Mistyka Słowackiego
I. Anhelli
W twórczości Słowackiego Anhelli znaczy tyle, co Improwizacja z III części Dziadów w twórczości Mickiewicza. W Improwizacji uczucie, w Anhellim marzenie wybuchnęły potężnym płomieniem, który odtąd przyświecał obu wieszczom w ich wędrówkach duchowych. Ale gdy uczucie, występując u Mickiewicza jako właściwość najbardziej w nim wybitna, uczyło go kochać i cierpieć za miliony, Słowacki, dawszy się unieść marzeniu, im dalej, tym więcej obcy stawał się szarej masie ludzkiej, a patrząc na nią z nadświatowych wyżyn, zamykał się w dumnej świadomości swego osamotnienia. W Improwizacji zawarta była w zarodku późniejsza mesjaniczna nauka Mickiewicza, podobnież z Anhellego wypłynął mesjanizm Słowackiego.
Myśl tę rozwinąłem przed laty w Mesjanistach i słowianofilach. Dziś rumienię się nieraz, przeglądając książkę, w której szczery młodzieńczy zachwyt nad pięknem marzeń Słowackiego i płynący stąd kult dla poety co chwila ustępował drogi pojęciom branym z atmosfery epoki, panowaniem pozytywizmu tak w nauce, jak w religii do takiego stopnia nacechowanej, że wszelkie przekroczenie czy to dziedziny faktów zmysłowemu doświadczeniu dostępnych, czy też dziedziny poglądów uświęconych powagą jakichś najwyższych instytucji, wydawało się objawem głupoty, głupiej pychy czy obłędu. I rumienić bym się musiał, czytając rozprawy dzisiejszych najmłodszych wielbicieli Słowackiego, gdy sądy moje ówczesne o Słowackim przeczytają — i słusznie pod niektórymi względami — jako dowód niezrozumienia i lekceważącego traktowania dzieł jednego z najświetniejszych i najwyższych umysłów, jakie Polska wydała.
Do surowych niewątpliwie sędziów Słowackiego zaliczyć należy Stanisława Tarnowskiego, a jednak, zamykając swoją ocenę osoby i twórczości poety, „powtórzmy raz jeszcze — dodawał — i wbijmy sobie w pamięć głęboko, że miał serce wysokie i szlachetne, wolę zawsze czystą i dobrą, wyraźną świadomość dobrego i złego i ciągłą stałą dążność do tego, co piękne i dobre, wreszcie, że kochał bardzo i bardzo to, co my wszyscy najbardziej kochamy”153. Niestety, ta równowaga w sądzie nie zawsze była innym dostępna. Genialnemu poecie, który w natchnieniach z modlitwy i czystego, Bogu oddanego życia czerpanych, przejmował się wielkością i ciężarem swego „królewskiego” wobec narodu posłannictwa, zarzucano pychę — a czymże, jeśli nie pychą, tylko nieusprawiedliwioną choćby podobieństwem genialności, były takie wyroki krytyków? Pamiętamy te akty oskarżenia wytaczane przeciw szaleńcowi, który się śmiał mierzyć z Mickiewiczem, widzieliśmy też, jak z protekcyjnym poczuciem wyższości profesora wobec ucznia wytykano błędy w wypracowaniach utalentowanego, lecz niemądrego „Julka”. Włodzimierz Sołowjow opowiada w autobiograficznym poemacie o cudownej wizji dziecięcej, która stanowczy decydujący wpływ miała na cały bieg jego myśli i życia. Zachwycony, spowiadał się z tego przed boną Niemką, a ta z politowaniem potrząsając głową: „Ach, Włodziu, Włodziu — mówiła — jakże jesteś głupi!”. Taką boną Niemką byliśmy nieraz wobec Słowackiego... Na usprawiedliwienie własne tym tylko pochlubić się mógłbym, że podległszy urokowi tego, co mi się „obłędem” poety wydawało, i określając go jego własnymi słowy jako „opętanego przez anioła”, nieco głębiej umiałem odczuć stan jego duszy w ostatnich latach twórczości — i dzięki temu książka moja była jedną z pierwszych prób sprawiedliwej oceny mistycznych jego dumań. Choć bardzo nieśmiało, torowałem drogę nowemu prądowi — i miło mi było z referatu pana Gubrynowicza154 dowiedzieć się, że to skromne znaczenie mej pracy uznał i podniósł.
