Kocioł
W nocy budzą nas. Wstawać!
Co to może być? Zrywamy się. Sąsiedzi budzą się. Cóż to może być? Czy to ogólne wysiedlenie?
Wreszcie dostajemy jeden z plakatów, które o świcie będą rozklejone na murach. Wszyscy Żydzi mają opuścić mieszkania i udać się do bloku, obejmującego kilka ulic. Tam nastąpi ogólna segregacja. Kto nie zastosuje się do powyższego zarządzenia, temu grozi najniższa i najwyższa kara — kara śmierci.
Biegniemy do rodziców. Zastanawiamy się, dokąd pójść.
Może do Jurka matki, ona właśnie mieszka na terenie nowego „kotła”? Ale ojciec decyduje się nie wychodzić z domu.
— Tu mam schron, jesteśmy, Emciu, już niemłodzi, nie należymy do żadnego szopu14, nie mamy żadnych szans na przejście segregacji, nic nam nie pozostaje innego, jak tu czekać. Jeżeli to długo potrwa — nie przeżyjemy, jeżeli naszą ulicę przyłączą do aryjskiej dzielnicy, wyjdziemy i jakoś sobie poradzimy.
Zanoszę rodzicom część produktów, część — teściowej. Obie z Zosią są jak otumanione przebytym nieszczęściem i mało co rozumieją.
Idziemy nocą do matki Jurka.
„Jak by tu uciec?” — myślę.
Na niebie gwiazdy. Wy, tam, na drugich planetach, czy u was też panuje takie bestialstwo? Przestrzeń, nieśmiertelność, wszystkie teorie, filozofie, dobroć, prawo, mądrość — cóż za znaczenie macie dziś? Czemu nie uczono nas, że podłość i mord będą rządzić, czemu nie wychowano nas na zbójów? Czemu uczono nas miłosierdzia? Oszukano nas. Świat zatrząsł się w posadach za dotknięciem jednej jedynej ręki Hitlera. Czy takie kruche były fundamenty? Czemu świat patrzy i nie może zaradzić? Kiedyś, później? A kto nam wynagrodzi naszą mękę, cierpienia, kto nam zwróci dzieci, ojców, naszych najdroższych? Czy potężna Ameryka, która ma miliony Niemców, nie może zareagować sankcjami wobec nich? Nie znam się na polityce, ale mam zwyczajny ludzki rozum i wiem, że nie wolno zabijać i nie wolno dopuszczać do zbrodni, i nie wolno patrzeć spokojnie na mordowanie niewinnych, i to wiem, że każdy ma tylko jedno życie, i że strach przed śmiercią jest czymś potwornym.
Uciec stąd — jak?
Na niebie gwiazdy. Mały Wóz i Wielki Wóz. Pokazuję Jurkowi: żeby tak usiąść na nie i pojechać daleko?
Czy to sen, czy rzeczywistość? Miałam już takie straszne sny. Podczas tyfusu, podczas zapalenia opon mózgowych. Śniło mi się wówczas, że szukałam w nocy Jurka w lesie. Potykałam się o drzewa. Padam i nie mogę wstać, a muszę śpieszyć się. W końcu znajduję go, leży blady, skrwawiony, chcę go podnieść, ale nie mam sił, taszczę go, jest taki ciężki, wtem odwracam głowę — Niemcy. Trzymają karabiny gotowe do wystrzału, padam, słyszę huk, jeden, drugi. Żyję, myślę, żyję jeszcze, potem zapadam się w otchłań. Koniec, nic. Gdzie to było — ach, kiedy dawali mi narkozę przed operacją. Zbudziłam się, nade mną pochylone twarze najdroższych. Jak to dobrze, że to było tylko majaczenie! Teraz, może i teraz też się przebudzę?...
Boże, uczyń, aby to był tylko sen!
Siedzimy wszyscy w maleńkim pokoju; jest nas trzydzieści osób, ale coraz to przybywają nowi. Byle tylko mieć dach nad głową, aby nie leżeć na ulicy. Czekamy na kontrolę. Przeszło już kilka bloków. Coraz to nowe wiadomości. Dzieci i staruszków w ogóle nie przepuszczają, zabijają na miejscu. Wypuszczają zaledwie 10% osób. Każdy z „wolnych” otrzymuje numerek „na życie”. Za okazaniem tego numerka może wyjść z „kotła”. Przychodzą szopy składające się z kilkudziesięciu tysięcy ludzi, a wychodzi grupka złożona zaledwie z kilkuset. Tracimy nadzieję. Zresztą nic nam nie pozostaje innego, jak czekać. Odrapany pokoiczek na Wołyńskiej, które to już z rzędu nasze mieszkanie? Tym razem może to już ostatnia nasza przystań życiowa. Ulica ma wygląd mrowiska, jesteśmy w klatce, z której prawie nikt nie wyjdzie. Bez przerwy trwa kanonada. Jurek idzie do matki, długo nie przychodzi. Czuję się taka samotna w tym mrowiu ludzkim, taka bezbronna. Każdy zajęty sobą, każdy myśli o sobie w godzinę śmierci.
Już ciemno, gdzieś się pali, czerwona łuna na niebie. Jęki, krzyki. Mamo, ja chcę się obudzić!
„Jak dobrze — myślę — że rodzice są w schronie, że nie weszli do »kotła«, ale z drugiej strony, jeżeli to potrwa dłużej, umrą z głodu, z braku powietrza”.
