2.

Od poprzedniej wizyty minęło parę dni. Opuchlizna zniknęła z tępego ryja Pawełka, limo pod okiem, wcześniej fioletowe, przeszło w żółć. Przypomina mi się obity Ćwiek i zachodzę w głowę, czy będę musiał sprać każdego, kto pozostawał z Kutavaggiem w jako takiej komitywie. Zapraszam smacznie, niedołęgi. Zostaniecie przyjęci i fachowo obsłużeni.

Siedzimy dokładnie tak jak wcześniej. Ja na skórzanym fotelu, Janina na biedermeierowskim krześle z plecionką. Pawełek po staremu kursuje z tacką, na której ma butelkę i koniakówki. Idę o zakład, że najdrobniejsza zmiana przyprawiłaby Janinę o zawał serca. Takie babiny mają w kuchni swoje ukochane szmatki, którymi wycierają tylko niektóre plamy, żeby nie zużyły się zbyt szybko, i lamentują przez kwadrans nad zatopioną kostką klozetową. Na ciężkim blacie przy Janinie leży skórzana walizka, a obok stoi srebrny świecznik. Nie dałbym głowy, ale wcześniej go tu nie było. Niewiele obchodzi mnie ten szmelc. Zawartość walizki wprost przeciwnie.

Dziękuję za koniak. Janina prosi, byśmy nie bawili się w udawanie. Czas uprzejmości przeminął. Jestem małym, złym człowiekiem, który wykorzystuje sytuację. Telefon nigdy nie należał do mnie. Mówi, że dwanaście tysięcy złotych za aparacik to i tak dużo jak na znaleźne. Ja miałem czelność dopisać do tej kwoty jeszcze jedno zero. Na takie chamstwo brakuje jej słów. Jakaś kucharka, ulicznica być może znalazłaby takowe. Ale nie Janina. Zmienia temat i pyta, czy napiję się jeszcze koniaku.

Odpowiadam, że ludzie interesu nie muszą się lubić, zaś alkohol najlepiej się pija z nieprzyjaciółmi. Walę koniakówkę na raz. Pawełek napełnia ją znowu. Podnoszę się z fotela. Miejmy to już za sobą. Podchodzę do stołu tuż obok Janiny. Pawełek znieruchomiał nieopodal, pod oknem. Ten facet chyba nie żre, nie pije i nie śpi. Jego paliwem jest głos własnej matki. Wyłącza się, gdy ta milknie na dłużej niż trzydzieści sekund.

Markując wahanie, wyjmuję aparacik. Udaję, że wciąż się waham, i czerpię radość z tej zgrywy. Jeżdżę palcem po ekranie, jakbym czegoś szukał. Nieoczekiwanie Janina pyta, czy naprawdę chcę to zrobić. Czy zabiorę im resztkę pieniędzy. Zadłużyła się przeze mnie. Wydaje się teraz krucha i bezbronna. Odpowiadam, że ja też jestem bez grosza i nawet pożyczyłem parę stówek od Barytona. Bogaty będzie biednym, a biedny bogatym. Równowaga w przyrodzie musi być.

Kładę aparat na stole. Janina pochyla się nad nim jak modliszka, za to mnie interesuje coś innego. Walizkę wypełniają równo ułożone stuzłotówki. Najchętniej zabrałbym, co moje, i poszedł, pamiętam jednak, że ludzie właściwie nie różnią się od siebie. Jestem jak inni. Oni są jak ja. Zaczynam grzebać w tych stówkach i nawet nie czuję zdziwienia. Raczej chce mi się śmiać.

Pod cienką warstwą banknotów leżą pocięte gazety. Biorę ich garść i sypię Janinie na kolana. Ta mruga przestraszona. Tuli do piersi telefon. Pochylam się nad nią. Nigdy nie uderzyłbym kobiety, ale ona o tym nie wie.

Mówię, że wciąż mamy szansę załatwienia tej sprawy. Niech synalek leci po prawdziwą forsę. Ja tutaj poczekam. Wymienimy się bez podawania ręki i znikniemy sobie z radarów raz na zawsze. Jest tylko jeden problem, miła pani Janino, mówię, patrząc jej w oczy i czerpiąc radość z własnych słów. Skoro próbowała mnie oszukać, to teraz kwota wzrośnie. Chcę...

Trzask i ciemność. Co jest grane?

Gdzie jestem? Co się stało. Jezu, ale mnie walnął!

Pływam w czarnej magmie. Zaraz pęknie mi łeb.

Dochodzą mnie słowa, których nie mogę zrozumieć. Ktoś krzyczy. Leżę na czymś twardym. Głowa mi pękła. Naprawdę wierzę, że jest rozłupana jak arbuz.

Ciemność ustępuje. Widzę jak przez mgłę. Leżę na podłodze obsypany przez okruchy szkła.

Janina drze się na Pawełka. Pyta, co mu strzeliło do głowy, że zrobił to, co zrobił. Naprawdę musi być takim durniem? Do niczego się nie nadaje. Pawełek pociąga nosem i chlipie, że przecież tak było ustalone. Miał zdzielić mnie w łeb, jak tylko odkryję fortel z pieniędzmi.

Więc to tak. Już ja wam się dobiorę do skóry. Tylko jakoś nie mogę wstać. Łupie mnie czaszka. Między łopatkami płynie coś ciepłego. Zabiję was. Zabiję was oboje.

Janina wrzeszczy, że owszem, miał mi przydzwonić, ale świecznikiem, nie butelką koniaku. Butelka pękła. Obrus, dywan, ściana — wszystko zachlapane. Kto to pościera, pomyje? Przecież nie Paweł, bo nie umie i jest głupi. Ona, Janina! Jak tak mógł? Dołożył jej tyle pracy. O niczym nie myśli. Niczego nie szanuje. Nawet nie wie, ile kosztuje taki koniak, dodaje Janina i wybucha płaczem.

Zaraz wstanę i ich zabiję. Wezmę tę staruchę jak drąga i zatłukę nią Pawełka. Albo na odwrót. Zabiję was. Zabiję was oboje.

Ale najpierw muszę poleżeć. Poczekajcie.

To potrwa tylko chwilę.