Styczniowe wysiedlenie

Pewnego dnia Frania przynosi wiadomość, że ludzie opowiadają, jakoby już od dwóch dni jadą wagony z Warszawy z Żydami na Treblinkę. Niektórym udało się wyskoczyć w biegu, ale ich powystrzeliwano. Ktoś ze wsi leżącej przy torze opowiadał, jak Żydzi konali na zimnie, leżąc w polu, jęczeli straszliwie, ale wieśniacy bali się im dopomóc, opatrzyć rany. Za to złodzieje mieli bal, obrabowali ofiary, nie zawahali się nawet przed ściągnięciem z nich ubrań. Cóż, odzież jest droga, a tym umierającym i tak się nie przyda.

Jurek chrząka, zaciskam wargi. Gdy Frania wychodzi, wybucham płaczem. Może rodziców już nie ma, może to oni właśnie leżą gdzieś na śniegu. Biedni, nieszczęśliwi ludzie z getta. Ala i Jurek uspakajają mnie. „To tylko plotki”. I ja chcę wierzyć, że to kłamstwo.

Po dwóch dniach przyjeżdża Gerta. Wiadomości, niestety, potwierdzają się. Znów masowe wysiedlenie. Placówki przestały wychodzić na robotę, opowiadają, że rzucano pociski na Niemców, że kilka domów spalono.

Robię sobie wyrzuty, oskarżam się, że podczas mojego pięciomiesięcznego pobytu po aryjskiej stronie nic dla rodziców nie zrobiłam i dałam im zginąć.

— Zastanów się — mówi Jurek — cóż mogłaś zdziałać, przecież cały czas myślałaś o nich, a sama czy jesteś dobrze urządzona? Czy jesteś w bezpiecznym miejscu? Wiesz, jak wszystko tu stoi na kurzych łapkach.

— Ale żyjemy — upieram się — dziś żyjemy. Jeżeli teraz przetrwamy, muszę ich ściągnąć i już się z nimi nigdy nie rozłączę.

— Jeżeli przetrwają — mówi nieopatrznie Ala, widząc moją rozpacz — napiszesz, aby tu przyjechali. Co będzie, to będzie. Wiem, że żyć bez najdroższych to tak, jakby wcale nie żyć.

Ach, Alu, jakaś ty dobra!

Czekamy teraz z niecierpliwością na przyjazd Gerty, która ma się dowiedzieć o nich w getcie i przesłać im tragicznie brzmiące listy, zaczynające się od słów: „Jeżeli Opatrzność pozwoli, aby pismo to doszło do waszych najdroższych rąk...”.

Po kilku dniach przyjeżdża. Widzę ją z daleka i wybiegam na spotkanie. Gerta rzuciła: Wszystko w porządku. Wszyscy wasi żyją. Ojciec, matka, wujek, teściowa, Zosia i Benio.

Nieprzytomna ze szczęścia wpadam do pokoju, gdzie przy akompaniamencie moich nieartykułowanych dźwięków wykonuję dziki taniec, który ma wyrazić największą radość, a może być śmiało przyjęty za atak furii.

Wywieziono z getta znów kilka tysięcy ludzi, na razie spokój i placówki wychodzą do pracy.

Sto razy każę sobie opowiadać o telefonicznej rozmowie Gerty z ojcem i wujkiem. Wreszcie piszę listy szczęśliwe i szalone, zraszając je obficie łzami szczęścia i nieopatrznie, za pozwoleniem Ali, zapraszam ich na Sławek.

„Zawsze macie tam miejsce zabezpieczone, nie narażajcie się na następne wysiedlenie. Jeżeli los był dla was dotychczas łaskawy, nie trzeba go nadużywać”.

Jurek pisze do matki i siostry podobne epistoły z takim samym zakończeniem (za pozwoleniem Ali), „przyjeżdżajcie”, dodając przezornie „w ostatecznym wypadku, bo u nas też nie jest pewnie”.

