Moje poszukiwania — Lublin, Majdanek

Więc mam nareszcie kilka tysięcy złotych. Aby jechać do Lublina, trzeba mieć przepustkę. Ja naturalnie przepustki dostać nie mogę. Postanawiam jechać bez niej. Po drodze zabierają do Prus, wysadzają z pociągu, aresztują. Wszystko jedno, przecież nie chodzi o mnie i tak już zmarnowałam na nic tyle czasu, a jak męczą w obozach, o tym wiemy.

Jadę. Za bilet, jeśli bez przepustki, płaci się podwójnie. Kontroli też się daje w łapę. To wszystko głupstwo, byleby żandarmeria nie sprawdzała. Żandarmeria pojawia się w Dęblinie. Wchodzą do wagonów, ale interesują się tylko szmuglem. Oddycham z ulgą.

— Teraz pani wysiądzie przed Lublinem, bo z samej stacji trudno będzie bez przepustki dostać się do miasta — informuje konduktor.

Wysiadamy w Motyczu i idziemy 10 km do Lublina.

Po drodze orientuję się, że moje towarzyszki to zwykłe szantażystki. Mam swoich własnych łapaczy ze sobą. Ich zamiar jest przejrzysty. Wydostać ode mnie pieniądze, a potem spławić mnie. Jasne. Z początku działają dyplomatycznie, ale już w Lublinie znudziła im się zabawa w kotka i myszkę i zaczynają jasno występować.

Nie, nie będę opisywać setek usiłowań ucieczki, nie mogę już nawet myśleć o tych wydarzeniach i o tym, jak wieczorem na przedmieściu Kuśminka spadały na mnie ich razy.

Tak, dwie prostytutki biły mnie po twarzy.

— Daj pieniądze, Żydówo. Patrzcie, co za bezczelność jechać pod Majdanek! Ty bezczelnico, oddaj pieniądze!

— Oddam na żandarmerii, ale nie wam — krzyczę.

Czy to ja tak krzyczę?

— Tak, chodźmy na gestapo, ale wszyscy, i wy obie. Jeżeli chciałyście być wierne Niemcom, to trzeba było tam w Warszawie mnie wydać, a nie wozić aż tu. Jeżeliście tego nie zrobiły, to miałyście w tym jakiś interes. Idziemy, gdzie tu żandarmeria?!

Taki obrót sprawy nie bardzo jest na rękę moim towarzyszkom i ich pijanemu kompanowi.

— Żandarmeria to ja — bełkocze, pokazując mi czerwoną opaskę pracownika z Majdanka.

Brrr, jakie to okropne!

W końcu oddały mnie do „zlikwidowania” temu pijakowi.

...Ciemny pokój, na stole dogasa świeczka, przyglądam się, jak topnieje w oczach. Płomień drży, płomień to jej życie. Niedługo zgaśnie, tak jak i moje. Pijak Rożenek patrzy na mnie jak kot na mysz, która mu już nie ucieknie. Jest pijany, ale jeszcze nie na tyle, aby stracić zupełnie przytomność.

— No, mała — pyta się — napijesz się? U licha, napij się, to już twoja ostatnia wódka w życiu. Właściwie nie zrobili ci takiej wielkiej krzywdy, że teraz cię wezmą, przecież i tak w końcu musisz zginąć. Jak długo można się maskować — filozofuje.

— Przecież wiem, że zawsze u was nie zostanę — wyrywa mi się nieopatrznie.

Rożenek wstał, wyprostował się.

— Co, coś ty powiedziała? Kto będzie? Ty, ty... Ciebie trzeba zabić natychmiast! Nie będę czekał do rana, zaraz zawołam straż.

Domek Rożenka stał przy samym ogrodzeniu Majdanka, tak że straż ustawiona co kilka kroków, bez przerwy maszerowała obok domu.

— Po co masz wygodnie siedzieć w pokoju — (czy ta spelunka to pokój?) — lepiej niech się taką pieski pobawią, będą chociaż miały przyjemność.

SS-mani pilnują obozu wraz z olbrzymimi psami, specjalnie tresowanymi do rzucania się na ludzi. Teraz z kolei i ja wstaję.

— No, to chodźmy.

Ale serce w Rożenku mięknie.

— Czemu jesteś taka niewdzięczna?

Wyciąga do mnie brudną, wstrętną łapę, drgam z obrzydzenia.

— No, będziemy pić!

Czasem tak nagle wpadają człowiekowi pomysły do głowy, że i teraz jeszcze jestem swoją myślą olśniona. Pomyślałam: „czy z takiej okropnej sytuacji może być jakieś wyjście?”

— Dobrze, pijmy.

Staję się rozmowna i wesoła. Zaprawiam wódkę karmelem, naprędce przyrządzonym. Zagryzam usta, aby nie krzyczeć i śmieję się strasznym, sztucznym głosem. Rożenek jest mną olśniony.

— No, tak to lubię, jesteś fajna dziewczynka — sepleni. — Będziesz grzeczna?

— Będę — przyrzekam.

— I dobra dla mnie?

— Tak, tak, ale wpierw musimy przecież pić, aby odzyskać humor.

Rożenek przyjmuje ten projekt z aprobatą.

— Naturalnie, naturalnie, pijemy.

Oszukuję go jak mogę. Wylewam zawartość moich kieliszków. Rożenek pije, rozwiązuje mu się język i opowiada mi przy tym o męczarniach majdankowskich, o swoich „uczciwych” zarobkach, o tym, jak cała jego rodzina przyjęła volkslistę — chociaż nic wspólnego z Niemcami nie miała.

