wodzem obracają

Przez lasy i na insze dzieło się udają,

Jako skoro obudwu pogan w onej chwili,

Tego martwem, tego źle żywem, zostawili.

Leżał długo na ziemi Medor i odkrytą

Z otworzonej żyły krew wylewał obfitą;

I pewnieby beł umarł, zbywszy wszytkiej mocy,

By beł nie miał ratunku i prętkiej pomocy.

17

Bo go tam natrafiła panna obłąkana,

W podłą, pasterską suknią po prostu ubrana,

Ale pięknej urody i dziwnej gładkości,

Z uczciwości, z postępków sławna i z grzeczności

Już chwila, jakom o niej śpiewał, i tak macie,

Że wierzę, że ją ledwie podomno poznacie.

Chcecieli ją znać, mego poradźcie się pióra:

Angelika to, cara katajskiego córa.

18

Ta, skoro znowu swego pierścienia dostała,

Którego przez Brunella beła postradała,

Tak zhardziała i tak się wysoko ważyła,

Że wszytkiem prawie światem, tak rzekę, gardziła.

Sama tam i sam jeździ, ani chce żadnego

Mieć w swojem towarzystwie, by najzacniejszego;

Niemiło jej, że kiedy w męstwo niezrównany

Służył jej Orland i król z Cyrkas zawołany.

19

Ale najbarziej tego błędu żałowała,

Że kiedy Rynaldowi chęć pokazowała,

Gniewając się, że się tak podło położyła

I że tak nizko beła wzrok swój obróciła,

I teraz jej tego wstyd; ale bóg miłości

Nie mógł znieść takiej pychy i takiej hardości

I na ścieszce, gdzie Medor leżał ledwie żywy,

Czekał jej, przyłożywszy strzałę do cięciwy.

20

Skoro udatna dziewka ujźrzała rannego

Młodzieńczyka i śmierci ostatniej blizkiego,

Który barziej, niż siebie samego, żałował

Tego, że pana swego jeszcze nie pochował,

Poczuła, że jej litość przez piersi przepadła

I niezwykłemi wroty w serce się przekradła;

Która je w niej zmiękczyła tem więcej, gdy młody

Poganin powiedział jej swój żal i przygody.

21

I cyrulicką sobie naukę poczęła

Wspominać, którą beła w Indyej pojęła,

Gdzie taka umiejętność w wielkiej cenie zbytnie

Jest w tem kraju i więcej, niż gdzie indziej, kwitnie,

Choć kart nie przewracają i ksiąg nie czytają,

Bo ją ojcowie synom przez ręce podają;

I myśli, widząc, że już martwy jest na poły,

Uleczyć go pewnemi co napręcej zioły.

22

I przypomniała sobie, że kiedy jachała

Przez pewny kraj wesoły, ziele w nim widziała,

Lubo to Dyktam182 lubo Panacea183 było,

Co w sobie wielkie skutki lekarskie taiło

I co krew stanowiło i niewytrzymany

Nawiętszy ból widomie wywodziło z rany;

A nalazszy je blizko, skoro je urwała,

Tam, kędy Medor leżał, spiesznie się wracała.

23

Potkała, wracając się na zad onem czasem,

Pasterza, który jachał wierzchem gęstem lasem,

Szukając jałowice jednej swej zgubionej,

Ode dwu dni od bydła jego obłądzonej.

Tego z sobą pojęła tam, gdzie zbywszy siły,

Medor lał krew obfitą z obrażonej żyły;

Której tak wiele z niego z piersi było wyszło,

Że mu do ostatniego końca było przyszło.

24

Zsiada z konia skwapliwa i także onemu

Każe zsieść pasterzowi przyprowadzonemu;

Potem stłukszy kamieniem ziele, mocno ściska

I sok z niego białemi rękami wyciska,

Który wprzód w ranę jego wnątrz wlała, a potem

Pomazała jem pulsy i piersi z żywotem;

I taki skutek wódka ona uczyniła,

Że krew zastanowiwszy, siły przywróciła.

25

I taką mu moc nagle dała, macie wiedzieć,

Że na koniu pasterza mógł cale wysiedzieć.

Nie chciał jednak odjachać pierwej z tamtej strony.

Aż beł jego zmarły pan przy niem pogrzebiony;

Kazał i Klorydana pogrześć jednem razem

Z Dardynellem pospołu, a stamtąd zarazem

Obrócił się i jachał tam, gdzie mu kazała,

A ta z niem w nizkiem domu pasterskiem została.

26

Tak litością wspłonęła nagle, tak pałała,

Kiedy go leżącego napierwej ujźrzała;

Potem widząc piękną twarz i gładką jagodę,

Obyczaje i grzeczność i jego urodę,

Poczuła, że ją gryzł mól z nienagła zakryty

I zajął się w niej płomień miłości obfity,

Który w niej z lekka palił serce zapalone,

W ogniu ciężkiej miłości wszytko utopione.

27

Pasterz on miał dom w lesie, nizko postawiony,

Między dwiema wzgórkami, wczesny184 i przestrony,

W którem się sam i z żoną i z potomstwem chował,

A prawie go beł nowo dopiero zbudował.

Tam beła Medorowi za mały czas ona

Niebezpieczna od panny rana uleczona;

Ale sama za mniejszy czas ranę niemniejszą

Poczuła w swojem sercu i niebezpieczniejszą.

