Wędrówki po Warszawie

Część pieniędzy wędruje do kieszeni urzędników. Jeden z nich, zachowujący się możliwie najspokojniej, na pożegnanie mówi mi:

— Niech pani ucieka stąd jak najszybciej. Jeszcze nieraz będzie tu niejedna taka wizyta-rewizja. A może i ktoś inny przyjechać.

Tego wieczora Jurek przyjechał i opowiada o życiu w Tunelu. Administrator przyrzekł mu dać znać, jak tylko zwolni się jakieś miejsce, w każdym razie zapewnił go, że nastąpi to szybko.

Ach, jakie tam życie! Spokój, o Żydach wcale się nie mówi. Administrator chciał go jak najdłużej zatrzymać. Był wyjątkowo serdeczny i gościnny.

— Właściciel majątku, hrabia, któremu mnie przedstawiono, okazał się również miły. Podobno zrobiłem na nim korzystne wrażenie.

Marzymy teraz o szczęśliwym Tunelu, a na razie powinniśmy się jak najszybciej wyprowadzić, ale dokąd. Nie mamy do kogo się zwrócić. Jedziemy do Fiuka. Ziutek bierze się dziarsko do dzieła, jedzie do swoich znajomych, szukając dla nas locum i przedstawiając Jurka jako krewnego. Wreszcie lokuje nas u jakichś znajomych Fiuków. Tam możemy zatrzymać się parę tygodni czy miesięcy, a przez ten czas przecież coś się z pracą wyjaśni. Nowe mieszkanie na Złotej składa się z czterech pokojów. Właścicielem jest wdowiec geometra i jego kochanka, młoda wiejska dziewczyna, Mierzycka Marysia, krewna Fiukowej. Stąd ta znajomość. Połowę mieszkania zajmuje pracownia protez, a nam użyczają przejściowy pokój stołowy. Ma to tę nieprzyjemną stronę, że stale jesteśmy wszystkim na oku. Jurek twierdzi, że nie wolno nam siedzieć w domu, ponieważ może to wzbudzić podejrzenie, wobec tego całymi dniami wędrujemy bez celu, narażając się łapaczom ulicznym. Wędrówki te są po prostu koszmarem. Osłabieni złym odżywianiem, łazimy po Warszawie. Ja jestem przerażona, stale pod wrażeniem, że ktoś nas obserwuje, że za chwilę nas zatrzymają. Co dzień chodzimy do fabryki, odwiedzić panią Alinę, która jest stale albo nieuchwytna, albo solennie przyrzeka przynieść pieniądze. Omawiamy termin i miejsce, a ona nigdy na te spotkania nie przychodzi. Jesteśmy bezradni. Kręcimy się bez pieniędzy. Mamy jeszcze dwadzieścia dolarów, ale wahamy się przed ich zamianą, zostawiamy je ciągle na gorszą chwilę. Teściowa z Zosią też znajdują mieszkanie czasowe na Żoliborzu. Tam przyjeżdża na Sadybę niespodziewanie Eryk. Jego opiekun miał jakąś scysję z sąsiadką. W trakcie kłótni chłopczyk usłyszał jak mu wygrażała: „a kto jest ten chłopak, co u was mieszka, czy to czasem nie Żyd? Trzeba sprowadzić żandarmów!”

— Wziąłem czapkę — mówi mały — i niespostrzeżenie pobiegłem na stację. Na szczęście mamusia zostawiła mi kilka złotych, tak że mogłem wykupić bilet. W domu na Złotej nie wolno mi się pokazywać, więc tu przyjechałem.

— Wpadłeś, Eryku, z deszczu pod rynnę.

Pani J. biega całymi dniami w poszukiwaniu jakiegoś miejsca. Ma przy tym wielkie trudności z pieniędzmi, ponieważ pieniądze były złożone wspólnie z bratem u jakiegoś znajomego aryjczyka, który nie chce jej nic wydać, tłumacząc się tym, że bez jej brata wydać nie ma prawa. Był to naturalnie wykręt. Brat pani J. zginął w getcie, w ten sposób pieniądze miały zostać w rękach „uczciwego” przyjaciela. Los pani J. — z dwojgiem dzieci i mężem o bardzo semickim wyglądzie był nie do pozazdroszczenia.

Do R. wpadliśmy na krótko, aby poinformować się o matkę i Zosię. Pani R. odwiedzała je. Nasze wizyty u nich były zbędne ze względu na niebezpieczeństwo. Przewieszony przez balustradę balkonu ręcznik miał oznaczać spokój i wstęp dla nas. Byliśmy tam dosłownie kilka chwil, aby znów nie dostać się łapaczom i aby nikt nas tam nie zastał.

Któregoś dnia otwiera nam furtkę Inka, zmieniona nie do poznania.

— Znów wpadunek — szepcze — opowiem wam wszystko, chodźmy nad wodę.

Siadamy na trawie nad rowem. Dzień jest ciepły, prawdziwie wiosenny. Wpatruję się w biegnącą wodę, Inka siedzi między nami.

— Pani J. jak zwykle wyszła na poszukiwanie mieszkania, uprzedzając, że jeżeli nie wróci na noc, żeby się nie niepokoić, bo może zatrzymać się u męża w śródmieściu. Mama też pojechała do miasta. Siedzę z dziećmi na górce. Wtem stukanie do furtki. Jakiś mężczyzna stoi z teczką pod pachą. Wygląda na urzędnika elektrowni czy komisarza zarządu. Biegnę, otwieram. Wchodzi, a za nim kilku, nie wiadomo skąd, jakby spod ziemi wyrośli, widocznie schowali się za drzewami. Wchodzą do domu. Rewizja. Tajna policja. Na górce znajdują się dzieci, Adaś, Eryk, Eda. Proszą o dokumenty, przedstawiam im metryki.

— Gdzie mieszkają?

— Na wsi, przyjechali na kilka dni.

Sprawdzają chłopców, śmieją mi się w oczy.

— Gdzie rodzice?

W końcu każą się ubrać Erykowi, Edzie i Adasiowi i marsz w Aleje Ujazdowskie.

Trzymam płaczącego Adasia na kolanach, a z obu stron bladzi z przerażenia Eryk i Eda przykucnęli przy mnie. Nasza grupa odbija się w lustrze. Jak boleśnie wyglądamy! Przed nami pięciu agentów. Straszą nas rewolwerami, krzyczą, grożą. Jeden z nich wystrzelił na postrach.

— Zabijemy was na miejscu! Zostaw ich, bo tak i ciebie zabijemy!

Proszę, błagam, aby poczekali, może ktoś ze starszych nadejdzie, mam przy sobie zaledwie kilka złotych. Zabawiam ich rozmową, jak mogę. Przyjmuję zaloty wręcz ohydne jednego z nich, tylko żeby poczekał. W końcu przed samą godziną policyjną przychodzi mama i Stefan. Na Stefana rzucają się jak na zwierzynę, znów Żyd. Tym razem pomylili się. Mama też pieniędzy nie ma. Pani J. nie przyjdzie już, bo późno, zostanie na noc w mieście. Agenci źli, że niepotrzebnie zmarnowali tyle godzin na czekanie, są nieubłagani. W końcu mama uprasza jednego z nich, aby pojechał szukać panią J. Znamy adres mieszkania. Jest to wprawdzie bardzo niebezpiecznie pokazywać agentom, gdzie Żyd mieszka, ale trudno, nie ma innej rady. Jak pozwolić na śmierć dzieci? W nocy przyjechały obie z mamą. Znów targi. W końcu zabrali wszystkie lepsze rzeczy i kilka tysięcy złotych. Gerta powiadomiona już, naturalnie, swoją część za Eryka zwróci. Ale po tym wszystkim pani J. nie ma się już gdzie z dziećmi podziać. A najgorsze, że męża skrytka też już właściwie jest zdradzona. Gerta dziś zabiera Eryka. Szykuje mu jakieś miejsce pod Krakowem.