Ktoś przynosi „pocieszającą wiadomość”: Niemcy po całej dzielnicy poza „kotłem” rozpuścili ogromną ilość psów, które tropią ludzi w kryjówkach. Zbiry wyciągają ich i zabijają. Widzę już moich rodziców. Oczy rozszerzone w przedśmiertnym strachu, widzę ich najukochańsze twarze. Stężałe, blade... Boże! Szaleję!
Dzieci, które w dzień bawiły się, nie pojmując grozy sytuacji, teraz milkną i siedzą cichutko, przytulone do rodziców. Młoda kobieta usiadła z dzieckiem na kolanach przy samym oknie. Przyglądam się jej, ach, jaka piękna! Twarz posągu, przy świetle łuny pożaru ma wygląd nieziemski. Czarne, piękne oczy, krucze włosy, upięte w węzeł na karku. Madonna. To żona Hellera15 z dzieckiem. Chłopczyk ma kilka miesięcy, przez cały dzień bawił się i gaworzył, teraz śpi. Ma tyle złota, może nawet więcej niż sam waży, ale za to nie ma prawa do życia. Kobieta wstaje, biorę od niej dziecko. Mały przytula się do mnie. Mogłabym mieć też takiego synka. Jest ciepły, mięciutki, jak delikatną ma buzię, czemu nie dają ci żyć? Cóż złego zrobiłeś, czemu przyniosłeś z sobą na świat przekleństwo?
— Idź do Branda — mówi młody człowiek do matki chłopczyka. — Idź, powinnaś to zrobić, nic na tym nie stracisz. I tak, i tak czeka was śmierć, a może da ci numerek. Przecież znał twojego męża.
— Znał — odpowiada kobieta — i kazał go pierwszego zabić.
— Ale może ciebie ochroni, jeżeli zobaczy małego.
— Nie, nie chcę. Nic nie wiem, może mój mąż był sprzedawczykiem, a może nie był taki zły, jak mówią, nie wiem. Ja w każdym razie Branda o życie dla nas prosić nie będę, zginiemy ze wszystkimi.
— Zamęczą małego w twoich oczach.
Kobieta klęka przed dzieckiem.
— Mam dwanaście pastylek luminalu16, mało dla niego?
— Mam dziesięć — mówię.
— Da mi pani? — błaga kobieta.
Tej nocy trojgu dzieciom z naszego pokoju dają środki na wieczny sen, a jednej szczęśliwej trzyletniej dziewczynce ojciec-lekarz wstrzykuje natychmiast działające lekarstwo. Trzymam małego na rękach i na moich rękach tężeje i usypia.
Po nieprzespanej nocy następuje pochmurny ranek. Na świecie ranek przynosi życie, pracę, przynosi szczęście, a u nas cóż przynosi? Nową mękę, nowe konanie.
Dziecko męczy się jeszcze, dyszy, z ust cieknie piana. Mało luminalu. Zatykam uszy, żeby nic nie słyszeć, żeby już raz przestali strzelać, każdy strzał, to śmierć, każdy strzał to jeszcze jeden trup.
Młoda kobieta o włosach przyprószonych siwizną głośno płacze.
— Cicho! — wołają ludzie — co za płacze, szczęśliwa jeszcze ma łzy, jeszcze wszystkich nie wypłakała. My już płakać nie możemy.
— Ja nie mogę otruć mojego syna, nie mogę — zawodzi — może go bardziej kocham od innych, a może jestem tchórzem, nie mogę!
— Jest jeszcze przecież druga możliwość — uspakaja ją mąż milicjant.
Tu niedaleko w „kotle” budują schron w piwnicy. Kończą go właśnie zamurowywać. Jest wprawdzie przepełniony, ale zgodzili się wziąć jeszcze jednego małego chłopca pod warunkiem, że jeżeli zapłacze, momentalnie zostanie zabity (trudno — jeżeli ma zdradzić wszystkich kryjących się!). Trzeba małego tam zaprowadzić, wpłacić część sumy, przypadającej na budowę skrytki. A co będzie dalej? Jeżeli nie będzie można wrócić do kotła po blokadach, kto schron odmuruje? Jak ludzie stamtąd wyjdą? Muszą, wchodząc do skrytki, przygotować się na to, że istnieje możliwość śmierci głodowej. A co będzie, jeżeli my zginiemy, a mały zostanie, kto będzie się nim opiekował? Więc co robić?
Czteroletni wróg Hitlera bawi się na balkonie. Teraz właśnie przechylił się przez poręcz.
— Ostrożnie, spadniesz! — woła matka i łapie go za rękaw.
W tej samej chwili rozlega się wystrzał. To żołnierz niemiecki wymierzył do małego. Nie podobało mu się widać, że żydowskie dziecko może spokojnie wyglądać na ulicę. Kula przeszła obok i matka przerażona całuje małego. Co za szczęście, co za cud! Czy rzeczywiście szczęście, cud? A może lepiej, żeby trafiła weń kulka albo żeby spadł z trzeciego piętra? Taka śmierć jest lżejsza, lepsza od rozdarcia nóżek albo walenia głową o mur aż do wytryśnięcia mózgu.
— Nie mogę się zdecydować — płacze kobieta — co robić?
Wreszcie bierze syna na rękę i jak dorosłemu człowiekowi tłumaczy mu grozę sytuacji: zabiją mnie i ciebie.