28

Niebezpieczniejszą ranę na sercu i jeszcze

Głębszą poczuła, którą przyniosło żelezce,

Które pchnął niewiadomą drogą rozgniewany

Z oczu Medora na nię bóg, w skrzydła ubrany.

Więcej oń dba, niż o się, i czuje, że chore

Serce w niej coraz więtszem ogniem srodze gore,

I ni o czem nie myśli, jeno, aby zdrowy

Ten beł, co jej zadawał coraz postrzał nowy.

29

Jej się rana tem barziej jątrzy, im się ona

Barziej ściska i goi rana Medorowa.

Medor wzmaga185 i mocny i duży186 zostawa:

Ona febry gorącej i zimnej dostawa.

Jemu każdy dzień prawie piękności przydaje:

Sama pełna wnętrznego ognia tle i taje

Tak, jako pospolicie taje śnieg zagrzany,

Od słońca gdzie na polu przestronem zastany.

30

Jeśli nie chce od żądzej umrzeć w tej niemocy,

Potrzeba się jej zdobyć na prętkie pomocy.

I zda się jej, że czekać byłoby czas długi,

Ażby u niej, czego chce sama, żądał drugi.

Tak zrzuciwszy wszytek wzgląd i wstyd Angelika,

Użyła śmiałych oczu, śmiałego języka

I prosiła, aby jej uleczył ból z raną,

Podomno niewiadomie od niego zadaną.

31

Powiedz mi, o Orlandzie grabio, powiedz i ty,

Zacny królu cyrkaski, królu znamienity!

Co wam sława, co wasze pomogły dzielności?

W jakiem są poważeniu wasze powolności?

Ukażcie mi jeden znak jej ku sobie chęci,

Lubo świeżej lubo też dawniejszej pamięci,

I jeśliście nagrodę jaką od niej mieli

Za to, coście czynili i dla niej cierpieli?

32

O, jakoćby to było przykro, zacny panie,

Gdybyś się na świat wrócił, królu Agrykanie,

Że cię tak nieludzkiemi wzgardami karmiła

I tobą się, może187 tak powiedzieć, brzydziła!

O Feracie, o inszych sto, których nie piszę,

Którzyście jej służyli wiernie, jako słyszę,

Jakibyście żal teraz i mękę cierpieli,

Gdybyście ją u tego na ręku widzieli!

33

Angelika kwiat różej, długo pilnowany,

Dała sobie wziąć, przedtem nigdy nie tykany,

Medorowi i nie beł żaden człowiek żywy,

Któryby beł w ten ogród mógł wniść, tak szczęśliwy.

A żeby uczciwością onę rzecz pokryli,

Zwykłą ceremonią świętą odprawili,

Małżeństwo, które naprzód miłość skojarzyła,

A dziewosłębem żona pasterzowa była.

34

Zacne dość pod nizkiemi wesele dachami

Było, jako to mogło być między lasami;

I więcej, niżli miesiąc, potem tam mieszkali

I pociech swych i wczasów miłych zażywali.

Nie mogła prawie nigdy być bez młodzieńczyka

Ani się jem nasycić piękna Angelika,

I choć mu ustawicznie u szyje wisiała,

Przecię tem swoich wielkich żądz nie umarzała.

35

Lubo beła pod dachem lubo wyszła w lasy,

Miała go podle boku tuż przez wszytkie czasy;

Do rzek albo do łąki rano i wieczorem

Chadzała na przechadzki, a zawsze z Medorem;

W południe ją jaskinia jaka zakrywała,

Która jem niemniej wczasów nad tę udzielała,

Do której, uciekając kiedyś przed złem czasem

I przede dżdżem, wstąpiła Dydo z Eneasem.

36

Tak ciesząc się, jeśli gdzie pod wysokiem drzewem

Zdrój się albo strumień krył przed słonecznem gniewem,

Nożem natychmiast pisma na skórze drożyła188,

Te i na niezbyt twardych kamieniach czyniła,

Na tysiącu miejsc; ale nie tylko na skórze,

Nie tylko na kamieniu, ale i na murze

Angelika i Medor coraz odmiennemi

Sposobami związani węzłami różnemi.

37

Potem widząc, że się tam długo zbyt bawiła,

Do Indyej się nazad wrócić umyśliła,

Do Kataju z Medorem, w swą ojczystą stronę

I włożyć nań swojego królestwa koronę.

Miała na ręce drogiem kamieniem i złotem

Osadzoną manelę189, którą długo potem

Na znak służb Orlandowych i chęci nosiła,

Któremu, wiecie dobrze, jako była miła.

38

Zylantowi190 ją wprzódy beła darowała

Morgana, gdy go skrycie w jezierze chowała,

A on skoro się ojcu stawił Mondantowi

Za sprawą Orlandową, dał ją Orlandowi;

Orland, który miłował ato w onej dobie,

Że ją nosił na ręce, przewiódł to na sobie,

Umyśliwszy ją swojej królowej darować,

O której mówię, i tem więcej ją zhołdować.

39

Nie gwoli Orlandowi tę manelę złotą,

Lecz, że beła kosztowna i piękną robotą,

W wielkiej aż nazbyt cenie Angelika miała

I niepodobnie się w niej nad wszytko kochała.

Tego nie wiem, jako jej w on czas nie straciła,

Kiedy na wyspę płaczu zaniesiona była,

Tam, kędy ją nieludzki, zły naród srogiemu

Na pokarm beł wystawił dziwowi morskiemu.

