XX. Pieśń dwudziesta

Argument

Gwidon z srogiej krainy z inszemi uchodzi;

Astolf, gdzie jeno jego trąby dźwięk dochodzi,

Po mieście i przyległem strach puszcza powiecie,

Potem się błąka to tam, to sam, sam po świecie.

Marfiza we Francyej zwycięża Zerbina,

Z którego ma obrońcę i wodza Gabryna232,

Gabryna zła, od której, czego wprzód nie wiedział,

Zerbin o Izabelli swojej się dowiedział.

Allegorye

W tej pieśni dwudziestej przez białegłowy mężobójce, które były rozegnane i w niwecz obrócone dźwiękiem trąby, od Logistylle Astolfowi darowanej, daje znać, że rzeczy gwałtem przeciwko zwyczajowi pospolitemu i przyrodzeniu postanowione długo trwać żadną miarą nie mogą. W Zerbinie, który z taką cierpliwością i wiarą stał się wodzem i obrońcą złej, niecnotliwej Gabryny, jest przykład prawdziwego i statecznego rycerza, który woli raczej śmierć podjąć, niż wiary danej nie dotrzymać.

1. Skład pierwszy

Dawniejsze białegłowy wielką sławę miały,

W bojach się i w naukach często obierały233

I wszytek świat, jak wielki, dźwiękiem napełniły

Swoich dzieł zawołanych, które porobiły.

Arpalice234, Kamilla235, bohatyrki dawne,

Z dzielności są na świecie do tych czasów sławne;

Z nauk uczona Safo236 i Korynna237 słynie

I dokąd świata stanie, imię ich nie zginie.

2

I do której się kolwiek nauki udały,

Wszytkiej doskonałości w niej dostępowały.

Ja ich nie chcę mianować; kto się o nich pyta,

Najdzie, jeno niech dawne historye czyta.

A jeśli takie z dawna na świecie nie były,

Nie zawsze też będą złe płanety rządziły.

I może być, że ich dzieł wielkich zamilczano

Lub z zazdrości lubo, że o nich nie wiedziano.

3

Mnie się tak zda, że widzę, że w tem wieku naszem

Wielkie się cnoty tej płci pokażą za czasem,

Któremi się napełnią papiery uczone,

Że nie będą być mogły nigdy zapomnione,

Aby z wielką swą hańbą zmilkły nieżyczliwe

Języki, które szczypią ich sprawy uczciwe,

I tak się ich zaświeci sława, że swojemi

Przejdą dobrze Marfizę dziełami wielkiemi.

4

Ale wróćmy się do niej. Dziewica surowa,

Już imię swoje była powiedzieć gotowa

Rycerzowi, który ją u siebie postawił,

Ale tak, aby i swe on także objawił.

Zaczem ona dług mu swój zarazem oddała,

Aby też wzajem jego przezwisko wiedziała:

»Jam Marfiza« — więcej też nie było potrzeba,

Bo ostatek wszytek świat wiedział, jako trzeba.

5

Nie mógł się zaś tak prętko ów drugi wyprawić,

Przyszło mu się powieścią tą dłużej zabawić,

Tak mówiąc: »Ja rozumiem, żeście są świadomi,

»Żeście są rodu mego imienia wiadomi,

»Bo nie tylko Hiszpani albo Francuzowie,

»Tych sąsiedzi, ale też i Etyopowie

»I Murzynowie znają imię Klaromonta238,

»Skąd wyszedł zacny rycerz, co zabił Almonta239,

6

»I ten, który Mambryna króla zamordował240

»I Kiarella i państwa ich w niwecz zepsował.

»Z tej krwie, gdzie Ister241 morze ośmią rogów bodzie

»I wypowiada pokój Euksyńskiej wodzie242,

»Matka mię moja z ojcem Amonem spłodziła,

»Który tam beł pielgrzymem, już temu lat siła.

»Już to rok, jakom ja ją żałosną zostawił,

»Kiedym się do Francyej, do swoich wyprawił.

7

»Alem nie mógł, jakom chciał, dokończyć swej drogi,

»Bo mię tu, żal się Boże, zapędził wiatr srogi.

»Rok to, jakom do tej złej, niezbożnej krainy

»Przybył, bo sobie piszę i dni i godziny.

»Gwidon Dziki243 własnemem imieniem nazwany,

»Małej sławy i jeszcze od ludzi nieznany,

»Zabiłem Argillana na rycerskiej probie,

»Który miał towarzyszów dziesiąci przy sobie.

8

»Alem i drugą próbę odprawił szczęśliwie,

»Szczęśliwie i mam dziesięć dziewic niewątpliwie

»Napiękniejszych, w tem kraju odemnie wybranych

»I po wszytkiem królestwie tem wybrakowanych;

»Temi władnę, jako chcę, a zgoła wszytkiemi,

»Bo mi dały nad sobą moc i rząd w swej ziemi

»I każdemu go dadzą, który się tak stawi,

»Że dziesiąci rycerzów żywota pozbawi«.

9

Pytali stąd Gwidona, dlaczego tak mało

Mężczyzn w tamecznem kraju i w mieście zostało

I jeśli pod swą mocą żony męże mają,

Tak, jako żony mężów gdzie indziej słuchają.

Gwidon odpowie na to: »Częstom o przyczynie

»Tej sprawy słyszał, jako mieszkam w tej krainie,

»I tak, jako ja ją wiem, kiedy tego chcecie,

»Odemnie o niej słyszeć i wiedzieć będziecie.

10

»W ten czas, gdy się od Trojej wrócili Grekowie

»Za dwadzieścia lat spełna — bo historykowie

»Tak to twierdzą, że dziesięć lat pod nią strawili,

»A przez, drugą dziesięć lat po morzu błądzili —

»Naleźli, że i żony, długą utesknione

»Niebytnością, lekarstwa na to nalezione

»Swoje miały, bo sobie wyrostki obrały

»Młode, aby na zimnie samy nie sypiały.

11

»Pełne domy bękartów Grekowie zastali.

»Ale się jem tak zdało, że poodpuszczali

»Wszytkiem, bo to wiedzieli dobrze, żeby byli

»Tak długo żadną miarą pewnie nie pościli.

»Ale precz cudzem synom od siebie kazali,

»Aby sobie gdzie indziej fortuny szukali;

»Już tego cierpieć baczni mężowie nie chcieli,

»Aby ich swojem kosztem dłużej żywić mieli.

12

»Jednych matki, bojąc się mężów, porzuciły,

»Drugich tak, jako mogły, tajemnie żywiły.

»A więtszy i ci, którzy już beli dorośli,

»W różne strony, tam i sam między ludzie poszli:

»Jedni do rozmaitych rzemiosł się udali,

»Drudzy zasię na wojny dalekie jachali;

»Ci pasterzami, a ci zostali dworzany,

»Jako ta chce, której jest wszytek świat poddany.

13

»Miedzy temi inszemi srogi i surowy

»Klitemnestry pojachał młody syn królowej,

»W ośmnastu lat, tak świeży, jako kwiat różany

»Albo pięknej liliej, dopiero urwany.

»Ten sporządziwszy okręt i nań rzeczy swoje

»Poprzątnąwszy, udał się na niem na rozboje

»W towarzystwie sta inszych młodzieńców przebranych

»Swego wieku, ze wszytkiej Grecyej wybranych.

14

»Kreteńczykowie beli w ten czas wypędzili

»Króla swego i aby się ubezpieczyli,

»Na wszytkie strony swoje z pieniędzmi wysłali,

»Aby jako najwięcej ludzi nazbierali.

»Między temi Falanta244 — tak młodzieńca zwano —

»Zaciągniono na ich żołd, któremu oddano

»Potem piękne Dyktejskie miasta245 do obrony

»I z temi, których z sobą przywiódł z cudzej strony.

15

»Między miasty, których sto w Krecie się najduje,

»Pięknością i bogactwy Dyktea246 przodkuje.

»Białegłowy w niej piękne, które chodzą rady

»Na dobre myśli247, tańce, igrzyska, biesiady;

»A iż tam cudzoziemce mają w uczciwości

»I w wielkim poważeniu, i one ludzkości

»Takiej przeciwko gościom nowem używały,

»Że jem co tylko w domach panować nie dały.

16

»Wszyscy beli na twarzach gładcy, piękni, młodzi —

»Bo beł prawie kwiat wywiódł Falant greckiej młodzi —

»Że skoro się co tylko w Krecie ukazali,

»Zarazem serca z piersi jem powyciągali;

»A doświadczywszy, że tak, jako gładcy byli,

»I w łóżku się jem dobrze podobno stawili,

»Tak je sobie za krótki czas upodobały,

»Że się na świecie w niwczem barziej nie kochały.

