Pierwsze tygodnie

Pierwsze tygodnie getta, to jeszcze zupełny chaos. Przede wszystkim co dzień prawie Graniczną ulicę to włączają, to wyłączają z getta, gmina uparcie walczy, targuje się o każdą piędź ziemi, o każdy dom, a Niemcy jakby dla kawału, jakby się drażnili, to dają, to znów odbierają. Dochodzi do tego, że ludzie w ciągu kilku dni po kilka razy zmieniają mieszkanie, zostawiając w każdym coś ze swego dobytku.

My, mieszkając początkowo na Granicznej ulicy, jesteśmy również na to narażeni. Siedzimy jak na wulkanie; trudniej znaleźć pomieszczenie niż igłę wśród nocy.

W końcu plan getta staje się wiadomy. Nasza obecna ulica — Biała — zostaje zmajstrowana w ten sposób, że mur ma stanąć z jednej i drugiej strony ulicy, zaś jezdnia należeć będzie do dzielnicy aryjskiej, aby stworzyć dostęp do gmachu Sądu, który znajduje się przy końcu ulicy.

Wychodzi zakaz trzymania aryjskich pracownic domowych. Musimy pożegnać się z naszą Jasią, która pracuje u nas 8 lat i jest jakby członkiem naszej rodziny. Przykro nam — Jasia płacze.

— Może to i lepiej, Jasiu, będziesz pracować u ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na służbę, a u nas teraz nie wiadomo jak będzie.

Ale Jasia jest niepocieszona.

— Jadłabym suchy chleb i kartofle, żeby tylko być razem.

— Cóż zrobić, jeśli nie można?

Pewnego dnia z rana jakieś zamieszanie, przez okna widzimy ludzi, którzy gestykulując, biegają tam i z powrotem. Pojawia się milicja żydowska z żółtymi opaskami na ramieniu: „Ordnungsdienst”. Milicjanci uspakajają tłum.

Wychodzę na ulicę. Od rana okolono getto drutami, postawiono straż niemiecką i żydowską milicję. Ogłoszono zakaz przebywania Żydów poza granicami getta pod karą wiezienia.

Jesteśmy zamknięci w klatce. Druty są naturalnie tylko tymczasowe. Gminie nakazują budować mury tak, aby zeszły się ze starymi murami: klatka będzie pewniejsza.

Dla Żydów jest to nowa klęska. Tracą oni kontakt ze swoimi warsztatami pracy, mieszczącymi się poza gettem, a wraz z tym źródła dochodu i swoje mienie, które musi przejść w drugie ręce. Żydzi spisują naprędce umowy antydatowane ze swoimi znajomymi aryjczykami, czyniąc ich właścicielami swoich dotychczasowych sklepów i składów.

Nie odnosi się to do domów, ponieważ wszystkie domy żydowskie przeszły w ręce tzw. Komisarycznego Zarządu. Jest to instytucja, która sama zarządza kamienicami, administrując je, pobiera dochody, a właścicielowi wypłaca co pewien czas taki procent, że za te pieniądze gospodarz wielkiej kamienicy może kupić sobie kilka bochenków chleba albo kilkanaście pudełek zapałek.

Co będzie z naszą fabryką? Telefonuję do jednej z naszych byłych sąsiadek, pani Aliny K.

Przychodzi tego samego wieczoru. Sporządzamy z nią umowę, czyniącą ją właścicielką naszych maszyn, lokalu i towaru. W drugiej umowie pani Alina obowiązuje się chronić fabrykę, płacić komorne, a po wojnie zwrócić nam fabrykę. Po godzinie nowa właścicielka żegna się z nami.

Jakże nam ciężko przyszło doprowadzić nasz „Korlit” do obecnego stanu. Ile pracy, ile nieprzespanych nocy, ile wysiłków. A teraz — biały świstek na biurku — oddaliśmy nasze dziecko.

Nie wiadomo jeszcze, czy to zatwierdzą w urzędzie.

— A czego ty się martwisz — gniewa się ciotka — tak czy inaczej, przepadło, wszystko jedno, już nie twoje.

— Ciociu, przecież jeszcze są porządni ludzie. Może ona jest jak raz uczciwa?

Co dzień rozmawiam z panią Aliną telefonicznie. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ ludzie oblegają nieliczne telefony w dzielnicy, wszyscy chcą jakoś uregulować swoje „zagraniczne sprawy”. Czasem trzeba godzinami czekać na połączenie, a często, gdy już uzyskałeś rozmowę, osoby, z którą chcesz rozmawiać nie ma w domu.

Pani Alina odwiedziła nas kilka razy, potem umilkła, znikła.

Następnie dowiedzieliśmy się, że zajechał ktoś z platformą i zabrał maszyny wraz z surowcem. Była to konfiskata niemiecka, ale owego konfiskatora widziano kilka razy w towarzystwie pani Aliny. Czy to przypadek? A może jako obecna właścicielka chciała uzyskać choć część z powrotem. Ktoś nie zgadza się z tym przypuszczeniem; takie sprawy załatwia się oficjalnie, a nie chodząc pod rękę i uśmiechając się słodko do konfiskującego majątek. Ja protestuję. Może właśnie w ten sposób chciała od niego więcej uzyskać, czasem kobieta kokietując więcej zdziała niż najrozumniejszymi dysputami, dowodzeniami. A może zakochali się w sobie? Uczucie do wroga? Bywa. Chciałam wierzyć w uczciwość pani Aliny, dlatego, że to ja ją wybrałam i ponieważ bardzo chciałam wierzyć w ludzi. W ten sposób nasze ukochane dziecko — nasz „Korlit” zakończył swój żywot.