40

A iż tam nic takiego przy sobie nie miała,

Czemby beła pasterza z żoną darowała,

Którzy do tego czasu, jako się trafili

Do ich domu, tak pilnie obojgu służyli,

Zdjąwszy z ręku manelę swoję drogą onę,

Pasterza ją i jego darowała żonę.

Stąd ku górom jachali, które Hiszpaniej

Królestwo wielkie dzielą od pięknej Francyej.

41

Tak drogą jadąc, z lekka poganiali konie

I myślili w Walency191 albo w Barcelonie

Czekać, ażby się jaki warowny nagodził

Okręt, coby do wschodnich państw stamtąd wychodził.

Kiedy zjeżdżali na dół z Pirenejskiej góry,

Ujźrzeli pod Gironą192 wielkie morze z góry

I mając morski piasek i brzeg z lewej strony,

Prostą drogą jachali wciąż do Barcelony.

42

Ale do Barcelony niżli dojachali,

Szalonego jednego przed miastem potkali,

Który, jak świnia jaka, w błocie uwalany,

Grzbiet, piersi, twarz i wszytek łeb miał umazany.

Rzuci się na nie zaraz, jako się pies miece

Na obcych, i oboje jeśli nie uciecze,

Będzie źle około nich — ale tych zapomnię,

A przeważną Marfizę teraz wam przypomnię

43

I Astolfa, książęcia cnego angielskiego,

I Gryfona i brata jego rodzonego,

Co się słabo bronili morzu oną dobą,

Mając, nędzni, widomą śmierć prawie przed sobą.

Coraz więtsze i coraz sroższe niepogody

Mięszały okrutnego morza wściekłe wody,

Którego gniewy już to całe trzy dni trwały,

A nie znać było jeszcze, aby się błagały193.

44

Wielkie koło194 na wierzchu na dół, skołatane,

Spadło, na trzaski prawie wszytko zgruchotane;

Im dalej, tem wiatr więtszy i mocniejszy wstaje,

Szyper się wszytek morzu w moc z okrętem daje.

Ten z pochyloną głową na skrzyni w szturm srogi

Na pisanej się karcie dowiaduje drogi

Przy świetle, które w małej latarniej zamyka,

Ten na dnie z świecą dziury w okręcie zatyka.

45

Ten zaś trzyma przed sobą zegarek ciekący195,

Godziny cienkiem piaskiem przez śkło196 skazujący;

I jeśli kęs odejdzie, śpieszy się w zad wrócić,

Patrząc, wiele wyciekło i gdzie się obrócić.

Potem każdy z swą kartą przyszedszy, swe zdanie

W pół okrętu powiada i swoje mniemanie

Tam, kędy marynarze, w gromadę zebrani,

Do rady od starszego szypra są zwołani.

46

Jeden mówi, że są nad Limisonem197, kędy

Syrty198 są niebezpieczne; drugi to za błędy

Rozumie i powiada, że ich wniosły wały

Niedaleko Trypola między ostre skały;

Ten, że są Satoliej blizko zaniesieni,

Twierdzi i tem zawiera, że już są straceni.

Każdy, różno mniemając, przy swem zdaniu stoi,

Ale się każdy równo i jednako boi.

47

Trzeciego dnia sroższy wiatr sroższe niepogody

Przyniósł z sobą i ze dna wzburzył morskie wody,

Wziął żagiel i niósł go precz pospołu z wiatrami,

Że, co wiedzieć, gdzie poszedł z prętkiemi wichrami.

Kamienne i żelazne serce być musiało,

Które w onę złą chwilę bez strachu zostało;

Marfiza, która była zawżdy niestrwożona,

Próżno to, strachem była w on czas przerażona.

48

Galicyą199 i Synaj200 górę, Loret201 z Rzymem

I Boży grób mianują i iść tam pielgrzymem

Śluby czynią i miejsca, które jakiem słyną

Nabożeństwem, nawiedzić chcą, jeśli wypłyną.

Tem czasem powątlony okręt srogie wały

Ode dna ostatniego do nieba miotały;

U którego rozkazał szyper nauczony

Mniejszy maszt ściąć, przy ostrej sztabie postawiony.

49

Cokolwiek się ciężkiego trafi i nawinie,

Miece wszytko z okrętu: fasy, bele202, skrzynie,

Uprząta w każdem miejscu i w każdej komorze

I w łakome bogaty towar ciska w morze.

Jeden pompy pilnuje i słabej nadzieje

Wspierając jakokolwiek, morze w morze leje

I wyciąga niewczesne wody203 ze dna; drugi

Utyka roztłuczone i rozbite fugi.

50

Cztery dni w takiem strachu, w takiej trwodze byli

I o żywocie byli zgoła już zwątpili;

I zupełne zwycięstwo jużby było miało,

By było morze gniew swój kęs dłużej trzymało.

Ale jem uczyniła nadzieję pogody

I że wrychle miały być ubłagane wody,

Światłość świętego Herma204, która nagle spadła

I na sztabie, bo masztów już nie było, siadła.

51

Wszyscy, skoro ujźrzeli światło pożądane,

Do nieba obracali oczy upłakane

I padszy na kolana, w skrusze i pokorze

Prosili o pogodę i spokojne morze.

Szturm, który się tak barzo do tej doby srożył,

Ubłagał się205 i gniew swój nakoniec położył;

Już Auster206 i wiatr jemu poprzeczny ustawa,

A Afrykus207 na morzu tyrannem zostawa.