17

»Skoro wojna stanęła z tej i z owej strony,

»Na którą beł z swojemi Falant zaciągniony,

»I służbę, na którą ich wprzód potrzebowano,

»Kiedy się pokój zawarł, jem wypowiedziano,

»Gotowali się jachać dalej, na co panie

»Kreteńskie taki lament, takie narzekanie

»Czyniły ustawicznie, tak łzy wylewały,

»Jakby ojce umarłe przed sobą widziały.

18

»Każda swego prosiła, aby nie jeździli

»I aby się tak barzo od nich nie kwapili;

»Ale kiedy nie chcieli, ony swe rodziny

»Zostawiwszy i ojce i bracią i syny,

»Skoro klejnotów, złota i srebra nabrały,

»Ze swemi miłośniki cicho ujachały,

»Tak cicho ujachały, że w Krecie żadnego

»Nie było, coby postrzegł zjachania onego.

19

»Tak wziął wczesną godzinę Falant do tej sprawy

»I tak miał wiatr życzliwy, tak na się łaskawy,

»Że pod kilkanaście mil już beli ubiegli,

»Niżli Kreteńczykowie swej szkody postrzegli.

»Ten kraj je potem przyjął, który w one czasy

»Pusty beł i zarosły zbyt gęstemi lasy;

»Tu sobie po niewczasie morskiem wytychali

»I bezpieczni kradzieży swoich zażywali.

20

»Tu ich beło przez dziesięć dni z pełna mieszkanie,

»Tu pociechy, rozkoszy, tu wczas, tu kochanie;

»Ale jako się trafia, że więc na ostatek

»Uprzykrzenie przynosi młodzikom dostatek,

»Zgodzili się, żeby płeć białą zostawili

»I od onej się wielkiej kaźni uwolnili;

»Bo się żadne na świecie brzemię tak nie przykrzy,

»Jako mieć białą głowę, która się uprzykrzy.

21

»Oni, co zbyt nieradzi z mieszka wydawali

»I pieniędzy szczędzili, to upatrowali,

»Że kiedyby tak wiele nałożnic karmili,

»Szabląby ich i łukiem trudno pożywili.

»I tak ze wszytkiego je prawie obłupiwszy,

»Złoto, srebro pobrawszy, same zostawiwszy,

»Niewdzięczni miłośnicy od nich odjachali

»Tam, gdzie znać w Apuliej Tarent248 zbudowali.

22

»Białegłowy, skoro się ujźrzały zdradzone

»I od swych miłośników same opuszczone,

»Tak się srodze wylękły zrazu, że się zdały,

»Jak na brzegu przy morzu nieruchone skały;

»Ale widząc, że wrzaski i łzy, które lały,

»Pożytku nie czyniły i za nic nie stały,

»Poczęły pilnie myślić, jako się ratować,

»Jako się w onem wielkiem nieszczęściu sprawować.

23

»Zdania swoje każda z nich w pośrzodek wnosiły:

»Jedne się wrócić nazad do Krety radziły

»I raczej się na wolą ojców niebłaganych249

»I mężów swoich puścić, chocia rozgniewanych,

»Niżli na niemieszkanych brzegach miedzy lasy

»Głodem umrzeć i cierpieć niezmierne niewczasy;

»Drugie zasię i słowa rzec na to nie dały

»I że się było lepiej utopić, wołały,

24

»I chodzić chleba żebrać tam i sam po świecie

»I być nierządnicami do końca, niż w Krecie

»Poddać się pod surowe i gniewliwe ręki

»Srogich ojców i mężów na kaźni, na męki.

»Takie rady i insze różne przed się brały,

»Ale się żadne przecię z tych nie podobały;

»Nakoniec między niemi Orontea wstała,

»Co od króla Minosa ród swój wywodzała.

25

»Namłodsza miedzy niemi i nagładsza była

»I namędrsza i mniej też, niż insze, zgrzeszyła;

»Miłowała Falanta i jemu się dała

»Prawicą250 i dla niego ojca odjachała.

»Ta ukazując z twarzy rumianej i z mowy

»Śmiałe serce i w sercu śmiałem gniew gotowy,

»Rady od inszych wszytkich wniesione zganiła

»I że jej zdanie wszytkie przyjęły, sprawiła.

26

»Porzucić on piękny kraj jem nie rozradzała251,

»Który, że beł obfity i zdrowy, poznała.

»Miał w sobie przezroczyste rzeki i niziny,

»Łąki, lasy, po wielkiej części miał równiny,

»Miał i porty, w które się mogli przed wiatrami

»I niepogodą ukryć żeglarze z nawami,

»Które to od Afryki, to z egipskich włości

»Niosły różne towary i różne żywności.

27

»Zdało się raczej zostać i mścić się surowie252

»Nad zdradliwą męską płcią srogiej białejgłowie.

»Chce, aby każdy okręt, który tam przypłynie

»I portu dla przeciwnych złych wiatrów nie minie,

»Zarazem na łup, na miecz, na ogień puszczono

»I jednego mężczyzny aby nie żywiono.

»Na słowa Orontei wszytkie pozwoliły

»I jako chciała, prawo na to uczyniły.

28

»Skoro wiatr wstał, a chmury wzniosły niepogody,

»Biegły hurmem niewiasty złe do morskiej wody,

»Od nowej prawodawcę swojej i królowej

»Orontey wiedzione srogiej i surowej,

»I nawy, które wiatry do brzegów przygnały,

»Ogniem srogiem paliły i na łup dawały.

»I jeden żywo nie beł mężczyzna puszczony,

»Coby onę nowinę zaniósł w cudze strony.

29

»Przez kilka lat tak same w onem kraju żyły

»Okrutne białegłowy i mężczyzny biły;

»Ale prędko poznały, żeby były szkody

»Nie uszły, nie zabiegszy z jednostajnej zgody

»Swem złościom, bo kiedyby nigdy nie rodziły,

»Prawaby się ich były w niwecz obróciły

»I królestwoby było i prawo ustało,

»Które, jak ony chciały, na wieki trwać miało.

30

»Przeto ostrości prawa nieco uchyliły

»I przez pięć lat z okrętów, co tam przychodziły,

»Dziesięć sobie nagładszych mężów obierały

»I żywo je puszczały i zostawowały,

»Takich, coby się beli tak dobrze stawili,

»Żeby ze stem małżeńskie dzieło odprawili —

»Bo ich spełna sto beło — i tak beł każdemu

»Jeden mąż dziesiątkowi oddany jednemu.

31

»Siła ich stracić dały, co się nie udali

»I co się źle i słabo, nędzni, popisali.

»Tych zasię, którzy mieli potężniejsze siły,

»Towarzyszmi swych rządów i łask uczyniły;

»Ale pierwej przysięgę uczynić musieli,

»Którą pod gardłem iścić i zachować mieli,

»Aby wszytkich, coby tam beli przyjachali,

»Bez wszelakiej litości mężczyzn zabijali.

32

»Potem mięższeć253 brzemiony i rodzić się jęły,

»A zatem się barzo bać i trwożyć poczęły,

»Aby męskiej tak wiele płci nie narodziły

»Za czasem, żeby się jej zaś nie obroniły

»I żeby jem nakoniec rządów nie musiały

»Puścić, w których tak barzo same korzystały;

»Przeto postanowiły, póki beli mali

»I póki niedołężni, aby nie wierzgali254,

33

»Srogie prawo, okrutne prawo uchwaliły,

»Strzegąc, aby pod męską zwierzchnością nie były,

»Aby jednego tylko matka zostawiła,

»Inszych albo przedała albo podawiła.

»Dla tego je w dalekie strony zasyłają

»I tem, co je prowadzą, srogi przykaz dają,

»Aby, jeśli być może, na frymark je dali

»Za białą płeć; jeśli nie, aby je przedali.

34

»Jednegoby mężczyzny pewnie nie żywiły,

»Kiedyby same bez nich potomstwo rodziły;

»Toć jest nawiętsze tego dobrodziejstwo prawa,

»Które więcej swem, niżli obcem, zła ustawa

»Pokazuje, bo inszych jednako skazuje

»Na srogą śmierć i w tem się tylko poprawuje,

»Że nie chce, aby wszytkich, jak przed tem czyniały255,

»Bez porządku niewiasty srogie zabijały.

35

»Jeśli dziesięć lub więcej, wiatrem zapędzeni,

»Przybyli tam, do kluzy256 wnet beli wsadzeni,

»Skąd potem po jednemu na dzień wyjmowani

»1 przez los, kto miał zginąć, beli wybierani

»W ten czas, gdy Orontea okrutna rządziła,

»Która tam Pomście ołtarz beła postawiła,

»A jeden beł z dziesiątka przez los do tej kary

»Obrany, aby srogie odprawił ofiary.