Gerta przewozi listy pod korkiem w pantoflach, ulubione miejsce dla korespondencji gettowej. Po pewnym czasie otrzymuję odpowiedź. Rodzice piszą, że szczęśliwym przypadkiem udało im się przeżyć. Ojciec jest niezbyt zdrów (co rozumiem, że jest bardzo chory), że na razie jest tam cisza, a przyjechać do nas boją się ze względu na nasz spokój. Uczynią to w ostateczności, gdy już nie będzie innego wyjścia.

„Ale skąd można wiedzieć — myślę — kiedy jest ostateczność, owa minuta przed dwunastą?”

Po upływie tygodnia Ala w sobotę rano dostaje zawiadomienie, że odprawa tajnego wywiadu organizacji podziemnej tym razem odbędzie się u niej, na Sławku. Uczestnicy mają przyjechać około godziny 12 w południe. Sławek jest tak szczęśliwie położony na uboczu, że jest wymarzonym miejscem na tajne zgromadzenia. Jurek i ja, jako nienależący do organizacji, mamy stać się niewidzialni, do czego już przywykliśmy. Najgorsza sprawa z Erykiem, który kręci się jak bąk po całym domu.

W końcu zabieram go na spacer. Idziemy pustym polem koło lasu, jest piękny, słoneczny dzień lutowy. Rzucamy w siebie kulami ze śniegu. Eryk opowiada mi jakieś historie szkolne. W końcu zmęczeni wychodzimy na drogę, kierując się w stronę domu.

— Patrz — woła nagle mały — idzie mama i jeszcze kilka osób.

Mrużę krótkowzroczne oczy, ale oprócz wielu kresek w dali, nic nie mogę dojrzeć.

— Pójdziemy na ich spotkanie — proponuje chłopczyk.

— Czy jesteś pewny, że to twoja mama? — pytam.

— Ale naturalnie — oburza się Eryk — moją mamę poznałbym na drugim końcu świata.

— Kogo jeszcze widzisz?

— Jeszcze dwie kobiety i trzech mężczyzn.

„Może moi rodzice — przebiega mi przez myśl — ale czyżby szli tak nieopatrznie grupą przez wieś, gdzie wszystko zwraca na siebie uwagę?”

Eryk biegnie do matki. Podążam za nim i oto jesteśmy już przy nich. Gerta, teściowa, Zosia i trzech nieznajomych mężczyzn w butach z cholewami i w kurtkach.

— Mamo — woła dziecko, ale Gerta nie uśmiecha się.

Kobiety patrzą na nas z rozpaczą i zgrozą. Mężczyźni zatrzymują nas.

— To wasze dzieci?

Zdejmuję opadający szalik z głowy.

— Ach, to pani? — kłania się jeden z nich.

Poznaję w nim policjanta Jurowskiego, który wraz z kolegą przyjechał na wywiady zaraz po naszym przybyciu na Sławek.

— Te panie zatrzymano, posądzone są o pochodzenie żydowskie, oświadczyły, że idą na Sławek. Więc pójdziemy razem.

Po drodze wypytuje mnie, jak długo Eryk jest na Sławku. Każą mu odpiąć spodenki. Idę obok nich nieprzytomna, na Sławku jest odprawa — zakonspirowane zebranie, na które przyjechało około 20 osób. Co robić? Jak ich uprzedzić, gdzie Jurek? Po prostu ciągnę nogi, staram się chodzić jak najwolniej, ale każdy krok niemiłosiernie i bezapelacyjnie zbliża nas do wesołego drewnianego domku, w którego ścianach za chwilę rozegra się tragedia.

Wchodzimy na podwórze. Teraz wypadki rozgrywają się z taką szybkością, że trudno mi samej się zorientować, jak wszyscy znaleźliśmy się w pokoju, gdzie było zebranie.

Jak przez mgłę przypominam sobie Alę, wołającą na grubiańskie przywitanie policji: „wolnego, wolnego, jeszcze ja tu jestem gospodynią!” (wieczna jej werwa), jak te rozwścieczone draby wpadły, gnając nas do pokoju, gdzie wszyscy, ostrzeżeni przez straż mężczyźni, wstali od stołu.

— Cóż to za zebranie? — zawołał jeden z policjantów. — Dawać dowody!

