„Hotel Polski” — Treblinka
Na ulicy Długiej mieści się biedny, stary hotelik o szumnej nazwie „Hotel Polski”. Właściciele na pewno z utęsknieniem oczekiwali dawniej gości, przeważnie przyjezdnych kupców czy komiwojażerów. Teraz oto rozeszła się jak echo wiadomość, że Hotel Polski na Długiej to przystań dla Żydów. Można dostać tam papiery i jechać do jednego z państw Ameryki Południowej. Wiadomość szła krętą drogą z ust do ust, konspiracyjnie. Jednakże istniał kontakt między kryjącymi się Żydami. Napływali ludzie z całej Warszawy, z prowincji, zewsząd. Nie mieli oni gdzie mieszkać i rozumieli, że uratowani z getta zginą tu prędzej czy później. Nie wystarczy im pieniędzy na żywność i na wpadunki. Wieczny strach, wiecznie rozbiegane oczy, a może mnie poznał? Zależność od każdego, który ma twoje życie w swym ręku. Począwszy od dziecka, wystarczy, by zawołał: „To Żyd!” i już koniec. Nie pomogą żadne dokumenty. Czasem tylko gruba forsa, ale na jak długo starczyć mogą pieniądze? Zresztą, nie zawsze za pieniądze kupisz sobie życie, Żydzie!
Zrozpaczeni ludzie, a właściwie tylko wpół ludzie, z radością dowiadują się, że jest dla nich przystań — że skończy się wieczny strach, ciągłe poniżenie, wieczne przytyki, skończy się koszmarne życie „na niby”. Będzie można być oficjalnie między swoimi. Jakież to szczęście!
W hotelu na Długiej sprawą amerykańską zajmuje się gestapo. Ich przedstawiciele, którzy organizują wszystko i mają kontakt z Żydami, to trzej eleganccy ludzie, Skokowski, Kenig i stary, szykowny pan Koniecpol, który się każe tytułować inżynierem. Zajeżdżają eleganckimi autami, uprzejmie rozmawiają z kandydatami na amerykańskich obywateli. Udzielają informacji. Niebo otworzyło swe wrota, Bóg zmiłował się nad nielicznymi, ocalonymi synami Izraela.
Sprawa przedstawia się następująco: Żydom mieszkającym w krajach Ameryki Południowej udało się dla swych krewnych Żydów polskich zdobyć papiery emigracyjne. Taki tam jest zwyczaj, że kto ma ziemię, staje się pełnoprawnym obywatelem państwa. Otóż krewni ci kupowali na imię Żyda polskiego jakiś placyk i w ten sposób czynili go obywatelem Ameryki Południowej. Odnośne dokumenty przyszły do warszawskiego gestapo już późno, już po zagładzie getta. Gestapo znalazło się w ciężkim położeniu, ponieważ trudno im byłoby odpisać, że nikogo z wzywanych nie ma. Wpadli więc na pomysł, aby papiery te rozdać pozostałym jeszcze Żydom. Zmiana osób nie wyjdzie na razie na jaw, ponieważ emigracja do Ameryki Południowej nastąpi dopiero po ukończeniu wojny. Na razie ludzi tych umieści się w specjalnych domach dla internowanych obywateli obcych. Jest taka miejscowość na granicy szwajcarskiej Vittel, gdzie w komfortowym hotelu „La Providence” ludzie ci zostaną umieszczeni. Będą mogli spokojnie poruszać się po okolicy, nigdzie na pewno nie uciekną, bo któż by, mając tak wspaniałe warunki, doskonały wikt, stałą pomoc amerykańską, chciał uciekać?
Pobyt w Vittel nie znudzi ci się. Możesz jechać kajakiem, kąpać się, grać w tenisa, urządzać górskie eskapady i tańczyć na wytwornych dancingach. Człowieku, czy może ci się to pomieścić w głowie? Z piekła do nieba. Zwariujesz ze szczęścia. Tenis, tańce, tego już nie chcemy, dajcie nam tylko spokój i nic więcej.