36

»Po wielu lat przybył tu jeden zawołany

»Rycerz młody, imieniem Albani257 nazwany,

»Który się beł zbyt pięknie i kształtnie urodził,

»A od Alcydy swój ród zacnego wywodził.

»Ledwie się postrzegł, jako został poimany,

»Jako ten, co on kraj miał za niepodejźrzany;

»Potem go do ciasnego więzienia oddano

»I do srogiej ofiary z inszemi schowano.

37

»Gładki beł i udatny, pięknych obyczajów,

»Uczony i świadomy wielu różnych krajów,

»I tak beł słodkiej i tak przyjemnej wymowy,

»Żeby rady słuchały jego słodkiej mowy

»Srogie żmije. Wtem, gdy go do więzienia dano,

»Jako o rzeczy rzadkiej o niem powiedziano

»Aleksandrze258; córa to Orontei była,

»Która długiemi ciężka laty, jeszcze żyła.

38

»Jeszcze żyła, drugie już beły zumierały

»Wszytkie, co beły z Krety w ten kraj zajachały;

»Inszych się narodziło siła, które były

»Potem przyszły swem rządem do niemałej siły

»I do dziesiąci kuźnic, które próżnowały

»Często, jednego tylko robotnika miały;

»A dziesięć zaś rycerzów wszytkich zabijali

»Przychodniów, co się jedno w tamten kraj trafiali.

39

»Aleksandra, której tak siła powiadano,

»O Albaniem i której go tak zalecano,

»Tak długo swojej starej macierze prosiła,

»Że go jej na ostatek widzieć pozwoliła;

»I kiedy już miał odejść, poczuła, że mało

»Serca w niej, które za niem bieżało, zostało;

»Czuje się, sama nie wie, jako, poimana

»I zostawa od swego więźnia skrępowana.

40

»»Kiedyby tu — mówi jej — ludzkość panowała,

»»Kiedyby się, o piękna panno, najdowała

»»Tu w tem kraju, jako się gdzie indziej najduje,

»»Wszędzie, gdzie słońce świeci i bieg odprawuje,

»»Prosiłbym was bezpiecznie259 przez wasze piękności,

»»Dla których serca twarde miękczeją z miłości,

»»Abyście mię żywotem teraz darowały,

»»A potem jem według swej wolej szafowały.

41

»»Ale kiedy w tem kraju, krom wszelkiej słuszności

»»Wszytkie serca są srogie i próżne litości,

»»Nie proszę, abyście mię zdrowiem darowały,

»»Bo wiem, żeby me prośby skutku nie uznały,

»»O to proszę: niech umrę, jako rycerz prawy,

»»Z bronią w ręku, nie jako dla jakiej złej sprawy

»»Osądzony na garło i na śmierć skazany,

»»Albo wół, na ofiarę bogom zgotowany«.

42

»Aleksandra, co oczy łzami umoczone

»I serce miała żalem wielkiem przerażone,

»Odpowie: »Niech tak będzie, że okrutniejszego

»»Miasta nad to nie najdzie i nieludcejszego260;

»»Ale tego nie przyznam, aby między nami

»»Wszytkie beły, jako ty twierdzisz, Medeami;

»»I choćby beły wszytkie, ja sama w tę radę

»»I w tę się liczbę, tak wiedz, Albani, nie kładę.

43

»»I jeślim przedtem beła okrutna w tej ziemi

»»I niezbożna zarówno z inszemi wszytkiemi,

»»Podomno to dla tego, żem dotąd nie miała

»»Nikogo, komubym swą dobroć pokazała;

»»Alebych beła gorsza, niż lwi przemorzeni,

»»I sercebych nosiła twardziejsze kamieni,

»»Jeżelibym na twoje słowa nie zmiękczała

»»I kiedyby mię litość poruszyć nie miała.

44

»»Bodaj to prawo srogie beło tak zniesione,

»»Które przeciw przychodniom jest postanowione,

»»Jakobym się twojego żywota, wiedz o tem,

»»Nie wzbraniała odkupić mem własnem żywotem.

»»Ale okrutne prawo zagrodziło drogę,

»»Że cię tak, jako życzę, ratować nie mogę;

»»I chocia to mała rzecz, o co nas chcesz prosić

»»Albo prosisz, w tem miejscu trudno co uprosić.

45

»»Tuszę jednak, że tę rzecz za staraniem mojem

»»Otrzymasz, jako pragniesz, abyś umarł bojem;

»»Ale się o to boję, aby cię przez dzięki261

»»Sroższa śmierć nie potkała zasię z cudzej ręki«.

»Na to rzekł Albaniusz: »Tak się dobrze czuję,

»»Kiedy członki żelazem dobrze obwaruję,

»»Że dziesiąci nawiętszych rycerzów pożyję

»»I sam żywy zostanę, a onych pobiję«.

46

»Aleksandra mu na to nie odpowiedziała,

»Tylko ciężko westchnęła, kiedy odchadzała;

»Stamtąd do Orontei, matki swojej, poszła,

»A tysiąc ran śmiertelnych w sercu z sobą niosła;

»I wolą jej nowego więźnia powiedziała

»I prosiła, aby go zabić nie kazała,

»Kiedyby beł tak mężny, żeby jawnie w rynku

»Dziesiąci inszych zabił sam na pojedynku.

47

»Orontea królowa do rady zebrała

»Swe niewiasty co starsze i tak rokowała:

»»Wiecie to wszytkie dobrze, jako na tem siła,

»»Aby straż wszędzie dobra w naszych porciech była;

»»A żeby beła dobra, trzeba nam probować

»»Tych wszytkich, co ich będą mieli zawiadować,

»»Aby z naszem upadkiem marni nie rządzili,

»»A mężni bez słuszności zdrowia nie tracili.

48

»»Mnie się zda, aby prawo beło uczynione

»»Na mężczyzny, do naszych krajów przypławione,

»»Aby każdy, niż na śmierć do ofiary stanie,

»»Jeśli sam tak będzie chciał, uczynił potkanie

»»Sam a sam262 w pojedynku na placu przestronem

»»Z dziesiątkiem inszych mężczyzn, na to naznaczonem;

»»Jeśli wszytkich zabije, ten niech za tą próbą

»»Portem rządzi i wszytek lud niech ma pod sobą.

49

»»To mówię, że tu jeden więzień się najduje,

»»Który się bić z dziesiącią naszych ofiaruje;

»»Jeśli tak, jakiem się być udaje, jest śmiały,

»»Czemużbyśmy mu tego pozwolić nie miały?

»»Przeciwnem obyczajem, niech będzie karany,

»»Jeśli na pojedynku będzie przekonany«.

»Tak w on czas Orontea swą radę dawała,

»Na co jej co nastarsza tak odpowiedziała:

50

»»Nie ta beła przyczyna pierwsza, zacne panie,

»»Źeśmy wzięły męską płeć z sobą w obcowanie,

»»Aby ich miastu beło potrzeba nowemu

»»Dla obrony i temu królestwu naszemu,

»»Bo tak, jako i oni, mamy z to śmiałości263

»»I dowcipu i serca i umiejętności;

»»Bógby chciał, żebyśmy tak mogły bez nich rodzić

»»I bez nich same przez się potomstwo wywodzić.

51

»»Lecz że to być nie może, na to się zgodziły

»»Te, które tu napierwej prawa stanowiły,

»»Aby ich nigdy więcej nie mieszkało z nami,

»»Jedno — boby się mogli uczynić panami —

»»Jeden przeciw nas dziesięć; i to się czyniło

»»Dla płodu, nie, aby ich nam potrzeba było

»»Dla obrony; w tem samem niechaj będą mężni,

»»W ostatku niepotrzebni, marni, niedołężni.

52

»»Przeciwna to we wszytkiem od celu naszego

»»Między sobą mężczyznę chować tak mężnego;

»»Bo jeśli dziesięć inszych sam jeden zabije,

»»Pytam was, wiele taki białychgłów pożyje?

»»Kiedyby takich dziesięć być między naszemi

»»Miało, dawnoby nam rząd wydarli w tej ziemi.

»»Głupstwo wielkie panować pragnąć, a inszemu

»»Dać broń w ręce, niżeś sam, dobrze mocniejszemu.

53

»»I to masz upatrować, że jeśli pożyje

»»Ten twój inszych dziesiąci, jeśli ich zabije,

»»Usłyszysz, o królowo, sta niewiast odkryte

»»Narzekanie o męże, od niego zabite.

»»Chceli wyniść, niech insze sposoby podawa,

»»A niech tak mężobójcą wielkiem nie zostawa.