Zebrani wyciągnęli rewolwery, gotowe do wystrzału.

— Oto nasze dokumenty.

Policja schwyciła również za broń. Chwila śmiertelnej ciszy, a potem:

— Strzelaj! — zabrzmiał głos jednego z organizatorów. — I my możemy strzelać, nabojów nam starczy, tylko weźcie panowie policjanci, dwie rzeczy pod uwagę: nas jest dużo, was mało. Poza tym mam nadzieję, że chociaż służycie Niemcom, wiecie jednak o tym, że jesteście Polakami. Natrafiliście na polskie zebranie wolnościowe. Jeżeli nam chcecie szkodzić, to wiecie zapewne, jaki los was czeka. Takie rzeczy wam bezkarnie nie ujdą.

Cisza. Policjanci chrząkają.

— Myśmy po was nie przyjechali teraz, więc i dowody wasze nam nie potrzebne, chodziło nam tylko o waszą rasę (!!!), ale widzę, żeście Polacy, poznaję kilku z was — (było tam kilku miejscowych nauczycieli, urzędników gminnych) — nic wam, naturalnie, nie zrobimy. Możecie być spokojni, pozwólcie nam tylko rozprawić się z tymi zatrzymanymi Żydówkami i z tym Joskiem (Eryk).

— Ten mały, to Żyd? Niemożliwe!

— Ha, ha, sprawdzone.

— Pani dowód? — pyta policjant.

Podchodzę do szafki i wyjmuję „kennkartę”.

— A gdzie mąż?

— W Warszawie — odpowiada za mnie Ala.

Domyślam się, że udało jej się go ukryć, za co dziękuję Bogu.

Wracają pozostali policjanci, obszukali dom, nie znalazłszy nikogo.

— Kim pani jest? — pyta mnie policjant.

— Przecież pan trzyma moje dokumenty.

— Dokumenty mogą być sfałszowane. Te kobiety też zwiały z getta, mają fałszywe dokumenty, a jeszcze jaka bezczelna: Żydówka ma niemieckie dokumenty!

„Niemieckie dokumenty” wymawia po prostu z szacunkiem, jakby wspomniał jakąś świętość.

Ironia losu! Czyż może być bardziej prawdziwy dokument od dowodu Gerty? Niestety, musi milczeć, bo za przechowanie dziecka grozi jej tak samo kara śmierci, jak za pochodzenie. Eryk jest blady jak śmierć. Gerta wydobywa z torby przywiezione z sobą karty, chcąc go uspokoić, gra z nim w jego ulubioną grę. Policja rewiduje torby kobiet, wyciąga z torebki fotografie, przeglądając pilnie notatki.

— Co za bezczelność nosić przy sobie fotografię polskiego oficera! — wybucha znów jeden z policjantów.

— To mój mąż, który walczył o Polskę — odpowiada głuchym głosem Zosia. — Niejedną jego fotografię noszę przy sobie.

Zebrani siedzą, jak na przedstawieniu czy w sądzie, gdzie „najwyższy trybunał” w postaci trzech ordynarnych drabów „sądzi” cztery kobiety i jedno dziecko.

„Sądzi za rasę” i wydaje jednogłośnie wyrok śmierci. Zebrani członkowie organizacji wolnościowej okazują żywe zainteresowanie tym obrazkiem, ale nie zabierają głosu w tej sprawie. Szepczą tylko, że Ala, znająca jak wszyscy członkowie organizacji instrukcję o niemieszaniu się w sprawy żydowskie, co może zawsze zagrażać bezpieczeństwu i może naprowadzić, jak to się stało obecnie, na ślady organizacji, powinna była być obojętniejsza.

Ala tymczasem odciąga coraz to innego policjanta do przyległego pokoju. Policjanci jeden przez drugiego przekrzykują się, wygrażając kobietom:

— Zabijemy jak psów, pomścimy naszą krzywdę (jaką?), krzywdę naszych braci!

Stoję wtulona we framugę okna. Podchodzi do mnie kilku członków organizacji, którzy mnie znają z wizyt na Sławku.

— Skąd do was te Żydówki, co za nieostrożność! Skąd je pani zna?