Wieczorem wpada Stefan, cały dygoce. Zajechała maszyna z żandarmerią do R. z sąsiedniej willi. Teściową i Zosię chowamy do szafy. Pani J. z Adasiem na stryszek, przykrywamy ich płachtami. Żandarmi otaczają nasz blok. Jurka chowamy w skrzyni i przykrywamy papierem i książkami. Te wszystkie zaimprowizowane kryjówki mają wiele felerów i wprawniejszym okiem dostrzegłoby się schowanego. Dla mnie i dla Edy nie ma możliwej kryjówki. Kładę naprędce chłopkę Inki, pamiątkę po jakimś Zakopanem, na głowę chustkę i pracowicie zabieram się do zmywania talerzy. Może na służącą nie zwrócą uwagi. Eda odrabia lekcje, rozłożyła przed sobą książkę, zeszyt i pilnie przepisuje, wysuwając język z napięcia. Mała rączka drży i litery wychodzą niewyraźnie. Adaś ma kaszel. Inka z Rakowską są na tarasie, skąd co chwila przybiegają z wiadomościami. Wyprowadzają wszystkich z domów. Pierwszą R., córkę, trzy młode kobiety i trzech mężczyzn. Maszyny odjechały, a może się jeszcze wrócą. Nasi schowani wychodzą z kryjówek. Teściowa dostaje ataku sercowego. Waleriana nie pomaga. Na śmierć jest zawsze pora, na to sobie każdy może pozwolić, droga otwarta. Lepiej żyć źle, ale żyć, bo zawsze jest nadzieja przetrwania. Nie zawsze jednak jesteśmy tego zdania.

Po kilku dniach wiadomości: u pani R. kryło się trzech Żydów. Rozstrzelano wszystkich wraz z gospodarzem, córką, stróżem i sąsiadem z pobliskiej willi, który tam przypadkiem zaszedł. Meble i rzeczy, które uprzednio zapieczętowano, następnego dnia po rozstrzelaniu właścicieli wywieziono.

Niemcy są narodem praktycznym, nie znoszą, aby się cokolwiek zmarnowało.

Wracamy do domu. Strojne pary spacerują po ulicach, gwar, śmiech, na rogach sprzedają kwiaty.

— Chodź — ciągnie mnie za rękaw Jurek — co to za stanie na ulicy!...

— Tak, masz rację, zatrzymywać się na ulicach nie jest wskazane, gdy idziemy szybko, twarz twoją trudniej obserwować, zlewasz się z tłumem. Tak, tak, ale to przecież mimo wszystko, mimo getta, śmierci, mimo agentów i żandarmów, mimo tropienia, łowienia, mimo obozów, jest wiosna i są kwiaty...

Zawsze z utęsknieniem czekam na noc. Wtedy kładziemy się spać. Jestem tak zmęczona, że momentalnie prawie zasypiam. Leżymy obok siebie. Możemy szeptać sobie to wszystko, o czym myślimy, a co w ciągu dnia może być podsłuchane przez czyjeś niepowołane ucho.

— Chciałabym tak przy tobie usnąć i więcej nie obudzić się!

Czasem mam chęć zażyć luminal, ale Jurek odrzuca to.

— Trzeba przeżyć!!!

— Ale przecież to niemożliwe, Jureczku.

— Możliwe, kochanie, zawsze może być gorzej.

Często płaczę. Mama, ojciec, cały tłum ludzi przesuwa mi się przed oczyma. Krewni, znajomi, przyjaciele, którzy dziś już nie żyją. Jak się to stało, może ja śnię! Łkam, wtulona w ramiona Jurka.

— Emuś, masz przecież mnie.

— Bez ciebie przecież ani minuty bym nie żyła, ty i ja to jedno. Ale zrozum, ja ciągle przeżywam ich mękę, ich strach, Boże, Boże!!

Nazajutrz od rana muszę się przyjemnie uśmiechać. „Pokazywać spokojną twarz”. Marysia, sąsiadka Bielińska oraz ludzie zatrudnieni w pracowni protez przynoszą codziennie jakieś nowinki polityczne albo „żydowskie”. Tu wykryto kryjówkę w podziemiu, to znów na Złotej, o kilka bram od nas zatrzymany przez policję Żyd wystrzelił. Jednego z policjantów zabił, reszta rzuciła się za nim. Zdążył wpaść do domu. Zamknięto bramę, przyjechała maszyna z żandarmerią, będzie rewizja. Jeśli go tam nie znajdą, bo może uda mu się przez dachy przejść, to mogą całą ulicę zablokować. Tak, wszystko możliwe, dla jednego Żyda warto przeszukać całą ulicę, warto kilkudziesięciu żandarmów posłać na robotę. Ciekawe tylko, że cena życia żydowskiego tak niska, właściwie bezwartościowa w mordowaniu, ma tak wielką wartość w tropieniu go. Tak się to składa.

Mijają dni. Marysia i jej luby, ten sędziwy geometra, coraz to przypominają nam termin wyprowadzki. Marysi ciężko obyć się bez stołowego, a oprócz tego dozorca i rządca wspominali już kilkakrotnie o tym, że nie jesteśmy meldowani. Pewnego dnia znów jedziemy na Sadybę, na balustradzie powiewa ręcznik, droga otwarta.

Pani J. z dziećmi na szczęście udało się wyprowadzić. Mieszka teraz niedaleko. Eryka wysłano pod Kraków. Matka i Zosia jakoś żyją. Tego dnia Rakowska i Inka są w dobrych humorach.

— Chodźmy nad wodę, porozmawiamy!

Ale obie, zapominając o ostrożności, wołają:

— Tam nikt nie przyjdzie, już na pewno uspokoiło się!

Siedzimy, gawędząc, godzinę.

Nazajutrz niedziela. Jurek pojedzie rano do Grójca, może tam jest jakaś praca. Listu z Krakowa na razie nie ma, ale może każdego dnia przyjść. Najgorzej, że tracimy znów mieszkanie...

W końcu żegnamy się. Inka ma nas odprowadzić do przystanku. Kilka kroków za furtką Jurek zatrzymuje się.

— Zapomniałem wziąć tytoń.

— Nie wracaj się, to zły omen.

Zły czy dobry, nie wierzę w przesądy, ale gorzej, jak Jurek zostanie bez palenia. Może w poniedziałek coś kapnie od Aliny, która już na ten raz solennie obiecała. Ale na razie pieniędzy na tytoń nie ma. Mimo to idziemy naprzód.

Zza rogu nadjeżdża niemiecka maszyna. Wyskakuje z niej SS-man i pyta nas, gdzie tu ulica Okrężna 55 (adres R.). Jurek uważnie rozgląda się po numerach. Jaki on spokojny. W końcu wzrusza ramionami.

— Tu jest Okrężna, ale jaki dom, nie mam pojęcia, ja nie jestem stąd.

Odchodzimy, idę szybko.

— Nie leć — szepcze Jurek — spokój.

Inka jest blada jak śmierć. Maszyna jedzie dalej. Przy przystanku zatrzymujemy się.

— Wrócę do mamy. Nic nam nie zrobią, nikogo nie zastali.

— Inko, jeżeli pójdziesz, będą się o nas pytać.

— Może mnie nie poznają, zresztą powiem, że was nie znam, żeście się o drogę pytali, trudno, ja mamy samej zostawić nie mogę.

Biegnie do domu, my wsiadamy do tramwaju. Dopiero w domu padamy sobie w objęcia.

— Juruś, jak to było.

— Gdybym się wrócił po tytoń, już byśmy nie żyli.

— Słuchaj, ale co z R. i co z Inką? Boję się, żeby Inka nie wygadała się. Jeżeli ją poznali, będzie źle.