— Dlaczego, mamo?
— Bo Hitler jest naszym wrogiem i bardzo dzieci nie lubi.
— Ale on mnie wcale nie zna — dziwi się malec.
— Słuchaj, dziecko, możemy oboje ocaleć, ale jeżeli mnie bardzo kochasz i jeżeli chcesz, żeby mnie nie zabili, będziesz grzeczny, pójdziesz do piwnicy i będziesz cicho siedział, a my przyjdziemy do ciebie. Nie wolno ci płakać, pamiętaj, bo gdybyś się rozpłakał, wtedy już nigdy nas nie zobaczysz. Dam ci torbę z jedzeniem. Jeżeli poczujesz głód, będziesz jadł. A jeżeli, synu, nie chcesz, to powiedz. Sam będziesz teraz decydował o swoim i naszym losie.
Rodzice patrzą nań, patrzymy i my wszyscy.
— Nie chcę — mówi dziecko — żeby ciebie, mamo, zabili na zawsze, a co mi dasz do jedzenia? Czy cukier?
— Dam ci cukier.
— No to pójdę do schronu, ale nie zapomnisz o cukrze? — W najgorszym piekle dziecko zostaje dzieckiem.
— Jestem głodny — mówi Jurek.
W woreczku mam chleb, kilka kostek cukru i sacharynę. Sacharyna wysypała się i oblepiła chleb. Bierzemy chleb do ust, ale nie możemy przełknąć, jest mdląco-słodko-gorzki. Dostaję nerwowych kurczów żołądkowych.
— Weź luminal.
— Nie mam. Oddałam go.
— Jak mogłaś, przecież wiesz o swoich atakach?
Leżę skurczona i wymiotuję ślinę.
W pokoju duszno, gwar, krzyk, płacz. Jurek przytrzymuje mi głowę.
— Powinienem iść dowiedzieć się, co na mieście.
— Ach, nie chodź — proszę.
— Muszę, Emciu, przecież trzeba się starać jakoś wyjść z tego piekła.
Wychodzi. Patrząc na niego zawsze mam takie uczucie, że więcej go nie zobaczę. Tym razem przychodzi dość szybko. Przynosi jakąś ciecz w rodzaju zupy, która ma tę jedyną zaletę, że jest ciepła.
Dziś nasz szop staje do kontroli. Idziemy na Umschlag. Dźwigam plecak na ręku, palto. Jurek swoje rzeczy cisnął po drodze do jakiejś dziury.
— Jeżeli będę żył, przyjdę po nie, przecież teraz nikt nie kradnie.
— Zabierz choć zimowe palto ze sobą.
— Nie nudź. Och, kobieto, jak możesz teraz myśleć o palcie zimowym, przecież do zimy daleko.
Mimo wszystko noszę swoje rzeczy. Jeżeli będziemy żyć, to przecież trzeba mieć koszulę na zmianę. Opowiadają, że wszystkie rzeczy z dzielnicy wywożą dniami i nocami. Jeśli wrócimy, już nic nie zastaniemy.
— Chętnie bym cię zbił — mruczy Jurek — mówisz jak głuptas.
— Wiem, że nas zabiją, ale jeżeli nie, to będziesz musiał mieć sweter i palto... To chyba już ostatnia blokada.
— Ostatnia, bo już będzie po nas?
— I to, i że to chyba generalne oczyszczenie. Małą grupę zachowają na pokaz. Tak, kto teraz przetrwa, już wygrał wojnę.
Umschlagplatz. Ustawiają nas opodal innego szopu. Przede wszystkim następuje szopowska segregacja. Właściciel Hofmann i jego pomocnicy rozdają sami numerki, wyłączają starych, dzieci i słabych oraz tych, do których mają specjalną awersję. Pieniądze grają niemałą rolę, nie pomagają tylko dzieciom i starcom.
Kiedy już stajemy do drugiej kontroli, na horyzoncie zjawia się pijany w sztok SS-man. Na głowie ma przekręconą maleńką czapeczkę, do której filuternie przypiął sobie niebieski pomponik. Chwieje się na nogach.
Stanęliśmy po 5 osób w szeregu. Jurka ustawili za mną. SS-man stanął przed pierwszym rzędem, chwieje się na nogach i wpatruje się w kandydatów na śmierć. Zmącone oczy śmieją się, to znów rzucają gromy. Patrzy tak, jakby chciał zgadnąć, co o nim myślimy.
Spoglądają na ciebie wylęknione, zbolałe oczy tysięcy, oczy straszne, zrozpaczone, jakaż w tobie siła, szatanie, że nie ulękniesz się tych oczu?
SS-man stanął bliziutko rzędu i palcem macha ludziom przed oczyma. Młoda dziewczyna drgnęła, pchnął ją i uderzył pałką. Jeszcze będzie się z nami bawił. Po takiej zabawie w trzecim rzędzie czuję się kompletnie złamana, a do mnie jeszcze jest rzędów piętnaście. Chcę wyć, ryczeć, uciec. Pilnujący nas Litwini patrzą na to jak na ciekawe przedstawienie. Wreszcie sąd nade mną. Nie mogę patrzeć. Czuję uderzenie w piersi, otwieram oczy, teraz razy spadają na mnie tak szybko, na twarz, ręce, ramiona, że nie mogę nawet krzyczeć. Czemu zamknęłam oczy — wrzeszczy SS-man. Rozumiem teraz, że śmierć nie jest jednakowa, rozumiem, że ludzie wolą się sami otruć albo marzą o rozstrzale.