52

Ten srodze dmie i gniewu używa bez miary

I wypuszcza z czarnawej gęby sprosne pary,

Wziąwszy do towarzystwa wicher prędki, który

Wzburzone wody miece ode dna do góry;

I tak mocno pcha okręt, że pręcej nie leci

Sokół, gdy obłów niesie dla zgłodniałych dzieci,

Z strachem szypra, aby go, co mogło być snadno,

Nie wpędził gdzie na koniec świata albo na dno.

53

Na to uczony szyper lekarstwo najduje

I z rufy208 wielkie koła209 zrzucić rozkazuje

I linę co nawiętszą spuszcza i tak godzi,

Że okręt trzecią częścią biegu tylko chodzi.

Ta rada, ale barziej płomień zapalony

Świętego Herma okręt zachował stracony,

Który sprawił, że w on czas, bezpieczny i cały,

Biegł po głębokiem morzu, porząc srogie wały.

54

Zaniósł je wiatr na morze, które ma nazwisko

Od Lajaca, ku żyznej Syryej tak blizko,

Że i miasto i oba zamki się odkryły,

Które port zamykały i weścia broniły.

Skoro się szyper postrzegł, gdzie beł, pełen trwogi,

Zbladł na twarzy i serce strach mu przejął srogi;

Bo ani tam chciał okręt do brzegu przystawić

Ani stamtąd sam uciec i swych mógł wybawić.

55

Jeszczeby labirował210 i po głębi pływał,

Ale żaglów i masztów wszytkich popozbywał;

Ławy wszytkie już beły barzo potłuczone

I drzewo srogiem szturmem dziwnie powątlone.

W port też wjachać było chcieć umrzeć tam koniecznie

Albo w pęcie i w przykrej niewolej żyć wiecznie;

Bo każdy musi umrzeć lub nosić okowy,

Kogo tam błąd lubo los zaniesie surowy.

56

Kiedy powątpliwości211 onej rozrywali212,

Niebezpieczeństwo jawne swe upatrowali,

Aby na okręt z miasta nie wypadł lud zbrojny,

Niesposobny na morzu stać, a cóż do wojny!

Gdy tak nie mógł nic zawrzeć213 u siebie pewnego,

Od książęcia pytany beł wtem angielskiego,

Na co się tak rozmyślał i przecz nie chciał wjechać

Do portu, kiedy dalej nie mogło się jechać.

57

Szyper mu odpowiedział, że ten brzeg trzymają

Mężobójce214 niewiasty, które prawo mają,

Że każdy cudzoziemiec, co się tam dostanie,

Lubo zabity na śmierć lub więźniem zostanie;

I ten się temu tylko nieszczęściu ukryje,

Co na placu dziesiąci rycerzów pobije

I co się takiej siły, takiej czuje mocy,

Że odprawi białychgłów dziesięć jednej nocy.

58

Jeśli się w pierwszej próbie szczęśliwie odprawi,

A na drugiej szwankuje i źle się postawi,

Ginie albo na nogi kładą mu okowy

I bydło mu paść każą srogie białegłowy;

A jeśli mu się zdarzy zwycięstwo oboje,

Czyni wolne z niewolej towarzystwo swoje,

Siebie nie, bo małżeństwo musi odprawować

Z dziesiącią ich i tego ustawnie pilnować.

59

Nie mógł słuchać bez śmiechu prawa i zwyczaju

Astolf, które chowano z dawna w tamtem kraju.

Marfiza w tem przychodzi i Sansonet śmiały

I Gryfon i brat jego, Akwilant wspaniały,

Którem także on szyper podeszły powiada,

Przecz się lądu nie chwyta i przecz nie przykłada215.

»Niech mię wprzód morze — prawi — pozrze, niżli w pęcie

»Mam być wiecznie z wszystkiemi, którzy są w okręcie«.

60

Zdanie starego szypra wszyscy pochwalili,

Ale mu się z Marfizą inszy przeciwili,

Coby się byli radzi na ziemi widzieli

I brzeg za bezpieczniejszy, niżli morze, mieli

I co takiego serca, takiej siły byli,

Że przed tysiącem mieczów nic się nie trwożyli

Na każdem miejscu, gdzieby swych broni dobywać

I na nieprzyjacioły mogli ich używać.

61

Wszyscy pragnęli wysieść na pożądną216 ziemię,

Ale nabarziej książąt angielskich cne plemię,

Bo dobrze jest świadomy dźwięku swego roga,

Na który każde serce przejmowała trwoga.

Jedna strona w port wjachać radzi i pochwala,

Druga z wielkiem uporem na to nie pozwala;

Ale zgoła silniejsza nad słabszą przewodzi:

Rad nie rad, szyper każe do portu swej łodzi.

62

Zaraz, skoro ich z miasta na morzu ujźrzano,

Widzieli, kiedy wielką z portu wyprawiano

Galerę, w robotniki dobrze opatrzoną

I rynsztunkiem wojennem wszystkę napełnioną.

Ta prosto przeciwko niem żagle obracała

Po to, aby zwątloną nawę poimała;

Tak do swej rufy liną jej sztabę wysoką

Przywiązawszy, wiodła ją przez wodę głęboką.

63

Wjachali po niewolej do portu, wiosłami

Barziej, niż życzliwemi wniesieni wiatrami;

Bo się tak srogie morze beło rozgniewało,

Że jem żagle i maszty poodejmowało.