— Ja będę Niemcom służyć — bełkoce — bo przy nich mi dobrze. Ja teraz jestem pan, co chcę, to mam, a przy Polakach pracować trzeba było. Pójdziesz, człowieku, do baraku, popijesz z SS-manami... interesik. Sprzedać, kupić, forsa jest. Teraz sezon, raz po raz przywożą Żydziaków. Na tych ostatnich, białostockich muszę fajnie zarobić!

— Pijmy, pijmy — zachęcam go, a potem biorę po łyżeczce wódki i tak, jak małemu dziecku kaszkę, pcham mu ją do ust, jedną po drugiej. Podoba mu się taka zabawa i pije jak anioł.

— No, jeszcze jedną — zachęcam — na to, żeby zarobić na Żydach białostockich, a ta, żeby druga grupa tu przyjechała, a ta, żeby order zasługi dostać, a ta...

Świeczka gaśnie. Różanek pijany w sztok wolno podnosi się z krzesła i zbliża się do mnie.

— Chodź!

Odpycham go z całej siły. Zatoczył się i upadł na niedaleko stojący tapczan, zasypiając momentalnie pijackim, ciężkim snem.

Uciekać!

Teraz może być godzina dwunasta, jest godzina policyjna, drzwi zamknięte, przed domem straż, psy! Jeżeli nawet uda mi się niepostrzeżenie wymknąć przez okno, to zatrzymają mnie na mieście.

Siadam na parapecie, potem cichutko otwieram okno. Będę tak siedzieć, gotowa każdej chwili do skoku. Cisza, tylko z Majdanka słychać gwizdy, ciche sygnały, miarowe kroki straży. Gdzieś warknął pies. Wiatr głaszcze mi rozpalone czoło. Przy jasnym świetle księżyca widzę, jak wskazówki zegara poruszają się, sekundnik szybko, szybko, a minuty jakże powoli.

Siedzę, czuła na każdy szelest. Rożenek poruszył się na łóżku, spuściłam nogi. Już!!! Nie, znów spokój.

Jakże długa, jakże strasznie długa była ta noc. Patrzyłam w niebo. Księżyc oświetlał Majdanek i dom Rożenka, spoglądał na mnie, a może i na Jurka.

Ach, Jureczku, czy tam leżąc w jednym z baraków, głodny, skatowany, myślisz o tym, że ja mogę być tak blisko ciebie i jednocześnie tak daleko?

Świta. Tapczan — grat zaskrzypiał. Rożenek budzi się.

Zeskakuję z okna i nie oglądając się, idę szybko w kierunku miasta. Zdaje mi się, że strażnik woła mnie, a może to tylko złudzenie.

Biegnę.

Na ulicach zupełnie pusto. Włażę przez parkan do jakiegoś ogródka. Siadam na kamieniu. Za ogrodzeniem czuję się pewniejsza niż na ulicy. Chłodno. Pozbyłam się ich, mych prześladowców, wyzbyłam się pieniędzy, walizki. Co dalej? Pojechałam, aby pomóc Jurkowi, tymczasem straciłam prawie wszystkie środki, część rzeczy i zmarnowałam na próżno kilka dni. A teraz muszę się sobą, a nie nim zajmować. Niedoświadczenie, głupota — jak to nazwać — czy nie zbiegiem okoliczności? Powinnam może jak najszybciej uciec stąd. Miła trójka będzie mnie szukać, a Lublin jest nieduży. Tym bardziej, że będę kręcić się w okolicy Majdanka.

Ale uparłam się, że nie wyjadę. Nic nie zdziałałam. Muszę dowiedzieć się, czy on tu jest.

Po ogródku ktoś chodzi, jakaś kobieta podchodzi do mnie.

— Co pani tu robi?

— Ja? — jąkam się. — Odpoczywam.

Patrzy na mnie badawczo i co sobie myśli; jakaś dziewczyna w jedwabnej, kwiecistej sukience i granatowym, spłowiałym żakieciku, nieuczesana (po drodze zgubiłam grzebień), na nogach sandałki, z których jeden podarł się przy zeskakiwaniu z okna i trzyma się na nodze na słowo honoru. Nie, nie wyglądam solidnie i w najbardziej dobrym człowieku nie mogę wzbudzić zaufania.

Podnoszę się z kamienia. Kobieta kiwa głową, tak jakby mówiła: „biednaś ty”, i przyglądając mi się wciąż, zaprasza mnie do mieszkania.

Wchodzę. Ogarnia mnie fala ciepła. Dom, stół, łóżka, na ścianach portrety, na stoliku haftowana serweta, na podłodze dywaniki, pod kuchnią trzaska ogień...

Dom. Jak dobrze czuć, że mówi się z człowiekiem. Podaje mi gorącą herbatę. Jestem taka głodna!!! A potem troskliwe ręce układają mnie na sofie. Przez sen czuję, jak kobieta okrywa mnie kocem. Śpię. Odsypiam nieprzespane noce i tragiczne dni.

Budzę się, gdzie jestem? Słyszę rozmowę.

— Bierzesz do domu dziewczynę z ulicy, nie wiesz, kim ona jest... — mówi męski głos.

Odpowiada mu kobiecy.

— Nieszczęśliwa dziewczynka. Trzeba jej pomóc, kimkolwiek by nie była. Głodnego nakarm — podróżnego w dom przyjmij. Czyś zapomniał o tej nauce?

Budzę się. Z rana o nic mnie prawie nie pytano, teraz będę musiała wszystko o sobie opowiedzieć. Co powiem? Muszę kłamać, a jak trudno przyjdzie kłamać tej szlachetnej kobiecie.