Dokumenty były na różne nazwiska, np. dla pana Goldsteina z rodziną, pana Rozenbluma z rodziną. Więc tworzono z kryjących się rodziny. Starszy pan był ojcem, trzeba mu było dobrać tyloletnią żonę potem synów, córki. Dzieci mogą być mężami, żonami no i ich dzieci. Aby kupić obywatelstwo trzeba było mieć pieniądze i to grube, ale można było targować się. Dzieci i starsi ludzie mogli iść darmo, bo ich było mało. Poza tym, ludzie zasłużeni, lekarze, adwokaci, inżynierowie. Tych wszystkich, jeśli byli w ciężkich warunkach, przyjmowano bezpłatnie.
W końcu hotel na Długiej stał się oazą, miejscem zboru wszystkich Żydów i jeśli jeszcze na ulicy Długiej byłeś ściganym zwierzęciem, któremu w każdej chwili groziła śmierć, to już za bramą hotelu byłeś człowiekiem. Nic dziwnego, że garnęli się tam ci wszyscy, którzy uciekli z getta, a chronili się po stronie aryjskiej. Ale, żeby tam mieszkać, właściwie nie mieszkać, ale dostać kąt i pozwolenie zostania na noc, trzeba było dostać dokumenty, jako obywatel zagraniczny. Szły targi. Ludzie błagali wprost na klęczkach przedstawicieli gestapo, wystawali całymi dniami w kolejkach do tych bogów, aby się zapisać. Tak. To była jedyna ucieczka. To było wprost zbawienie.
Znalazło się jednak kilku takich, co powątpiewali w tę całą organizację. Czy to czasem nie lipa?! Jak to? Więc oficjalnie pozwalają Żydom, kryjącym się, którym grozi śmierć na każdym kroku, spacerować po hotelu? gromadzić się na podwórzu? Czy to czasem nie pułapka?
Ale większość twierdziła, że sprawa jest jasna jak słońce, nie szukajcie dziury w całym. Niemcy po prostu dla zagranicy chcą mieć taki obóz internowanych Żydów. Nie z miłosierdzia, po prostu na pokaz. „To jest możliwe, wszystko w porządku”, wołali ludzie, zagłuszając głosy powątpiewania, a wierzyli, bo chcieli w to wierzyć, bo był to ratunek, jedyny ratunek, brzytwa dla tonącego.
O hotelu usłyszałam przypadkowo i kiedy Jurka zabrano, postanowiłam tam pójść. Jeżeli są tam jacyś ludzie, którzy mają kontakt z gestapo, może oni mogą dowiedzieć się, gdzie Jurek — może mogą mi coś poradzić. Spotkałam tam nieco znajomych. Wszyscy opowiadali o swoich strasznych przejściach. Nie współczuli mi. Każdy był zajęty sobą, każdy przeszedł tyle własnych nieszczęść, że już na obce był zupełnie nieczuły. Nic dziwnego. Spotykam tam kilka osób, z którymi mniej więcej w tym samym czasie, co i mnie zabrano kogoś z aryjskiej strony. Tak samo starali się tu coś załatwić. Informują mnie, że młodych, zdrowych mężczyzn nie zabija się od razu, ale wysyła do obozów pracy. Jeżeli Jurka zostawią jeszcze w Alei Szucha albo na Pawiaku, będzie można go uratować. Na Pawiaku jest specjalna cela żydowska, gdzie trzymają ich aż do zebrania się większej partii, którą wysyłają pod konwojem do obozów. Po długich wyczekiwaniach dostaję się wreszcie do jednego z „królów”, który ma „chody” na Pawiaku i przedstawiam mu moją sprawę. Załatwia on w ten sposób zwolnienie, że zapisuje zatrzymanego na listę emigrujących, a potem już jako obcokrajowca przywozi do hotelu na Długą. Interwencja taka kosztuje 20 do 30 tysięcy złotych. W całym majątku mam zaledwie dziesiątą część, ale o tym nie myślę, jakoś to będzie, muszą mi pomóc. Wyduszę od Aliny za meble, od Fiutkowskiego, na taką sprawę muszą dać. Błagam i zaklinam go na wszystko. Zapisuje dane: proszę być tu jutro w południe, a dam pani odpowiedź. Czy możliwe, aby go zwolnił, o Boże!