Ale chociaż ubolewania moje sprzed dwudziestu lat nad tym, iż Słowacki „zagubił swój talent w mrzonkach teozoficznych155”, wydają mi się dziś śmieszne, nie cofam swego zdania o znaczeniu Anhellego w twórczości poety — i dziwię się, że to, co od początku narzucało się mej myśli swoją uderzającą jasnością, nie zostało dotychczas przez krytykę naszą przyjęte i że nawet najmłodsi badacze Słowackiego, ci, co się mienią wyznawcami jego, z profesorem Lutosławskim156 na czele, ostrzejszą jeszcze niż dawniej przeprowadzają granicę między obu epokami jego życia, podkreślając „ogromną, w dziejach ducha ludzkiego rzadką przemianę utalentowanego poety na jasnowidzącego wieszcza”157. Tymczasem w Anhellim już się wyraźnie zarysował był późniejszy automesjaniczny mistycyzm Słowackiego; utwór ten jest pochodnią, rzucającą jaskrawe światło na epokę Króla Ducha — i pochodnię tę wziąć do rąk trzeba, ażeby zejść w ciemne głębie późniejszych pomysłów poety, tak ciemne, że przy pierwszym wejrzeniu wydają się chaotycznym bezładem.
Ażeby Słowackiego zrozumieć, należy przede wszystkim uwierzyć jemu, gdy nam opowiada, że od dzieciństwa „smutną patrzał twarzą” na obcy mu świat, że od ludzi stroniąc, budował sobie „gmachy pełne głosów nadziemskich szaleństwa i blasku” i że „Bóg sam wie tylko, jak mu było trudno” te zaziemskie ustronia opuszczać i „co dnia krainę mar rzuciwszy cudną — powracać między gady i nie syknąć”... Nie zdziwi to nas wtedy, że u krańców ekstazy marzenie doprowadzało go nieraz „do bezwzględnej negacji wszystkich zabiegów, dążeń i ideałów ludzkich, a natomiast do wywyższania, nawet do ubóstwiania siebie samego — swoich polotów niebiańskich — do uważania siebie za »opętanego przez aniołów«, za psalm jakiś odkupienia, za pośrednika między pogrążoną w otchłań głupoty i zepsucia ludzkością a nieskończonym pięknem życia z Bogiem i w Bogu”.
Takiego stanu duszy wylewem jest Anhelli. To poetyczny obraz teorii nadczłowieczeństwa, pojętego jako świętość z łaski Bożej, więc świętość dająca się bez trudu, ale tylko rzadkim wybrańcom. Świętości tej widomą oznaką są skrzydła marzenia, niosącego duszę na dalekie niedostępne wyżyny samotnych rozmów z Bogiem:
...gdyśmy byli z Bogiem sami...
A ten stan duszy, który zrazu chwilami tylko ogarniał poetę i jako chwila uwieczniony został w Anhellim, staje się później, po poznaniu Towiańskiego, stanem ciągłym. Życie jego jest odtąd — pięknie powiedział C. Jellenta158 — „szczeblowaniem wielkich rezygnacji na tle wzrastającej siły i rzewności ducha”, „kroczeniem ku anielstwu”159. Świadczy o tym wszystko, co w tej epoce wyszło spod pióra Słowackiego. Weźmy jego wiersze drobne. „Ani rola — czytamy w epigramacie z powodu książki Augusta Cieszkowskiego O kredycie — ni handel, ni prac rozdzielenie — nie jest źródłem bogactwa kraju, lecz natchnienie”. Natchnień źródłem są „sny czyste i złote”. Młodości — woła poeta — uwierz w te sny, „a masz broń pewną na świata ciemnotę, masz we snach twoich już stworzoną wiarę”. Sny takie są jakby zejściem Ducha Bożego w duszę człowieka, a komu Ty, Boże,
...Twoje namaszczenie
Włożysz na czoło, ten bez żadnej pracy
W powietrzu Twoim jak powietrzni ptacy
Pływa, a święte karmią go promienie.160
Bóg w nim „większy” jest, w większym majestacie się objawia „niż w morskich otchłaniach, niż w Alpach, piorunami co są uwieńczone”. I dobrze jest poecie w natchnień Bożych wielkim wichrze żyć, serce ma on wtenczas „lepsze i cichsze”.