Opowiadam tak, aby częściowo choć pokryło się z prawdą. Zabrano mi narzeczonego w łapance i wywieziono, przyjechałam więc z Warszawy szukać go na Majdanku. Mówię, że „narzeczonego”, ponieważ moje dokumenty, to znaczy Inki, są panieńskie. Tu natrafiłam na drania, który odebrał mi rzeczy, szantażując mnie za to, że chcę nieoficjalnie skomunikować się z narzeczonym. W Warszawie mieszkam z matką i siostrą. Rakowskie. To wszystko.

Kobieta jest wzruszona.

— Jak to dobrze, że panią zatrzymałam, że też pani tak się naraża na jazdę z Warszawy tutaj bez przepustki!

„Ach, żebyś wiedziała wszystko” — myślę.

Mogę się umyć. Co za rozkosz! A potem przeprać bieliznę i sukienkę.

Kiedy rzeczy te schną przy kuchni, ja ubrana w szlafrok gospodyni, myślę: a co dalej...

Mała dziewczynka, córeczka gospodyni przychodzi do mnie, wdrapuje mi się na kolana. Przytulam ją do siebie. Dziecko rączkami obejmuje mnie i całuje.

— Zostań — mówi — u nas.

Rozpłakałam się. Kim jestem? Odwykłam już od czułości i pocałunków... Groźba śmierci nie może mi już łez z oczu wycisnąć, ale czułość... Serce jest tylko sercem, nawet najmocniejsze i najbardziej zahartowane.

Sprzedaję zegarek, aby mieć trochę pieniędzy. Teraz zaczynam szukać, mając dach nad głową i życzliwych ludzi.

Przede wszystkim dowiaduję się u robotników pracujących na Majdanku, unikam przy tym okolic Rożenka. Teraz już nie mówię, że tu chodzi o męża, ale że mi taką sprawę poruczono. Robotnicy biorą dane, przyrzekają, biorą pieniądze i zwlekają z dnia na dzień. Szukam innego sposobu. Dowiaduję się, że grupy Żydów z Majdanka chodzą na placówki do roboty. Postanawiam więc skomunikować się z nimi. Placówek takich jest kilka. Pracują na tartaku „Piaski”, na Kalinowszczyźnie, w młynie Krauzego.

Idę na Piaski. Pilnuje ich sześciu SS-manów i dwa olbrzymie psy. Podchodzę blisko.

Halt! — wrzeszczy młody SS-man. — Czego chcesz?

Udaję głupią i mówię, że chcę o coś zapytać jednego z więźniów.

— To Żydzi, nie wolno! Czego możesz chcieć od Żydów! — wrzeszczą jego kompani. — Nie wolno!

— A ja mam interes.

Przyglądam się więźniom. Ubrani w płócienne pasiaki, wynędzniali, siedzą na deskach. Przerwa obiadowa. Rozlewają im w miseczki jakąś brudnawą ciecz — obiad.

Podchodzi oficer SS-man, pyta:

— Jak się nazywasz i czego chcesz od nich?

— Zosia — mówię.

SS-man patrzy na mały srebrny łańcuszek, który noszę na ręku.

— Ładny — mówi — daj mi go, to zawołam kapo. Porozmawiasz z nim. Tylko żeby kontroli nie było!

Zdejmuję łańcuszek z ręki.

Podchodzi kapo. Jest więźniem, który jest odpowiedzialny za całą swoją grupę. Policjant obozu — Konzentrationslagerpolizei. Żółta twarz, rozbiegane oczy. Ktoś odwołuje SS-mana i zostajemy sami.

— Czech — Żyd — inżynier — leśnik — Wasserman.

Wyciągam rękę.

— Odwykłem już — mówi — od podawania ręki, to ludzki zwyczaj, a teraz jesteśmy już tylko numerami.

Proszę go o wyszukanie męża. Waha się.

— Proszę panią, jakżeż mogę wierzyć, że pani, Żydówka przyjechała, tak narażając się? Może panią podstawili Niemcy? Za takie sprawy, o jakie mnie pani prosi, grozi nam śmierć.

Śmieszne, cały wysiłek polega na tym, aby dowieść, że nic wspólnego nie mam z Żydami, a teraz na odwrót, jak udowodnić, że jestem Żydówką?

Jakiś więzień przechodzi obok, dźwigając deski. Spoglądam nań. Łzy płyną mu z oczu.

— Pani mnie nie poznaje. Ja miałem sklepik w domu pani tatusia. Jak ja panią spotkałem! Pamiętam panią taką maleńką... Pokazuje ręką.

Przypominam sobie wielkiego, potężnego mężczyznę, siłacza, a widzę wychudłego staruszka. To on? Kiwa głową. Zrozumiał mnie. Szybko opowiadam, po co przyszłam.

— Niech pani wyjeżdża stąd, tu śmierć. Pani nic dla męża nie zrobi. Tu nie wolno przychodzić.

Ale ja napieram.

— Zróbcie to dla mnie i dowiedzcie się o nim.

W końcu sprawa przybiera taki obrót. Przyrzekają dowiedzieć się. Komando co dzień jest pilnowane przez innych SS-manów. Więźniowie starają się codziennie swoją straż przekupić, w zamian za to SS-mani pozwalają im przynosić robotnikom pracującym na tartaku jedzenie i zabierać ze sobą szmugiel. Naturalnie przy wejściu na Majdanek jest szczegółowa kontrola, a za każdą odrobinkę chleba grozi okrutna śmierć, mimo to nieco pożywienia każdy dzień przemyca się w ten sposób do obozu. W ogóle grupy „wychodzące” są to grupy szczęśliwców, ponieważ udaje im się z obozu wynieść czasem coś z ukrytej biżuterii mimo nadzwyczajnych represji. Za wynoszone i sprzedawane rzeczy kupują żywność. Obóz śmierci, a mimo wszystko jakieś odmienne życie. I ludzie tam też nie chcą się poddać, też walczą o jakąś imitację życia.

