Getto — przeprowadzka

Od rana krzątaliśmy się, pakując ostatnie rzeczy. A potem, kiedy już wszystko było popakowane, łaziliśmy osowiali po opustoszałych pokojach, spoglądając na ściany, okna, pozostałe meble — jakbyśmy chcieli, aby nam na zawsze utkwiły w pamięci. Zmiana miejsca — zmiana szczęścia. Jak nam się życie ułoży na nowym mieszkaniu w getcie?

Ciotka i wujek są zrozpaczeni. Po prostu potracili głowy. Wujek trzyma kurczowo jakiś mały przycisk ze swego biurka, przedstawiający model lokomobili1, nie rozstaje się z nim, coraz to przeciera go szmatką, jakby to było najważniejszą czynnością w tej chwili.

Pocieszamy się, powtarzając głośno: „niedługo wrócimy, nie warto wszystkich mebli przenosić, tu są zresztą pewniejsze niż w getcie”.

Przychodzą sąsiedzi żegnać się z nami. Niektórzy czynią to z prawdziwym żalem, inni składają smutnie usta, podczas gdy oczy ich śmieją się: „Tak, dobrze wam, jesteście niższą rasą, wyrzucają was, a my zostajemy”.

Ach, jak bardzo czujemy się upokorzeni.

Rzeczy znoszą na wóz, a teraz na nas kolej; wsiadamy do dorożki. Przed bramą stoi Franciszek — dozorca. Płacze.

— Pan inżynier ze swojego własnego domu musi się wyprowadzać; ach, te sukinsyny, łajdaki, szubrawcy!

— Jedźmy już, jedźmy! — wołam do woźnicy. Stać tak przed domem i być głównym bohaterem tego widowiska — to nieznośne.

Wujek i ciocia mają łzy w oczach; dla nich to nie tylko wyprowadzka do getta, dla nich to opuszczenie domu, który kupili za pieniądze z pracy całego życia, domu, który przebudowali, nad którym pracowali, który miał być zabezpieczeniem ich starości.

— My już tu chyba nie wrócimy...

— Ależ, ciociu, to przeprowadzka zaledwie na kilka miesięcy.

Po mieście ciągną bez końca wozy naładowane rzeczami, meblami! Ludzie taszczą walizy, paczki.

Jesteśmy już za murami, przejeżdżamy koło gminy, obleganej przez tłumy.

— Nie mamy dokąd się przeprowadzić! — krzyczą ludzie. — Dokąd pójdziemy na zimę z dziećmi?!

— Jaka ulica zostaje w getcie, a jaka nie? Nie wiem, czy mieszkam w getcie czy nie?

Na nowym mieszkaniu wita nas słońce. Wyjrzało zza chmur i przegląda się w oknach. Pokój zalany słońcem nie może być brzydki ani smutny. Słoneczko! Jak to ładnie, z twojej strony, że nie przejęłoś się hitlerowskimi zasadami i dla wszystkich jednakowo świecisz.

Pan pułkownik z siostrą, właściciel mieszkania, z którymi dokonaliśmy transakcji zamiennej, oczekuje nas. Podpisujemy umowę o zamianie locum na czas wojny, o zamianie mebli, które oni nam zostawiają, a my im. Pan pułkownik narzeka, że w naszym kąpielowym nie ma gdzie postawić swej marmurowej umywalni.

— Proszę pana — tłumaczę mu — ma pan tam przecież wannę w łazience, więc po co panu ten stary gruchot?

— Ja się do niego przyzwyczaiłem, myję się w nim prawie pięćdziesiąt lat.

Więc już wszystko? Jeszcze węgiel w piwnicy. Zamieniamy nasze 2 tony na 2 tony pułkownika. Ciotka schodzi do piwnicy i wraca zdenerwowana.

— Przecież tam jest tylko trochę miału, nie chcę takiej zamiany!

— Słuchaj — mówi wujek — czy tylko to tracisz, głupia kobieto? Czy jeszcze nie przyzwyczaiłaś się do tego, że musisz być oszukiwana i krzywdzona?

Ale człowiek już taki jest, że musi cały swój ból wyładować i ten właśnie węgiel staje się najważniejszym powodem rozpaczy.

— Czym my będziemy palić? Zmarzniemy. A na czym będziemy gotować?

— Żeby tylko było co gotować — wtrąca Jurek.

Przychodzi mój papa — wieczny optymista. Zaczyna wszystkim po kolei zachwycać się, aby nas pocieszyć, ale czyni to tak nieudolnie i naiwnie, że mam ochotę płakać.

— Lepsze mieszkanie niż na Wspólnej, bo mniejsze, taniej będzie je opalać; mniej mebli, to lepiej, przestrzeń nieabsorbująca — nowocześnie; łatwiej zresztą sprzątać. Stare graty zostawili? Graty mają swój staroświecki urok, może to antyki, zresztą jeżeli nie antyki, to można sobie wyobrazić, że to bezcenne sprzęty. A rogi w przedpokoju! — tu papa stanął w pozie Napoleona przed walną bitwą. Rogi miały być „clou2 naszej transakcji zamiennej.

— Spójrz, dziecko, na te rogi, czy nie przypominają ci one wspaniałych starych dworów szlacheckich, Mickiewiczowskich polowań? To na pewno rogi jelenie: jakże trudno było je upolować, a wyście dostali je tak, przy przeprowadzce. Najważniejsze jednak, że udało się nam zamienić mieszkanie, zdobyć dach nad głową. Tak, to najistotniejsze, to prawdziwe szczęście.

Tego samego dnia wprowadza się do trzeciego pokoju trzecia rodzina, a na drzwiach piszę: „Dzwonić raz Szenberg, dwa Wejnkranc, trzy Ahezojcen”.