SCENA PIĄTA
CIŻ — BAJKOWSKI
BAJKOWSKI
Gruby, czerwony blondyn, żywy, wesoły, wchodząc, otwiera szeroko główne drzwi i mówi głośno.
Serwus oberwus. Comemnt vous portez-vous12. Jak się masz, stary, daj pyska!
LECHICKI
wstaje
Bajkowski!
BAJKOWSKI
podaje mu rękę zamaszyście
Jak się masz? Ha! ha! I Kwaskiewicz tutaj! Podaje mu rękę. Serwus oberwus. Comment vous portez-vous. Jak się masz, stary. Daj pyska!
LECHICKI
nalewając kieliszek
Może kieliszeczek?
BAJKOWSKI
Bon13.
Siada.
LECHICKI
No, jakże tam jarmark?
BAJKOWSKI
A niech go tam siarczyste pioruny!
LECHICKI
Cóż, nie udał się?
BAJKOWSKI
Jakże się miał udać, kiedy żydowskie święta, a myśmy o tym na śmierć zapomnieli.
LECHICKI
No, to właśnie dobrze.
BAJKOWSKI
Diabła starego tam dobrze. Szlachcic bez Żyda, to jak bez prawej ręki. Żydów nie było, więc i kupców nie było. Koni multum, szlachty jakby nasiał, a kupować nie miał kto, ani faktorować, bo Żydy świętowały.
KWASKIEWICZ
popijając, mówi z westchnieniem
Oj, te Żydy, ja powiadam...
BAJKOWSKI
Do tego jeszcze deszcz lał jak z cebra, że psa ciężko było wygnać. Na rynku pustki, powiadam wam, jak wymiótł, na mieście żywego ducha, za to po handelkach, restauracjach jak w ulu. Bo cóż było robić? Szlachta z desperacji zapijała się węgrzynem, szampanem, czym mogła — i rżnęła w karcięta na potęgę.
KWASKIEWICZ
jw.
Okropne czasy! Trąca o kieliszek Bajkowskiego. Twoje zdrowie!
BAJKOWSKI
bierze kieliszek
Bon. Potrzebuję się zakropić, bom zły jak sto tysięcy diabłów! Koni nie sprzedałem, opuściłem sobie odpust w Jadolinach przez ten głupi jarmark i do tego zgrałem się jak stare skrzypce.
LECHICKI
I ty także?...
BAJKOWSKI
Ha, no cóż miałem robić? Dla kompanii dał się Cygan powiesić. Ale ja to jeszcze nic, spłukałem się na jakie 300 blatów, i koniec. Ale Rewelkowski, żebyście wiedzieli, jak się panie zapalił przy labecie, tak i gotówkę przerżnął, jaką miał przy sobie, i powóz, i konie, i wszystko diabli wzięli.
LECHICKI
Będzie on się miał z pyszna od swej magnifiki14.
BAJKOWSKI
Ba, nieprędko on jej się teraz pokaże na oczy. Prosto z jarmarku pojechał z nami na pocieszenie na fetkę do Winogóry.
LECHICKI
A cóż tam było w Winogórze?
BAJKOWSKI
O! Wielka uroczystość. Łapserdacki zakładał u siebie bractwo wstrzemięźliwości. Zaprosił, panie, księży multum, obywateli z okolicy, urzędników z powiatu, słowem, urządził uroczystość, co się zowie. Przyjęcie było, powiadam wam, królewskie, wina w bród i to takiego, że warto mu dać buzi, toteż piliśmy, nie przymierzając, jak szewcy.
LECHICKI
A to ładne bractwo wstrzemięźliwości.
BAJKOWSKI
Jak to, albośmy to dla szlachty zakładali to bractwo, to dobre dla chłopów, ale nie dla nas.
KWASKIEWICZ
I to wszystko przez tych gałganów Żydów. Okropność, ja powiadam.
LECHICKI
Oby nam się dobrze działo.
Lokaj stawia kolację.
BAJKOWSKI
Cóż to dla mnie.
LECHICKI
To tak dla zaostrzenia apetytu przed kolacją.
BAJKOWSKI
Ależ, duszko kochana, toż ja u Łapserdackiego tak sobie żołądek wypakowałem, że jeszcze nic a nic apetytu nie czuję, bo czego to tam nie było... Lokaj odnosi. A gdzie ty z tym idziesz?
LOKAJ
Bo pan powiedział, że nie ma apetytu.
BAJKOWSKI
To co z tego, durniu jakiś. To będę jadł bez apetytu, a jeść trzeba, rozumiesz, postaw tu.