Z tartakiem Piaski zawarłam znajomość i wyrobiłam sobie passe-partout27. Zaprzyjaźniłam się z robotnikami polskimi, którzy tam pracowali i mieli kontakt z Żydami. Od nich dowiadywałam się każdego dnia, jaka jest wacha, czy przekupiona czy nie. Jeżeli przekupiona, wtedy zawsze można było ukraść kilka chwil rozmowy z kapo, który miał nieco większe przywileje od reszty więźniów. Dowiedzieć się o Jurka nie było tak łatwo.

Przede wszystkim więźniowie po całym dniu pracy w napięciu nerwowym i strachu byli tak wymęczeni, że wracając do domu, nie mieli zupełnie ani energii, ani sił do poruszania się. Rano o piątej była pobudka, potem przez kilka godzin trzeba było stać na baczność pod gołym niebem na alarmie. Sprawdzano stan obozu. Wieczorem taki sam alarm. Każdego dnia segregacje, bicie, kary, strzelania, mordowanie, kontrole, głód, śmierć.

Pewnego dnia Wasserman oświadcza mi, że znalazł Jurka. Znajomy pracujący w kartotece podał mu dane. Pracuje w ślusarni, jest na otwartym polu. Jest. Więc żyje.

— Czym się mogę panu odwdzięczyć?

— Niczym — mówi Wasserman. — Jest dla mnie wielkim szczęściem, że ja, najniższy z najniższych, najbiedniejszy z najbiedniejszych mogę komuś pomóc. Teraz taka sprawa... Z pola czwartego nigdzie na roboty na miasto nie wychodzą, mam znajomego w Arbeitsamcie28, który może go przenieść do mnie na robotę, wtedy mógłby z nami tu przychodzić i mogłaby go pani widywać.

— Ach, co za szczęście!!!

Odczytuję numer Jurka po raz setny, jego numer...

Proszę jeszcze Wassermana, aby mi jakoś pomógł, aby mu dał znać, że ja tu jestem.

Tymczasem pieniądze kończą się i muszę jechać do Warszawy. Moi gospodarze mają jakichś znajomych pracujących na Majdanku, proponują mi, aby im podać dane. Podaję naturalnie fałszywe. Jerzy Wiśniewski.

Po pewnym czasie otrzymuję wiadomość, że takiego znaleźć nie mogą. Moja gospodyni tłumaczy mi, że jeżeli go nie ma, to po co szukać dalej.

— Tam, gdzie pani chodzi, na pewno wyciągają z pani pieniądze — strofuje mnie — gdyby był, to by nasi też znaleźli.

Jadę do Warszawy po pieniądze. Znów męka. Fiutkowski znika natychmiast jak kamfora. Dla mnie każdy dzień stracony w Warszawie to rozpacz. Wreszcie dostaję nieco pieniędzy od F. i od Aliny i mogę znów jechać. Dowiaduję się przy tym, że Z. z towarzyszką jest w Warszawie, tak że w Lublinie mogę bać się tylko Rożenka. Znów podróż do Lublina. Inka odprowadza mnie na stację.

— Jeśli go zobaczysz, zadepeszuj.

— Zadepeszuję.

Teraz 10 km z Motycza do Lublina przebywam w niecałą godzinę. Szybko, szybko, żeby jeszcze zdążyć na placówkę, może oni tam są.

Tartak. Placówkarzy nie ma. Już dwa dni nie przychodzą. Rozpacz. Co się mogło stać? Tymczasem muszę szukać mieszkania, nie mogę korzystać dłużej z gościnności moich gospodarzy, których mój, według nich bezowocny, pobyt w Lublinie, dziwi. Znajduję jakąś kolejarzową, która przyjmuje do siebie podróżnych na noclegi. Jest to dość, jak dla mnie, kosztowne, a po za tym często przychodzą kontrole, czy wszyscy korzystający z noclegu są przyjezdni i czy mają przepustki. Mam wprawdzie kennkartę, wydaną w Warszawie, ale przepustki nie mam. Nie mam innego wyjścia. Muszę liczyć na szczęście i tam nocować.

Na drugi dzień skoro świt biegnę na Piaski. Z daleka już widzę pasiaki. Wacha możliwa. Rozmawiam z kapo.

Przez kilka dni nikogo nie wypuszczano, ponieważ uciekło dwoje ludzi. Przez cały czas wszyscy stali na alarmie, a SS-mani pohulali sobie niemało, siejąc strach i grozę.

Na razie nie udało się nic wymyślić. W końcu decydujemy, że kupię kawę prawdziwą, którą on z kolei wręczy urzędnikowi Arbeitsamtu.

Dostać prawdziwą kawę w 1943 roku w obcym mieście nie było łatwym zadaniem, tym bardziej, jeżeli chciałoby się dostać jak najszybciej, żeby jeszcze tego samego dnia Arbeitsamt otrzymał i zaczął działać. Dostałam kawę za sumę, która stanowiła większą część moich pieniędzy, ale jeśli to ma być droga do celu!