»»Jednak, jeśli sto w łóżku białychgłów odprawi,

»»Jako ich dziesięć czyni, niechaj się wybawi«.

54

»Surowe było zdanie Artemiej paniej —

»Tak się zwała — atoli nie stanęło na niej,

»Boby beł Albaniusz w kościele, o srogi

»Wyroku, błagał swą krwią niepobożne bogi;

»Ale stara królowa, która na tem była,

»Aby córce dogodzić, tak wiele wnosiła

»Wywodów wielkich, że jej przewyszszyło zdanie

»I wszytek białogłowski przypadł senat na nie.

55

»Gładkość Albaniusza prawie niesłychana

»I grzeczność i uroda, z nikiem niezrównana,

»Tak wiele w sercach młodych białychgłów ważyły,

»Które w radzie na on czas z Oronteą były,

»Że starsze z Artemią niewiasty przegrały,

»Które się praw i dawnych zwyczajów trzymały;

»I blizko tego było, że od drugiej strony

»Mało nie beł Albani młody wypuszczony.

56

»Krótko mówiąc, miał szczęście i padł dekret po niem,

»Ale tak, aby jako rozumiano o niem,

»Dziesięć inszych sam a sam264 żywota pozbawił,

»Dziesięć tylko, lecz nie sto, białychgłów odprawił.

»Drugiego dnia beł zaraz z wieże wywiedziony

»I w zwykłą swoję dobrą zbroję obleczony.

»Mając dobry pod sobą koń, na placu długiem

»Wszytkich dziesiąci zabił, jednego po drugiem.

57

»Tejże nocy na drugą próbę był puszczony

»I w łożnicy z dziesiącią panien położony;

»Gdzie mu się tak zdarzyło, choć się beł zmordował

»Długiem bojem, że wszytkich skusił i skosztował.

»Czem sobie taką łaskę zjednał u królowej,

»Że go wzięła za syna i do próby nowej

»Córkę mu swą i dziewięć dziewic naznaczyła,

»Z któremi się najpierwsza próba odprawiła.

58

»Aleksandrę mu piękną i to miasto dała,

»Która je potem swojem imieniem nazwała265,

»Ale tak, aby prawo ono i sam chował

»I potomek, co po niem będzie następował,

»Aby każdy przychodzień, co do tego kraju

»Trafi się, obrać sobie mógł według zwyczaju

»Albo umrzeć ofiarą na bogów błaganie,

»Albo z dziesięcią mężów mieć bój i potkanie.

59

»Gdzie, jeśliby sam wszytkich żywota pozbawił,

»Aby i drugą próbę w łożnicy odprawił;

»A jeśli mu się szczęście stawi tak łaskawie,

»Że zwycięzcą zostanie i na tej rozprawie,

»Ten niech panem zostanie i według swej wolej

»Niech sobie dziesięć dziewic obierze po wolej,

»Z któremi niech króluje, aż drugi przybędzie,

»Co mu, jako on inszem, na garle usiędzie.

60

»Dwa tysiąca lat spełna, jako powiadają,

»Chowano srogie prawo i dotąd chowają;

»I rzadki dzień, w któryby nie miał być zarzniony

»Na ofiarę przychodzień jaki z — cudzej strony.

»Jeśli się który boju z dziesiącią napiera,

»Pospolicie na pierwszem potkaniu umiera;

»Z tysiąca ledwie jeden taki się najduje,

»Który do drugiej próby, nocnej, postępuje.

61

»Trafiają się niektórzy, którzy postępują,

»Ale tak rzadko, że ich na palcach rachują.

»Między takiemi jeden Argillan się liczył,

»Ale niedługo z swojem dziesiątkiem dziedziczył;

»Bo kiedym tu przyjachał, wiatry zapędzony,

»Beł odemnie z dziesiącią inszych zwyciężony.

»Bóg tak chciał, żem ja raczej nie pozbył żywota,

»Niż na mię padła hańba i taka sromota.

62

»Bo wczasy i roskoszy, które więc człowieku

»Smakują, zwłaszcza tego rozkwitłego wieku„

»I purpury i złoto, zwierzchność, przodkowanie,

»Przełożeństwo, dostatki, rząd i panowanie,

»Zda mi się, że nie mają smaku i wdzięczności,

»Kiedy człowiek pożądnej266 nie jest na wolności;

»I to mi się zda ciężka niewola, że w drogę

»Nigdziej stąd, nieszczęśliwy, wyjachać nie mogę.

63

»Ale to mi najwięcej przydawa żałości,

»To mi wszytek smak bierze, że kwiat mej młodości

»Ladajako i w marnem tracę próżnowaniu,

»Tyjąc, jako wieprz jaki, w tem tu poimaniu.

»Sława mojego rodu brzmi tak, jako trzeba,

»Prawie po wszytkiem świecie i dosięga nieba,

»Którejbym ja też mógł mieć jaką odrobinę,

»Kiedybym wżdy nawiedzić mógł moję rodzinę.

64

»Zda mi się, że mi krzywdę nieba uczyniły,

»Że mnie do tak nikczemnych posług obróciły,

»Jako ten, co więc konia obraca do stada,

»W którem się lub chromota lubo insza wada

»Lub ślepota najduje, że musi w pokoju

»Gnuśnieć i surowego zapominać boju.

»I życzę sobie śmierci, kiedym tak zrzucony

»Z nadzieje, abym kiedy miał wyniść z tej strony«.

65

Tu Gwidon potem przestał i złorzeczył dniowi,

Puściwszy wodze swemu wielkiemu gniewowi,

W którem zwycięstwa przeciw dziesiątkowi dostał

I rycerzów i dziewic i tam panem został.

Astolf się nie chciał dać znać i stał utajony

Tak długo, aż beł z wielu znaków upewniony,

Że mu tak, jako Gwidon mówił, beł powinny

Syn zacnego Amona i ten, a nie inny.

66

Potem mu, nie tając się więcej, odpowiedział

I jako beł brat jego tak blizki, powiedział

I wielką mu uprzejmość i chęć pokazował

I w głowę go, nie bez łez, kilkakroć całował.

»Nie mogłać — prawi — matka na szyi zostawić

»Pewniejszych znaków, które miały cię objawić;

»Bo żeś z naszej krwie poszedł, twoje obyczaje,

»Twoje serce i męstwo twoje cię wydaje«.

67

Gwidon, który gdzie indziej byłby beł wesoły,

Nalazszy tam tak blizkie swoje przyjacioły,

Z smętną twarzą Astolfa w tem miejscu przyjmował

I że się tam z niem trapił, niezmiernie żałował.

Jeśli sam żyw zostanie, więźniem będzie drugi,

Do czego już kres, tylko przez noc, tak niedługi;

Jeśli też Astolf zginie, zabiją samego:

Tak dobre tego jest złe wyraźne drugiego.

68

Żal mu k temu, że inszy rycerze koniecznie,

Jeśli wygra, więźniami zostać muszą wiecznie;

Ale jeśli też w onem pojedynku zginie,

Po staremu nieszczęsnych niewola nie minie.

Bo jeśli je z jednego błota wyjmie snadnie,

Kiedy zaś do drugiego przydzie, także wpadnie.

Darmo nad niem Marfiza otrzyma wygraną,

Bo zginie, a ci przedsię w niewolej zostaną.

69

Z drugiej strony wiek młody, rozkwitły i owa

Ludzkość, grzeczność i wielka dzielność Gwidonowa

Tak serce towarzyszów wszytkich przeraziły

I Marfizę takową litością ruszyły,

Że jem przyszła ich wolność prawie do wzgardzenia,

Kiedy jej mieć nie mogą bez jego zginienia;

I jeśli go Marfiza musi zabić, krzywa267

Tak się rozumie, że być sama nie chce żywa.

70

I mówi Gwidonowi: »Pospołu pójdziemy

»I gwałtem z tego miejsca wszyscy wynidziemy«.

On jej na to: »Niemasz tu ucieczki nadzieje:

»Na śmierć tu tylko samę dają przywileje«.

Ona zaś: »O co jeno kiedy się pokuszę,

»Zawżdy skończę w tej sprawie, zawsze sobie tuszę;

»A pewniejsza się droga stąd uść nie najduje

»Krom tej, którą mi sama szabla ukazuje.

71

»Takem na placu twego męstwa doświadczyła,

»Żebym się o więtszą rzecz z tobą pokusiła;

»Przeto jutro chcę, kiedy niewiasty się znidą

»Na plac patrzyć na nasz bój i na ganki wnidą,

»Abyśmy na nie z każdej uderzyli strony,

»Lubo będą uciekać lub czynić obrony,

»I żebyśmy ich trupy źwierzom zostawili

»I ptakom tego miejsca i miasto spalili«.

