Po wyjeździe ze Sławka!
Jest ciemno, Stasiek pogania konie — żegnaj Sławku! Przytulam się do mego męża.
— Jureczku, nie martw się, jakoś sobie damy radę, jakoś tam będzie. Obyśmy tylko byli zawsze razem!
Jurek obejmuje mnie.
— Cóż, Emuś, życie jest przypadkiem, a śmierć przeznaczeniem. Musimy przecież kiedyś umrzeć.
A potem cicho deklamuje smutny wierszyk: „Rozdzielą nas drogi nieznane i fale dalekich mórz. Rozdzielą nas ludzie niedobrzy i dobrzy ludzie, i Bóg”. Cisza. Przed stacją żegnamy się ze Stachem, klepię po pysku starego konia, Maćka.
W pociągu stale denerwuję się. Podróżowałam zawsze sama, a teraz boję się, aby ktoś nie zwrócił uwagi na Jurka.
Wydaje mi się taki wysoki i rzucający się w oczy w swojej skórzanej kurtce.
W końcu Warszawa. Szum, ruch, Boże, żeby i nas nie zaczepiono po wyjściu z dworca, ale jakoś mijamy niebezpieczną strefę. Jedziemy dorożką aż do przystanku tramwajowego, idącego direct na Sadybę. Każdy mundur policjanta wprowadza nas w niebywały strach. Po ostatnim wpadunku boję się po prostu każdego policjanta.
Zastajemy u R. teściową i Zosię, która dnia poprzedniego wróciła przez placówkę z getta. Dowiaduję się od niej, że rodzice moi jako tako urządzili się u chłopa, przez kilka dni zażywali błogiego spokoju, ale w końcu dostali wezwanie do wójta, jako osoby nowo przyjezdne. Ojciec postanowił wyjechać.
W Warszawie tułali się przez kilka dni za duże pieniądze, w końcu widząc, że urządzić się nie sposób, wrócili. Ojciec ma projekty na jakiś bunkier, poza tym getto szykuje się do obrony.
— Twój ojciec entuzjazmuje się tą organizacją i aktywnie pracuje. Namawiał mnie, abym została i przyłączyła się do nich, ale ja to uważam za ostateczność, trzeba wykorzystać wszystkie możliwości urządzenia się tutaj.
— Opowiedz mi — proszę — jeszcze coś o rodzicach.
— Cóż, mieszkają tam, gdzie mieszkali. Raz spotkałam twego papę, jak szedł z bochenkiem chleba. Tego dnia nie mogłam w żaden sposób nigdzie dostać pieczywa i spytałam się ojca, w jaki sposób go zdobył. Dostał go z gminy. Mimo moich protestów ofiarował mi połowę chleba.
— Czym się mogę panu odwdzięczyć? — spytałam.
— Tortem po wojnie.
— Boże, obym mogła spłacić jak najszybciej mój dług!
Trzeba jednak zrozumieć, że żaden tort w czasie normalnym nie może być równowarty z połówką ciemnego i kwaśnego chleba, którą mój ojciec odstąpił w jego sytuacji i w owym czasie.
Nieco rzeczy udało się Zosi przynieść, a część gabinetu sprzedać za psie pieniądze jakiemuś dentyście aryjczykowi, który mając stosunki z Niemcami, mógł go wynieść z getta.
Więc jesteśmy już w Warszawie. Rozpakowuję moją jedyną walizkę. Z rzeczami nie mam kłopotu.
— Co myślicie robić? — pyta teściowa.
— Kryć się nie możemy, nie mamy na to pieniędzy. Trzeba jakoś oficjalnie urządzić się. Może znajdziemy mieszkanie jako aryjczycy. Poproszę kogoś ze znajomych, aby nam dali rekomendacje. Może i pracę jakąś znajdziemy. Poza tym mam część mebli, jakieś rzeczy u znajomych, sprzedam je.
— Ale czy ci wydadzą?
— Spróbuję.
Co dzień rano idę na miasto, zwracam się do wszystkich znajomych, których uważam za stosunkowo życzliwych, z prośbą o pomoc. Przede wszystkim trzeba mieć zabezpieczony dach nad głową. Ale okazuje się, że nasze „lipowe” dokumenty na Warszawę nie nadają się, nie możemy się na nie meldować, a bez meldunku nie możemy oficjalnie mieszkać. Za nowe dokumenty chcą bajońskie sumy, a nie możemy znaleźć tańszego źródła. Nie mamy tyle pieniędzy...