Przechodził dzień za dniem. Chodziłam na tartak Piaski, chodziłam polami w deszcz rano i wieczorami na młyn Krauzego, przez płoty rozmawiałam z placówkarzami, z towarem na ręku. Wieczorami podchodziłam pod oświetlony Majdanek, gdzie rysowały się jak pięć gwiazdek pięć pól i całą mocą wzroku wpatrywałam się w czwarte. Wszędzie podawałam nazwisko, błagałam o jakiś najmniejszy liścik, najmniejszy znak. Poznawałam coraz to innych ludzi, dobrych i złych i wielu z nich musiałam powierzyć to, że staram się o Żyda, narażałam się, ale to przecież było moim celem. Przyjechałam, kiedy było jeszcze ciepło, a teraz jest już zima. Źle odziana, wiecznie niepewna, zdenerwowana, ledwie mogę zapanować nad nerwami. Chcę się z tego otrząsnąć, poradzić się, ale nikogo nie mam przy sobie zaufanego. Może wszystko nieudolnie załatwiam. Wkładam maksimum energii i odwagi, ale widocznie mniej rozumu, jeżeli nic zdziałać nie mogę. Dostaję jeszcze jedną wiadomość. Oto Jurek, dowiedziawszy się, że ja się o niego pytam, odpowiedział, że to niemożliwe. Powiedział: „moja żona nie żyje”.

Rozrzewniłam się, więc nie wierzy w to, że żyję? W drobne sprawy: liścik, wiadomość, paczkę rozpływa się cała moja działalność, ale jak uzyskać zwolnienie? Wiem, że to niemożliwe, ale... Lublin coraz to obiegają wieści, że Żydów wykończą.

Pewnego dnia, kiedy starszym strażnikiem był pewien młody Jugosłowianin, a pozostali też jacyś możliwie spokojni, Wasserman mógł ze mną dłużej porozmawiać. W końcu obiecuje sprowadzić tu męża.

— Ale kiedy? — pytam. — Przecież on może tam w zamknięciu umrzeć.

— Na to już nie poradzę, ale będę się starał. Jeżeli go tu sprowadzę, to może go pani jakoś wykradnie.

Odgaduje moje myśli.

— A wie pani, za to nam wszystkim grozi śmierć. Myślę jednak nad tym, że gdybyśmy mieli pomoc z zewnątrz, moglibyśmy wszyscy zbiec. Komenda liczy do 20 osób, trzeba by tylko obmyślić szczegółowy plan, dostarczyć nam dostatecznej ilości ubrań. Wskazać jakąś tymczasową melinę. Słowem pomyśleć o tym. Pani mogłaby nam pomóc.

— Naturalnie, Boże, gdyby się to mogło stać!

Już o niczym innym nie myślę. Układam sobie plany. Rozglądam się po okolicy. Męczy mnie to w dzień i śni się po nocach. Ucieczka. Tymczasem dni za dniami mijają i zaczynam powątpiewać o możliwości sprowadzenia Jurka na placówkę.

— Ciągle nowe zarządzenia — wzdycha kapo — z jednego pola na drugie nie sposób przejść, za najdrobniejsze przekroczenia śmierć. Teraz znów panuje tyfus, gazują i zdrowych, i chorych, bo dla samych chorych nie opłaciło się używać gazu.

Jak ja to dobrze wszystko rozumiem, że każda godzina to jeszcze jeden gwóźdź do trumny. Rozumiem, że to wszystko jest niełatwe, ale zwłoka to śmierć, jak można do tego dopuścić! Szukam i szperam po Lublinie. W końcu szczebel po szczeblu, krok za krokiem, trafiam na zupełnie inny kierunek.

Jest to mała restauracyjka, której właścicielem jest pan Sienkiewicz, Ukrainiec, były sekretarz Związku Ukraińskiego, artysta-malarz. Człowiek dziwny i przyjemny, chiromanta. Człowiek kierujący się intuicją, a nie wyrachowaniem, gościny, serdeczny i dobry. Do niego to dostaję się, rekomendowana przez pewną Ukrainkę, poznaną przypadkowo w pociągu i przedstawiona przez nią jako jej kuzynka. Okoliczności są dla mnie sprzyjające. Powierzam mu moją tajemnicę. Wyszłam za mąż za Żyda. Pan Sienkiewicz uważa, że to jest tragiczne, ale mimo wszystko wcale nie jest tego zdania, co inni, że „lepiej, żeby zginąć, po co pani ma się z nim męczyć”. A wobec tego, że z całej duszy chce mi pomóc, podbija mi tym serce.

Otóż do restauracji pana Sienkiewicza przychodzą różni Niemcy, przez których można załatwić zwolnienie z obozu. Po zastanowieniu się powierzam mu tę sprawę. Przychodzi tedy pewnego dnia tłumacz wraz z kierownikiem działu dla spraw żydowskich. Obaj panowie są gładcy, grzeczni i na pewno tak samo okrutni.

Pan tłumacz rozkłada ręce.

— Pani rozumie, to jest wojna totalna. Wszystko dla celu.

Opowiadam mu o sprawie ze swojej strony, a on tłumaczy koledze. Pan Sienkiewicz wespół ze mną prosi.

— Zróbcie coś — uśmiecha się — koledzy drodzy, coś przecież można zrobić.

Pokazuję fotografię Jurka.

— Jaki ładny chłopak — podziwiają — wcale nie jak Żyd!

Milczę, co z nimi dyskutować. Wreszcie podsuwam im pomysł, który długo tkwił we mnie i dojrzał podczas jednej nieprzespanej nocy.

— Proszę was, jest tu grupa Żydów, pracujących przy SS, jest to grupa nieliczna, zaledwie kilkadziesiąt osób. Są to wybitni fachowcy szewcy, krawcy, kuśnierze, mechanicy. Słowem, ludzie potrzebni Niemcom. Mają oni możliwe warunki i przepustki na miasto. Niemcy dobrze wiedzą, że nikt z nich nie ucieknie, gdyż mają co jeść i dach nad głową i jakie takie poczucie bezpieczeństwa. Nie zamienią tego na życie tropionego zwierzęcia. Ja proszę, aby mojego męża przenieść do tej grupy.