Teraz orientuję się, że mnie wzięto za aryjkę. Przyłącza się do nich policjant. Może powinnam ich w tym utwierdzić, coś mądrego powiedzieć, ale milczę. Po prostu braknie mi sił.

— No, szykujcie się, przed klombem was ułożymy albo trochę dalej koło lasku, żeby pani Alinie nie psuć widoku.

Gerta jeszcze ciągle gra z Erykiem w karty.

Znów podchodzi do mnie jeden z policjantów.

— Ja tam co do pani pochodzenia mam również wątpliwości. Mnie się zdaje, że pani jest Żydówką, wyszła pani za naszego i mąż tu panią ukrywa.

— Czemu pan tak myśli? — pytam, ciesząc się w duchu, że choć Jurek ma u niego dobrą opinię.

— Nie wiem, zresztą może tak nie jest, trzeba by panią przesłać na śledztwo, bo jako tu zameldowaną nie mamy prawa pani rozstrzelać. Trzeba będzie wszcząć dochodzenie.

Jeden z bohaterów, który przeszukiwał tymczasem z wielką gorliwością torebkę Zosi, znalazł w niej list.

O, o, o! Czyta go na głos. Serce przestaje mi bić. To list moich rodziców, pisany do mnie...

W tym pokoju, pełnym wrogów, w tragicznej chwili „sądu” i mającej się odbyć „kary” słowa rodziców brzmią jak słowa pożegnania. Czemuż jednak słowa, drogimi rękoma pisane, myśli i życzenia najukochańszych, odczytywane są przez przeklęte, nikczemne usta?

„Najdroższe nasze dziecko! Odgrodzone od nas wielkimi murami i daleką niebezpieczną drogą, a tak nam bliskie, tęsknimy za tobą w dzień i w nocy. Myślimy o tobie i modlimy się, abyś choć ty przetrwała. Nasza mała córeczko, każda twoja sukienka, każda twoja drobnostka to nasz talizman. W najcięższe dni i najtragiczniejsze noce, w ciężkie godziny męki w schronach, gdzie człowiek czuje się jak żywcem pogrzebany, radujemy się, że ty nie przeżywasz tego. Piszesz o swoim do nas przywiązaniu, o twojej ku nam miłości, ach, błogosławione twoje listy. Tu u nas jesteśmy zdani na samych siebie, nie ma tu przyjaźni, ludzie są przestraszeni i w męce, w tej gorączce przed śmiercią stają się sobie wilkami. Dziecko drogie, prosisz nas o przyjazd, ale czy to wam nie zaszkodzi? Czy ta prośba jest podyktowana rozumem czy tylko sercem?”...

Nie mogę zapanować nad sobą. Łzy płyną mi po twarzy. Kilku siedzących obok panów wyjmuje chusteczki i podejrzanie wyciera nosy.

Policjant czyta, czyta słowa o miłości i o konaniu, czyta o zbrodni, niesprawiedliwości i grozie, czyta o sercach niewinnych i dobrych, przepełnionych miłością, czyta:

„Nie myśl o nas, myśl o sobie, twoje szczęście jest i naszym szczęściem, innego nie mamy. Twoje życie jest naszym życiem”...

Drab kończy czytanie listu, który nie wywarł na nim żadnego wrażenia.

— Do kogo ten list, do kogo?

— Do znajomej w Warszawie, ale jej już nie znalazłam — odpowiada Zosia.

— Kłamiesz, kłamiesz! — wścieka się chłopisko wymachując rękoma przed nią.

W końcu Ala wyprowadza go na konferencję. Po kilku godzinach wszyscy policjanci są obrobieni i godzą się na okup pieniężny. Oddaję połowę naszych zapasów pieniężnych i policja opuszcza nas, a uczestnicy zebrania również rozjeżdżają się.

Zostajemy sami. Ala przyprowadza Jurka, którego ukryła w jakimś chlewku.