Tem czasem cni rycerze wierne miecze swoje

Brali i obłóczyli ciała w jasne zbroje

I szyprowi i wszystkiem, którzy się trwożyli,

Dobre serce i dobrą otuchę czynili.

64

Nakształt miesiąca jest port wielki i przestrony,

Który na milę wkoło idzie urobiony;

Weście na sześć set kroków, jako powiadają,

I dwa zamki ma, kędy rogi się schadzają,

Gdzie się rogi schadzają oba, a tak stoi,

Że się żadnych niepogód i wiatrów nie boi

Okrom południowego; miasto postawione,

Jako teatrum, idzie w górę wyniesione.

65

Jako skoro beł okręt do portu wciągniony,

Tak wieść o tem po mieście szła na wszystkie strony;

Sześć tysięcy z łukami w ręku ukazanych

Białychgłów było w porcie, do wojny ubranych,

A żeby jem nadzieję ucieczki odjęły,

Między dwiema zamkami port nagle zamknęły

Częścią zgotowanemi na to łańcuchami,

Częścią rozstawionemi gęsto galerami.

66

Jedna, którą mógł równać nieomylnie wiekiem

Z Hekubą albo z jakiem nastarszem człowiekiem,

Szypra z okrętu wołać do siebie kazała

I jeśli żywot chcieli położyć, pytała,

Jeśli w niewolej zostać według obyczaju

I według starodawnych praw tamtego kraju,

A że to beło na ich samej dobrej woli

Jedno ze dwu wziąć: umrzeć albo żyć w niewoli.

67

»Prawda — pry217 — kiedyby się który między wami

»Mógł naleźć z takiem sercem, z takiemi siłami,

»Żeby się przeciw naszem dziesiąciom nie trwożył

»Rycerzom stanąć w placu i onychby pożył

»I żeby mógł przez jednę noc dziesięć odprawić

»Naszych niewiast, tenby mógł was wszystkich wybawić;

»Onby nam beł za pana i został koniecznie

»Z nami, a wybyście szli w swą drogę bezpiecznie.

68

»Nadto wolno wam będzie wszystkiem zostać z nami

»Lub części jakiej, ale pod kondycyami,

»Aby ten, co zostanie, beł według ustawy

»Dobry z dziesiącią niewiast do małżeńskiej sprawy.

»Ale wasz rycerz, jeśli dziesiąciom nie zdoła

»Albo jeśli tej drugiej próbie nie wydoła,

»On zginąć musi, a wy z nami zostaniecie

»I w niewolej w tem kraju do śmierci będziecie«.

69

Spodziewała się baba, że w nich naleźć miała

Strach i bojaźń; lecz rzeczy przeciwnych doznała,

Bo każdy z nich tak dobrze rozumiał o sobie,

Że miał wygrać na pierwszej i na drugiej próbie.

I przeważna Marfiza niemniej serca miała,

Choćby beła ostatniej próbie nie zdołała;

Ale gdzie jej natura ratować nie mogła,

Pewna beła, żeby jej szabla jej pomogła.

70

Szyprowi dać odpowiedź staremu zlecili,

Na którą się wprzód wszyscy w okręcie zgodzili,

W ten sposób, że takiego między sobą mieli,

Który się chciał kosztować w boju i w pościeli.

Dłuższą mową jej szyper podeszły nie bawił

I okręt niemieszkanie218 do lądu przystawił

I most zrzucił, po którem, we zbroje ubrani,

Wyszli z końmi swojemi rycerze wybrani.

71

Stamtąd kiedy przez miasta pośrzodek jechali,

Nie w jednem miejscu mężne dziewice zastali,

A one ukasane tam i sam jeździły

Po ulicach i w rynku z kopią goniły.

Nie mogą tam mężczyzny drzewa nosić w toku

Ani miecza używać i nosić przy boku,

Okrom dziesiąci naraz, bo taka ustawa,

Takie są tego kraju starodawne prawa.

72

Wszyscy inszy, którzy są i po wsiach i w mieście,

Ubrani w czepce, w tkanki i suknie niewieście,

Przędą albo krosna tczą219 albo kłębki wiją

Albo doją albo syr tworzą albo szyją.

Niektórych też w okowach chowają pod strażą,

Którem bydło paść albo ziemię orać każą;

Barzo mało mężczyzny220 i kto porachuje,

Na tysiąc niewiast ledwie sto się ich najduje

73

Po wsiach i po miasteczkach. A chcąc oną dobą

Cni rycerze przez losy obrać między sobą,

Któryby mógł zwyciężcą nad dziesiącią zostać

I który mógł dziesiąciom niewiast także sprostać,

Cnej Marfizy pospołu z sobą nie włożyli,

Gdy losy rzucić mieli; bo się w tem baczyli,

Żeby beła na drugiej próbie nie wskórała,

Kiedy zwycięstwa dostać sposobu nie miała.

74

Ale ona chciała być przecię między niemi

I zgoła na nię los padł wprzód miedzy wszytkiemi.

»Pierwej ja — prawi — umrzeć i zginąć mam wolą,

»Niżlibyście wy mieli podpaść pod niewolą.

»I na tę wam swą szablę ślubuję odkrycie221,

»Że wszytkie wikłaniny, które w tem widzicie,

»Tak rozwiklę, jako on król tak zawołany

»Macedoński gordyjski węzeł zamotany.