Nazajutrz rano Jurek ma jechać do Grójca. Wstępujemy do F., który ma mu towarzyszyć; zabierają najmłodszego synka, tytułującego mnie ciocią, a Jurka wujem, a który ze względu na jego aryjskość i wymowę andrusa z Powiśla, jest wspaniałym alibi w pociągu. Ja zostaję u F., Jurek wyjeżdża. Siedzę z Fiukową w kuchni i wspominam rodziców, wujków. Już zabieram się do wyjścia, kiedy niespodziewanie wchodzi Jurek z jakimś jegomościem w ciemnych okularach.

— Nie pojechałeś? — dziwię się.

Jurek jest blady, usta mu drżą.

— Spotkałem kolegę.

Głos jego brzmi nieswojo.

— Pozwól na chwileczkę.

Wchodzimy do pokoju.

Młody człowiek w okularach i nieskazitelnej świeżości szarym garniturze, to agent-szmalcownik. W chwili, gdy Jurek przechodził przez kontrolę, pokazując bilet, agent podszedł i poprosił go o dowód. Fiuk z małym, idący przed Jurkiem, nie zauważyli zapewne, że go nie ma. Zaprowadził go w Aleje Ujazdowskie. Na zegarek i wieczne pióro, które Jurek mu ofiarował, nawet nie spojrzał. Dopiero, gdy doszli do wrót urzędu, na usilne prośby Jureczka zmiękł i przystąpił do targów. Jurek przy sobie pieniędzy nie miał. Wiedząc, że jestem u F., tam go sprowadził. Targi.

Siedzimy przy stoliku. Ktoś by pomyślał, że to dobrzy znajomi. Troje młodych ludzi przy święcie ucina sobie towarzyską rozmówkę. Tylko że przed jednym leży rewolwer, tylko że u dwojga pozostałych oczy wyrażają rozpacz i niepokój, tylko że ciągle powtarzają się dziwne słowa: „Nie dacie tyle, to niech was wystrzelą”.

— Ale skąd wziąć?

— A co to mnie obchodzi?

Proszę go, tłumaczę. Jurek siedzi cicho. Każdy muskuł w nim drga.

— Źle zrobiłem, że tu przyszedłem. Raz byłby koniec, po co i ciebie męczyć.

— Mówisz głupstwa.

Targi, targi o nasze życie. Godzina, dwie, trzy. W końcu oddaję 10 dolarów, czerwone korale, które dostałam od Zosi „na szczęście”, srebrną papierośnicę, podarunek Ali. Zabiera również z portmonetki Jurka mój pierwszy czy ostatni mleczny ząb, który mamusia zostawiła sobie na pamiątkę, a Jurek dawno jeszcze temu wycyganił od niej. Od tej chwili nosił go przy sobie i twierdził, że mu przynosi szczęście. Przebyło z nim moje zębisko wojnę, niewolę i getto, a teraz agent, oglądając go w ręku, włożył sobie do kieszonki.

— Po co to panu? — pyta Jurek. — Przecież to dziecinny ząb.

— To po co pan to nosił?

— To pamiątka, to ząb osoby mi drogiej.

Agent uśmiecha się chytrze.

— Ech, ech!

Chce przez to powiedzieć: ja wiem, że wy, Żydzi, nie bawicie się w czułości, nie wierzę w to. Może tam jest brylant albo złoto. Kto wie?

Trącam Jurka nogą, niech bierze.

Przed jego odejściem, gdy sprawa jest już załatwiona, Jurek pyta go, w jaki sposób się zdarzyło, że na niego zwrócił uwagę.

— Czy moja twarz rzeczywiście zdradza semickość?

— Nie, przeciwnie, chwilę nawet zawahałem się, mając pana zatrzymać, ani twarz, ani postawa nie przypomina Żyda, ale rysopis zgadzał się.

— Więc nasłano na mnie?

— Tak.

— A kto?

— Tego nie powiem. Mogę tylko zapewnić was, że ja sam tych pieniędzy nie wezmę.

Nareszcie pozbywamy się naszego gościa i 10 dolarów i oddychamy z ulgą.

— Nie trzeba go było sprowadzać.

— Jeżeli będziesz mówił takie głupstwa, to cię zbiję. Przecież wiesz, już ci sto tysięcy razy mówiłam, że bez ciebie nie będę żyć ani minuty dłużej.

— Życie jest życiem — mówi Jurek.

— Jakbyś miał sumienie mnie zostawić na takim srogim świecie, przecież teraz musisz mi wszystkich zastąpić. — I chcąc go pocieszyć, mówię:

— Juruś, nie martw się, szkoda ci zęba. Masz moich 31 zdrowych, dużych, po co ci tamten. A pamiątka po mnie? Przecież masz mnie całą zawsze przy sobie, po cóż ci pamiątka?

Jurek uśmiecha się smutnie i przytula mnie mocno do siebie.

Zastanawiamy się, kto mógł na nas nasłać. Może Inka wygadała się przed Niemcem, ona wiedziała, że masz rano jechać do Grójca. Ach, nie, Inka nie powiedziałaby. Może ktoś z dawnych znajomych poznał cię w ogonku?

Fiukowa jest tak przerażona, że my musimy jeszcze ją uspakajać. Nazajutrz jedziemy do Grójca. Jedziemy razem.

— Ja ciebie samego nie puszczę.

Fiuk na nasz widok nie posiada się z radości.

— Jak to dobrze, ja się tak o ciebie martwiłem. Co się stało?

Opowiadamy naprędce zmyśloną bajeczkę. W ogonku jakiś złodziejaszek ukradł Jurkowi papierośnicę.

— Puściłem się za nim w pogoń, ale gdy go złapałem i oddałem w ręce policji, papierośnicy przy nim nie znaleziono. Pomyliłem się widocznie, to nie był ten, który mnie okradł. Tymczasem zrobiło się późno i musiałem zrezygnować z przejazdu do Grójca.

— Ach, jaka szkoda papierośnicy!

Wierzą w bajkę, prawdziwa bajeczka dla naiwnych o policji granatowej, do której zwraca się poszkodowany, a która ma szukać złoczyńcy i dbać o porządek, walczyć z grabieżą i złodziejstwem. Fiuk tego samego dnia wyjeżdża — my zostajemy jeszcze dwa dni.

Państwo O. zatrzymują nas, oboje są bardzo mili. Pan O. jeździ z Jurkiem po okolicy, szukając dlań pracy. Mieszkają w niedużym, czteropokojowym drewnianym domku. Dwa pokoje wynajmują. W pozostałych mieszkają sami z trojgiem dzieci, babką i służącą, młodą dziewczyną. Ziemi mają niedużo, za to ładny sad, który daje niemały grosz, poza tym pan O., były przedsiębiorca budowlany, zapewne ma jeszcze dawniejsze zasoby. Oboje są mili i serdeczni. Zostaję z panią O. i dziećmi. Pani O. oczekuje czwartego potomka i skarży się na ogrom pracy.

— Jak to trudno żyć, kiedy tyle dzieci. Człowiek uwiązany, ani się ubrać, ani gdzie pobawić... — Wzdycha.

Patrzę na tę młodą jeszcze kobietę i chciałabym wołać:

— Jak śmiesz narzekać! Masz dom, dzieci, masz męża o którego nie drżysz, że lada chwila możesz go stracić, że mogą ci go zabrać. Tuż obok mieszkają twoi rodzice, oto przysłali ci w koszyczku butelkę soku malinowego, bo kaszlesz, a sok z malin to dobre lekarstwo na przeziębienie. Butelka owinięta troskliwymi rękoma. I dla mnie kiedyś troskliwe ręce pakowały paczki, paczuszki, a teraz... gdzie są moi?... Ględzisz i narzekasz. Masz swój dom i wiesz, że twój dorobek, twoje mienie jest i będzie twoje, że nikt ci go nie zabierze, będziesz mieć je dla siebie, dla swoich dzieci, które przytulają się do ciebie, całują cię. Dlaczego ty możesz mieć dzieci, a mnie ich mieć nie wolno, czym ty sobie na to zasłużyłaś, a czym ja zawiniłam?