I ja to widzę, że wola Jehowy
Jest, aby nowy świat stanął przed świtem.
Nie pożałuję ręki ani głowy,
Gdy przyjdzie pora...
I był czas, że zdawało się jemu, iż w szczytnym locie ku „nowemu światu” on nie był osamotniony, albowiem „jest człowiek — pisał on o Towiańskim do Krasińskiego — który rozwiązuje duchy i stawia je nad ciałami, wkładając im wszelkomożne korony, wpajając w nie królewskość mocy, łącząc z Bogiem”, a ci, co tego człowieka uznali i uczcili, stojąc „serce przy sercu, duch przy duchu”, otwartą przed sobą mają drogę „w słoneczność”: „Synowie Boży jesteśmy!”
Każdy silny o pół kroka
Ku Bogu świat pchnąć dzisiejszy,
A jutro jeszcze silniejszy.
Każdy jak przepaść głęboka
Zamiarów pełna gorących
Przepaści i uwidomień.
Jednak krótko złudzenie to trwało. Niepohamowany indywidualizm nie pozwolił poecie być posłusznym szeregowcem, choćby w szeregu tych, co mieli świat odrodzić; ognie jego marzeń ścianą z ognia oddzieliły go od ludzi; im dalej, tym silniej czuł on, że był sam w swoim „Janowych widzeń zapale”; coraz głębiej zapadały mu w duszę słowa o Anhellim, które niegdyś włożył Szamanowi w usta: „Wybiorę jednego z nich”, coraz wyraźniej jego marzenie o nadczłowieczeństwie, o królach-duchach przybierało postać przeświadczenia, że nie w gronach wybrańców, lecz w jednym tylko skupia się myśl epoki, że „ziarnem Polski być jeden prosty człowiek może”, że „najpiękniejszy, najświętszy Boga tron na ziemi — na który Pan Bóg nieraz kilka wieków czeka — jest to duch ogromnego wieszcza i człowieka”:
Wiatrak niby ze skrzydły jasno-słonecznymi.
Ciągle porywający świat kamienny w górę.
Czyżby on tym wieszczem nie był? Czyż nie rozkazał mu Bóg świat porywać w górę?
Jak orzeł gniewny, Panie wiekuisty,
Zleciałeś na mnie i skrzydły przykryłeś.
Szelest był wiatru i trzask był ognisty
I cisza wielka pod ogniami...
A potem przez „wiatr lekki i przez szelest święty” został wieszcz pochwycon, „a z łoża nie zdjęty” — i Bóg w niego wlał tę wiedzę, która człowiekowi „manną” stać się ma, przeobrazi go, wszechmocność da i nieśmiertelność — i nie będzie w nowym świecie grobów, „ciało nie uzna skażenia”...
Więc nie dziw, że spokój i radość przepełniały serce wieszcza:
...teraz, o Panie,
Radośny jestem i rozweselony.
Przyszedłszy na to natury poznanie,
Które mi staje161 za skarby i trony,
A z Ciebie wyszło...