— Zamknęłaś oczy, teraz ja ci je zamknę na zawsze!
— Nie trać przytomności — szepcze nade mną czyjś głos — nie trać...
Krew zalewa mi oczy, w ustach czuję słony smak. Nic nadzwyczajnego. Jedna z wielu katowanych, nie pierwsza i nie ostatnia. Nie podobało mu się, że zamknęłam oczy, u kogoś innego nie spodoba mu się nos, usta, nogi. Wszystko jedno, byle mieć przyjemność z katowania, byle widzieć krew żywą, czerwoną, widzieć, jak ciało drga w męce, jak twarz kurczy się z bólu, jak bezbronne ręce zasłaniają twarz.
W końcu odepchnięto mnie na bok. Tym razem jestem w grupie skazanych. Nie mogę ustać na nogach. Wszystko jedno, co będzie, muszę się położyć, ale już moi towarzysze niedoli stanęli tak blisko mnie, abym nie mogła upaść.
— Stój — słyszę ich szepty — jeżeli się położysz, momentalnie cię zastrzelą. Stój!
Stoję i stojąc mdleję. To tracę przytomność, to znów odzyskuję, duszę się krwią, to mi się przypomina bordo sukienka, którą miałam kilka lat temu i którą mi gwałtem wpychają do gardła. Potem wydaje mi się, że jestem nad morzem, że kąpię się, fala zalewa mnie, nagle robi mi się przyjemnie, ciepło, lekko. „Nie padaj” — szepcze mi ktoś do ucha i głos ten przeszywa mnie całą. Boli mnie, jakby mi nóż wbito w głowę. Ach, co ci ludzie chcą ode mnie, co za różnica, kiedy mnie zabijają, jeżeli ma mi być tak przyjemnie i lekko, to lepiej teraz. A rodzice i Jurek? Czuję taką straszną, niewypowiedzianą tęsknotę za nimi. Jeszcze raz, choć jedyny raz zobaczyć ich.
Nie wiem jak długo staliśmy tak, wiem tylko, że ciemno było i krew zaskrzepła na mnie, a wiatr chłodził mi czoło.
Szop Hofmanna już odszedł.
— Pani mąż dostał numerek — informuje mnie ktoś z grupy.
Więc Jurek poszedł. Dobrze, że nie został, ale jednocześnie myślę: więc jestem sama. Jurek odszedł. Czy ja bym też poszła bez niego? Ale czy można wymagać od kogoś, aby szedł na śmierć dobrowolnie, czy nie przejmował nas grozą pogański zwyczaj spalania wraz ze zwłokami męża żywej żony?
Dwie osoby w białych fartuchach: to Jurek i jego kuzyn Lolek zbliżają się do naszej grupy. Meldują pilnującym nas Litwinom: jesteśmy ze szpitala, chcemy kilku chorych zabrać na opatrunki, po co macie mieć z nimi kłopot w wagonach.
— Słabych i tak wystrzelamy — broni się Litwin.
— Jak chcecie — mówi Lolek.
Przez chwilę serce we mnie zamiera. W końcu odchodzą, ale nie sami, idzie z nimi dwóch Litwinów. Czekam. Po kilku minutach Litwini wracają. Pałki idą w ruch. Biją ludzi, gdzie popadnie. U jednego z nich widzę na ręku zegarek Jurka. Ten sam ciągnie mnie w ogólnym popłochu na koniec grupy, potem na początek. Jesteśmy tak gęsto otoczeni, że nie widzę żadnej możliwości wydostania się. W końcu pchnął mnie na ziemię i kopnął nogą. Potoczyłam się. Osłabiona, straciłam przytomność i ocknęłam się w jakiejś salce. Nade mną Lolek i Jurek.
— Wstań prędko, zmyj krew z twarzy, włóż biały fartuch i weź tę legitymację. Nazywasz się Shass Maria. Jak się nazywasz?
— Shass Maria, pielęgniarka.
— Nikt cię nie będzie pytał, ale na wszelki wypadek. Niedługo dzienny dyżur kończy się, wyjdziesz stąd. Bóg da, wyjdziemy z Umschlagu, a jutro trzeba się postarać wyjść z „kotła”.
Tegoż wieczoru wychodzę jako Maria Shass z Umschlagu, a w dwa dni później wszystkich lekarzy i cały personel lekarski wywożą ze szpitala. Znów spotykamy się z małą grupką znajomych, dziwnym trafem pozostałych z naszego szopu. Jurek organizuje nas.
— Słuchajcie, w pojedynkę nikt nie wyjdzie. Zrobimy tak: ja pojadę do Hofmanna i poproszę go, aby dał nam coś w rodzaju wezwania.
Stoimy na ulicy. Jest nas kilkanaście osób. Zmęczeni siadamy na schodkach jakiegoś dawniejszego sklepu, kilku siada na własnych plecakach.
— Jadę.
— Jureczku, może ci się coś stać, przecież to bardzo niebezpiecznie.
— Muszę ciebie ocalić!
Wyjmuje swój dokument, świadczący, że pracuje w szopie w dziale aprowizacji i ma prawo wyjeżdżać na pl. Przeładunkowy. Wszelkie dokumenty nie mają właściwie żadnego znaczenia, są zależne od widzimisię legitymującego Niemca.