72

Gwidon jej zasię na to: »Ja w każdej potrzebie

»Gotowem być i umrzeć zawsze podle ciebie;

»Ale stąd żywo wyniść daremnie myślemy:

»Dosyć na tem, że się wżdy cokolwiek pomściemy.

»Często dziesięć tysięcy na plac się zjeździwa268

»Złych białychgłów, a czasem i więcej ich bywa;

»Tyle drugie zostaje tych, które pilnują

»Zamku, portu i które ma murach wartują«.

73

»Niech ich będzie tak wiele — Marfiza odpowie —

»Jako mieli ludzi swych z Kserksesem Persowie,

»Albo tak wiele, jako było pozmiatanych

»Z nieba pokus269, na męki do piekła skazanych:

»Jeśli ty będziesz ze mną, a przynajmniej z niemi

»Nie będziesz, jam gotowa bić się ze wszytkiemi

»I wiem, że ich pobiję«. — Gwidon zaś: »Ja powiem

»Jeden sposób, przez który ujdziem z całem zdrowiem,

74

»Jeden ten tylko sposób, jeśli nam wynidzie270

»I jeśli jakie znaczne nieszczęście nie przydzie:

»Nikomu się krom niewiast do morza nie godzi

»Chodzić z miasta; jeśli kto ukradkiem wychodzi,

»Gardłem bywa karany i dlatego muszę

»Zwierzyć się tego jednej z tych niewiast i tuszę,

»Że mię pewnie nie wyda, bom nieraz miłości,

»Nierazem jej ku sobie doznał życzliwości.

75

»I wiem to, że i ona ma tę dobrą wolą

»Zdjąć ze mnie i tak ciężką i brzydką niewolą,

»Spodziewając się, żeby sama ze mną żyła

»I żeby towarzyszek inszych swych pozbyła.

»Ta, kiedy ciemne mroki poczną następować,

»Każe po cichu dobrą fustę nagotować,

»Którą naszy żeglarze i w żagle ubraną

»I w wiosła, kiedy będzie potrzeba, zastaną.

76

»Za mną, w kupę ściśnieni wszyscy marynarze,

»Wszyscy rycerze, wszyscy kupcy i żeglarze,

»Którzyście się dziś w dom mój teraźniejszej chwili,

»Za co niechaj wam będzie dzięka, zgromadzili,

»Pójdziecie i drogę mi będziecie torować,

»Jeśliby nas kto myślił wściągać i hamować;

»Tak za pomocą mieczów, ujźrzawszy pogodę,

»Pewienem, że was z miasta bezpiecznie uwiodę«.

77

»Ty czyń, co chcesz — odpowie Marfiza surowo —

»Ja wiem, że sama przez się stąd ujadę zdrowo,

»I pierwej ujźrzysz wszytkie te larwy niewieście

»Pobite od mej ręki, które są w tem mieście,

»Niżbym krok na zad stąpić albo uciec miała,

»Lub jaki znak po sobie strachu pokazała.

»Chcę stąd wyniść, chcę za dnia i chcę tylko gwałtem

»I mniemam, iż sromota wyniść inszem kształtem.

78

»Kiedyby mnie niewiasty, żem dziewką, poznały,

»Wiem to pewnie, żeby mnie barzo szanowały,

»I wiem, żeby mi z sobą wszytkie były rady

»I wzięłyby mię w senat i do pierwszej rady;

»Ale iżem pospołu z temi przyjachała,

»Nie chcę, abym przywilej więtszy nad nie miała;

»Błądby beł, kiedybym się sama wyzwoliła,

»A tych drugich w niewolej ciężkiej zostawiłam.

79

Te i insze tam beły Marfizine słowa,

Z których jawnie dawała znać cna białagłowa,

Że się na towarzysze tylko oglądała

I że się, bojąc się ich zawieść, hamowała,

Że z pamiętnem znakiem swej śmiałości bez wieści

Nie uderzyła zaraz na rodzaj niewieści;

Dlatego na Gwidona onę rzecz puściła,

Użyć drogi, co lepsza według niego była.

80

Wtem z Aleryą Gwidon, co wierniejszą żoną,

Mówi i odkrywa jej sprawę umówioną.

Nie trzeba mu jej było długo prosić; owa,

Krótko mówiąc, nalazł ją, że była gotowa.

Do morza wskok dla Justy w ciemne mroki poszła

I złoto i swe skarby co lepsze wyniosła,

Zmyślając, skoroby dzień swojemu woźnicy

Febus kazał wieźć na świat, wyniść na zdobyczy.

81

Ale pierwej, niżli się do morza wybrała,

W pałacu miecze, tarcze i zbroje zebrała,

Które na się żeglarze, kupcy obłóczyli,

Którzy na poły nadzy271 i bezbronni byli.

Jedni spali, a drudzy straż odprawowali

I miedzy się odmienne prace podzielali,

Co raz patrząc, jeśli się niebo czerwieniało

Na wschód słońca i jeśli świtać poczynało.

82

Jeszcze beł, wyjeżdżając z morza, pan światłości

Nie rozegnał, jak trzeba, mroków i ciemności,

Dopiero Arktofilaks272 od północnej strony

Orać pługiem poczynał niebieskie zagony,

Kiedy niewieście gminy on plac napełniły,

Aby na koniec boju strasznego patrzyły,

Jako więc napełniają pszczoły ule swoje,

Kiedy na wiosnę nowe rozczynają roje.

83

W bębny, trąby i surmy uderzyć kazały,

A dźwięki się nakoło wszędzie rozlegały,

Dawając znać, aby się wrócił, Gwidonowi

I koniec rozczętemu dał pojedynkowi.

Już stali pogotowiu Akwilant z Gryfonem,

Ubrani w świetne zbroje, i Astolf z Gwidonem,

Sansonet i Marfiza; ci konno, a owi

Inszy pieszo, do przyszłej potrzeby gotowi.

84

Kto chciał z pałacu morza i portu dojachać,

Musiał koniecznie poprzek przez on plac przejachać;

Żadnej drogi, lub długiej lub krótkiej, nie mieli

Nad tę, co od Gwidona już wszyscy wiedzieli.

Który, skoro swych zagrzał słowy przystojnemi,

Ruszył się od pałacu cicho ze wszytkiemi

I na plac, gdzie niewiasty stały w onej dobie,

Wjachał śmiele, mając ich coś nad sto przy sobie.

85

Zbyt spiesznie towarzysze swe Gwidon prowadził,

Aby ich beł co pręcej z bramy wyprowadził;

Ale wielki tłum niewiast, które stały wkoło,

Wszytek zbrojny, począł mu zachodzić na czoło.

Mniemały, widząc, kiedy inszych wiódł za sobą,

Że chciał uciec i z bramy wypaść oną dobą;

I łuki wszytkie razem ku niem nałożyły

I tę stronę, gdzie mieli wypaść, zastąpiły.

86

Gwidon i inszy wszyscy i mężna dziewica

Wpadła na nie tak, jako przemorzona lwica.

Bijąc, siekąc i koląc, długo się silili,

Aby żelazne wrota u bramy wybili;

Ale tak wielki beł tłum niewieści u brony,

Że strzały szły, jako deszcz; ten srodze zraniony,

A ten zabity leży, że nakoniec w onej

Potrzebie bardzo blizko już beli straconej.

87

Jeszcze dobrze, że zbroje mieli doskonałe,

Że wżdy piersi za niemi zachowali całe.

Pod Sansonetem dzielny koń poległ, zabity,

Pod Marfizą padł, spisem273 przez szyję przebity,

A wtem książę angielskie sam rzecze do siebie:

»A ja w jakiej swej trąby użyję potrzebie?

»Spatrzę, kiedy miecz mało sprawił, jeśli mogę

»Trąbą samą rozczętą ubezpieczyć drogę«.

88

Jako się we złem razie każdy więc ratuje,

Jako może, tak Astolf trąbę w czas wyjmuje

I przykłada do gęby: dźwięki straszne wstają,

Które ziemię i morze i niebo mieszają;

Wszytek świat drży, lud, srogiem strachem przerażony,

Chcąc uciekać, na sobie pada obalony,

Niewiasty od bojaźni z teatrum spadają

I swojej bramie więcej obrony nie dają.

89

Jako wielką bojaźnią ludzie przerażeni,

Kiedy już ogień wszytkie opanował sieni

I wszytek dom nakoło, w ten czas, kiedy spali

I dzienny trud i troski we śnie umarzali,

Biegając i tam i sam i nie wiedząc dziury

Do ucieczki, spadają i z okien i z góry:

Tak na on czas niewiasty z teatrum spadały

I przed straszliwem dźwiękiem wszytkie uciekały.

