SCENA DRUGA
MATLACHOWSKI, potem LECHICKI i JULIUSZ.
MATLACHOWSKI
Ba, to pytanie, czy pan starszy będzie mógł teraz zabronić, skoro już raz oddał synowi gospodarstwo. Niepotrzebnie się pospieszył — i mnie się widzi, że on tego gorzko pożałuje, bo choć pan Juliusz skończył niby tam jakieś akademie rolnicze, to jeszcze pytanie, jaki z niego będzie gospodarz. Patrząc w okno. A! otóż i nasz pan. Ba, cóż z tego, kiedy z panem Juliuszem. Jakże mu tu teraz powiedzieć.
Usuwa się w głąb, gdzie niecierpliwie czeka, żeby mógł pomówić z Lechickim.
LECHICKI
do Juliusza, wesoło
Więc powiadasz, że wszystko dobrze poszło?
JULIUSZ
ubrany modnie, z torbeczką podróżną na pasku, w mowie i w zachowaniu się pewność i zarozumiałość
Jak najlepiej. Podanie moje o pożyczkę melioracyjną zostało na sesji nadzwyczaj dobrze przyjęte; dyrektorowie obiecali mi pusować2 tę sprawę, jak tylko hipoteka zostanie przepisaną na moje nazwisko.
LECHICKI
To nastąpi najdalej za miesiąc.
JULIUSZ
rozsiada się wygodnie
Wtedy bierzemy pożyczkę i rozpoczynamy akcję na wielką skalę; budujemy młyn parowy, zaprowadzamy kulturę chmielu i hodowlę poprawnej rasy bydła, wołów wypasowych, drenujemy łąki... słowem, gospodarstwo en gros3... po amerykańsku, które według mego obliczenia powinno nam przynosić rocznie, à peu près4, co najmniej piętnaście tysięcy netto.
LECHICKI
Co ty gadasz? Ależ to świetny interes!
JULIUSZ
z przechwałką
Mam ja tu jeszcze świetniejszy na myśli. Wstaje i zbliża się do ojca. Zawiozłem do Lwowa próbki naszej glinki spod lasu. Jeżeli analiza chemiczna potwierdzi moje domysły, że to glinka porcelanowa, w takim razie zakładamy na akcje wielką fabrykę porcelany — a to znaczy miliony, mój ojcze.
LECHICKI
ucieszony
Miliony, powiadasz?... Tylko czy my podołamy temu wszystkiemu... czy to nie będzie za wiele naraz?
JULIUSZ
dobywa porte-cygary5
Trzeba nagrodzić czas stracony. Za długo siedzieliśmy z założonymi rękami. Musimy teraz rozpocząć działalność na wszystkich punktach, rozwinąć wszystkie żagle, aby dojść do czego. Podaje ojcu cygara. A może ojciec...
Zapalają.
LECHICKI
Pi, pi — cóż to za paradne cygaro!
JULIUSZ
Smakuje ojcu? Siadając, mówi obojętnie. Prawdziwe hawanna. Setka po 80 florenów. Kupiłem kilka pudełek.
LECHICKI
Bój się Boga, Julku, ależ to zbytek.
JULIUSZ
Ale zbytek konieczny, bo jak cię widzą, tak cię piszą; a często trafi się interessant6, któremu trzeba zaimponować dobrym cygarem. Praktyczność przede wszystkim.
LECHICKI
spostrzegłszy Matlachowskiego, który krząknął, aby zwrócić uwagę na siebie
A!... Matlachowski. Wróciłeś już? No, cóż takiego? Cóż Matlachowski takie miny stroi, jakby połknął żywego węgorza?... Widząc, że ten daje mu znaki, że chce coś powiedzieć, zbliża się. O cóż idzie? Słucha, co mu Matlachowski szepcze. Ależ nie pleć głupstwa!... Z uśmiechem do Juliusza. Słyszysz Julek, co ten gada, żeś Mośkowi sprzedał las brzozowy — także7 palnął.
JULIUSZ
Co Matlachowski miesza się w nie swoje rzeczy? Matlachowski niech sobie idzie pilnować ludzi, a nie wtrąca się do tego, co do niego nie należy.
MATLACHOWSKI
Do usług pańskich... Kłania się nisko i odchodząc, mówi na stronie A co? Nie mówiłem? Oj, będzie bieda!
Wychodzi głębią.
LECHICKI
Jak to? Więc ty może naprawdę chciałbyś sprzedać ten las?
JULIUSZ
otrzepuje popiół
Już sprzedałem.
LECHICKI
Sprze-da-łeś?!
JULIUSZ
No, dlaczegóż miałbym nie sprzedać? Las był nieużyteczny, a że mi dobrze zapłacono...
LECHICKI
Ależ to ulubiony lasek twojej babki — relikwia najdroższa, świętość prawie, bo to pamiątka po nieboszczyku jej mężu. Tam prawie każde drzewo jego ręką sadzone, każda piędź ziemi jego potem oblana, każda ścieżka przez niego wydeptana.
JULIUSZ
Więc cóż z tego? Więc mam nie ścinać drzewa dlatego, że mój dziad go sadził? Że się pocił przy nim? No, to oprawmyż w ramki pola, lasy, postawmy za szkłem i nie tykajmy tych świętości.
LECHICKI
poważnie
Julku — nie mów tak.
JULIUSZ
Ależ bo nie rozumiem doprawdy tego rodzaju sentymentalizmu. To właśnie nasze nieszczęście, nasza choroba, że zawsze i wszędzie rządzimy się tylko sercem, a nie głową. Jesteśmy sentymentalni w polityce, w gospodarstwie, w interesach, we wszystkim — i to nas gubi. Musimy być praktyczni, mój ojcze, to jest warunek sine qua non8.
Wstaje.
LECHICKI
Możemy być praktyczni — zgoda. Ale uszanujmy to, co szanować należy.
JULIUSZ
Ostatecznie, czy ojciec oddałeś mi gospodarstwo, czy nie?
LECHICKI
No, oddałem.
JULIUSZ
Więc pozwólże mi ojciec gospodarować tak, jak ja uważam za najlepsze.
LECHICKI
Ależ tu o babkę idzie.
JULIUSZ
Już ja babkę biorę na siebie i sam jej to wytłumaczę.
Słychać zajeżdżającą bryczkę i strzelanie z bata.
LECHICKI
patrząc w okno
To Kwaskiewicz z żoną i synem. Przyjechał pewnie na te narady.
JULIUSZ
Na jakie narady?
LECHICKI
Jak to? Nie pamiętasz? Wszakże sam zwołałeś na dziś posiedzenie względem założenia tego banku ratunkowego dla szlachty.
JULIUSZ
Ah, sacre bleu9, na śmierć zapomniałem. Niech ich ojciec przyjmie tymczasem, bo ja muszę trochę wypocząć, przebrać się...
LECHICKI
Dobrze, dobrze — już ja ich tu zabawię.
Wychodzi w głąb.