75

»Niechaj na wieczne czasy i póki świat stoi,

»Żaden się tego miasta i kraju nie boi«.

Tak rzekła; towarzystwo na tem też musiało

Przestać, nie mogąc jej wziąć, co jej szczęście dało.

I tak jej onę wszytkę sprawę do rąk dali,

Żeby lubo zginęli lub wolni zostali.

Ona, iż była zbroję już na się włożyła,

Na placu się ochotnie do boju stawiła.

76

Jest plac na końcu miasta wielki i przestrony,

Z stopniami do siedzenia, nakoło zamkniony,

Który zawsze beł wolny, okrom, kiedy miano

Gonić albo turnieje kiedy oprawiano;

Cztery bramy i cztery wrota miał spiżane222,

Które go zawierały. Tam z męska ubrane

Niewiasty szły gromadą; zatem zawołano,

Aby Marfizie wjachać na plac rozkazano.

77

Miała w on czas Marfiza pod sobą koń siwy,

Koń siwy, jabłkowity; sam beł urodziwy,

Głowę małą, szerokie piersi, chód zuchwały,

Uszy ostre, brzuch lekki, a kark miał wspaniały.

Wybrawszy go na staniu za napiękniejszego

I za namocniejszego i nadzielniejszego

Między tysiącem inszych, które w stajniej chował,

Król go jej był Norandyn w Damaszku darował.

78

Przez południową bramę Marfiza wjachała

I ledwie co stanęła, gdy dźwięk usłyszała

Trąb krzykliwych, które się coraz pomykały

I wkoło się na wszytkie strony rozlegały.

Potem widziała, kiedy od północnej strony

Wjachało dziesięć na plac na bój umówiony;

Tak się zdało Marfizie, że jeden z dziesiąci,

Co wprzód na plac wjachał, stał za wszytkich dziewiąci.

79

Z wielkiem sercem, jako znać beło, na przestrony

Plac wjachał, a pod sobą miał koń wszytek wrony,

Wszytek wrony, jako kruk, okrom że na czele

I na zadniej nodze miał białego niewiele.

Sam także, jaki beł koń, czarno beł ubrany,

A tą barwą dawał znać on rycerz wybrany,

Że jako mniej na sobie światła, niż ciemności,

Tak mniej pociech miał w sobie, niżeli żałości.

80

Skoro znak dano, dziewięć rycerzów skoczyło

I przeciwko Marfizie kopie złożyło;

Ale czarny na stronie stał sobie z pokojem,

Brzydząc się tak niesłusznem i nierównem bojem,

I tak się o to gniewa i tak go to boli,

Że gwałcić ostre prawo, niż swoję cześć, woli;

Patrzy pilnie, trochę się ustąpiwszy w lewo,

Co przeciw dziesiąciom drzew sprawi jedno drzewo.

81

Marfiza wtem koniowi wodze wypuściła

I w pełnem biegu drzewo ogromne złożyła,

Które na maszt pomniejszy raczej było poszło223,

Boby go było innych cztery nie uniosło;

To, wychodząc z okrętu, do potrzeby sobie

Obrała miedzy wielą inszych w onej dobie.

Straszna postać, z którą się do boju puściła,

Tysiąc twarzy zmieniła, tysiąc serc strwożyła.

82

Tak dobrze otworzyła piersi najpierwszemu,

Żeby to było dosyć uczynić nagiemu224;

Przebiła mu napierwej tarcz, stalą odzianą,

Potem zbroję zbyt miąższą i uhartowaną.

A tak beł ciężki on raz, że drzewa ostatek

Ukazał się na łokieć dobry w tył łopatek.

Tego, tak wetknionego na drzewo, opuszcza,

A naprzeciwko inszem koniowi wypuszcza.

83

Drugiego i trzeciego koniem potrąciła,

A tak ich dobrze i tak mocno uderzyła,

Że obadwa zarazem nieżywi zostali

I połamani w krzyżach, z koni pospadali.

Tak ciężkie i tak twarde było to potkanie

I oni też tak żartko przypuścili na nię,

Żem ja tak tylko widział, kiedy kula z działa

Hufce rwała, jako tych Marfiza potkała.

84

Inszy o nię kopie oraz ułomili,

Ale tak jej ruszyli i tak jej wadzili,

Jako wadzi murowi, kiedy go piłami

Albo balonem biją, nabitem wiatrami;

Tak twarda, tak jej zbroja była niepożyta,

Że wytrwała każdy raz, by namocniej bita;

Przy piekielnem ją ogniu przez czary kowano,

Potem stygijską wodą ją zahartowano.

85

W końcu placu dzielnego konia zawściągnęła,

Potem go obróciła i kęs mu wytchnęła;

I dopiero skoczywszy, wszytkich rozerwała

I szablę aż po jelca we krwi umaczała;

Temu ramię, temu łeb, temu pół łba wzięła,

Tego tak ugodziła i tak wpół przecięła,

Że łeb, piersi i ręce na ziemię zleciały,

A brzuch i obie nodze na siedle zostały.

86

To powiadam, że go tak w miarę ugodziła,

Gdzie graniczą z lędźwiami żebra, i sprawiła,

Że został półfigurą, jakie to bywają,

Które przed obrazami świętemi wieszają,

Ze srebra albo z wosku, po pas urobione,

Od dalekich i blizkich ludzi zawieszone,

Którzy za otrzymanie łaski albo zguby

Ustrzeżenie iszczą swe obiecane śluby.