Patrzymy długo, milcząco na siebie. Zosia dostaje silnego krwotoku i leży na wpół przytomna. Teściowa spazmuje. Gerta siedzi jak posąg kamienny z Erykiem na kolanach. Ala i ja biegamy od teściowej do Zosi, nie wiedząc, jak im pomóc. Jurek i Cybulski, zupełnie wytrąceni z równowagi, palą papierosy jeden za drugim. Frania w kuchni zalewa się łzami i oświadcza, rzucając mi się na szyję, że wszystko wie i nas nie opuści aż do śmierci (tak się też stało), że członkowie partii to świnie, bo wcale nie reagowali na naszą krzywdę i że ona wypisze się z tej organizacji. Uspokoiwszy się nieco, teściowa i Zosia opowiadają o strasznej akcji styczniowej.

„Uratowałyśmy się, siedząc w schronie. Była tam murowana nisza, do której wchodziło się przez otwór zamaskowany zlewem. Zabrano bardzo znaczną ilość ludzi z szopów, domów i placówek. Z opustoszałych mieszkań wywożono rzeczy. Trwało to kilka dni. Niemcy, do których strzelano z okien i których obrzucano pociskami, z bezwzględnym okrucieństwem męczyli ludzi i tak już skazanych na śmierć. Gdy kilka domów stanęło w płomieniach, sądziłyśmy, że nie ma ratunku, ale potem uspokoiło się. Postanowiłyśmy uciec stamtąd, ponieważ nie ma sensu zostawać na miejscu, gdzie zewsząd czeka nas zagłada. Boimy się nowego wysiedlenia i tak życie jest tam straszne. Nie można zupełnie poruszać się po ulicach, po których Niemcy bez uprzedzenia strzelają. Jest na przykład taki młody hitlerowski bandyta, który „kursuje” od 5 do 7 wieczorem, mierząc przeważnie do kobiet. Wyloty ulic są najczęściej obstawione, tak że chcąc dostać się z jednej ulicy na drugą, czasem nawet z jednego domu do drugiego, trzeba wędrować przez dachy, piwnice, skakać przez mury. Przez ulice mogą chodzić jedynie oficjalnie grupy pracujących. Każdy list doręczony przez rodziców, każda paczka odzieży, którą od nich otrzymałam, to narażenie życia, to ciężka i niebezpieczna wyprawa”.

Kiedy w końcu zdecydowały się opuścić getto, porozumiały się ze znajomym kierownikiem placówki — Żydem. Była to grupa robotników pracujących na dworcu. Czekano kilka dni na łagodną wachę i w końcu udało się kierownikowi przetranslokować je na stronę aryjską. Łagodna wacha porządnie obiła teściową, poddając w wątpliwość, czy będzie w stanie pracować na dworcu ze względu na wiek. Potem obszukali „szmugiel” pracowników, którzy wywozili ubrania z getta, zamieniając je na żywność u Polaków i opustoszyli im plecaki. Przez trzy dni starały się one jakoś ulokować w Warszawie. W końcu zdecydowały się, że w mieście żyć nie sposób i przyjechały na Sławek.

Późno kładziemy się spać.

— Będziemy musieli stąd wyjechać — mówi Jurek. — Dwudziestu członków organizacji wie, że tu byli Żydzi. Każdy z nich opowie o tym swej żonie, ta z kolei matce czy też przyjaciółce, rozejdzie się wieść po okolicy, sensacja. Policja ze swej strony też podejmie kroki, ponieważ będzie chciała być kryta przed żandarmerią. Puścili Żydówki przy świadkach! Pozycja Cybulskiego i Ali też mocno ucierpiała. I tak skończyło się szczęście sławkowskie, mały domek nie będzie schronieniem dla bezdomnych, gnanych i prześladowanych ludzi, jego ściany nie będą już nas odgradzać od wrogów, złe oczy nas wytropiły...

Nazajutrz Gerta wyjeżdża z Erykiem. Umieści go na razie u Fiutkowskiego, a potem będzie się starać o jakieś miejsce. Proszę ją, aby i dla nas coś przyszykowała, przyrzeka, ale ja z góry wiem, że sama jest bezradna i nic nie załatwi. Zosia jest chora i tak słaba, że nie może być mowy o jej wyjeździe.

