Zaułki
Codzienność monotonna narasta mchem na murach,
zakwita grzybami w zapadających się domach,
balaski12 w gankach jak szyny wygiętych i ponurych,
próchniejąc, płaczą po kryjomu.
W kominach szarych wspomnieniami ognisk
śpiewa wiatr znane melodie,
że nie ma pracy, że jest dymu głodny,
bo piec-ateista już się ogniem nie modli.
Bezduszne schody skrzypią stęchłością,
ściany duszą się, pocą się z braku powietrza.
Tynk opada. Domy — szkielety z kości
negliżują swoje wnętrza.
Człowiek przyczłapał w zaułek,
szukając kąta nocnego w śmierdzącym podwórzu.
Serce domu i serce włóczęgi ścięły się zazdrosnym bólem:
ścianom brak było powietrza — bezdomny miał go za dużo...