Jakże długa może być noc. Będziemy w Vittel, skończy się męka. Ach, biedny Jurku, ty zapewne myślisz...
Nazajutrz skoro świt, biegnę na Długą — czekam. Mija 12:00, 1:00, 2:00 i 3:00, zbliża się wieczór, a jego nie ma. Czy bywają takie dni, że w ogóle nie przyjeżdża? Zdarza się, że jest bardzo zajęty.
Czekam i pocieszam się, że może właśnie coś dla mnie załatwi, może od razu z Jurkiem przyjedzie.
W końcu przed wieczorem zajechała maszyna. Ludzie tłoczą się, każdy ze swoją sprawą. Wreszcie dopchnęłam się. „Nie byłem na Pawiaku, nie miałem czasu”. „Proszę pana, a jeżeli go wywiozą, proszę pana, niech się pan pośpieszy, przecież mogą go wywieźć”.
Ale takich spraw, jak moja, jest dużo. Dla mnie ona jest najważniejsza, jedyna, dla niego zupełnie nieważna. Tak mijają dni. Pan K. zwleka z dnia na dzień, aż w końcu oświadcza mi, że dwa dni temu cała grupa wyjechała z Pawiaka do obozu, ale dokąd, nie wie.
Więc wszystko przepadło!
Komu mogę się poskarżyć, kogo mogę o to oskarżać?
Mogę tylko płakać, płakać bez końca. Po co żyć, co zrobić, aby jak najprędzej umrzeć.
Teraz wiem, że prośbą nic nie zdziałam, ale z miejsca trzeba było go olśnić. Gdybym miała doświadczenie i pieniądze, mogłabym nie prosić. Wszystkie kosztowności i pieniądze miały być złożone, a po przybyciu Jurka zwrócone.
Ale jest jeszcze droga do Jurka. Póki żyje, nie trzeba tracić nadziei, pocieszam się sama. Trzeba go szukać.
Z Pawiaka wysyłają na Majdanek i Treblinkę, lżejszych jakoby na Poniatów i Trawniki.
Kenig mówi mi jeszcze o obozach stosunkowo lekkich Ost Sudecie i Lipowej, ale jak się dowiedzieć, dokąd go posłano. Przede wszystkim mogli go tam rozstrzelać na Pawiaku. Kto wie? Jak sprawdzić? Mogę tylko wierzyć Kenigowi, który z całą stanowczością twierdzi jakoby sprawdzał, że wysłano go i podaje datę 23 czerwca w kierunku nieznanym. Szukaj...
Będę go szukać, bo jakiż jeszcze inny cel mam w życiu?
