Spalenie getta
Straszna, straszna myśl, a jeszcze straszniejsze wykonanie. Piekło i diabli. Raz już tak było. Palące się miasto i Cezar grający na harfie. Przejmowało nas to zgrozą, ale wtedy ludzie mieli dokąd uciekać.
My byliśmy bez wody, bez możliwości opuszczenia palącego się getta. Nie mówię o jednostkach. Dom po domu, ulica po ulicy stawały w ogniu. Gore!!! Ludzie duszą się, a jeszcze walczą. Ludzie palą się, a jeszcze się bronią. Mury walą się. Niech mur mnie zawali, byleby nie dać się wziąć. Lepiej wpół uduszony wyskoczyć przez okno palącego się domu i paść martwym na chodnik, niż iść w ich ręce.
A są tacy szczęśliwcy, którzy zaopatrzyli się w cjankali, morfinę czy luminal, ci w ostatecznym momencie momentalnie zażyją truciznę. Na ulicach trupy, zwęglone trupy zwieszają z okien i balkonów. To chyba gorsze niż piekło, gorsze, niż wszystko, co ludzka fantazja może sobie wyobrazić. Jeszcze jedno dzieło Hitlera, jeszcze jedno jego bohaterstwo, jeszcze jedna zapisana karta w dziejach wymyślnych i krwawych faszystowskich mordów.
Plon żywych był mizerny — ale mimo wszystko udało się Niemcom część ludzi wywieźć i zapełnić puste miejsca w Treblince, Majdanku, Poniatowie i Trawnikach.
Getto paliło się dzień i noc, paliły się mury, a w nich ludzie, ale płomienie buchające w górę oświetlały Warszawę. Krwawa łuna na niebie, każda iskra i każdy wystrzał wołały: śmierć Niemcom!!!
Budowaliście wasze gazówki i krematoria w tajemnicy przed światem, męczyliście ludzi za murami, do których nikt z postronnych nie miał dostępu, chcieliście, aby nikt o waszych okrucieństwach nie wiedział. A teraz łunę pożaru widać na 1000 km w krąg. Dym, ogień — tego się już nie da ukryć, pali się część miasta, pali się Warszawa!
Patrzycie na języki płomieni, czujecie gryzący dym, słyszycie łoskot walących się murów? Nie dochodzą was tylko jęki konających.
Ludzie wielcy i mali! Starcy i dzieci! Wszyscy, którzy macie oczy, uszy i serca! Wszyscy, których dusze nie spaczył przeklęty faszyzm, przysięgnijcie sobie dla tych konających w męczeństwie, dla ludzkości, prawdy i Boga, przysięgnijcie, że będziecie mścicielami i że opowiecie o wszystkim waszym dzieciom i tym, którzy byli daleko!
*
A potem, kiedy pożar sam ustąpił i już tylko pojedyncze mury gorzały, chodziły zwycięskie oddziały niemieckie po gruzach, szukając bunkrów. Znajdowali w nich żywych i nieżywych. Żywych naturalnie wywożono. Szkoda im było na nich broni, na cóż mieli gazówki?
*
W jaki sposób, spytacie się, jednak pewien procent Żydów ocalał? Uciekano w biegu z pędzących pociągów, które jechały pod konwojem, gdy przy każdym wagonie stali Litwini, strzelając bez przerwy. Uciekano przez podkopy i mury, ciągle strzeżone przez SS-manów; przez kanały pełne stęchłej cieczy, czarnej jak noc, w których mogłeś kołować przez trzy dni, aby potem wpół martwy, na wpół uduszony popaść z powrotem w to samo miejsce albo wyjść na miasto, aby spotkać się oko w oko z wrogiem. Takie były możliwości ucieczki dla nielicznych. W przybliżeniu podam, że uratować się w ten sposób mógł 1% Żydów.
*
Po wszystkim. Ostatnie płomienie zgasły. Ostatnie dymy rozniósł wiatr. Na tych ruinach było getto warszawskie... Na razie nie ma do nich dostępu, bo jeszcze pilnują ich Niemcy, jeszcze szukają ludzi, jeszcze zachłystują się ze szczęścia na widok naszych spalonych kości, ale kiedyś tak będą pokazywać ich, tylko że mnie tam nie będzie.
Jesteśmy z Jankiem na Sławku, godzina późna, ciemno. Nie zapalamy światła — jasność nas razi, lepszy mrok — taki, jaki mamy w duszach.
— Żyjemy — mówi Jurek tak, jakby nie mógł sobie tego uświadomić.
— Żyjemy — odpowiadam mu, a głos mój brzmi niedowierzająco.
— Ale nie wiadomo, czy będziemy żyć — odpowiada Jurek.
— W każdym razie nie będziemy się już ani śmiać, ani płakać — odpowiadam — wszystko dobre i złe pozostawiliśmy poza sobą.
Myliłam się. Szczęście ani nieszczęście nie ma granic. Na razie czuliśmy w sobie tak straszną, okropną pustkę, że wydawało nam się, że to pół śmierć.
Teraz myślę tylko o ostatnich dniach getta, o ostatnich przejściach. Przed sobą mam ciągle dantejskie obrazy, najdroższe twarze rodziców i wujka. Nie mogę sobie wyobrazić ich martwych. Nie mogę. Dla mnie jeszcze ciągle żyją, choć przecież wiem dokładnie, że wujka znaleziono spalonego w szopie Gerlacha, a rodzice...!
Chcę myśleć tylko o tym, że moja mała, ukochana matuchna, która bała się skorupki w jajecznicy, psów, widoku broni, która dawniej dziesięć razy przed moim wyjściem z domu upominała mnie: uważaj na samochody, na tramwaje, która każde spóźnienie ojca i moje przeżywała jak katastrofę — ta sama matka pierwsza wyciągnęła rękę po granaty, ta sama matka powiedziała: „pracuj dla sprawy, lepiej zgiń od kuli, a za nic w komorze!” Wiem i o tym, że ojciec, jak prawo i szlachetnie żył, tak samo bohatersko umarł. Wiem, że nie usiedział w bunkrze, że na swych spuchniętych nogach stał, walcząc aż do końca i wiem o tym również, że mój drogi wujaszek, którego kochałam jak ojca, był jednym z przywódców ruchu.
Dziękuję ci, Opatrzności, żeś pozwoliła moim najdroższym zginąć bohatersko w walce.