Więc Jurek jedzie, a ja zostaję wśród czekającej na jego pomoc grupy; jestem strasznie głodna i z obrzydzeniem decyduję się na sacharynowy chleb. Minuty biegną wolno, tak długo go nie ma. Ależ minęło zaledwie pół godziny! Wcześniej niż za godzinę nie można go się spodziewać. Przecież Hofmann nie od razu zgodzi się na podpisanie dokumentu, cóż go obchodzi jakaś grupka Żydów? Tylu zginęło, jeszcze kilkunastu nie ma znaczenia.
Przypatruję się wylękłym ludziom. Przez opodal stojącą „wachę” przechodzą nieliczne już wylegitymowane grupy. Szczęśliwcy!
Wreszcie Jurek przyjeżdża zziajany.
— Jesteście! Całą drogę prześladowała mnie myśl, że wyciągają wszystkich takich jak wy, bezprawnych, z powrotem na Umschlag. Na naszej ulicy jeszcze nie byli.
Formujemy się w szeregi po cztery osoby, dwoje dzieci bierzemy między siebie, półroczną dziewczynkę matka usypia i pakuje w plecak, jeżeli ją znajdą, grozi nam wszystkim śmierć.
Spokój. Podchodzimy do „wachy”. Jurek podaje dokument, przy tym tłumaczy coś długo. W końcu SS-man machnął ręką. Wychodzimy. Wolność. Idziemy szybko. Udało się. Przecież ten świstek nie miał żadnego znaczenia. Ale oto dogania nas dwóch Litwinów i SS-man. Zawracają nas.
— Chcieliście mnie oszukać! — ryczy SS-mann. Jurek pokazuje pieczątkę z orzełkiem pod podpisem Hofmanna.
— Ja waszego Hofmanna mam... — tu następuje szereg nieparlamentarnych wyzwisk. — Odejdźcie, bo będę strzelał!
Odchodzimy. Znów ten sam róg ulicy i te same schodki. Siadamy. Kobieta wyjmuje śpiącego dzieciaka z worka, co teraz robić?
— Jedź, Jurku, do Hofmanna, nie możesz się narazić na śmierć przeze mnie.
— Nie mów głupstw, zresztą nie wiem nawet, czy by mnie przepuścili. Raz się udało, ale to jeszcze nie dowód, że mogę sobie spacerować tam i z powrotem.
— Są jeszcze inne bramy — mówi ktoś — przez jedną nie udało się, pójdziemy przez drugą.
— Oficjalnie nie przejdziemy — mówi Jurek — trzeba obgadać z jakimś Litwinem.
Znów formujemy grupę.
— Ach, żeby moja mała nie obudziła się — lamentuje kobieta z dzieckiem w worku.
Przed bramą na Gęsiej przy Lubeckiego stoją sami Litwini. Tam to kierujemy się. Stajemy w pewnej odległości. Jurek podchodzi sam. Litwini w każdej chwili mogą go zastrzelić. Drżę.
Litwini przez chwilę rozmawiają między sobą. Przeglądają dokument, z którego nie rozumieją ani słowa. Po kwadransie Jurek wraca.
— Ile mamy zegarków? Trzeba przygotować dla pięciu, a dla starszego trzy. Chcieli po dwa, utargowałem. Sprawa wygląda tak: oni nas przepuszczą, ale uprzedzili, że gdy nas w drodze do szopu przychwycą — kulka w łeb. „Wacha” nie przyzna się, że nas przepuszczała. No co? Decydujecie się!
— Naturalnie, że zgadzamy się, jeśli uda ci się nas przeprowadzić, będziesz bohaterem. Będziemy ci zawdzięczać życie.
— Nie gadajcie dużo, dawajcie szybciej zegarki.
Zdejmuję zegarek z ręki. Dostałam go w dzień matury, wskazywał mi wszystkie szczęśliwe minuty. Do widzenia, zegarku! Będzie cię nosić jakaś Litwinka albo Niemka. Nie wierzę w przesądy ani w przekleństwa, ale teraz przyciskam zegarek do ust i szepczę: sprowadź nieszczęście na nowego właściciela, sprowadź nań szybką, straszną śmierć!
Zegarki zmieniają właścicieli.
— Może być taka sytuacja — mówi Jurek — że trzy kroki za „wachą” zaczną do nas strzelać, po nich można się wszystkiego spodziewać, tym bardziej, że już zegarki dostali.
Idziemy przez zupełnie opustoszałe dzielnice. Lubeckiego, Pawiak. Dom rodziców. Przed bramą nie widać żadnych trupów. Boże, czemuż nie mogę do nich pobiec. Szybciej, szybciej. Przechodzimy obok Pawiaku, tam są Niemcy. Żeby nas tylko nie usłyszeli! Wydaje nam się, że stukamy obcasami. Kobiety zdejmują pantofle. Jakieś dziecko rozpłakało się, momentalnie zawiązuje mu się szal wokół ust. Dźwigam wypchany plecak, mój jedyny majątek. Nie mam sił i cała mokra od potu czuję, że za chwilę upadnę.