Po dwóch dniach wracamy do Warszawy. W kilku miejscach nawiązali kontakt, omówili pracę. Jedna posada będzie na pewno wakować pod koniec miesiąca. W wielkim sadzie trzeba zorganizować zbiory i mieć pieczę nad nimi. Jest to przecież praca sezonowa na kilka miesięcy, ale do tego czasu może się wojna skończyć, a jeżeli będzie trwała, to zaszyjemy się, poznamy okolicę i znów jakaś posada może wakować.

Wyjeżdżamy bardzo zadowoleni. Posada jest bardzo mało płatna, mieszkania dla nas nie ma, ale to wszystko nie jest ważne. Spokój, kartofle i byle jaki dach nad głową. Więcej nic. W Warszawie, w której nie możemy się więcej pokazywać, mamy jeszcze przetrwać około miesiąca. Znów zaczyna się męka. Marysia i jej geometra coraz bardziej mierzą nas wzrokiem, który najmniej spostrzegawczemu człowiekowi wydałby się nieprzychylnym, stale dopytują się, kiedy wyjeżdżamy, wreszcie jasno oświadczają, że bez meldowania boją się nas trzymać. W ogóle nasze tajemnicze codzienne wędrówki, to, że nie pracujemy, setki drobiazgów, które przy współżyciu z ludźmi w jednym mieszkaniu mogą się wydawać dziwne i podejrzane. Tak, stąd trzeba wyprowadzić się, ale dokąd.

Jesteśmy już prawie zupełnie bez pieniędzy, F. ofiaruje się sprzedać palto Jurka, ja znów sprzedaję Marysi znajomej moje zimowe palto. Czekamy teraz na pieniądze. Planujemy przede wszystkim najeść się do syta, poza tym mając trochę gotówki, wynająć chociażby z gazety mieszkanie na dwa do trzech tygodni, taki czas można zwlekać z zameldowaniem się, a potem wyjedziemy na wieś. Nasza sytuacja, choć jesteśmy bez pieniędzy i bez dachu, wydaje się lepsza od położenia teściowej i Zosi. My mamy choć nadzieję, obiecaną pracę w sadzie, a może i z Krakowa odpiszą. Czy rzeczywiście może się zdarzyć, że pojedziemy do tego raju?

Teściowa i Zosia, straciwszy znowu mieszkanie, wróciły znów do Rakowskich. „Hotel żydowski”, jak go nazywaliśmy.

Znowu poszukiwania nowego locum.

Pani R. znajduje maleńki pokoiczek samodzielny. Wydaje się, że jest to wspaniałe schronienie. Trzeba załatwić z góry za kilka miesięcy i nic więcej.

Po dwóch dniach przychodzi paniusia — sąsiadka w odwiedziny. Siedzi bitych kilka godzin, a potem idzie do gospodarza wraz z drugą, jako delegatki, że te dwie panie to Żydówki. „Jeżeli natychmiast się nie usuną, to damy znać na posterunek, bo to niebezpieczne żyć z Żydami”.

Gospodarz, któremu lokatorki poleciła pani R. i z nim wszelkie transakcje załatwiła, przychodzi do niej z pretensją. R. uspakaja go, jak może. W końcu Zosia i teściowa znów wracają do Rakowskich na Sadybę, a co dalej?

Na Sadybie przy wale jest nasyp, a w nim jakby forteczka, a w niej w ziemi coś w rodzaju piwnicy. Tam mieszka pan Pałka z żoną Pałczyną i małym Pałką. Pan Pałka wygląda jak prawdziwy bandyta. Kiedyś w dzieciństwie miałam książkę o Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach.

Pan Pałka zupełnie przypominał herszta, jego żona Pałczyna wyglądała tak, jakby szmaty i brud całego świata na sobie zgromadziła. Była to kupa brudnych łachmanów, z których wychylała się jeszcze brudniejsza głowa Pałczyny i jej duże, czarne ręce.

Co do małego Pałki, to tylko można powiedzieć, że robił wrażenie półidioty, co przy najbliższym poznaniu całkowicie się potwierdzało.

Jaskinia Pałki, wiecznie ciemna, cuchnąca stęchlizną, miała być wymarzonym schroniskiem dwóch tropionych kobiet. Pan Pałka nie miał określonego zawodu, właściwie za młodu był złodziejem. Obecnie, kiedy nadeszła starość, stracił giętkość ruchów, bystrość umysłu i spostrzegawczość, stał się niezdolnym do pracy. Cierpiał głód, biedę. Od czasu do czasu łapał ukradkiem kota lub psa o puszystej sierści, oprawiał go z futerka i robił ciepłe pantofle, które potem Pałkowa sprzedawała. Co z mięsem robił nie wiadomo, ale znając pana Pałkę można zaręczyć, że nie dał, aby mięso się marnowało. Oto familia in pleno22.

Teściowa z Zosią przytaszczyły polowe łóżko. Miały mu płacić miesięcznie 500 zł. Umówiono się, że z ziemi wychodzić nie będą, a jedzenie będzie przynosiła R. albo P. Któregoś dnia odwiedzam je. Z początku nic nie widzę z powodu ciemności, potem zaczynam odróżniać przedmioty, wreszcie twarze — obie wyglądają okropnie. Blade i chore.

Cieszą się moim przyjściem. Niestety, nie wolno ich często odwiedzać, bo może ktoś spostrzeże, że do Pałki dużo osób przychodzi i to wzbudzi podejrzenie. Życie ich u Pałków jest bardzo ciężkie. W dzień gnębią ich gospodarze. Pałkowej wszystko przeszkadza. Pałka dziwi się, że można, jak on, trzymać Żydów, a dalej klepać biedę.

— Powinienem jeść same salcesony i kiszki i mieszkać jak król, bo jak nie, to po jaką chorobę Żydów trzymam?

W nocy gnębi ich wszelkie robactwo. Niemiłosierny zaduch powoduje ciągłe bóle głowy, ale byleby tu już zostać, byleby tu być bezpiecznym.

Wychodzę. Przed pałacem spostrzegam dwunastoletniego Pałkę. Siedzi na schodku, trzyma na kolanach książkę i sylabizuje: „ma-ma idzie, ta-to jedzie. Ala nie-sie”.

Wpada mi do głowy szatańska myśl. Czemu ten idiota żyje? Czemu? Kiedy tyle innych dzieci zamordowano, kiedy moją ośmioletnią Joasię, tak cudnie deklamującą, spalono w krematorium? On jest przecież temu niewinny, tłumaczę sobie sama i sama sobie odpowiadam: wiem, ale ja chyba wariuję, a nienormalny człowiek nie odpowiada za siebie.

Przed pierwszym Pałka stanowczo mieszkanie wypowiada. Chodzi po nim jak książę udzielny.

— Ja sobie nie życzę, ja nie mogę nikogo do siebie zaprosić.

Brrr, Pałkom bez zebrań, bez balów strasznie.

— Ja nie mogę. Albo proszę tak zrobić, żebym wszystko miał, co zechcę, albo wyprowadzić się.

Naturalnie ani teściowa, ani Zosia to nie złote rybki z bajki.

— Łachy pod pachy i basta!

Pałkowa wzdychała pod kupą łachów. Baba na pewno myślała, że jak dołożą grosza to dobrze, a jak się wyprowadzą, to szkoda 500 zł. Pałka chlupał według zwyczaju nosem, co mogło oznaczać wiele, ale na pewno nic nie oznaczało. Obie kobiety nie miały nawet na te 500 złotych, a co mówić o zawrotnych sumach na salcesony i kiszki dla pana Pałki.