87

Za jednem się, który miał uciekać, puściła

I właśnie go w pośrzodku placu dogoniła

I tak mu rozdzieliła dobrze szyję z głową,

Że się nie mogły zlepić ręką doktorową —

Krótko mówiąc, wszytkich cna dziewica pobiła

Albo na śmierć albo ich srodze poraniła,

Tak, że bezpieczna beła i pewna pokoju

Od wszytkich, że znowu wstać nie mogli do boju.

88

On rycerz, co z inszemi beł na wronem koniu

Na plac przyjachał, patrzał i stał na ustroniu;

Bo bić się z jednem samem w takiej nierówności

Zdało mu się być przeciw wszelakiej słuszności;

A teraz widząc, że już wszyscy porażeni,

Wszyscy od jednej ręki beli zwyciężeni,

Ruszył się, chcąc pokazać, że tego nie sprawił

Żaden strach, ale dobroć, że się w bój nie stawił.

89

Ruszywszy się, z daleka ręką na nię kiwał

I że z nią coś chciał mówić, pierwej ukazywał;

I rzekł do niej przed bojem i przyszłą rozprawą,

Nie myśląc, aby się pod tak męską postawą

Dziewica taić miała: »Znać, żeś spracowany,

»Rycerzu, pierwszem bojem i umordowany;

»I każdyby przyganę mógł we mnie najdować,

»Kiedybym z tak strudzonem miał bój odprawować.

90

»Pozwalam ci, że sobie wytchniesz i odjedziesz,

»A jutro na plac, skoro dzień będzie, przyjedziesz;

»Bo teraz się bić z tobą sromotaby była,

»Widząc, jakoć się praca teraz uprzykrzyła«.

»Bić mi się nie nowina — Marfiza odpowie —

»Nie tak mam słabą siłę, nie tak słabe zdrowie,

»Jako podomno mniemasz; ty to sam uczujesz

»I wnet, jeślim tak barzo strudzony, poczujesz.

91

»Dziękujęć za twoję chęć, ale mi nie trzeba

»Odpoczywać i czekać jutrzejszego nieba;

»I jeszcze tak wiele dnia zbywa, żeby była

»Sromota, kiedybyśwa nic weń nie zrobiła;

»Szkoda zgoła próżnować«. — On jej zasię na to:

»Czego chcesz, będziesz syty: jać ślubuję za to;

»Ale patrzaj, abyć się inaczej nie zdało

»I abyć zaś dnia tego długiego nie zstało«.

92

To skoro rzekł, rozkazał przynieść w onej dobie

Dwie wielkie drzewa i dał jedno obrać sobie

Marfizie, które się jej barziej podobało,

A sam potem wziął ono, co było zostało.

Już gotowi i tylko już tego czekają,

Że znak dadzą, na który boje rozczynają.

Niebo i ziemia drżała, kiedy się ruszyli,

Kiedy na znak głośnych trąb do siebie skoczyli.

93

Z tych, co patrzą, nikt gębą i okiem nie ruszy

I ledwie co trochę tchu udzielają duszy:

Tak każdy pragnie widzieć, tak każdy pilnuje,

Który ze dwu rycerzów wygra lub szwankuje.

Cna Marfiza na to się wszytko usadziła,

Aby tak dobrze gońce225 w czerni zawadziła,

Żeby nie wstał, i drzewo składa; niemniej życzy

Rycerz czarny na garle sieść mężnej dziewicy.

94

Tak się zdało, że mieli kopie wierzbowe,

Suche jakie i kruche, a nie jesionowe;

Bo się po same gałki zaraz połamały

I w trzaski się rozpierzchły i pogruchotały.

Ono straszne potkanie poczuły i konie,

Bo jako ich podrąbił226, padły na ogonie;

Padły konie, ale się jeźcy poprawili

I dziwnie się od siodeł prędko uwolnili.

95

Tysiąc gońców przez wiek swój Marfiza wybiłay

I na pierwszem potkaniu z łęku wysadziła,

A sama, choć tak często z rycerzmi się bodła,

Dopiero ten pierwszy raz dziś wypadła z siodła.

Nie tylko się dziwiła nieszczęściu wielkiemu,

Ale beła podobna jakiemu głupiemu.

Ale i rycerz czarny niemniej się dziwował,

Bo nie tak łatwie spadał i w tej grze szwankował.

96

A ledwie co bokami ziemię uderzyli,

Jako znowu, wstawszy z niej, do siebie skoczyli;

Cięte razy i sztychy sobie zadawają,

To się mieczmi, to wzajem tarczami składają.

Brzmią i straszny puszczają dźwięk twarde żelaza,

Od mieczów i gęstego uderzone raza;

Ich zbroje, ich szyszaki ogromne z tarczami

Z twardemi równać każdy mógł nakowalniami227.

97

Jeśli ma ciężkie ramię i rękę dziewica,

Nie jest lżejsza, rzecz pewna, u tego prawica.

Sprawiedliwą się miarą wzajem pomierzają:

Tyle sobie oddają, ile pożyczają.

Kto chce dwie serca, żadną niepożyte trwogą,

Naleźć, niech ich tu szuka, a za jedną drogą

Niechaj szuka i męstwa i umiejętności,

Bo się w nich wszytkie zgoła zawarły dzielności.