Pani Alina oświadcza, że wydać mebli, do których przyzwyczaiła się przez dwa lata, nie zgadza się, ale może je odkupić.
Ustalamy śmiesznie małą sumę. Ale pani Alina zwleka z wypłatą z dnia na dzień. Pan Radowski zaufany wujka, u którego część naszych rzeczy była złożona, również niewyraźnie się zachowuje. Wie, że sama nie mogę do niego chodzić, ponieważ w domu, gdzie mieszkam, niebezpiecznie mi się pokazywać, więc na moje listy odpowiada wykrętnie, przez telefon sam oznajmia mi, że go nie ma.
Jeszcze ciągle myślę o wyciągnięciu z getta rodziców i wujka, ale są to zupełnie nieziszczalne marzenia, ponieważ sama nie mogę się urządzić. Tylko nocami mogę myśleć o tym i wyobrażać sobie różne szczęśliwe niemożliwości.
Wielkanoc. Wiosna. Na drzewach pojawiły się pąki, zakwitły bzy, zazieleniło się.
Sadyba Czerniakowska przybrała nową szatę. Opodal, w willach, bogaci, spokojni ludzie wynosili swoje leżaki na werandę, cztery rasowe psy japońskie milionerki Rejtowej, ubrane w nowe, kolorowe wstążeczki, szczekały na przechodniów przylepiając mordy do parkanu. Co dzień, gdy zmęczona przyjeżdżałam z miasta, bawił mnie ten widok. Co tydzień płaciliśmy pani R. rachunki. Były kolosalne. Z przerażeniem stwierdzaliśmy, że nasza kasa galopująco pustoszeje. Dzwoniłam do wujka, pytałam o rodziców. Niestety, żadnej dobrej wiadomości nie dostawałam. Nie miałam już z czego posyłać im pieniędzy, a moje coraz bardziej alarmujące prośby i błagania o wydanie mi rzeczy albo pieniędzy za meble, pozostawały bez skutku.
Pewnego dnia udałam się do Jasi. Rodzice byli u niej przed wejściem do getta. Opowiadała mi za każdym razem o tym ze łzami w oczach. Takie to było straszne, takie straszne. Zostawili u niej swoje aryjskie dokumenty. Siedziałam u niej w kuchni. Jasia krzątała się przy obiedzie.
— Już nie wiem, Jasiu, do kogo się zwrócić. Może by tak do Fiuka?
Fiuk to jakiś krewny Jasi, który przez pewien czas mieszkał z rodziną u nas w domu. Był bardzo biedny i rodzice pomagali mu. Potem dostał posadę w ministerstwie jako woźny i w święto przychodził często do rodziców, prezentując swoje dorastające dzieci. Przy każdej okazji zapewniał o swojej wdzięczności dla nich. Robił wrażenie spokojnego i uczciwego.
— Fiuk zawsze się tak o państwa dopytuje. Kiedy mu opowiedziałam, że pani rodzice byli tu, nie mógł odżałować, że ich nie widział. Niech się pani do niego zwróci. Taki prosty człowiek może mieć więcej serca i zrozumienia niż inny.
— Tak, Jasiu, myślę o tym.
Wiem, Olszewski, Jasia, Frania, Stasiek to nasi prawdziwi przyjaciele.
Tegoż dnia idę do Fiuka. Zastaję go wraz z żoną. Prawie nie poznają mnie, potem są jacyś zakłopotani, ja również nie wiem, jak się mam zachować. Właściwie są to zupełnie mi obcy ludzie. Prośba o coś zawsze sprawiała mi trudność, a teraz słowa po prostu więzną mi w gardle. Przemagam się.
Fiuk oświadcza, że ma znajomego na wsi i tam myślał ulokować moich rodziców. Wobec tego, że znajomy ten ma duże stosunki w okolicznych wsiach i majątkach, więc może uda mu się Jurka urządzić na jakiejś posadzie.
Nazajutrz jest niedziela. Nie tracąc czasu, postanawiamy, że obaj pojadą do Grójca. Fiuk przedstawi Jurka jako kuzyna wysiedlonego ze Śląska. Jadę do domu wprost szczęśliwa — jest nadzieja na urządzenie się!
Nazajutrz jedziemy w wesołym nastroju na Natolińską do Fiuków. Obmyśliłam już szczęśliwe plany, jak to my, urządzeni na wsi, sprowadzimy rodziców. Tak, człowiekiem pracującym nikt się zbytnio nie interesuje. Jeżeli przyjedziemy na pracę, szybko zaaklimatyzujemy się.