Boże, jak długo idziemy Karmelicką. Czy z daleka nie widać żołnierzy? Serca przestają bić, zamieramy na chwilę. Nadchodzą Niemcy. Iść, stanąć? Czy o kilka minut drogi od szopu mają nas zabić? Po cóż więc były te wszystkie wysiłki? Niemcy idą wprost na nas. Dochodzimy do Nowolipek i biegiem do szopu. Z daleka nas spostrzegli nasi. Otwierają wrota. Padamy za ogrodzeniem. Jeszcze raz ocaleni.
Wyjście z getta
Po ciężkiej, nieprzespanej nocy świt. Szykuję się do przejścia na aryjską stronę. Kładę na siebie dwie zmiany bielizny, trzy sukienki, jedną na drugą, palto, żakiecik na ramię — gotowa. Jurek prowadzi mnie do jednej z bram, przez które wychodzą grupy za mury. Oto i moja placówka. Grupa ludzi zbiera się w jednym punkcie. Za kilkaset złotych kierownik grupy zabiera za każdym razem niepracujących, którzy chcą przejść „granicę”. Żegnamy się. Jurek udziela mi ostatnich instrukcji: „nie trać głowy, od ciebie samej wiele zależy”.
Przy wyjściu rewidują nas. Wiemy dokładnie: za każdą znalezioną rzecz, którą się chce, w ich mniemaniu, wynieść na sprzedaż, biją, zatrzymują, aby potem odesłać na wywózkę. Każdy prawie „placówkarz” daje rewizorowi niemieckiemu srebrną monetę.
W końcu przechodzimy. Z daleka jeszcze widzę Jurka, jak stoi blady. Chciałabym uciec, wrócić do niego. Boję się!
Warszawa śródmieście. Idę w szeregu. Dwa lata już tu nie byłam. Rozglądam się. Widzę spokojnych ludzi, tramwaje, auta, pojazdy, sklepy, handel, życie. Tylko mur nas dzieli, tylko kilkadziesiąt kroków, a tu życie, tam śmierć. Idziemy prosto Żelazną, podchodzimy do miejsca pracy. Przed bramą stoi kilku podejrzanych młodzieńców, którzy pilnie nam się przypatrują. To „szmalcownicy” już stoją na warcie — informują mnie „placówkarze”. Przez cały dzień pilnują, aby ktoś z „placówkarzy” nie wyszedł na miasto. Jeżeli odważy się, otaczają go momentalnie, aby od niego wydostać okup, a gdy zatrzymany przez nich nie ma dostatecznej sumy, prowadzą go na żandarmerię.
Co pewien czas prowadzą ofiary na śmierć, żeby uzyskać miano prawdziwych łapaczy Żydów. Nie zawsze poznają Żyda w wychodzącym, ale to się rzadko zdarza.
Placówka pracy — to fabryka walizek. Telefonuję do Aliny i innych znajomych, ale ludzie po prostu boją się ze mną rozmawiać, wyczuwam to. Może wrócić? Jak zdobyć dokumenty, jak sprzedać kamienie, u kogo zatrzymać się? Jest jeszcze kilka osób na placówce, które szykują się do wyjścia, są i tacy, którzy byli po aryjskiej stronie i wrócili.
Gdy przysłuchuję się ich opowiadaniom, dowiaduję się, że strona „wolności” naszej jest bardziej niebezpieczna, niż myślałam. Są tu ludzie, którzy przychodzą codziennie, czekając na znajomych, którzy mają przyjść po nich, odprowadzić do przygotowanego locum, dostarczyć im dokumentów, niektórzy wydali już na to ogromne pieniądze. Nie, myślę, ja sobie nie dam rady. Po kilku godzinach nieoczekiwanie kierownik placówki wywołuje moje imię.
— Przyszli po panią.
— Po mnie?
Sto par zazdrosnych oczu kieruje się na mnie: szczęśliwa!
W kancelarii na mój widok podnosi się jakiś nieznajomy mężczyzna lat czterdziestu.
— To pani jest panią Emą?
Naiwnie i szczerze opowiadam mu o wszystkim. W pewnej chwili widzę zdziwienie na jego twarzy. Okazuje się, że p. S. handluje biżuterią i p. Alina przysłała go tylko w celu obejrzenia moich kosztowności, nie uprzedzając go, kim jestem, i że w fabryce, w której się znajduję, pracują Żydzi.
Jestem rozczarowana.
— Może panią odprowadzić do jakiejś znajomej? — proponuje w końcu. — A co do dokumentów, dowiem się u jednego znajomego, który się tymi sprawami zajmuje.
Jeżeli teraz z nimi nie wyjdę, wrócę dziś z powrotem do getta. Następne przejście będzie znów kosztowało. Zresztą, jeżeli osobiście ze znajomymi nie rozmówię się, to nic z tego nie wyjdzie.
Decyduję się iść do Gerty. W ostatecznym razie jutro przez tę samą placówkę mogę wejść do getta, jeżeli okaże się, że Gerta jest na wsi.
Wychodzimy. Przed bramą stoją „szmalcownicy”, ale jakoś szczęśliwie nas nie zatrzymują. Na ulicy chodzę jak pijana. Każdy przechodzący Niemiec przyprawia mnie o niesamowity strach. Przed mieszkaniem Gerty żegnamy się.
— Jutro przyjdę z odpowiedzią co do dokumentów, no i pani biżuterię mogę sprzedać.
Drzwi mieszkania Gerty otwiera mi starsza kobieta. Gerty nie ma w domu, ale ma niedługo wrócić. Zaczekam. Kobieta — domyślam się, że to sublokatorka — podaje mi w kuchni krzesło, sama krząta się, szykując obiad.