98

Niewiasty, które chwilę na wszytko patrzały

I jako długo bój trwał straszliwy, widziały,

A jeszcze nie znać beło, żeby się zmordował

Który z nich albo w boju surowem szwankował,

Pierwszy jem przyznawają dank228 miedzy wszytkiemi

Rycerzami na świecie nadoskonalszemi;

Bo kiedyby sił w sobie aż nazbyt nie mieli,

Od samegoby trudu pozdychać musieli.

99

Tak z sobą rozmawiając, Marfiza mówiła:

»Prawieć mi się życzliwie fortuna stawiła,

»Że się nie ruszył i stał na stronie z pokojem,

»Kiedy się ze mną drudzy rozpierali bojem,

»Jeśli się jego sile ledwie dotąd bronię,

»A o swojej, rzec mogę, że już restem229 gonię«.

Tak w on czas cicho z sobą Marfiza gadała,

A coraz nań nakoło szablą przycinała.

100

Ten także drugi mówił: »Dobrzeć mi się stało,

»Że mu się odpoczywać i wytchnąć nie dało:

»Ledwie mu teraz zdołam, kiedy pierwszem bojem

»Zmordował się, bijąc się z towarzystwem mojem;

»By beł do dnia nowego sobie odpoczynął,

»Coby się beło stało? — Pewniebym beł zginął!

»Wielkie to szczęście, że wżdy tego nie przyjmował,

»Czemem go czcił, czemem go z ludzkości częstował«.

101

Aż do wieczora prawie on bój trwał samego,

A nie znać było, kogo trzymać za lepszego.

A trudno go też beło już przywieść do końca,

Kiedy już dnia nie mieli, ni widzieli słońca.

Pierwszy beł rycerz w czerni, który takiej mowy

I tych słów użył w on czas do cnej białejgłowy:

»Co dalej czynić będziem, kiedy nam widoki

»W równem szczęściu niewczesne230 odejmują mroki?

102

»Zda mi się, żebyś jeszcze przedłużył żywota

»Aż do jutra, kiedy się dziś nasza robota

»Nie skończyła; aleć się opowiedzieć wolę,

»Żeć pewnie żyć nad tę noc więcej nie pozwolę.

»Ale mię w tem nie winuj, że być dłużej żywy

»Żadną miarą nie możesz, bom ja w tem niekrzywy;

»Winuj raczej okrutność i prawo niewieście,

»Prawo złych niewiast, które panują w tem mieście.

103

»Jeśli cię nie żałuję i tych, co są z tobą,

»Bóg widzi; jakokolwiek, proszę cię dziś z sobą.

»Pospołu z towarzystwem ze mną być bezpiecznie

»Możesz, ale gdzie indziej zginąłbyś koniecznie;

»Bo ta gromada niewiast, któremeś ty męże

»Pozabijał, na cię się niedługo sprzysięże.

»Każdy z tych, coś je pobił, tak ci trzeba wiedzieć,

»Miał dziesięć żon, wszak o tem łatwo się dowiedzieć.

104

»Dziewięćdziesiąt jest niewiast, które z spólnej zgody

»Mścić się będą nad tobą teraźniejszej szkody;

»I jeśli nie zostaniesz ze mną, wszytką mocą

»Dziś pewnie na cię najdą i uderzą nocą«.

Ona na to: »Pozwalam, że mię przenocujesz

»I pewienem, że strzymasz, co mi obiecujesz,

»I że nie mniejsza wiara i dobroć jest w tobie,

»Niżli męstwo, któreś dziś pokazał po sobie.

105

»Ale, żeć mię żal zabić, możesz także i ty

»Odemnie być, jako ja od ciebie, zabity;

»I tak mniemam, żeś poznał z teraźniejszej proby,

»Żem jeszcze nad cię nie jest słabszy do tej doby.

»Zgoła, chceszli bój rozwieść, chceszli go do końca

»Doprowadzić, lub dzisia lub jutro za słońca,

»Ślubuję, że mię najdziesz, tem rycerskiem słowem,

»Na najmniejszy znak, gdzie chcesz i jako, gotowem«.

106

Zgodzili się, że bój beł dotąd odłożony,

Ażby Febus wóz wegnał na nieba złocony.

Za odłożeniem boju wątpliwość została,

Któremu się pierwsza cześć w niem przypisać miała.

Potem do Akwilanta, do Gryfona cnego

I do książęcia rycerz poszedł angielskiego

I prosił ich, aby mu tę chęć pokazali,

Aby u niego jedli i przenocowali.

107

Wszyscy się, co ich było, chętnie obiecali

I przy świetle lanych świec231 na pałac jechali,

Który beł wielkiem kosztem pięknie postawiony,

Na pokoje, na sale wielkie rozdzielony;

Gdzie, skoro hełmy zdjęli i twarzy odkryli,

Barzo się sobie wzajem gońcy zadziwili,

A tem barziej, że ile znać beło z wejźrzenia,

Ledwie lat miał ośmnaście rycerz bez wątpienia.

108

Dziwuje się Marfiza, jako w takiem wieku

Takie męstwo być mogło w tak młodem człowieku.

Ale i drugi niemniej zdumiony zostawa,

Bo po złotem warkoczu, z kiem się bił, poznawa.

O swoje się imiona natychmiast pytają

I tę powinność sobie wzajemną oddają. —

Ale się czuję, żem już dosyć spracowany;

Potem powiem, jako beł młodzieńczyk nazwany.

Koniec pieśni dziewiętnastej.