Przede wszystkim do Poniatowa i Trawnik idą listy nieoficjalne, ale idą, jest nawiązany kontakt. Dołączam wiec prośbę do listów pisanych do tych obozów z zapytaniem o Jurka. Co dzień chodzę na Długą, czekając na odpowiedź. Zazdroszczę wszystkim, którzy są razem. Czuję się tak strasznie samotna i opuszczona, zdana w takim strasznym momencie na samą siebie. Obie Rakowskie wprawdzie dzielnie mi towarzyszą. Inka nie opuszcza mnie ani na krok, ale ich możliwości są bardzo mizerne. Ludzie coraz bardziej garną się do hotelu, pomieszczenia są tak zapchane, że po prostu walczy się o miejsce. Wydaje się, że ludzie tam chyba śpią na stojąco. Rumor, krzyki, latanie. Niedługo transport ma odejść, a tu nie ma już miejsca. „Muszę mieć dla żony dokumenty — krzyczy ktoś — przecież sam nie pojadę, a chcą od niej takiej sumy, że po prostu, człowieku, zabij się”. „Jest wolne miejsce w mojej rodzinie na jedną starszą kobietę i kilkoro dzieci, czy są kandydatki? Nie będzie dużo kosztować!” „Och, też mi łaska! Starych i dzieci można bezpłatnie urządzić”. „Ty, Rapaport, dokąd jedziesz?” „Ja? Do Urugwaju, ale ja już nie jestem Rapaport, zapomnij, ja teraz jestem Blauszyld”. „Z jakich to Blauszyldów? Może z tych z Bielańskiej?” „A bo ja wiem — jestem Józef Blauszyld, jadę z rodziną, składającą się z przeszło kilkudziesięciu osób. Jestem ojcem, mężem może i dziadkiem, nie wiem — muszę poznać moją rodzinę”.
Takie rozmowy słyszy się dokoła. Mój stary znajomy, łodzianin, skarży się: „Raz w życiu miałem porządne aryjskie nazwisko Łęczycki, moje własne, potem zmieniłem je na aryjskiego Stanisława Majanera, potem znów na Jachimowicza, aby być teraz Rabinowiczem. Szukam sensu, ale nie mogę go znaleźć w nazwiskach, jak go nie ma w życiu, bo jakiż jest w ogóle sens w tym, że ja jeszcze żyję?” Podchwytuję ostatnie słowa. „Tak, panie Łęczycki, ja jestem tego samego zdania”. „Co też pani mówi, dziecko, taka młoda. Gdybym ja był w pani wieku!” „Cóż pan myśli, że młody mniej cierpi? Tak samo wszystkich straciłam, jak pan”. „Pani nie straciła dzieci”. „Bo ich nie miałam, ale czy można się licytować naszym nieszczęściem?”
W hotelu jest również moja szwagierka. Zostały obie z teściową z tak małymi środkami po ostatnim rabunku, że po prostu nie mają na przeżycie kilku miesięcy, całkowicie zdane na łaskę Fiutka, który tylko myśli, jakby się ich pozbyć. Poza tym obie mają semicki wygląd, nie mogą się poruszać po mieście. Powinny siedzieć w zakonspirowanym miejscu, ale skąd na to wziąć pieniądze?
— Jestem bliska obłędu — skarży się Zosia. — Po tym przejściu z Jurkiem, nie wierzę, abyśmy wyżyły.
— Zosiu — mówię — musisz koniecznie jechać z matką, nie ma dla was innego wyjścia. Myślę, że ciebie, jako lekarza, przyjmą za małą sumę, może i bezpłatnie.
— A ty?
— Ja zostaję, naturalnie, przecież bez Jurka nie pojadę.
— Cóż ty możesz dla niego zrobić?
— A może jednak. Jeżeli chociaż mały liścik mu dostarczę, to już będzie wiele. Sama myśl, że żyję i myślę o nim... Będę działać do końca.
Tego samego dnia jestem u starych znajomych. Ktoś z nich proponuje mi, żeby jechać z nim jako żona.
— Wiem, że pani jest w ciężkich warunkach, tu pani zginie, a tak będzie pani mieć opiekę no i...
Przerywam mu.
— Nie, nie, dziękuję. Nie pojadę.
Odchodzę szybko i płaczę. Jakie to straszne, jak on powiedział, „jako jego żona” i że ja nie mam już tu co robić. Więc właściwie Jurka już pogrzebano — ja tylko łudzę się — Boże, Boże!
Przychodzi odpowiedź z Trawnik i Poniatowa. Nie znaleziono go. Pojadę dowiedzieć się do Treblinki. Zosia odradza mi: zginiesz.
— Zosiu, ja już postanowiłam.