— Fiutkowski, Fiutkowski, on tylko może nas wyratować — mówiły — jedź, Ema, do niego.

Pisały błagalne listy, z którymi ja jeździłam, a które pozostawały przeważnie bez skutku.

Pewnego dnia Zosia postanowiła sama go odwiedzić.

— Te listy nie pomagają, może ja coś osobiście wyproszę.

Miała jechać jak zwykle w asyście Inki, ale Inka-adiutant jakoś nie mogła się wybrać. Spanie do dwunastej, pierwszej, a potem, zanim się wygramoliła, było późno i F. zamykał biuro. Więc Zosia postanowiła sama jechać. Po drodze zauważyła, że jakaś kobieta mocno ją obserwuje. Wychodzi z tramwaju, baba za nią. Wsiada do drugiego tramwaju, znowu to samo. Zosia stanęła na pomoście i w pewnej chwili na pustej ulicy w pełnym biegu wyskoczyła, upadła wprawdzie, ale za to zmyliła ślad szpiegom. Już nie idąc do F., wróciła do domu — czuła się niedobrze — w nocy dostała silnego krwotoku. W dzień zawiadomiono Rakowską. Musiało być oberwanie wnętrzności, bo krwotok trwał nieprzerwanie, a bóle były tak silne, że biedaczka po prostu gryzła sobie ręce. Zawezwać lekarza było niebezpiecznie, bo nie wiadomo, na kogo się popadnie, a każdy zrozumie, że to coś nie w porządku, bo Zosia nie nadawała się do domu Pałkowego.

W końcu R. przypomniała sobie jakiegoś zaufanego lekarza, kolegę jej śp. męża, ale za to gospodarz postawił swoje veto.

— Nie i nie. Ja tu nie chcę żadnych dochtorów, po jaką cholerę. Chora bo i chora. Umierać przecież każdemu trzeba i tak dochtory nie pomogą — zaopiniował — bo kobieta do śmierci, a nie do życia podobna. Ja się już na tym znam — dodał.

Widocznie oprawianie kotów i psów nauczyło go nieco anatomii i nauki o organizmie ludzkim. Nawet podsuwany wypadek śmierci i związane z tym nieprzyjemności nie przestraszały Pałki.

— Ja się trupów nie boję. Ja wiem, co w takim wypadku zrobić. Ja tam dochtorów nie wpuszczę.

Praca w fabryce

Wejść nie wejść — pójdę. Wielki, ciemny przedsionek. Na jednym z licznych drzwi napis: „Biuro”. Podchodzę do urzędniczki.

— Chciałabym pracować.

— Jakie kwalifikacje? — pyta mnie panienka zza biurka.

— Umiem szyć na maszynie.

— Proszę podać dane o sobie.

Wyjmuję kennkartę, podaję zmyślony adres. Prowadzą mnie do wielkiej sali, w której kilkaset robotnic szyje na elektrycznych maszynach. Warkot motoru, szum. Sadzają mnie przy jednej z maszyn.

Mam na próbę uszyć, z już skrojonego materiału, fartuch. Niewprawnymi rękoma kieruję maszyną. Uszyć go szybko i ładnie, a wtedy będę mogła tu pracować, dostanę legitymację i produkty dodatkowe. Zaświadczenie takiej fabryki zabezpieczy mnie przed łapankami ulicznymi i w ogóle każdy dokument w naszej sytuacji jest pożądany. Nitki, jak na złość, rwą mi się. Głowa boli. Kołnierzyk przyszyłam krzywo, trzeba go spruć. Moja sąsiadka z prawej strony odłożyła już na bok dwa fartuchy, a ja jeszcze z pierwszym nie mogę się uporać.

W południe dzwonek na obiad. Dostajemy zupę i po 8 dkg chleba. Chleb chowam ukradkiem na później. Słyszę, jak robotnice grymaszą, nie smakuje im zupa, rozpakowują swoje domowe śniadanie. Pracuje się tu na akord, 3 zł od fartucha, można uszyć przeciętnie 10 fartuchów dziennie co stanowi 30 zł. Byłaby to suma wymarzona. Gdybyśmy mieli z Jurkiem 50 zł dziennie, to moglibyśmy mieć chleb, kartofle i mieszkanie u naszej Kosińskiej. Wystarczyłoby nam jeszcze na mydło. A jeżeli przypadłoby coś od Aliny, to kupiłabym cukru i tłuszczu.

Pierwszego dnia szyję tylko trzy fartuchy i to nie bardzo dokładnie. Magazynierka pociesza mnie, że zawsze z początku idzie ciężko. Tak, ale dziewięć złotych, jak wyżyć? Kupuję za te pieniądze bilet tramwajowy i nieco drzewa — na rozpałkę. W domu rozpalam szybko ogień i obieram kartofle. Przychodzi Jurek i bez siły wali się na łóżko. Nie wypominam mu, że jest brudny i że kładzie się w ubraniu. Mój biedny chłopak leży z zamkniętymi oczyma i bardziej jest podobny do trupa niż do żywego człowieka. Twarz woskowa, rysy wydłużone, usta spalone gorączką. Głaszczę ręką jego wilgotne czoło.

— Boli — krzywi się i podnosi dłonie.

Z dnia na dzień puchną one coraz bardziej od żaru żelaza i ognia, skóra złazi. Tworzą się pęknięcia, które niezagojone, zmieniają się w ropiejące rany. Stoję bezradna. Powinien się wyleczyć, ale w jaki sposób, jeżeli nie wolno mu opuścić pracy z trzech powodów. Człowiek siedzący w domu bez pracy zwraca na siebie uwagę, mogą być niezadowoleni z jego nieobecności, musimy mieć jego grosze na chleb. Wydaje mi się, że jesteśmy w kieracie, z którego nie umiemy się wyrwać. Los zepchnął nas do roli najbiedniejszych robotników, prawie nędzarzy, głodujących, a do tego gonionych, tropionych, oczekujących śmierci. Czasem myślałam o tym, jakby to inaczej żyć, jakby zrzucić nasze ciężkie, zamęczające nas jarzmo i być kimś innym, zagrać drugą rolę. Ale od rana znów szłam do fabryki i znów szyłam, aby potem otrzymać w kantorze liche, ale jakże drogie grosze. Z przystanku tramwajowego zwykle biegłam do domu, aby jak najprędzej przyszykować Jurkowi coś do zjedzenia.

— Czy męczy cię twoja praca? — pytał.

— Nie — odpowiadam — wcale dobra.

Cóż, czy miałam mu się skarżyć na bóle w krzyżu, mdlenie rąk, na to, że krew uderza mi do głowy. Czy te wszystkie niedomogi mogą się porównać z jego męką? Moja praca była przynajmniej czysta.

Pewnego dnia czekałam dość długo na tramwaj, deszcz mżył, byłam niespokojna.

W końcu nadjechała upragniona siedemnastka, wpakowałam się do zabłoconego wagonu i czuję, jak ktoś mnie bierze pod rękę. Oglądam się. Młody człowiek o wyglądzie apasza. Czapka na bakier, pomięte ubranie. Szarpnęłam się i wpycham się do wagonu. Kilka osób przypatruje się nam. Krew uderza mi do głowy. Nie mam pieniędzy przy sobie. Czy oddać mu te ostatnie 10 dolarów, które właściwie przeznaczone są dla Jurka? Czy tak bez końca będą nas szantażować? A może, myślę, przyznać się? Może wmówić mu, że się omylił? A więc jednak wygląd mój rzuca się w oczy, poznają mnie.

W końcu postanawiam wysiąść z tramwaju. Co będzie, to będzie. Nie mam rady, przecież szmalcownik nie odstąpi ode mnie. Na ulicy przystępuje i bez ceremonii bierze mnie za rękę.

— No, chcesz załatwić, czy pójdziemy na policję?

— Co załatwić? — próbuję nie rozumieć.

— Nie bawmy się w ciuciubabkę. Wiem, kim jesteś.