90

Uciekały tam i sam przed dźwięki strasznemi:

Na górze i na dole, pełno ich na ziemi;

Jest ich przez tysiąc w bramie, co się uprzedzają

Do wyścia i same się przez się powalają.

W takiem wielkiem nacisku ta żywota strada,

Ta z okna, a ta z ganku wysokiego spada;

Ta rękę, owa nogę, a ta szyję łamie,

Ta zdycha, ta już zdechła, a ta tylko chramie.

91

Wrzask wylęknionych niewiast płacz i narzekanie

Aż do nieba sięgało i wielkie wołanie.

Gdziekolwiek dźwięk dochodzi, tłuszcza, pełna trwogi,

Jako nadalej niesie ukwapliwe nogi.

Ale się nie dziwujcie, że w tej mieszaninie

Małe serce widzicie i strach w podłem gminie:

Wiecie, że przyrodzenie stworzyło zające

Zawżdy lękające się, zawżdy się bojące.

92

Ale co mi o mężnej Marfizie rzeczecie?

Co o Gwidonie Dzikiem rozumieć będziecie?

Co i o Sansonecie, co o drugich owych

Rycerzach wielkich, syniech Oliwijerowych?

Nie baliby się byli pierwej sta tysięcy,

A teraz uciekają jako ród zajęcy,

Jako króliki, jako gęłębie na ciszą,

Kiedy grzmot jaki blizki i kołat usłyszą.

93

Tak swem jako i obcem dźwięk i moc wadziła,

Co z uczarowanego rogu wychodziła;

Ucieka za Marfizą Sansonet z Gwidonem,

Za Gwidonem Akwilant pospołu z Gryfonem.

Ale ich wszędzie ściga i dosięga w uszy

Dźwięk, który strach przynosi wylęknionej duszy.

Astolf biega po mieście, a u gęby trzyma

Swoję trąbę i coraz barziej ją nadyma.

94

Ta do morza, ta w góry wielkie w one czasy,

Ta bieży i kryje się miedzy gęste lasy;

Niektóre tak się były z strachu zapomniały,

Że nie oglądając się, pięć dni uciekały,

Niektóre rozbiegszy się, z wielkiemi pochopy

Z mostów na dół spadały w głębokie przykopy.

Uprzątnął rynki, domy, kościoły, że mało

Albo raczej nic w mieście niewiast nie zostało.

95

Marfiza spół z Gwidonem i bracia rodzeni

I Sansonet, okrutnem strachem przerażeni,

Uciekali do morza prosto, a za niemi

Kupcy i marynarze z inszemi wszytkiemi,

Gdzie była Alerya fustę274 zgotowała

Między dwiema zamkami i męża czekała;

Na którą, skoro wpadli, z portu poszli nagle,

Na wodę wiosła, na wiatr wyciągnąwszy żagle.

96

Wszytko miasto angielskie książę i przedmieście

Przebieżał aż do morza; ale i po mieście

I w porcie wszytkie próżne ulice zostały:

Niewiasty się pokryły i pouciekały.

Beły i te, co z wielkiej bojaźni uchody275

Obracały w plugawe miejsca i wychody;

Drugie się wpław na morze głębokie puściły,

Nie wiedząc, gdzie się podzieć i w niem się topiły.

97

Astolf, jako się było rzekło między niemi,

Spodziewał się u portu potrafić276 z swojemi.

Około siebie wszędzie wkoło upatruje,

Ale brzeg tylko pusty, bez ludzi najduje;

Patrzy dalej i ujźrzy daleko od brzegu

Towarzystwo płynące swoje w pełnem biegu;

Widzi, że już brać musi przed się inszą drogę,

Kiedy fusta odeszła w onę wielką trwogę.

98

Ale dajmy mu pokój; niechaj zdrowy jedzie

Tam, gdzie go jego wola i chęć iego wiedzie.

Nie bójcie się oń, że sam ma tak wielką drogę

Odprawić przez pogańskie kraje, bo was mogę

Upewnić, że z najwiętszych niebezpieczeństw drogiem

I z najwiętszych złych razów wyńdzie swojem rogiem,

A puśćmy się za jego wciąż towarzyszami,

Co morzem uciekają, ujęci strachami.

99

Kiedy się oddalili, płynąc w pełnem biegu,

Od niepobożnej ziemie, od srogiego brzegu

Tak daleko, że ich już więcej nie dochodził,

Już jem więcej straszliwej trąby dźwięk nie szkodził,

Tak ich hańba i ona sromota bolała,

Że jem twarz wstydem, jako od ognia, pałała;

Nie śmieją na się pojźrzeć, tylko smętni stoją,

Nic nie mówiąc, choć się już niczego nie boją.

100

Tem czasem stary szyper swej drogi pilnuje,

Bieżąc morzem Egejskiem i Rod zostawuje;

Widzi Cypr i sto wysep, kryjących się z głową

Niebezpieczną — Maleą277 marynarze zową —

I temże wiatrem dobrem jadąc od Maleej,

Widzi kryjący mu się kraj greckiej Moreej278;

Puszczając Sycylią, przez Tyreńslde morze

Przy brzegach włoskiej ziemie słone wody porze.

101

Na ostatek do Luny szczęśliwie przyjachał,

Gdzie beł żony i swojej czeladzi odjachał;

I wysiadł na brzeg, Bogu dziękując, że wody

Morskie przebył bez jakiej znacznej swojej szkody.

Tam francuskiego szypra jednego zastali,

Który radził rycerzom, aby z niem jachali.

Tegoż dnia się puścili w drogę do Francyej

I wkrótce dojachali pięknej Marsyliej.

102

Bradamanta na ten czas w tem kraju nie była,

Która miastem i wszytkiem powiatem rządziła;

By była, pewnieby ich beła na swem chlebie

Potrzymała czas jaki w gościnie u siebie.

W tę prawie, kiedy z morza wysiedli, godzinę

Marfiza cnych rycerzów czterech i drużynę

I Gwidonową przytem żonę pożegnała

I na szczęście się w drogę osobną udała,

103

Mówiąc, że nie przystało ani się godziło,

Aby w kupie tak wiele rycerzów jeździło,

A że źwierze i ptastwa bojaźliwe rady,

Wróble, szpacy, jelenie, sarny chodzą stady;

Ale mężni sokoli i śmiali orłowie,

Niedźwiedzie i zubrowie, lwi i tygrysowie

Bez towarzystwa, sami chodzą i latają,

Bo niczyjej pomocy potrzeby nie mają.

104

Ale inszy rycerze na tem nie przestali,

Aby się z towarzystwa beli rozjachali,

I tak samej Marfizie jednej w one czasy

Przyszło jachać przez puszcze, przez góry, przez lasy,

Bitszem się obrócili gościńcem z Gryfonemy

Białem czarny Akwilant, Sansonet z Gwidonem,

Aż do jednego zamku nazajutrz przybyli,

W którem chętnie przyjęci do noclegu byli.

105

Chętnie, ile znać beło po zwierzchniej postawie,

Ale w sercu niechętnie i zbyt niełaskawie,

Bo pan onego zamku, co jem chęć pokazał,

Zmyślał wszytko i skutkiem inaczej ukazał;

Od którego na łóżku beli poimani,

Kiedy spali, po przykrem trudzie spracowani,

I nie pierwej ich puścił, aż przysiądz musieli,

Że pewnie jego prawo zachowywać mieli.

106

Ale się wolę jemi w inszy czas zabawić,

A teraz chcę zuchwałą Marfizę odprawić.

Druencę279 i z Sekwaną Rodan przejachała

I w dolinę wesołą pod górą wjachała;

I ujźrzy nad potokiem bystrem w czarne szaty

Ubraną białągłowę, już podeszłą laty,

Długą drogą i długiem chodem utrudzoną,

Ale barziej żałością jakąś utrapioną.

107

Ona to baba, która z zbójcami mieszkała

I co w lesie w jaskiniej jem posługowała,

Gdzie się, jeśli pomnicie, bom Już śpiewał o tem,

Jako Bóg chciał, trafił beł Orland grabia potem.

Teraz bojąc się śmierci, nie śmiała odkrycie280

Dać się znać dla przyczyny, którą usłyszycie,

I nie gościńcem, ale ścieszkami jeździła

Ustronnemi, aby gdzie poznaną nie była.

108

Za obcego żołnierza po zbroi, po stroju

Rozumiała Marfizę; dlatego w pokoju

W miejscu stała nad wodą ani uciekała,

Jako przed znajomemi więc zawżdy czyniała281;

I owszem z śmiałą dosyć i bezpieczną282 twarzą,

Nie pomniąc, że niecnoty takie wszędzie karzą,

Nad pięknem się potokiem tam zastanowiła,

Gdzie Marfiza jachała, którą pozdrowiła.

