Getto bawi się

W wyobraźni rysowałam sobie nieraz obraz piekła. Widziałam męczonych ludzi, kąsających diabłów i myślałam wtedy: dla ludzi ogień był źródłem męki, na nim to smażyły się ich ciała, ale diabłów ten sam ogień zagrzewał do tańca, był dla nich iluminacją, dodawał im bodźca do harców.

Piekło getta. Ludzie zamknięci, pozbawieni możliwości pracy, działania; ludzie, których napiętnowano, prześladowano, skazano na wymarcie w mękach. I oto część tych ludzi podnosi głowy i zaczyna działać. W getcie są pieniądze, są towary, są fachowcy i nagle dzieje się coś zupełnie nieoczekiwanego: getto zaczyna żyć swoim własnym życiem. Zaczyna się handel wymienny, import i eksport. Trupy na ulicy, tyfus, niesłychana śmiertelność i równocześnie przemysł. Nasze getto zaczyna dostarczać całej Polsce produktów i towarów, których tam wcale nie wyrabiają. Jak grzyby po deszczu powstawały fabryki. Fabryki — czy tak można nazwać małe suterynki, pokoiczki, gdzie powstawały najpiękniejsze wyroby trykotażowe, pończochy, swetry, skarpety. Warsztaty, gdzie stare prześcieradła i poszewki farbowano i drukowano we wzory i szyto z nich najmodniejsze koszule męskie, piękne kwieciste chustki na głowę, chustki do nosa. Z cukru, bez kakao i bez orzechów, fabrykowano czekoladki z migdałkami. Szły garbarnie, tokarnie, fabrykowano masowo i wypłacano kolosalne łapówki milicji, tajniakom i Niemcom.

Bywały dni, że mimo to wywożono maszyny i towary i zabierano ludzi. Jedną fabrykę zamknięto, ale dwie nowe powstawały, aby dać pracę i zarobek ludziom. Byli u nas nędzarze, ale byli i tacy, którzy mieli pieniądze. Wprawdzie była to garstka nieliczna, ale zawsze, jeśli ktoś ma pieniądze, to i inny może przy nim pożywić się i komuś dać zarobić.

I oto powstały restauracje, dancingi, ogródki dancingowe. Szare mury getta, głód, śmierć na każdym kroku, a w podziemiach wspaniałe lokale rozrywkowe. „Lourse”. Blask bije od luster i marmuru, od srebra i kryształów. Nasi świetni muzycy grają, artyści pokazują nie tylko swoje stare numery, ale i nowe. Śpiewają o getcie. Młodziutka śpiewaczka o głosie słowika śpiewa tak cudnie, jakby nigdy na świecie getta nie było, jakbyś nie wiedział, co to jest Niemiec. Na tacy podają ciastka i kawę, czy pachnący, smaczny, różowy krem, lukrowane orzeszki.

A potem, gdy z pięknej, rzęsiście oświetlonej sali wychodzisz na ciemną ulicę i dobiega twych uszu dźwięk słów „hot rachmunes6 i widzisz wychudłe ciała w łachmanach, żałujesz tej miłej chwili spędzonej w lokalu, nazywasz siebie okrutnikiem bez serca i uświadamiasz sobie, że ludzie mogą jeszcze słuchać śpiewu i muzyki, mogą rozkoszować się ciepłem i jasnością, ale już nie mogą tańczyć. Tak, w naszych dancingach nikt nie tańczył. Widocznie musi być jakaś granica.

W getcie był również teatr. Nie było tak łatwo wysztukować przedstawienie, aby spodobało się wszystkim. Przede wszystkim nie wolno było narazić się cenzurze, poza tym trzeba było dobierać numery, aby w tych błogosławionych godzinach człowiek mógł popłakać, śmiejąc się i zapomnieć o śmierci.