Wymienia mi moje imię i mój przedwojenny adres. Tak, nie ma sensu wymigiwać się, nasłany wpadunek.

— Nie mam pieniędzy — mówię mu.

— Zrewiduję cię.

Wchodzimy do bramy jakiegoś wpół rozwalonego domu. Otwiera mi torbę ze świńskiej skóry, którą w pierwszym roku wojny dostałam w rocznicę ślubu od teściów. Ale nic w niej nie ma wartościowego. W portmonetce zaledwie kilkanaście złotych.

— Czego masz takie pokłute palce? — pyta.

— Od szycia, przecież mówiłam, że nie mam pieniędzy i muszę pracować.

— Kto tam zna wasze żydowskie kombinacje. Ta torba też warta parę złotych — mówi i zabiera mi ją, potem zdejmuje mi obrączkę z palca.

Rozpłakałam się. Jurek swoją sprzedał, teraz i moja pójdzie.

— Poczekaj — mówi apasz — tylko nie ruszaj się z miejsca, bo dostaniesz!

Zostawia mnie na klatce schodowej, a sam wybiega. Łkam z rozpaczy, sama nie wiem, czy zostać, czy wyjść. Nie mogę, nie wiem czemu, uspokoić się i zebrać myśli. Pewnie poszedł po policję.

Po kilkunastu minutach wraca.

— Masz — oddaje mi z powrotem obrączkę. — Ja taki najgorszy nie jestem, w ogóle żal mi ciebie. Wiesz co, powiedz mi, gdzie mieszkają bogaci Żydzi. Mam dwóch znajomych, morowych SS-manów, jeszcze dwóch tajnych facetów z Alej Jerozolimskich, będziemy mieć wszyscy forsy jak lodu.

Patrzę na niego przerażona.

— Ja nikogo nie znam.

— Ejże, ejże, mała, pomyśl tylko nad tym. Są przecież tacy, którzy siedzą na dolarach i złocie, a ty się tak męczysz, przecież my tylko pieniądze zabierzemy, a tych ludzi zostawimy.

Ach, żeby go palnąć w tę bezczelną mordę. Zaciskam usta.

— Nie znam nikogo.

— Tym gorzej dla ciebie — uspokaja mnie i głos jego przybiera zgoła odmienny ton. Milczę.

— No, chodźmy.

Znów bierze mnie pod rękę. Idę ze spuszczoną głową.

— Słuchaj, ja mam cię w ręku, puszczę cię teraz. Dziś jest środa. W niedzielę, powiedzmy o piątej po południu będziesz stała na rogu Marszałkowskiej i Złotej. Przyniesiesz mi adresy, o których ci mówiłem. Jeżeli nie przyjdziesz, no to koniec z tobą, zrozumiano?

Wydaje mi się, że słowom jego można wierzyć. Odwrócił się na pięcie i odchodzi. Teraz dopiero zauważyłam, że torby nie ma przy sobie, musiał ją oddać komuś, gdy mnie zostawił na klatce schodowej.

Gdy wracam do domu, jest już późno. Jurek musi się o mnie niepokoić, myślę.

Ale Jurka w domu nie ma.

Oszalała z przerażenia biegnę do fabryki. Wyszedł już dawno. Biegnę z powrotem, gryzę palce z rozpaczy. Więc już koniec. Co się z nim stało? Przed domem stoi Żółw-Kosińska.

— Mąż przyszedł — woła — a pani lata, obiadu nie przygotuje, ach, te młode żony!

Szczęśliwa, obcałowuję jej żółwie policzki i skaczę po trzy schodki. Wpadam do mieszkania, rzucam się Jurkowi na szyję.

— Wariatko, opanuj się — prosi mój mąż.

— Czemu tak późno przyszedłeś?

— U jednego z kolegów było zebranie samopomocy. Wybrano mnie na członka zarządu. To wszystko, dziecko, trwało. Nie wolno ci jednak tak się zachowywać. Jak to źle, że poszłaś do fabryki. Kosińska zauważyła twój niepokój. To wszystko może wzbudzić podejrzenie. Fabryka jest tak blisko, że nic po drodze nie może mi się stać.

Opowiedziałam mu o moim przejściu i zachodzimy w głowę, kto mógł wkopać.

— Może Ziutek, Jureczku?

— Ach nie, czy ty myślisz, że Ziutek jest takim bożym światowidem, o wszystkim wie i wszystko widzi?

— No więc kto? Cóż robić?

— Ucieknijmy, wyjedźmy — proszę.

Ale Jurek nie chce o tym słyszeć.

— Dokąd? Za jakie pieniądze? Musimy tu zostać. Może listy z Tunelu nadejdą.

— Jedź do Grójca, przecież masz tam pracę w sadzie.

— Może jednak lepiej tu zostać. Ja się boję wsi, w mieście zawsze łatwiej zatrzymać się. Może i ty, i ja przyzwyczaimy się do pracy, będziemy nieco więcej zarabiać, jakoś wyżyjemy.

— A co będzie z meldowaniem? Przecież dozorca stale mnie pyta o meldunki. I tak źle, i tak niedobrze.

Jesteśmy zabłąkani w labiryncie bez wyjścia.

Ściemnia się. Siedzimy przy sobie; nie zapalam światła, bo szkoda świecy. Z podwórka dochodzą głosy lokatorów, śmiechy, ktoś nastawił patefon, płynie stara piosenka: Ta ostatnia niedziela23. Wzdrygam się. Ostatnim dniem może być dla nas każdy. Za oknem złowrogi świat, tam ludzie znają się, pomagają sobie, żyją w przyjaźni albo w niezgodzie, ale są razem, tworzą społeczeństwo, a my tu za oknem w maleńkim pokoiku wdowy Kosińskiej jesteśmy sami, sami jedni. Zapalam świecę. Błysnęło miłe, drgające światełko, oświetliło nędzne sprzęty — stół przykryty papierem, talerz z kartoflami — bieda.

Jurek kładzie się spać, ja się jeszcze myję. Jest to jedyna przyjemność, która przypomina dobre czasy, stare przyzwyczajenia. Wydaje mi się, że to jedno odgradza mnie przed zupełnym opuszczeniem rąk, przed całkowitym poddaniem się, przed abnegacją. Przy myciu nasuwają mi się zawsze lepsze myśli. Już umyta kładę się przy śpiącym Jurku, obejmuję jego drogą głowę i szepczę: niech ci się, kochanie, coś dobrego przyśni. Może i my kiedyś będziemy prawdziwymi ludźmi.

*

Od rana znów jarzmo, znów męka... Myślę czasem o tym, że szczęśliwi są ludzie, którzy po wyroku siedzą w więzieniu. Jeżeli nawet mają do odsiedzenia kilka lat, to w każdym razie nie krąży nad nimi stale śmierć. Mają dach nad głową i wprawdzie głodową, ale codzienną rację żywnościową. Tak, aby się tam dostać, trzeba było by być oszustem, złodziejem, mordercą. Pozostali „przestępcy” są przez Hitlera inaczej karani. Ach, czemuż jestem Żydem, a nie bandytą?

W niedzielę rano jedziemy na Sadybę. Radzimy się z panią Z., Zosią i matką. Wszyscy decydują „in gremio24, że nie powinnam się spotkać z apaszem. Gdy wieczorem jedziemy do domu, dostajemy od pani R. ogromny, piękny bukiet jaśminu. Jak pięknie pachnie. Gdy stawiam go na stole w słoiku w naszej ciupce, cały pokoiczek pachnie ogrodem, zielenią i latem.

— Jureczku, jedźmy na wieś.

— Napiszę jutro do O. i jeszcze raz do Tunelu.

Nazajutrz w fabryce igła przebiła mi palec i to tak fatalnie, że lekarz fabryczny po opatrunku oświadczył, że przez pewien czas nie będę mogła pracować, a może chwilowo stracę nawet władzę w palcu.