109

Potem jej wielką prośbą zła baba poczęła

Prosić barzo, aby ją na koń za się wzięła

I przez potok przeniosła. Marfiza, co była

Dziwnie ludzka, tak, jako chciała, uczyniła

I owszem ją za siodłem miała dobrą chwilę

I niosła ją przez błota więcej, niżli milę,

Przez błota, przez kamienie, aż się jem udała

Droga dobra, na której rycerza potkała.

110

On rycerz beł bogato ubrany i strojny,

Na koniu miał drogi rząd, sam beł wszytek zbrojny;

Do onej także rzeki jachał, z jednej strony

Od lokaja, od paniej z drugiej prowadzony.

Pani, którą miał z sobą, miała dość gładkości,

Ale niemniej niewdzięku, pychy i hardości,

Wzrzedna283 jakaś i przykra i godna onego

Rycerza, co ją z sobą prowadził, swojego.

111

Chcecie wiedzieć, kto to beł, na drodze potkany?

Był to grabia magancki, Pinabel nazwany,

Co niedawno w jaskinią Bradamantę wprawił

I mało jej zły człowiek żywota nie zbawił.

One łzy, one jego tak ciężkie wzdychanie,

One skargi, one tak wielkie narzekanie

Wszytkie były dla tej to, z którą teraz jachał,

A przedtem czarnoksiężnik z nią mu beł ujachał.

112

Ale skoro on pałac starego Atlanta

Zniosła i obróciła w niwecz Bradamanta,

Bradamanta przez męstwo i swoje dzielności,

Że każdy mógł iść, gdzie chciał, dostawszy wolności,

Ona, co się już beła stawiła powolną

Grabi Pinabellowi, teraz będąc wolną

I swobodną, do niego znowu się wróciła

I od zamku do zamku sobie z niem jeździła.

113

A jako zrzędna zawsze i bezpieczna była,

Skoro jeno Marfizę mężną obaczyła,

Za siodłem u niej szpetną, starą sarnę284 widząc,

Poczęła babę drażnić, śmiejąc się i szydząc.

Marfiza, z którą było trzeba postępować

Obyczaj nie i z którą źle było żartować,

Odpowiedziała paniej, gniewem zapalona,

Że jej baba piękniejsza była, niżli ona,

114

A że to rycerzowi jej pokazać chciała;

Ale to sobie u niej pierwej wymawiała:

Jeśli z siodła wysadzi jej rycerza, aby

Ona dała swe szaty i konia dla baby.

Pinabel, który się bał hańby i sromoty,

Kiedyby się beł z onej wymówił roboty,

Tarcz bierze, koń obraca i z złożonem drzewem

Naprzeciwko Marfizie bieży z wielkiem gniewem.

115

Marfiza także mężna drzewo swe złożyła

I Pinabella prawie w czoło uderzyła

Tak, że spadł ogłuszony i ledwie do siebie

W dobrą godzinę przyszedł po onej potrzebie.

Cna Marfiza zarazem onej młodej paniej

Zwierzchnie szaty i spodnie, które beły na niej,

Zewlec z siebie koniecznie zarazem kazała,

Które tamże plugawej babie darowała,

116

Kazawszy jej, aby się ze swoich zewlokła,

A w te, bojem nabyte, aby się oblokła;

I na konia ją potem onego wsadziła,

Na którem młoda pani dopiero jeździła.

Tak z nią dalej jachała baba, im strojniejsza

I im piękniej ubrana, tem dobrze szpetniejsza.

Trzy dni z sobą jachały, ale nic takiego

Nie trafiło się jem tam pisania godnego.

117

Czwartego dnia, gdy sobie powoli jachały,

Rycerza, który wielkiem cwałem biegł, potkały.

Chcecie wiedzieć, kogo to? — Powiem wam: Zerbina,

Króla cnego szockiego jedynego syna,

Przykład rzadkiej ludzkości i wielkiej dzielności,

Który się gryzł sam w sobie od wielkiej żałości,

Że się nie mógł nad jednem pomścić, dla którego

Nie mógł sprawić pewnego dzieła pobożnego.

118

Zerbin długo biegając daremnie po lesie,

Szukał swojego zdrajcę pilnie w onem czesie;

Ale on tak gnał dobrze i tak wczas uprzedził,

Że go zacny królewic szocki nie dopędził,

Bo i lasem się ukrył i mgłą, która była

W on czas światło słoneczne z rana zasłoniła.

Gonił Zerbin tak długo, aż mu z oczu zginął

I aż go gniew, którem był zagrzany, ominął.

119

Choć się gniewał, gdy babie Zerbin wejźrzał w oczy,

Począł się śmiać do zdechu onej szpetnej mocy285.

Różna mu się daleko stara twarz widziała

Od szat, które na sobie szpetna baba miała,

I Marfizie, co obok z nią jedzie, powiada:

»Pewnieć ta twoja panna kłopotu nie zada,

»Mój cnotliwy rycerzu: założę się drogo,

»Że ktoćby jej miał zajźrzeć, nie najdziesz nikogo«.

120

Jako zmarski286 i szpetna gęba wydawała,

Laty zeszłemi z starą Sybillą zrównała;

Zdała się własną małpą zamorską, ubraną

Dla śmiechu i uciechy w suknią szachowaną.

A tem szpetniejsza była, im barziej pałała

»Gniewem, który z wściekłego oka wymiatała.

Bo nic przykrszego287 nad to niemasz białejgłowie,

Jako, gdy ją kto szpetną lub starą nazowie.

121

Ukazała Marfiza z twarzy, że jej było

Wrzkomo o one żarty na niego niemiło,

I rzecze: »Moja panna więcej ma gładkości,

»Więcej gładkości, niż ty masz w sobie ludzkości;

»I rozumiem, że zmyślasz, bo to, widzę, umiesz:

»Insze mówisz, a insze na sercu rozumiesz

»I nie chcesz do niej widzieć wrzkomo jej gładkości,

»Abyś przez to wymówić mógł swe nikczemności.

122

»Coćby to beł za rycerz, któryby tak młodą,

»Tak gładką, tak nadobną, tak piękną urodą

»Widząc w tak małem poczcie w polu i na stronie,

»Nie chciał jej sobie dostać, nie chciał się bić o nię?«

»Tak wam z sobą przystoi — Zerbin na to powie —

»Że was szkoda rozłączać, a też wierz mej mowie,

»Nie tak nieobyczajny, nie takem surowy,

»Abym ci ją miał odjąć: miej ją sobie zdrowy.

123

»Ale jeśli się ze mną darmo chcesz kosztować

»I jakie serce, jaką siłę mam, sprobować,

»Sam gotów; ale o tę nie chcę z tobą boju,

»Już ją sobie tak sam miej bez zwady w pokoju:

»Lubo gładka lub szpetna, niech z tobą zostawa,

»Niech się przez mię tak wielka przyjaźń nie rozstawa.

»Prawieście się zgodzili: jako ta gładkości,

»Tak wiele pewnieć i ty masz w sobie śmiałości«.

124

»A tak — rzecze Marfiza — atoż musisz dusznie

»Wziąć ją sobie ode mnie, bo czynisz niesłusznie,

»Że widząc ją tak gładką, tak barzo niebogę

»Przecię ganisz, czego ja wycierpieć nie mogę«.

Królewic na to rzecze: »Ja mam za szaleństwo

»Wdać się we zły raz jaki i niebezpieczeństwo

»Dla zwycięstwa takiego, co zwyciężcy szkodzi,

»A zwyciężonemu się na siła przygodzi«.

125

Marfiza zaś: »Jeślić się nie zda to podanie,

»Insze podam, a słuszna, abyś przypadł na nie:

»Jeśli ty mnie zwyciężysz, czemu ja nie tuszę,

»W jawnem boju, ja ją wziąć i otrzymać muszę;

»Jeśli ja zasię ciebie, ty także wzajemnie,

»Choćbyś nie rad, musisz ją gwałtem wziąć odemnie;

»A zdarzyli się zbić cię i z siodła wysadzić,

»Będziesz ją winien wszędzie, gdzie zechce, prowadzić«.

126

»Więc tak« — odpowie Zerbin i ostrogą kole

Konia, aby się rozwiódł i aby wziął pole,

I na strzemionach z lekka w siodle wyniesiony

I w się, aby nie chybił, wszytek zgromadzony,

Bieżąc we wszytkiem skoku, kopią Marfizę,

Tak jako beł wymierzył, ugodził w paiżę288,

Bez skutku, a sam od niej tak beł uderzony,

Że na ziemię wnet z siodła wypadł, ogłuszony.