Znów do getta? Może już lepiej kryć się w bunkrach? Ludzie składają się na budowę wielkich schronów. Ale jak okropnie jest myśleć o powrocie do piekła. Obie mają wyrzuty sumienia, że swoim przyjazdem zepsuły nam locum. Jak lekkomyślne były listy pisane do rodziców o przygotowanym dla nich schronieniu! Moi biedni staruszkowie, nie mam już ani dla was, ani dla siebie kąta!

Na razie zostajemy na Sławku z tej prostej przyczyny, że nie mamy dokąd jechać. Cybulski przynosi z gminy coraz gorsze wiadomości, plotki rozchodzą się z niebywałą szybkością. Ala dostaje formalne ostrzeżenie z organizacji za przetrzymywanie Żydów. Siedzimy jak na minie, która w każdej chwili może wybuchnąć.

Wybieram się znów do Warszawy, aby coś wynaleźć, choć nie mam na to żadnych nadziei. W przeddzień mego wyjazdu przyjeżdża Olszewski. Zupełnie nie jesteśmy w nastroju do bimbru i muzyki. Teściową i chorą Zosię transportujemy do niszy Frani, ponieważ Bolutek ma zwyczaj latania po całym domu. Staramy się robić dobrą minę dla niepoznaki. Bolek jest w poważnym i jakby uroczystym nastroju. W pewnej chwili oświadcza mi, że mówią w gminie o różnych rzeczach i jeżeli jesteśmy w to wmieszani (słowo „Żyd” jest zbyt straszne, nie zostaje naturalnie wymówione), powinniśmy się mieć na baczności. On ze swej strony będzie w miarę możliwości donosił nam o tym, co mówią na posterunku policji granatowej.

— Jeżeli nie macie dokąd jechać, mogę was na razie umieścić na wsi u wuja. Jurek to mój stary przyjaciel, chce odpocząć. Albo że oficer, a takich chętnie się przetrzyma. Będę wam pomagał...

Jestem wzruszona, bąkam coś pod nosem, nie wiedząc, jaką dać mu odpowiedź.

Tego samego dnia wieczorem dostaję ataku ślepej kiszki. Najbliższy lekarz mieszka w odległości 10 km. Nocą jechać po niego niebezpiecznie. Męczę się okrutnie, nie pomagają żadne domowe środki. Bez przerwy mam torsje. Płaczę z bólu i rozpaczy, że przez kilka przynajmniej dni będę przykuta do łóżka, nie będę mogła jechać do Warszawy, a czas teraz jest nam drogi. Nazajutrz torsje ustały, za to przy najmniejszym ruchu bok boli niemiłosiernie. Stasiek z Alą jadą po ciężkiej błotnistej drodze do Miedz po doktora.

Jurek majstruje coś w tajemnicy w stodole. W pewnej chwili ktoś puka do wejścia frontowego, które obecnie, ze względu na pobyt Zosi i teściowej, jest stale zamknięte. Obie uciekają do niszy przy schodach.

Powoli złażę z łóżka i patrzę przez szparę. Nogi uginają się pode mną. Nie, ja śnię chyba. Otwieram drzwi, moi rodzice! Płaczę i śmieję się na przemian. Ojciec wygląda na pierwszy rzut oka dobrze, ma twarz okrągłą, pełną, mamusia maleńka, drobna, siwiutka jak gołąb, o twarzy zmarszczonej jak pieczone jabłko, ma wygląd nie 60-letniej kobiety, ale 80-letniej staruszki. Ściągają ze siebie ubranie, nałożone jedno na drugim. Grzeją się przy piecu.

Dobry wygląd ojca jest, niestety, opuchlizną spowodowaną głodem, ciężką fizyczną pracą i chorobą serca. Kładę go na tapczanie, całuję, rozcieram zziębnięte ręce. Teściowa, Zosia i Jurek są tak dalece przerażeni ich przybyciem, że nie mogą się zdobyć na życzliwe przywitanie. Ból w boku nieznośnie mi dokucza, mimo to krzątam się koło nich. Frania grzeje kawę. Tyle pytań, tyle słów ciśnie się na usta — ale wpierw niech odpoczną.