W fabryce, jako nowa robotnica, nie dostaję żadnego odszkodowania. Utrata pracy jest dla nas prawdziwą klęską. Palec boli niemiłosiernie. W nocy dostaję gorączki, nie mogę poruszać ręką, wyję z bólu. Na lekarza nie mamy pieniędzy. Nazajutrz rano, kiedy ból zmniejszył się nieco, jadę do Kuleszowej prosić o pieniądze. Wyjmuje 100 zł, jakby dawała jałmużnę. Łzy cisną mi się do oczu, w gardle dławi. Jak chętnie odepchnęłabym jej ofiarną dłoń, ale... nie mam ani grosza. Gdy Jurek przyjdzie wieczorem głodny z fabryki nie będę miała co mu dać jeść. Biorę i tłumaczę sobie, że przecież ona jest moją dłużniczką, a nie ja jej. Pieniądze za meble stale obiecuje zwrócić w niedługim czasie, ale niedługo to pojęcie względne. Rok, dwa, trzy w porównaniu z wiekami, to termin niedługi, ale z czym porównać dzień głodu? Jurek jest w fabryce, kręcę się w pokoiku na Chmielnej jak w klatce, do okna nie podchodzę, bo to niewskazane. Łóżko, stół, szafa. „Jak tu nędznie”, myślę. Przestawiam łóżko we wszystkich możliwych kierunkach, mokrą ściereczką wycieram stół, ale to wcale nie pomaga i w żaden sposób nie chce być przytulniej. Obtłuczone garnki i dwa popękane talerze również nie sprawiają korzystnego wrażenia.

Z żalem myślę, że tych pogardzanych biednych naczyń też nie ma czym zapełnić. Madame Kosińska przychodzi na pogawędkę. Durzy mi głowę meldunkiem i opowiadaniami o swej młodości, jedno i drugie jest zupełnie nieistotne. Tak jak jej młodość nie wróci, tak i my tu nigdy się nie zameldujemy. Około szóstej oczekuję z niecierpliwością Jurka, przysłuchuję się krokom na schodach. W końcu, gdy wchodzi, lekko pochylając się przy przejściu przez niskie drzwi i kiedy mogę znaleźć się w jego ramionach, myślę: „jak to dobrze, że wrócił”.

We wtorek rano, gdy Jurek wychodził jak zwykle do fabryki, stanęłam w oknie. Mignęła mi jego głowa, brązowa marynarka, pomyślałam sobie: „ja chyba ostatni raz go widzę”.

Pojechałam tego dnia na Sadybę, zastałam tam chorą Zosię. Rakowska zabrała ją od Pałki, by ją lekarz zbadał. Gdy tak patrzyłam na nią, półżywą, leżącą w łóżku w bólach, pomyślałam sobie, że ta moralnie i fizycznie zgnębiona istota jakże niedawno była pełną życia, ładną, silną, wesołą kobietą, dobrym lekarzem, miłym kompanem. Pomyślałam również, jak Jurek, teściowa i ja już mało przypominamy nas samych z tamtych czasów. Wykańczamy się w tempie przyśpieszonym. Wracając do domu, znów długo czekałam na tramwaj przy przesiadce.

Ach, jak ja nie lubię czekać na tramwaje! Zawsze się coś przy tym zdarzy. Przyszło mi na myśl, że w zeszłym tygodniu był deszcz i dzisiaj deszcz pada i wtedy też późno wracałam.

W domu Jurka nie ma. Odgrzewam zupę. Drzewo mokre, jak na złość, nie chce się palić. Palec znów boli. Czy jeszcze długo można się tak męczyć? Przypomina mi się powiedzonko Jurka: „Zło nie ma granic i nie ma takiej sytuacji, żeby nie mogło być gorzej”.

Godziny mijają. Gdzie Jurek, czy znów zebranie?

Telefonuję do fabryki, ale jego już tam nie ma. Wyszedł już dwie godziny temu. Co robić? Kładę się na łóżku i myślę: usnę, a o godzinie dziewiątej już na pewno Jurek będzie — przecież musi przyjść przed godziną policyjną. Ale sen nie przychodzi, kręcę się na łóżku. Boję się. Okrutne myśli przychodzą mi do głowy: „Mamuś, tato, gdzie wy, czemu was nie ma, Jureczku mój, czujesz, jak o tobie myślę, jak się o ciebie lękam?”

W pewnej chwili wyskoczyłam z łóżka i jakby na rozkaz podeszłam do „zakazanego okna”.

Wojna w getcie

Więc będzie już koniec. Tak, spójrz na zaśmiecone ulice, na bezład, jesteśmy ostatecznie skazani. Pilnie strzeżeni, ale przecież już widać, że koniec nastąpił. Tak, teraz już nie damy się oszukać, teraz już nie damy się wziąć na lep. Dwa jajka na osobę i 5 dkg. cukierków, które nam dodatkowo przyznano na karty. „Będziecie żyć i pracować” powiedział nam Niemiec, to znaczy, będziecie się męczyć i konać. Zrozumieliśmy się. Nie łudzimy się już. Na co ludzie pouciekali na drugą stronę, a przecież nie wszyscy mieli tę możliwość. Część wróciła — tam ich też zamęczą, lepiej umierać ze swoimi. Jesteśmy skazani, ale szykujemy się.

Co dzień placówkarze przynoszą ze sobą bochenki chleba, w których znajdują się granaty, rewolwery. Co dzień przez podkopy dostarczają nam broni, co dzień powstają nowe bunkry.

Bunkry. Czy wiecie coś o bunkrach w getcie! My mamy domy pod ziemią. Gromadzi się tam broń i żywność. Założono pompy, które dostarczają powietrza, mamy tam radio i telefony. Naturalnie, wszystko to zakonspirowane, robione w ciężkich warunkach, w krwawym pocie. Mamy swój sztab, swoje plany, swoje organizacje. A pieniądze — co to pieniądze? Wpływają albo dobrowolnie, albo pod przymusem. My dobrze wiemy, kto ma forsę. Kierownicy placówek, piekarze, właściciele szopów.

— Proszę, daj taką a taką sumę w swoim własnym interesie. Cóż ci przyjdzie z pieniędzy, jeżeli stracisz życie?

— I tak je stracę — mówi.

— Więc tym bardziej, przynajmniej drogo je sprzedaj. Zresztą, jeśli uprzesz się i nie chcesz dać takiej sumy, o którą cię prosimy, to przyjdzie do ciebie wieczorkiem kilku naszych chłopaków. Każą ci stanąć przy ścianie, przyłożą lufę do ciemienia — dajesz?

Argument taki zawsze przemówi. Nie jest on wprawdzie wyszukany, ale przecież jest usprawiedliwiony. Pieniądze idą nie dla siebie, a dla sprawy. Trzeba przyznać, że opierających się było stosunkowo mało. Plan, organizacja. Trzeba pracować i w getcie, i po aryjskiej stronie. Kupować broń i żywność, pomagać przenosić je do getta. Każdy rewolwer, każdy pocisk, każda kula przechodząca do dzielnicy to droga do zwycięstwa, to jeszcze jeden zabity Niemiec.

Bywały takie dni, że jedziesz człowieku tramwajem w aryjskiej dzielnicy aż do Żoliborza, w koszyczku trochę jabłek i bochenek chleba, pachnący, świeży bochenek, taki niewinny, rumiany, a w nim... Myślisz sobie: jeśliby mnie teraz zaaresztowano, za co wpierw zabito by mnie? Więc śmierć pięciokrotna:

1) za przebywanie poza granicami getta,

2) za obce waluty (dajemy okup za ludzi w dolarach),

3) za nabywanie pieczywa poza kartkami,

4) za fałszywe dokumenty,

5) za broń.