— A pani co, znajoma?
— Tak.
— Pani do nas nigdy nie przychodziła.
— Jestem z Zieleńca, ze wsi, gdzie pani Gerta była na letnisku.
— Aha...
Jak mnie Gerta przyjmie? Czy przestraszy się? Czy mnie w ogóle przyjmie? Jak to wszystko się ułoży? Siedzę jak na szpilkach. Twarz pali, ręce drżą. Więc już jestem po stronie aryjskiej i...
W końcu przychodzi Gerta. Słyszę jej głos.
— Przyjechała do pani jakaś panienka z Zieleńca — informuje ją stara.
Wstaję z krzesła.
— Dzień dobry, Gerto.
— Dzień dobry, kochanie! — Gerta całuje mnie bez zdziwienia, tak, jakby się ze mną wczoraj widziała.
— Jak to ładnie, że przyszłaś mnie odwiedzić. Dużo o was słyszałam!
Prowadzi mnie do pokoju.
— Benio żyje? — pyta.
— Nie wiem. Dziś, Gerto, przeszłam i...
— Cicho, cicho, nic nie mów. Umyj się, zjesz coś, bo pewnie jesteś głodna, położysz się spać, a jak odpoczniesz, to mi o wszystkim opowiesz, mamy przecież czas.
Kiedy już umyta i najedzona leżałam w łóżku, troskliwie otulona przez Gertę, pomyślałam, że rodzice i Jurek są tak daleko, daleko, prawie na drugim końcu świata i w chwili, kiedy ja tu spokojnie leżę, kto wie, co z nimi?...
Przychodzi Eryk ze szkoły. Nie widziałam go już dwa lata. Wyrósł, spoważniał, ma już osiem lat. Gerta bierze go na stronę i długo mu szepce coś na ucho. Mały poważnie kiwa głową. Potem podchodzi do mnie i całuje mnie.
— Powiedziałaś mu? — pytam.
— Bądź spokojna — mówi Gerta. — Na Eryku można polegać, jak na dorosłym człowieku.
Usnęłam. Gdy pod wieczór obudziłam się, w pierwszej chwili nie mogłam się zorientować, gdzie jestem, ale kiedy wzrok mój padł na Gertę, siedzącą przy stole nad jakąś ręczną robotą, przypomniałam sobie wszystko.
— Muszę zatelefonować do Jurka, Gerto.
Ubrałam się i zeszłyśmy do apteki.
— Staraj się mówić tak, aby nikt nie rozumiał, że mówisz z gettem.
Zadzwoniłam do szopu Hoffnanna, prosząc znajomą pannę w biurze, aby oddała ukłony ode mnie i Gerty.
Ale okazuje się, że Jurek czeka na mój telefon. Słyszę przez mury, ulice, domy jego kochany głos.
— Jak to dobrze, że dzwonisz.
— Jaka jest u was pogoda?
— Tak, bez zmian.
— A ty?
— Ja z Gertą.
— Jak się czujesz?
— Dobrze, jutro wyjdę za sprawunkami.
Koniec. „Moja kochana, maleńka”. Cicho. Już jego głosu nie słyszę. Chciałabym pochwycić te dźwięki, które poprzez przestrzeń w eterze objawiły mi, że rozłąka nasza jest niemożliwością, że głos jego jest jedyny na świecie, że jego miłości i czułości nic nie zastąpi.
Więc naszą placówkę zatrzymano i odesłano na Umschlag. Boże, jak łatwo mogłam być z nimi!
Kiedy Gerta ułożyła Eryka spać, zaczęłam moją opowieść.
— Bena nie widziałam, ale wiem, że teściową zabrali. Myślę, że najlepiej jechać na Sławek do ciotki Ali, a tu u ciebie byłoby dobrze zatrzymać się, żeby wyrobić sobie dokumenty, sprzedać brylant. W wypadku zaś, gdyby Ala nas nie mogła przyjąć, co wtedy robić?
— Trzeba by wyszukać jakieś inne miejsce, ale to trudna sprawa. Gdybym nie miała sublokatorów, bez namysłu wzięłabym was, ale tak to niemożliwe.
— Jakich masz sublokatorów?
— Trzy kobiety i dziecko. Starą widziałaś, dwie córki lekkiej konduity, jedna z dzieckiem, zajmują środkowy pokój, a trzecia panna — koleżanka, ostatni pokój. Mam dużo przykrości, ale w związku z moją niewyraźną sytuacją nie chcę z nimi zadzierać, tym bardziej, że pracują w lokalach jako fordanserki i mają do czynienia z Niemcami.
— Jak mogłaś je wpuścić do mieszkania? — dziwię się.
— Gdy przyszły, myślałam, że to przyzwoite kobiety, nie zorientowałam się, a gdy wprowadziły się, było już za późno.
— A jak ty żyjesz, Gerto?
— Udzielam lekcji języka niemieckiego, sprzedaję nieco rzeczy i tak jakoś idzie. Czekam na koniec. Od ojca z Wiednia otrzymuję stale listy, ale niestety twierdzi on, że wojna długo jeszcze potrwa. Jedyna moja radość to Eryk. Uczy się doskonale, jest dobry, mądry i miły, mam w nim najlepszego syna, prawdziwego przyjaciela.