Przyjeżdża Ala. Lekarz pojechał w teren na lustrację tyfusowych i nieprędko wróci. Za to Ala wystarała się dla mnie o zastrzyk pantoponu, który natychmiast prawie przynosi mi ulgę. Na widok moich rodziców okazuje serdeczność, wprost tkliwość. Nigdy w życiu nie zapomnę jej tego. Jest jak zwykle gościnna. Krząta się koło nich, nalewa kawę.

— Nie trzeba na razie mówić im — szepcze — o nowym niebezpieczeństwie, przecież aż żal na nich patrzeć, jak są wychudnięci20 i wystraszeni, niech odpoczną.

Tego dnia kładę się z błogą świadomością, że tuż obok śpią moi rodzice, nie chcę myśleć o niebezpieczeństwie, o tym, że znów grozi mi utrata ich. Dziś jesteśmy razem.

Jeszcze raz wstaję, zapalam świecę i cichutko wchodzę do ich pokoju. Patrzę na najdroższe twarze i czuję, że nigdy na świecie nikogo nie kochałam, nie kocham i nie będę kochać tak, jak ich.

Teraz całymi dniami siedzimy w trójkę, przytuleni do siebie i opowiadamy sobie wszystko bez końca. Chcą o wszystkim wiedzieć i ja również o każdym szczególe ich życia. Chciałabym, aby ojciec dużo leżał i żeby dużo jedli, żeby w ciągu krótkiego czasu na Sławku zdobyli jak najwięcej sił. Jedzenie nasze składa się wprawdzie przeważnie z kartofli, mleka i chleba, ale oni i tego tam nie mieli.

— Do ostatniej chwili — mówi ojciec — wahałem się z wyjściem z getta. Ale teraz stało się jasne, że wkrótce getto wykończą. Wprawdzie są tacy, którzy są innego zdania, ale ja łudzić się nie mogę. Wiem, że ciężko urządzić się, nie mając grubej forsy, ale cóż robić, nie mieliśmy się kogo poradzić, a przecież człowiek nie chce umierać, chce przetrwać do końca, jeżeli już tyle przeszedł. Po twoim wyjściu poczuliśmy się zupełnie sami, nikt się już nami nie interesował. Od ciebie długo nie mieliśmy wiadomości. Pewnego razu usiadłem na schodku, ciemno już było, tylko gwiazdy świeciły i pomyślałem, czy to możliwe, abym stracił swoje dziecko, abyśmy zostali bez ciebie. Pamiętasz, jak spacerowaliśmy wieczorem, kiedy byłaś jeszcze mała, podnosiłaś oczy na te same gwiazdy i pytałaś: „Tatusiu, co to są gwiazdy?” Wtedy gwiazdy były życzliwe. Teraz patrzyły na moją posiwiałą głowę wrogo... Pewnego dnia kazano nam natychmiast opuścić dom na Pawiej. Strzelano. Chwytaliśmy w popłochu drobnostki, porwałem miskę do mycia, zostawiając maszynę do pisania. Wytaszczyliśmy jakąś walizę, do której rzucaliśmy w popłochu, co się dało. Wyszliśmy na ulicę, nie mając dokąd pójść. Blokady nieco ucichły na szczęście, ale w każdej chwili mogły się powtórzyć. Do żadnego z szopów nie chciano nas wpuścić, jako nierejestrowanych, z wujkiem porozumieć się nie można było, drogę do niego zamknięto. Bez dokumentów, bez schronu, bez rzeczy, byliśmy skazani. Przypadkiem po dwóch dniach natknęliśmy się na znajomych, mieszkających na „dzikim” terenie. Podzielili się z nami kątem. Ale dom ten był bardziej jeszcze zagrożony od innych i był bez schronu. Nie dostawaliśmy jako niepracujący żadnych kart aprowizacyjnych, a wobec szalonej wprost drożyzny była to klęska...