Żegnamy się. Zosia zostaje w hotelu, czekając ciągle na dokumenty. Jadę do Treblinki. Jedziemy we trójkę, jedna aryjka (jak się później dowiedziałam aferzystka, prostytutka i wariatka w jednej osobie) i młody kolejarz, poznany przypadkowo na dworcu. Wysiadamy w Małkini. Tam na torze robotnicy z Treblinki pracują przy wyładowaniu węgla. Nasz kolejarz kręci się przy tym samym torze, a my czekamy z daleka. Usiedliśmy na trawie. Wytężam wzrok. Widzę jak Żydzi w brudnych, starych łachmanach pracują. Pilnują ich Litwini. Ot, jeden z nich przystąpił do jednego z Żydów i bije go, bije bez końca. Zamykam oczy.
Twarzy pracujących nie mogę z tej odległości zobaczyć. Boże, może między nimi jest Jurek, oby był!
Zostajemy w Małkini kilka dni. Kolejarz co dzień chodzi na tor, mówi, że nawiązał już kontakt z pracującymi i podał nazwisko.
Co dzień chodzimy na stację, gdzie o siódmej placówki tak blisko przechodzą obok jednego z zabudowań, że dokładnie można obejrzeć przechodzących. Z twarzą przyklejoną do szyby wpatruję się w nich. Jakżeż są wymęczeni, sczerniałe twarze, zapadnięte oczy, pochylone plecy. Jurka nie ma. Może pracuje wewnątrz obozu, a może na innej placówce.
Kolejarz co dzień przynosi nowe wiadomości, raz, że jest, drugim razem, że go nie ma. Wiadomości są sprzeczne, raz jestem w niebie, skaczę z radości, na drugi znów dzień spadam z góry szczęścia i czuję się jak w grobie. Co dzień daję mu pieniądze na wódkę, którą niby to ugaszcza strażników i co dzień wyczekuję z utęsknieniem chwili jego przyjścia, by wysłuchiwać bredni, którymi mnie karmi. Łażę po łąkach, polach. Tam w dali jest Treblinka! Tam palą trupy. Aż tu czuje się mdły zapach.
Wreszcie zrozumiałam, że marnuję czas. Szukam innej drogi i znajduję przez naczelnika kolei, który ma kogoś w obozie koncentracyjnym. Dostaję wiadomość, że Jurka nie znaleziono.
Opuszczam Małkinię w słoneczną pogodę. Pojadę do Lublina.
W Warszawie nowe nieszczęście. W noc po moim wyjeździe gestapo otoczyło hotel i wywiozło wszystkich na Pawiak, ale wywozili tak, jak ongiś w getcie, bez najmniejszego szacunku dla obcych obywateli, a w chwili, gdy w hotelu padły pierwsze trupy i ludzie zorientowali się w sytuacji, nie było już ratunku. Byli otoczeni. Większą część rozstrzelano na Pawiaku, część wywieziono do obozu męczeńskiego do Hanoweru, gdzie w cztery miesiące później w listopadzie zlikwidowano ich w tym samym czasie co i obozy żydowskie w Polsce. Teściową zastałam zupełnie przybitą. Po synu straciła córkę. Była na wpół obłąkana.
— Zosia — szeptała — szukaj Zosi, szukaj jej, może jeszcze jest na Pawiaku.
Znów wędrówki z Inką po Warszawie, znów nawiązanie kontaktu z Pawiakiem, znów ostatnie pieniądze na łapówki. Tym razem teściowa oddaje ostatni pierścionek.
Czemu w tym strasznym momencie aresztowania Jurek nie miał go przy sobie? Może by go uratował ten krążek z kamykiem. Patrzę nań. Czy wart był życia Jurka?
Wiadomości dostajemy z dwóch stron. Zosię rozstrzelano na miejscu. Jeszcze jedna padła w szeregu. Kto z nas następny?
Jadę do Lublina.