— Jaki fach?

— Fach jest tu nie ważny, ale tam przypadkowo zapisany jest jako ślusarz.

— A potem?

— Potem zobaczymy — mówię głośno, a w duszy: wtedy będzie droga do ucieczki, a może lepiej, żeby nie uciekał. Może tu będzie bezpieczniej dlań.

Siedzimy przy stole w restauracji pana Sienkiewicza. Nagle uświadamiam sobie, że siedzę koło hien, morderców, którzy, gdyby wiedzieli, kim jestem, rzuciliby się na mnie i pobiliby się może obaj o taką zdobycz. Oszukuję ich.

W pewnej chwili tłumacz prosi mnie o dowody.

Boże! Czy ja ich oszukałam czy oni mnie? Byłaby to pułapka, może oni się mną bawili, aby teraz zawołać: „przejrzeliśmy cię, wiemy kim jesteś” albo po prostu: „czy wolno ci się starać o Żyda, nie wiesz, co za to grozi?”

Spokojnie wyjmuję dokumenty Inki i podaję je.

— To moje panieńskie dowody. Pan rozumie, że trudno mi teraz legitymować się nazwiskiem męża.

Dokument po długiej jak wieczność chwili wraca do mych rąk, więc kończymy rozmowę.

— Naturalnie, pieniądze — mówię — będą złożone u pana Sienkiewicza.

Tłumacz przez chwilę cicho rozmawia z drugim, a potem oświadcza mi, że w najbliższym czasie postarają się o przepustkę na Majdanek, tam sprawdzą jeszcze raz dane w kartotece.

— Pani rozumie — mówi — stan na Majdanku jest płynny.

— Rozumiem, proszę pana.

— A potem damy pani znać przez pana Sienkiewicza, nie wcześniej jednak, jak za tydzień.

— A jeżeli będzie za późno?

Niemiec rozkłada ręce.

— Nic nie poradzę, muszę jechać w tym tygodniu na kilka dni, ja też przecież jestem w tej sprawie zainteresowany.

Znów jadę do Warszawy i znów po pieniądze. Wiem, że teraz dotarłam już do odpowiednich ludzi. Tylko oni mogą mi pomóc. Ach, żeby żył, żeby tylko żył! Jak dostać większą sumę pieniędzy w ciągu tygodnia?

W Warszawie teściowa i Rakowskie są olśnione wypadkami. Robimy już plany, jak sobie razem z Jurkiem ułożymy życie. Będę pracować za nas dwoje. Przyjdzie słaby, chory, ach, żeby go już uwolnić!

Znów latanie za Fiutkowskim, znów stanie, setki telefonów do Aliny, znów długie rozmowy z Inką, co sprzedać i ile dostaniemy? Dodajemy, mnożymy, liczymy, ale suma jest ciągle przeraźliwie maleńka. Pewnego dnia spotykam się ze znajomą, ona ma kolegę w podobnej sytuacji — porozumiałyśmy się. Naturalnie, nie jestem odosobniona. Tylko że moje siostry w niedoli nie wędrują po obozach, ale siedzą spokojnie w domu, czekając na jakiegoś zbawcę. Mają one zupełnie fałszywe pojęcie o obozach i panujących tam zwyczajach. W każdym razie są o tyle w lepszym położeniu ode mnie, że mają pieniądze. Umawiamy się, że ja im pomogę zwolnić ich mężów, za to oni brakującą sumę uzupełnią. A teraz przychodzi rozum. Trzeba Niemców olśnić sumą, nie czekając, aż oni sami zaproponują. Tak, to nie kwestia targu, tu trzeba ocalić życie! Zaproponuję im taką sumę, żeby i oni mogli przekupić śmierć, żeby mogli się wzbogacić, pecunia non olet. Gardzicie Żydami, nienawidzicie ich, brzydzicie, ale nie ich pieniędzmi, bierzcie, rzucam wam, pochylcie głowy, złóżcie usta w uśmiech podzięki, bierzcie żydowskie pieniądze! Przywykliście wprawdzie brać je za nic, darmo, teraz weźmiecie je za uratowanie życia. Chociaż was wszystkich przeklinam, być może przyjdzie taka chwila, że was dwóch będę błogosławić.

Znów Lublin. Biegnę do Sienkiewicza. Tłumacz chorował, ale już dobrze się czuje i za dwa dni jadą na Majdanek. Przedstawiam im naszą sprawę, widać, jak błyszczą im oczy.

— Zrobię wszystko, co w mojej mocy — mówi i całuje mnie w rękę. O potężny, przepotężny, pieniądzu!

Na drugi dzień od rana zamieszanie. Mieszkam teraz u znajomej mojej, opatrznościowej Ukrainki, poznanej w pociągu. Jest to starsza panna. Sympatyczna, choć dziwaczka, dobrze na mnie działa. Jej filozofia życiowa, wewnętrzny spokój i ład i mnie się udzielają. Najgorsze, że i przed nią muszę wciąż kłamać i nie mogę jej o sobie powiedzieć prawdy. Chciałaby mi pomóc, ale ja niestety muszę tak manewrować, aby jej do żadnej pomocy nie dopuścić, ze zrozumiałych względów. Co dnia spaceruję z nią, robiąc drobne zakupy. Pociesza mnie.

Tego właśnie fatalnego dnia słyszę podniesione głosy w przedpokoju, ktoś z gospodarzy wrócił się do domu, ponieważ cała „Nowa Droga” jest obstawiona przez SS. Pędzą wszystkich Żydów z obozu z Lipowej na Majdanek. Po drodze do usiłujących uciekać strzelają.