Ktoś mi się przygląda, a może wydaje mi się tylko. Obojętnie wyglądam przez okno. Jeszcze dziś trzeba zanieść chleb pod wskazany adres, a tam pójdzie dalej na placówkę. Szykujemy się. W małym pokoiczku siedzimy przy stole, opieramy się na łokciach i patrzymy na mapę — jeżeli nastąpi... może nawet pójdziemy dalej. Gdybyśmy wcześniej wiedzieli, kiedy mieliśmy ludzi i siły, by zniszczyć wroga. Oby tylko przetrwać, oby doczekać, aż przyjdzie nas oswobodzić Armia Czerwona.

Co dziś zajęli? Orzeł. Ach, prędzej, towarzysze, przybywajcie!!!

Pewnego poniedziałku zaczęło się. Znamy to wszyscy. SS. SA. Litwini. Oblężono dom, potrójne straże. Alarm. Znów wysiedlenie. Teraz już ostateczne.

Nie damy się. Do boju! Na cóż były przygotowania trzymiesięczne? Bić się! Mamy w kieszeniach granaty, mamy karabiny, rewolwery. Nie, nie damy się!

Cóż to, z domów, z dachów strzelają do przerażonych Niemców, rzucają pociski. Ach, oni są dzielni, mężni przy słabych, ale bić się oko w oko — proszę! Każdy dom to twierdza, zdobywajcie! Każdy człowiek to żołnierz, bijcie się!

Alarm! Niemcy cofają się i po dniu ciszy następuje uderzenie na getto. Otoczono je karabinami maszynowymi, posłano nieduże oddziały, bij się niemiecki żołnierzu. Jeżeli zginiesz, wyślą twojej żonie pismo: „Zginął na froncie gettowskim w walce z kobietami i z dziećmi, cześć mu!”

Pierwsze trupy niemieckie padły w getcie, ich krew zalała chodniki. Mierzyły do nich rączki dziecinne, stare kobiety rzucały granaty.

Wjechały tanki do getta, wjechali żołnierze.

Zmierzymy się z wami, my w sandałkach, z odkrytymi głowami, my schorowani, zgłodniali, wystraszeni, my na naszych spuchniętych nogach. Nasze dzieci nieletnie, nasi staruszkowie z rozdartymi sercami i wy umundurowani! Na waszych pasach napis: Gott mit uns, a w nas jedna myśl: zgińcie!

Bitwa.

Nasze dziewczęta i chłopcy wybiegały naprzeciw tankom, rzucając w nie granaty.

Był taki mały dwunastoletni bohater, który zniszczył dwa tanki, a potem, gdy padł, nie było komu go nawet pochować, nikt mu pomnika nie postawi, nie znamy nawet jego nazwiska, ale mamy go za to w sercu, na zawsze.

Zaczęły się straszne dni. Krwawa walka, z góry przesądzona, ale walka. Jesteśmy wprawdzie w kontakcie z drugą stroną, ale jak to zrobić, żeby nam broni nie zabrakło.

Biliśmy się według zasad wojennych — zabijasz mnie, ale i ja ciebie. Wojna! A może ktoś nam przyjdzie z pomocą? Jakby to było pięknie, gdyby przyłączyli się do nas partyzanci z lasu? Albo partie lewicowe, albo żeby nasz czyn wywołał ogólny bunt, ogólną rewolucję.

Co myślą ludzie z aryjskiej strony, widząc tanki jadące do getta, widząc, jak żołnierze niemieccy jadą w szyku bojowym do nas?

Bój trwa. Zmiany w ludziach, odpoczynek w bunkrach, ale nikt odpoczywać nie chce. Wszyscy bez wyjątku chcą się bić, wszyscy błogosławią śmierć w walce z wrogiem. Co za szczęście zmierzyć się z nim. Czuć, że można pomścić swoich bliskich. Czuć, że się nie jest bezbronnym zwierzęciem prowadzonym na rzeź, ale człowiekiem, który może bić się, strzelać, oblewać tanki benzyną, który może mierzyć do Niemca i widzieć go martwym.

W drugim tygodniu walki zajęliśmy całkowicie ulicę Leszno, wyparliśmy z drugiego brzegu Niemców, zdobyliśmy broń i mundury.

Pali się. Opanowaliśmy wszystkie składy w getcie z częściami, maszynami i ubraniami. Coraz to więcej oddziałów niemieckich posyłano na nasz front, ale myśmy byli umocnieni, myśmy mieli siłę, zaciętość i jedyną myśl: musimy się zemścić! Wydawało się wprawdzie, że wszystko chwieje się w chaosie, ale to tylko na pozór. Wszystko odbywało się planowo, tak, jak to w smutne wieczory, siedząc przy stole, omawiano. Czy doprawdy nasze plany o rozwaleniu murów mogłyby się ziścić? Ucieczka dla nas to zwycięstwo. Ucieczki nie ma. Dokądkolwiek iść — pewna nieudana, a zwycięstwo, zwycięstwo może być tylko jedno: jak najdłuższe trzymanie się i możliwie największa ilość zabitych Niemców.

Widzieliście ludzie wjeżdżające do getta tanki niemieckie, ale powiedzcie z ręką na sercu, czy widzieliście je kiedy wyjeżdżające?

Nie będę pisać, jaki bój był krwawy i okrutny, nie mogę już pisać o tych strasznych nocach i jeszcze straszniejszych dniach, nie mogę i nie chcę pisać. Nie chcę, żeby nie wzbudzić w was litości, bo my nie byliśmy nieszczęśliwi, przeciwnie, dla nas było to szczęściem najwyższym, dla nas nie istniał strach ani ból. Czy możecie porównać taką śmierć ze śmiercią w komorze gazowej?

Giń! Za moją matkę, za ojca, za moje dzieci, za nasze życie! Mierzę do ciebie! O, Boże, daj, aby strzał był celny!

Możemy zginąć, jesteśmy przecież na to przygotowani, dla nas życie nie ma już ceny, ale miało ją, miało dla naszych najbliższych, miało dla całego naszego społeczeństwa, jakież to szczęście nad szczęściami, że mogę je oddać za cenę twego życia, Niemcze! Nauczyłeś mnie być krwiożerczym, nauczyłeś mnie okrucieństwa. Tak, kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Pomnij, twoje okrucieństwo obróci się przeciw tobie samemu. I my już umiemy strzelać do ciebie i wbijać ci nóż w serce, i zwyczajnym tasakiem kuchennym obcinać ci głowę i butelką benzyny podpalać twój tank i ciebie spalać. Umiemy wszystko. Może jeszcze nie próbowaliśmy strzelać do bezbronnych z tyłu, ale nauczyliście nas przecież. Nauczyliście nas już patrzeć na trupy i na krew, i na wytryśnięte mózgi. To dla was powszedni widok. Nauczaliście nas śmiać się na widok waszych mąk tak, jak wyście się śmieli na widok naszych. Może przyjdzie dzień, że nie tylko będziemy mogli bić się z wami, ale może będziemy mieli jeszcze w sobie tyle sił i okrucieństwa, aby sięgnąć po wasze dzieci, tak, jak wyście sięgali po nasze!

Dwa miesiące walki z silnym wrogiem, z coraz to nowymi oddziałami. Byliśmy bez wody i bez światła, bo nam je Niemcy odcięli, dostawa broni była bardzo niewystarczająca, wykryto jeden z przekopów dzielnicowych na Przebiegu. Była to wielka klęska, ale ani na chwilę nie ustawaliśmy w boju. Po świecie szło echo: getto warszawskie bije się już dwa miesiące, a Niemcy tracą tam bez skutku broń, tanki, ludzi, wstyd... i oto Niemcy postanawiają z nami skończyć inaczej, bo walka uczciwa, walka oko w oko, nawet taka walka ze słabszym jest jeszcze, jak dla nich, zbyt bohaterska. Po co walczyć, kiedy można nas spalić.