127

Barzo królewicowi to beło niemiło,

Któremu się to przedtem nigdy nie trafiło,

Który inszych tak wielu zbił z koni w potrzebie

I zawsze to za wielką hańbę miał u siebie;

Stał żałosny, do ziemie spuściwszy źrenice,

Tem więcej, kiedy wspomniał na swe obietnice,

Na obietnice, które takie były, aby

Nigdziej nie odstępował złej, mierzionej baby.

128

Marfiza się do niego wróci w onej dobie

I rzecze mu, śmiejąc się: »Trzymajże ją sobie,

»A im ją być piękniejszą widzę i najduję,

»Tem się więcej, że twoją zostawa, raduję.

»Ty miasto mnie jej odtąd będziesz bojownikiem,

»Ty obrońcą w przygodzie, w drodze przewodnikiem

»Z tej umowy, która się między nami stała,

»Abyś ją tam prowadził, kędy będzie chciała«.

129

Nie czeka odpowiedzi, ale konia kole

I bieży dobrem cwałem do lasa przez pole.

Zerbin, który rozumiał, że to rycerz jaki,

Mówi do starej baby: »Niech wiem, kto to taki?«

Zła, niecnotliwa baba, co dobrze wiedziała,

Że się stąd miał barziej gryźć, tak odpowiedziała:

»Nie rycerz to, masz wiedzieć: dziewica to była,

»Która z tobą goniła i z konia cię zbiła.

130

»Ta kopiej i tarcze i zbroje używa

»Jako inszy żołnierze; w ten kraj, sławy chciwa,

»Niedawno aż od wschodu słońca przyjachała,

»Aby się z francuskiemi pany skosztowała«.

Zerbin stąd tak sromotę niewymowną czuje,

Że nie tylko twarz wstydem rumianem farbuje,

Ale tak się w sobie gryzł i tak się frasował,

Iż ledwie się sam wszytek krwią swą nie farbował.

131

Wsiada na koń, żałosny i ufrasowany

O to, że lepiej konia nie ściskał kolany.

Śmiejąc się sama w sobie, baba nie przestawa

Drażnić go i więtszej mu żałości przydawa,

Wspomina mu umowę i ślub obiecany.

Zerbin, który zna, że jej jest obowiązany,

Spuszcza uszy, jako koń utrudzony z drogi,

Co ma w gębie wędzidło, u boku ostrogi.

132

I wzdychając zbyt ciężko, sam mówi do siebie:

»Jakiż to, o fortuno, frymark zły u ciebie!

»Wzięłaś mi tę, co wiecznie ze mną mieszkać miała,

»Z którą gładkość na świecie żadna nie zrównała,

»A tęś mi, abyś się mnie natrapiła jeszcze,

»Na moję więtszą żałość dała na jej miejsce;

»Lepiej beło daleko w pierwszej szkodzie zostać,

»Niż frymarku tak barzo nierównego dostać.

133

»Ta, co równia289 nie miała urodą, gładkością,

»Obyczaj mi pięknemi, cnotą i wdzięcznością,

»Utopiona na morzu — niestetyż mnie! — ryby

»I głodne swojem ciałem pasie wieloryby!

»A tej, co już miała być dawno roztoczona

»Od robaków pod ziemią i w proch obrócona,

»Dwadzieściaś lat, niż trzeba, więcej przyczyniła,

»Abyś mię w żałość więtszą i w mękę wprawiła!«

134

Tak w on czas mówił Zerbin i tak się frasował

I postawą nie mniejszą żałość ukazował

Z onej swojej zdobyczy nowo nalezionej,

Aniż z swojej kochanej dziewki utraconej.

Baba, która Zerbina przedtem nie widziała,

Z tych mów, które od niego na on czas słyszała,

Postrzegła, że to ten beł, o którem czas pewny

Od pięknej galicyjskiej słyszała królewny290.

135

Szła na on czas, jeśliście tej nie zapomnieli

Historyej, którąście niedawno słyszeli,

Z jaskiniej, w której po swem miłem w narzekaniu.

Izabella u zbójców była w poimaniu;

Nie raz, nie dwa i nie trzy jej więc powiadała,

Jako z miłej ojczyzny od ojca zjachała

I jako się beł okręt z nią rozbił, a ona

U Rocelle na bacie była wysadzona.

136

Tak dobrze Zerbinowę twarz wymalowała,

Tak jego obyczaje babie opisała,

Że teraz, kiedy mu się z blizka przypatrzyła

I słyszała go mówiąc291, tem go osądziła,

Dla którego w jaskiniej ustawnie wzdychała

Izabella, co o to barziej narzekała,

Że swojego miłego Zerbina straciła,

Niż o to, że u zbójców w poimaniu była.

137

Baba słuchając w on czas Zerbinowej mowy,

Kiedy ciężko narzekał żałosnemi słowy,

Widziała, że rozumiał, że jego zginęła

Izabella i w morzu pewnie utonęła;

I aby mu pociechy nie dać, choć wiedziała

O wszytkiem, ni o czem mu powiedzieć nie chciała;

Z tem się, co mu ma przynieść radość, nie odzywa,

A to tylko, z czego ma żal wielki, odkrywa.

138

»Słuchaj — pry292 — co to sobie szydzisz i szpaczkujesz293

»I ze mnie sobie żarty i śmiechy najdujesz,

»Byś to wiedział, co ja wiem o twej ulubionej,

»Której ty co dzień płaczesz, jako już straconej,

»Bełbyś krótszy294; lecz wolę, że mi utniesz szyję

»Albo mię w sztuki zrąbiesz, niż ci to odkryję;

»Gdzie, kiedybym u ciebie w szanowaniu była,

»Wszytkobym ci to była podomno odkryła«.

139

Jako złajnik295, który się na złodzieja miece

I od wielkiego gniewu ledwie się nie wściecze,

Uspokoi się zaraz i gniewy porzuci,

Skoro mu trochę chleba lub sera podrzuci:

Tak się szocki królewic udał do pokory

I gniewy swe ubłagał296 i porzucił spory,

Pragnąc, aby mu wszytko wyraźnie odkryła,

O czem mu trochę tylko baba natrąciła.

140

I łagodnemi słowy, pełen wielkiej trwogi,

Przez ludzie ją, przez wszytkie poprzysięga bogi

I prosi jej pokornie, aby powiedziała,

Lubo źle lubo dobrze, co o niej wiedziała.

»Nie usłyszysz nic — powie baba niecnotliwa —

»Czembyś się miał ucieszyć; to rzecz nieprawdziwa,

»Aby miała utonąć: Izabella żywię,

»Ale tak, że umarłem zajźrzy niewątpliwie.

141

»W tych dniach, jakoś nic o niej nie słyszał, bez mała

»Nie dwudziestom się w ręce nieboga dostała;

»Co mniemasz, co rozumiesz, jeśli jej dostaniesz,

»Jeśli przydzie do ręku, jako ją zastaniesz?«

O mierziona, plugawa babo! czemu żujesz297

O cnej dziewce i szczere fałsze wynajdujesz?

Sama wiesz, że choć w ręku u dwudziestu była,

Mieszkając tam, czystości swej nie utraciła.

142

Pytał jej cny królewic, kędy ją widziała

I jako dawno, ale nie odpowiedziała

I nie chciała kłamliwa i zła białogłowa

Do swojej pierwszej mowy przyczynić i słowa.

Pierwej z nią mów łagodnych używał i prośby,

Potem jej groził szyję uciąć; ale groźby

I prośby próżne beły: tak się usadziła,

Tak uparła, że słowa ani przemówiła.

143

A widząc, że onego szpetnego stworzenia

Nie mógł pożyć, uciekł się Zerbin do milczenia;

Ale się tak o ono, co słyszał, frasował,

Że sercu swemu w piersiach miejsca nie najdował.

Tak swej dziewki, o której ustawicznie myślił,

Pragnął szukać, żeby się dla niej nie rozmyślił

Skoczyć w najwiętszy ogień; ale żadną miarą

Nie mógł przed oną sprosną czarownicą starą.

144

Wie, co przyrzekł Marfizie, i tak to przez lasy,

To przez góry, gdzie chciała, jachał w one czasy.

Ale ani do siebie słowa przemówili

Ani na się wejźrzeli, aż w drodze trafili

Rycerza o tej dobie, kiedy południowi

Słońce tył obróciwszy, szło ku wieczorowi;

Ten jem przerwał milczenie ono — ale o tem

W drugiej pieśni odemnie usłyszycie potem.

Koniec pieśni dwudziestej.