Idę szybko na miasto. Na Nowej Drodze już spokój. Wszystkich już przeprowadzono.

Tylko na chodnikach krew, na jezdniach krew, morze krwi świeżej, czerwonej.

Powinnam uklęknąć i modlić się. To krew moja, moich braci.

Na mieście nikt o niczym innym nie mówi, jak o dzisiejszych porannych wypadkach. Wszystkich Żydów z obozów i placówek na terenie Lublina zabrano w ciągu nocy na Majdanek. Dziś nie wpuszczono już cywilnych robotników do obozu.

Coś niedobrego szykuje się. Jestem zdenerwowana, złamana. Cóż to być może? Nie wierzę jeszcze i sama pędzę z jednej placówki na drugą, ale wszędzie pusto. Może jakaś kontrola, może dziesiątkowanie, może segregacja.

Biegnę do tłumacza.

— Nie wiem — mówi. Wydaje mi się, że kłamie. — Jak jutro pojadę, to panią dokładnie poinformuję.

Ale nazajutrz już cały Lublin grzmi, że Żydów na Majdanku wykańczają. Nikogo tam nie wpuszczają ani nie wypuszczają, a jednak ludzie wiedzą, jak to się odbywa i jak długo będzie trwało.

Na Majdanek przyjechało specjalne Vernichtungs-Kommando (ach, to byli ci żołnierze, których widziałam wieczorem) ich zadaniem jest objeżdżanie wszystkich obozów żydowskich i w odpowiednim czasie likwidowanie ich. Cała likwidacja w ciągu kilku dni to robota koronkowa. Na to trzeba specjalnie wyszkolonych ludzi. Zwykłych zbrodniarzy SS-manów czy SA do tego użyć nie można, oni są w stanie likwidować dziennie najwyżej po kilka tysięcy ludzi. Poza tym żyli z Żydami w ciągu kilku miesięcy czy roku. Może zdarzyło się, że jeden z nich poznał lepiej jakiegoś Żyda, kilka razy z nim rozmawiał i może pomyśli przez chwilę, że to nie był zły człowiek, a taki sam jak inni, czemu go zabijać? A przecież organizacja niemiecka jest mądra, przemądra, przecież Niemcy to naród przewidujący, trzeba temu zapobiec. Zwykli mordercy, to jeszcze mało, trzeba zorganizować grupę morderców nad mordercami do kwadratu i sześcianu. Tak więc wychowali sobie Vernichtungs-Kommando. Oswobodzono już jedno z pól w ten sposób, że część więźniów unicestwiono gazówkami, a część ustawiono rzędami. Gdy pierwszy rząd kopał doły dla siebie, a następnie po zastrzeleniu w nie wpadał, to drugi rząd zakopywał trupy i kopał dla siebie doły, aby w nich z kolei lec.

W ostatniej chwili w obozie, jak i w getcie, wybuchł bunt. Dawno widocznie przyszykowane granaty spełniły swoje zadanie. Zabito kilkunastu SS-manów i starszych. Mała zemsta, kropla w morzu. Bunt zduszono. Strzelanina trwa. Bez przerwy grzmią karabiny maszynowe. Czy już teraz wszystkich wykończą?

A może, może, łudzę się, jeszcze kogoś zostawią, może jego nie zabiją? Miałam go już prawie wolnego tak blisko. Czy doprawdy w chwili, kiedy był już prawie na wolności, został zabity?

Po kilku dniach strzelanina ustała. Vernichtungs-Kommando wyjechało, aby obrobić Trawniki i Poniatów. Robotnicy cywilni znów dostali przepustki na pracę w obozie. Tłumacz w końcu pojechał do Majdanka, aby mi przynieść najgorszą wiadomość: wszystkich wykończyli. Zostawili tylko trzystu jeńców z Lipowej. Koniec29.

Znów jazda do Warszawy, tym razem po raz ostatni. Pociąg wystękuje: koniec, koniec, koniec... Łzy bezustannie płyną. Teraz cel mojego życia jest unicestwiony. Teraz i ja powinnam przestać żyć.

Warszawa. Idę do Rakowskich. Najboleśniejsze wspomnienia przesuwają mi się w pamięci. Co powiem teściowej?

Inka otwiera mi drzwi, całujemy się. Wybucham płaczem.

— Wiem — mówi Inka — wiemy, co zaszło w Lublinie.

*

Teraz siedzę w ciepłym i miłym pokoju. Jestem syta. Spokój. Nie wiem, czy to złudny spokój czy trwały, ale spokój. Nic mi nie grozi, jest ktoś, kto o mnie myśli. Jakież to szczęście. A bywał głód, chłód, wieczna samotność i śmierć. Śmierć czyhała na każdym kroku, pokazując mi w snach i na jawie swe szczerbate zęby, błyskała oczodołami, śmiała się strasznym jazgotem strzałów. Śmierć bywa różna. Bywa cicha, przynosząca wyzwolenie, bywa gwałtowna, nieprzewidziana. Bywa i taka, co się dławi w męczarniach, ale najstraszniejsza to śmierć „niemiecka”. Śmierć, którą niosą ci gestapowcy, SS, SA, Vernichtungs-Kommando, śmierć, która czyha na ciebie wszędzie i stale, która napawa się twoim nieszczęściem, strachem, która igra tobą i bawi przed pochłonięciem. Pije z ciebie krew, pije, pije, zachłystuje się nią, staje się nią pijana, szalona. Bierze cię w posiadanie, śmiejąc się bez końca. Boisz się? Ja cię zaduszę, umęczę. Chcesz żyć? Nie zasłużyłeś na to. Ja wszystkim podołam, będę niszczyć, palić, pochłaniać, jam sojuszniczka Niemców, jam ich kapłanka, jam ich święta, ich bóstwo najwyższe, ich symbol, ich cześć, ich zadanie.