II. Anhelli a idea ewolucyjna
Odwrócony od ludzi dzisiejszych, w stronę ludzi jutra, czyli nadludzi, skierowywał Słowacki swój wzrok. A idea nadczłowieka jest koroną wszelkiej filozofii ewolucyjnej. „Wiara w postęp nieograniczony — mówi p. Jan G. Pawlikowski — może się wprawdzie zamykać w granicach świata ludzkiego, jeżeli jednak już raz przeniesie się na pole biologicznego ewolucjonizmu, to musi, a przynajmniej logicznie powinna przyjąć, jako konsekwencję, ewolucję ponad człowieka”162. O takim jednak biologicznym tylko nadczłowieku, tj. z innym, subtelniejszym ciałem, Słowacki nie marzył; przemienienie ciał przenosił do dalekiej apokaliptycznej epoki, w której „Nowe Jeruzalem” zstąpi na ziemię. Do myśli zaś swojej przywiązując znaczenie przede wszystkim moralne, myślał o tych, których Bóg w obrębie warunków dzisiejszego świata wybiera, albowiem, jak Anhelli, czyści są „jak lilia biorąca z wody swe liście i kolory niewinności” i mocą czystości prowadzą świat na wyższe tory, sam zaś siebie do nich zaliczając, z tego stanowiska sądził o rzeczach i przeto odbywał drogę, o której mówi p. Pawlikowski, w porządku odwrotnym: zaczynał ją od końca, od marzenia o bożych wybrańcach, tj. o nadczłowieczeństwie. Więc gdy w drugiej epoce swej twórczości zapragnął te marzenia swoje i tęsknienia ująć w jakąś filozoficzną całość, to pierwszym zadaniem, które stanęło przed nim, było wytłumaczenie świata i człowieka, dziejów natury i dziejów ducha takie, ażeby podstawą były do idei nadczłowieka. Krócej mówiąc, światłem Anhellego, słowami Szamana: „Wybiorę jednego z nich” musiał Słowacki oświecić filozofię swoją.
Pomoc gotową a obfitą miał w ewolucjonistycznym poglądzie na świat, który wówczas już nie był nowością, a płynął dwoma prądami: pierwszym był ewolucjonizm ściśle biologiczny, czyli transformizm, drugim — progresizm, oparty nie na doświadczeniu, ale na wierzeniach i pragnieniach, „przenoszący się do biologii z dziedziny spekulacji historiozoficznych”163. Oczywiście Słowacki chwycił się progresizmu, który doskonale się zgadzał z romantycznym duchem epoki. Wyrazem jego dumań jest nauka genezyjska. P. Pawlikowski zestawił ją z poglądami Karola Bonnet oraz Herdera. Podobieństwa są znamienne i nasuwają wniosek o wpływie, tylko nie był to wpływ bezpośredni, nie można twierdzić, że Słowacki brał z nich gotowe pomysły i że je powtarzał. „Wyobrażam sobie — pisze p. Pawlikowski — że pisma tego rodzaju jak Bonneta czytało się z pewną obojętną ciekawością; dopiero później rzucone przez nie ziarna kiełkowały w umyśle, rozrzucone ogniwa łączyły się, fantazja zapełniała luki, tworzył się syntetyczny pogląd na świat, i wtedy następowało nagle olśnienie pięknością idei i złudzenie całkiem nowej koncepcji, ponieważ subiektywne wrażenie było niespodziane i rzeczywiście całkiem nowe”. Uwaga bardzo trafna, nad którą powinni by się zastanowić krańcowi zwolennicy tej metody szukania wpływów i zapożyczań, którą niegdyś prof. Lucjan Malinowski dowcipnie „policją literacką” nazywał.
Inne jednak wobec ewolucjonizmu Słowackiego zajął stanowisko prof. Lutosławski. Bada on naukę jego nie ze stanowiska sybaryty164, który używać chce, ale jako wyznawca; w Słowackim nosił on nie tylko wieszcza natchnionego, lecz i „mędrca, jakich niewielu” miała ludzkość, z tego powodu jako więcej pouczające zalecił on porównywanie poglądów jego raczej „z późniejszym rozwojem myśli ludzkiej, którą on wyprzedzał niż z dziełami napisanymi przed nim”165.