U Fiuków już czekają na nas. Oboje rodzice, dziewiętnastoletnia córka wymalowana i ubrana z tanią elegancją, znałam ją jako małą dziewczynkę i po prostu trudno mi ją poznać, oraz dwóch chłopaków — trzynastoletni i ośmioletni. Przedstawiają nas jako krewnych, ale Janka — córka wie, kim jesteśmy. W pewnej chwili przychodzi przyszły zięć, narzeczony Janki. Jest to młody dwudziestokilkuletni człowiek o twarzy wyjątkowo niesympatycznej i chytrych, rozbieganych oczach, robi na nas wrażenie bardzo niekorzystne i z przerażeniem dowiadujemy się w trakcie rozmowy, że wie, kim jesteśmy. Zapewnia nas o swojej przyjaźni i czym więcej mówi o swojej życzliwości, tym bardziej boję się go i nie wierzę mu. Godzina odejścia pociągu zbliża się i Jurek z Fiukiem zabierają się w drogę. Ziutek, takie jest imię narzeczonego Janki, pragnie mnie odprowadzić do domu, ale ja ze względów ostrożnościowych pozwalam się tylko odprowadzić do tramwaju i jadę w odwrotnym kierunku, chcąc zatrzeć ślady za sobą. Ten człowiek nie podoba mi się.
Na drugi dzień Jurek wraca. Gospodarz, u którego byli, przyrzekł wystarać się o coś dla niego. Jest to człowiek sympatyczny, szczery, na razie dał mu list do swego przyjaciela, administratora wielkiego majątku hrabiowskiego w Tunelu koło Trzebini.
— Mam nadzieję, że on pana urządzi.
Jurek ze swoją męską postawą, jasnymi oczami i szlachetną twarzą wszystkim się podoba, we wszystkich wzbudza zaufanie.
Teściowa rozpacza: w taką drogę, tak daleko, to jest niebezpieczne.
— A w Warszawie jest bezpieczniej?
Zresztą jaką mam radę? Całą noc nie śpię, może nie pozwolić mu jechać, co robić, kogo się poradzić? Słabej, bezradnej Zosi? Zdenerwowanej teściowej? Wiem, że jesteśmy jak łupinki orzecha podczas burzy na morzu, ale nie mamy na to rady — albo przetrwamy burzę, albo fale nas pochłoną...
Jurek jedzie. Oczekuję z szalonym niepokojem. Boże, żeby szczęśliwie dojechał!
Rano ktoś stuka do furtki. „Może Jurek przyjechał” — myślę. Wyskakuję z łóżka i biegnę do okna. Wzdłuż domu idzie kilku mężczyzn, jacyś urzędnicy czy znajomi. Zosia z teściową jeszcze śpią. Budzę je. Wtem drzwi bez pukania otwierają się i dwóch panów z teczkami wchodzi do pokoju.
— A kto tu mieszka? — pytają R., która wsuwa się za nimi. — Meldowani?
— Nie, niedawno przyjechali.
Podajemy dowody. Z sąsiedniego pokoju dobiegają nas słowa: Jakubowiczowa, niemeldowani, dowody z urzędu śledczego.
Jak to dobrze, myślę, że Jurka nie ma w tej tragicznej chwili. Gotowam to wypowiedzieć mojej teściowej.
— Proszę się ubrać, pojedziemy do urzędu śledczego.
Ubieramy się.
Swoim zwyczajem, który już poznałam w Sławku, lustrują torebki, wywlekają wszystko z walizek.
— Co to za męska garderoba?
— To syna pani R.
— A pani rzeczy?
— Moje są w szafie.
— Kto to jest? — pytają na fotografię Jurka.
— To mój mąż.
— A gdzie on?
— Nie żyje — mówię głuchym głosem i sama boję się tej odpowiedzi. Boże, może wymówiłam w złą godzinę!!!
Teraz Zosia.
Jeden z urzędników zadaje tysiące pytań Adasiowi, który ma na wszystko jednakową odpowiedź: nie wiem, proszę pana. Mówi to przymilnie i z uśmiechem na twarzy, ale panu urzędnikowi odpowiedzi nie bardzo są potrzebne. Brutalnie ściąga z małego koszulkę i jeszcze brutalniej sprawdza jego przynależność rasową. Dziecko płacze. Eda bierze je na ręce i uspokaja. Znów targi, płacze, błagania.