Kiedyż to było, niedawno, a może wcale. Kiedyż to było, czy w życiu obecnym, czy może kiedyś w przeszłym, może to tylko sen koszmarny. Listopad. Lublin. Idę przez pola, łąki, błądzę, nie, nie błądzę, toczę się jak pijana i wyję jak pies, słyszę mój dziwny głos. Deszcz pada, w drewnianych pantoflach przelewa się woda, twarz mokra, łzy, ja płaczę? a może to deszcz, a może to niebo płacze nade mną. Tam Jurek, tam Majdanek, straszliwa kaźń, tam dziś rozstrzeliwują ludzi, 20 tysięcy bezbronnych, niewinnych istot.

Ludzie!!! Czy słyszycie strzały?

Słyszycie i nic, chodzicie sobie spokojnie, załatwiacie swoje interesy, zajmujecie się swoimi powszednimi sprawami. Od czasu do czasu, kiedy do uszu waszych dobiega strzelanina karabinów maszynowych, mówicie: „ale tam biją!” Kręcicie przy tym głową i to wszystko.

Ludzie!!! W głowie mi szumi — tam dziś zabili albo za chwilę zabiją mego męża!

Ale tego nie wolno nikomu powiedzieć. A może właśnie powiem, może właśnie pobiec tam i niech mnie zabiją! Jeżeli 20 tysięcy ludzi, to dlaczego ja mam być lepsza, czemu mam zostać żywa!

Włóczę się. Bezwiednie przeszłam przez pole i weszłam w jakąś uliczkę. Opieram się o mur.

Co robić? Deszcz pada bez przerwy. Patrzę przez łzy i przez deszcz na szare, smutne niebo. Boże! Boże, czy Ty jesteś, a jeżeli jesteś, czy możesz się na to patrzeć, na to pozwalać!

Bóg — Wszechświat — Dusza — Nieśmiertelność, czy to tylko puste, czcze słowa? Czy nie ma już nic na świecie oprócz zbrodni i tych, co przed nią uciekają?

— Przepraszam, czy panience niedobrze, chora może? — pyta mnie jakaś kobiecina, biorąc za rękę.

Wzdrygam się. Aha, nie, nie, mnie jest dobrze, dobrze, świetnie, doskonale, jestem zupełnie zdrowa, tylko że tam strzelają, zabijają i deszcz pada.

Jureczku, dziś martwy będziesz spał na mokrej ziemi!!! Płaczę. Przymykam oczy i prowadzę ze sobą długie rozmowy.

Mój ukochany, czy to prawda, że już nie wrócisz? Żeś odszedł na zawsze, czy to możliwe? Przecież jesteś mi w życiu niezbędny jak woda, jak powietrze, jesteś dla mnie najwyższą wartością. Umieram z tęsknoty za zobaczeniem ciebie, za wyciągnięciem rąk ku tobie, za złożeniem głowy na twoim ramieniu. Najdroższy, najbardziej ukochany mój. Kiedyś trzymałeś mnie mocno w objęciach, kiedy wydawało się, że nas nic na świecie nie rozłączy.

Wszystko sprawia mi cierpienie, widok nieba, ulic, przez które przechodziliśmy razem, dźwięk muzyki, wszystko wypełnia mi oczy łzami, a serce goryczą, każdy drobiazg, który nosiłeś, krawat, koszula, wszystko przypomina mi ciebie. Zdarza się czasem usłyszeć piosenkę, którą i ty nuciłeś, czuję wtedy, że serce mi się rozrywa. Nie ma już niczego na świecie, co mogłoby mnie wzruszyć, rozpromienić. Szukam twojej duszy, twoich oczu, twojego uśmiechu. Tu zewsząd otaczają mnie widziadła przeszłości i wszystkie ulice Warszawy, po których stąpaliśmy razem, sprzysięgły się przeciwko mnie. Szarpiące pustką dni, dni bez ciebie — dni, których właściwie wcale nie ma.

We śnie często widzę ciebie. Co noc prawie powtarza mi się ten sen. Jesteś obok mnie. Widzę cię, najdroższy, nachylasz się nade mną. Czy to możliwe, żeś wrócił, że znów jesteś przy mnie, że odnalazłam cię? Doznaję uczucia radości, tak druzgocącego, jak druzgocącym może być ból. Serce wznosi się ku tobie. Wyciągam ręce. O rozpaczy zawsze zbyt wczesnych przebudzeń! Samotna wśród ciemnej nocy, samotna na piaszczystej wydmie życia, które opustoszyłeś, co noc wyciągam ramiona ku przelotnemu widzeniu twych kochających objęć. Sen — to jedyna ucieczka, której szukam. Odnajduję jeno gorycz poranka i nie, nie mogę się rozstać z tobą na zawsze. Pragnę cię zobaczyć choćby jeden jedyny jeszcze raz.

Po raz setny, tysięczny przeżywam to, coś ty przeżywał, kiedy cię zatrzymano, prowadzono. Przeżywam twoje śledztwo. Wiem, o czym myślałeś, wiem, jak zachowywałeś się, co mówiłeś, ach, wiem, co czułeś. Ja wiem, najdroższy, co to za męka czekanie na śmierć, co to za męka katorga i bicie, co to strach przed końcem. Cóż bym dała, aby osłonić cię, aby wyrwać cię stamtąd, aby pomóc ci. Mogę dać ci tylko moje życie, bo już nic więcej nie posiadam i dam ci je.

Jest taka bajka Andersena o matce, która szuka swego dziecka...