A w takim razie imię Darwina narzuca się pierwsze. Obaj, Darwin i Słowacki, przyszli na świat w r. 1809 i, rzecz godna uwagi, właśnie w tymże roku Lamarck166 wydał swą Philosophie zoologique, w której po raz pierwszy wznowiona została teoria pochodzenia gatunków167. Ale Darwin na tezie transformizmu nie poprzestał: usiłował przyczyny przemian jednych gatunków na drugie wytłumaczyć przez dobór płciowy i walkę o byt, czyli przez czynniki zupełnie materialne. Było to stanowisko przyrodnika, który na ducha patrzy jako na wykwit materii. Genesis168 Darwina — mówi Lutosławski — jest to genesis z ciała w przeciwieństwie do genesis z ducha Słowackiego, który wyłącznie w pierwiastku duchowym widział źródło wszelkich zmian w materii: „Wszystko przez ducha i dla ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje”. Więc wszechświat z rozwoju ducha powstał, szukającego coraz doskonalszych form do uzewnętrznienia siebie: „niewygodą doczesną udręczony”, prosi on Boga o „poprawę jego ścian nędznych”, że zaś prosząc, zawsze coś ofiarowuje „Tobie, Panie, z przeszłych wygód swoich i ze skarbów swoich, aby wziął więcej dla Ducha wedle jego potrzeby”, więc modlitwa zostaje wysłuchana, Bóg przychodzi z pomocą — i wszystko, co jest, jest owocem wspólnej pracy Jego z duchami Słowa. Przypuszczać jakichś form przejściowych między gatunkami nie ma potrzeby. „W każdym kształcie — mówi Słowacki — jest wspomnienie niby przeszłej i rewelacja następnej formy, a we wszystkich razem kształtach jest rewelatorstwo169 ludzkości, śnicie170 niby form o człowieku” — ze słów zaś tych wynika, według dr. Lutosławskiego, iż każdy nowy gatunek musimy uznać za dzieło przez Boga stworzone w duszy tej istoty, która mocą tęsknienia swego pierwszy raz wyłania z siebie nowy kształt.
Choć intuicja wieszcza może nieraz być przeczuciem przyszłych zdobyczy nauki, sprawdzić jednak wartość poglądu Słowackiego przy obecnym stanie wiedzy byłoby rzeczą niemożliwą, uznaje to nawet Lutosławski, natomiast — zdaniem jego — niespodzianej pomocy dostarczyła Genezie z Ducha głośna dziś filozofia Henryka Bergsona171, według której siła twórcza, Boża, „jest w ciągłym związku z żywymi twórczymi jaźniami i odpowiada ich potrzebom lub aspiracjom, daje im natchnienie, żyje życiem całości Bytu w niezliczonych jego przejawach”... „Widzimy tu — twierdzi Lutosławski — Bergsona jakby natchnionego duchem Słowackiego”, a na tle jego poglądu na twórczą ewolucję Ducha o naturze przez naturę „walka o byt i dobór płciowy są drugorzędnymi incydentami”, oparta na tym teoria Darwina „czasowym rusztowaniem dla budowy wielkiego i wspaniałego gmachu wiedzy”, która nam da „zrozumienie przeszłości życia na ziemi i jego dalszych przeznaczeń”.
Słowem, choćbyśmy w Genesis z Ducha upatrywali nie więcej jak wspaniałą fantazję na tle filozofii natury, nie mamy prawa lekceważeniem tylko odpowiadać na zachwyt tych, którzy dzieło wieszcza jako Objawienie uczcili. Niezawodnie najpoetyczniejszym, ale też zarazem najmniej naukowym, przynajmniej z pozoru, wydaje się w Genesis pojęcie ofiary jako prawa kosmicznego, które stanowi warunek wszelkiego postępu, a jednak gdy jeden z najmłodszych wielbicieli Słowackiego właśnie to u niego wynosi, widząc w pomyśle tym „najognistszy rubin w skarbcu myśli narodowej”172, to w młodzieńczym zapale swoim mógłby powołać się na p. Pawlikowskiego i u tego trzeźwego badacza mistyki, który sam mistykiem nie jest, znaleźć poparcie. To bowiem, co Słowacki poetyczną szatą prawa ofiary przykrywał, w bliskim jest związku z tzw. w biologii prawem korelacji, a Goethe prawu temu nadawał charakter kompensacyjnej korelacji, co znaczy, że „natura mając tylko pewien ograniczony zapas materiału dla wytworzenia kształtu, musi nim gospodarować oszczędnie: lew, któremu dała silne uzębienie, dla tego samego nie może mieć już rogów”... „a zatem, jeśli organizmowi w jakimś względzie coś przybywa, to musi mu w innym względzie ubyć”173, czyli, mówiąc stylem Słowackiego, ofiara jest prawem twórczości, duch musi jakiejś cząstki z wygód swoich i skarbów się wyrzec, ażeby zyskać wyższą, odpowiedniejszą dla siebie formę.