Nazajutrz spotykam przypadkiem sublokatorki, które mierzą mnie podejrzliwie oczami.
Postanawiamy z Gertą, że wyjdziemy z domu dopiero wieczorem, ponieważ bez dokumentów lepiej w dzień nie kręcić się po mieście, w Warszawie mogę przecież spotkać kogoś ze znajomych.
W południe odwiedza mnie mój wczorajszy znajomy. Proponuje mi „kennkarty” po sześć tysięcy złotych, co jest sumą olbrzymią. Wątpię, czy będę miała tyle pieniędzy, mimo to proszę go, aby mi dał czas do namysłu. Zostawia mi numer swego telefonu. Zamierzam jeszcze porozumieć się z córką Eigerów, która też zajmuje się tymi sprawami.
Wieczorem idziemy na Wspólną. Znów jestem w domu, który opuściłam dwa lata temu. Wtedy myślałam, że niedługo doń wrócimy, zajedziemy z wielkim triumfem, a tymczasem idę, oglądając się za siebie, idę ukradkiem, wtuliwszy głowę w ramiona, po schodach, po których biegałam, głośno tupiąc obcasami. Idę jak przestępca.
Pani Czepietowa przyjmuje mnie serdecznie, życzliwie ubolewa nad naszym nieszczęściem. Płaczą po cioci pani Blochowa i pan Więzowski. Pomóc mi jednak nie mogą.
Idziemy do córki Eigerów. Wystraszona staruszka, która nas przyjmuje, oświadcza, że tu wcale taka nie mieszka. Mimo to zostawiam jej karteczkę z adresem Gerty, powołując się na jej rodziców i prosząc, aby się ze mną zobaczyła.
Rozczarowana wracam do domu. Jak trudno jest cokolwiek załatwić! Gerta proponuje, aby kamienie dać do sprzedania jej znajomej — żonie jubilera, która podobno doskonale załatwia tego rodzaju transakcje.
W domu oczekuje nas nowa nieprzyjemność. Panny Jankowskie, takie jest nazwisko sublokatorek Gerty, wiedzą, kim jestem. Ich ojciec był przed wojną woźnym u Jurka w fabryce. Przychodziły do ojca i stąd mnie znają. Jestem wstrząśnięta, więc tak trudno być niepoznaną. Jankowskie są mimo to uprzejme, ale stale dopytują się Gerty, czy długo zamierzam u niej pozostać. Nie mam rady. Na Złotej trzeba tak długo pozostać, aż nie załatwię wszystkiego. Muszę jechać do Sławka.
Następny dzień należy do szczęśliwych, ponieważ z samego rana zjawia się Eigerówna. „Kennkarty” są dwóch rodzajów: lipowa tzn. bez pokrycia w magistracie i druga, też właściwie fałszywa, ale już z pokryciem. Na te ostatnie trzeba długo czekać. Metryki można dostać albo fikcyjne, albo po umarłych. Wobec tego, że mamy mało czasu, decyduję się na pierwsze — bez pokrycia. Mamy w dalszym ciągu występować jako małżeństwo. Bardzo ciężko wybierać sobie imiona i imiona rodziców. Eigerówna proponuje, aby nazwisko było bardzo popularne, żeby nie zwracało uwagi. Wybieram: Wiśniowscy, zachowując pierwszą W. Imiona biorę podobne, a u Jurka to samo, dodając jeszcze po drugim imieniu, żeby można było inaczej na siebie wołać. Chociaż sytuacja nie nadaje się do żartów, jednak nazwisko moje panieńskie tłumaczę dosłownie na polski — z Szac wychodzi Skarbek, stara, polska, hrabiowska rodzina. Tego jeszcze dnia idę do fotografa, gdzie zamawiam potrzebne dla siebie zdjęcie z lewym uchem, a Jurka stare zdjęcie każę odfotografować na lewe. Szykuję również w podobny sposób, ale już u innego fotografa zdjęcia rodziców. Za „kennkarty” Eigerówna chce tylko około czterech tysięcy złotych, co jest stosunkowo niedużo, a ma je dostarczyć w terminie trzech do czterech dni. Teraz chodzi o to, aby w tym terminie sprzedać brylant i dostać pieniądze. Po południu przyjechała z Józefowa pani W., żona jubilera. Za brylant mogę dostać 27 tysięcy, a po odliczeniu kosztu dokumentów i prowizji pozostanie mi 20 tysięcy. Jestem bardzo zadowolona, nie targuję się wcale, przeciwnie, okazuję szaloną radość i szybko zgadzam się na ofiarowaną mi sumę. Nazajutrz telefonuję znów do Jurka i proszę, aby jak najszybciej przyszedł do mnie, ponieważ pchły (Jankowskie) mnie bardzo gryzą i powietrze mi nie służy, więc postanowiłam zmienić mieszkanie i wraz z nim jechać na wieś. Umawiamy się, że następnego dnia odwiedzi mnie. Tak to się lekko mówi „przyjdzie”. Przedrze się przez mury, straże, karabiny, przeskoczy przez fortece, przeciśnie się przez „szmalcowników”.
Odwiedza mnie pani Alina, wiedząc, że mam mało odzieży przynosi mi... spodnie piżamowe i balowe srebrne pantofle na francuskim obcasie. Chce mi się płakać i śmiać zarazem. W mojej sytuacji podarki te są bardzo na miejscu.