...Pewnego dnia spotkałem Zosię — opowiadał dalej ojciec — myślałem, że może ona ma jakieś wiadomości o was, ale i ona nic nie wiedziała, na wszelki wypadek podałem jej nasz adres. Dostałem czyraki na plecach, gorączkowałem, straciliśmy już nadzieję na przetrwanie, na domiar złego wszy pojawiły się w mieszkaniu. Wszy — to już koniec. Człowiek zawszony przestaje być człowiekiem. Pewnego dnia leżę w łóżku i myślę o tym, że może lepiej, aby jak najszybciej był koniec, aby skrócił nasze męki. Mamusia siedzi przy mnie ona nigdy się nie skarży, przegląda twoje fotografie. Wtem ktoś puka, wchodzi obcy człowiek-milicjant. (Milicja mogła się swobodnie poruszać po mieście). Pyta o nas. Wręcza nam list i pieniądze od ciebie. Wtedy dopiero dowiedzieliśmy się, że to nie pierwszy list do nas wysłany, że listy twe nie trafiały do nas, podczas, gdy my zrozpaczeni nie wiedzieliśmy nic o tobie, a i ty od nas nie miałaś żadnej wiadomości. List od ciebie! Tego dnia było u nas wielkie święto. Mamusia opłakiwała pieniądze, które nam przyniesiono, posyłką z uszczerbkiem dla ciebie! „Jej tam jeszcze bardziej potrzebne”.

— Ależ — przerywam — przecież to były wasze własne pieniądze, uzyskane za wasz sprzedany pierścionek...

...Teraz wstąpiła we mnie energia — mówił dalej ojciec — byłem chory, słaby, mieszkaliśmy w zawszonym mieszkaniu, ale postanowiłem doczekać, walczyć do końca. Po kilku dniach, kiedy czyraki trochę zagoiły się, poszedłem na wędrówkę po getcie. Wypytywałem się, jak urządzić się, jak dostać karty żywnościowe. W końcu znalazłem pracę. Żeby dostać się do szopu albo na „wychodzącą placówkę”, trzeba było mieć duże pieniądze, protekcję albo jedno i drugie. Oparzony już jednym szopem, nie miałem ochoty wszystkiego poświęcać tym „instytucjom”, tym bardziej, że naszą mizerną, ostatnią biżuterię chowaliśmy na wszelki wypadek na stronę aryjską. W getcie były gminne placówki, które pracowały przy rozbiórkach domów w miejscach dawnego getta, obecnie opuszczonego i przez nikogo niezamieszkałego. Aby dostać się na taką placówkę, trzeba było również i protekcji, i nieco pieniędzy, ale już niewiele. Dostałem legitymacje i przydział na oficjalne mieszkanie tzn. kąt w pokoju wraz z jeszcze dwiema rodzinami. Wydano mi karty żywnościowe. Pracować trzeba było ciężko. Nieprzyzwyczajony do pracy fizycznej bardzo cierpiałem, nie miałem dosyć sił, by dźwigać ciężary, a bałem się okazać moją słabość, aby mnie nie wyrugowano. Najgorsza była praca na mrozie. Gdy tak chodziłem do roboty, ubrany w zdobyte gdzieś ubranie robocze, aby nie niszczyć jedynego dobrego, które może mi się przydać, kiedy znów będę człowiekiem, wyglądałem tak dalece jak żebrak, że nikt z nielicznych pozostałych jeszcze znajomych nie poznawał mnie.

...Od ciebie przychodziły listy i pieniądze — opowiadał dalej — przychodziła Zosia. Jaka to była za każdym razem radość. Do wujka znalazłem drogę przez dachy i dziury i czasem późnym wieczorem, gdy tylko sił starczyło, szedłem doń: zanosiłem mu twoje listy. Wujek miał stosunkowo jak na getto dobre warunki — jako główny inżynier w szopie. Zmienił się bardzo. Ciężkie przeżycia, strata ciotki, osamotnienie wycisnęły na nim widoczne piętno. Nie był już tak bliskim i oddanym nam człowiekiem. Stał między nami mur obcości, a może to był tylko egoizm i apatia, które nas wszystkich ogarnęły. Część twoich listów zatrzymywał, gładził papier, czytał niezliczoną ilość razy. Był przybity, ale o każdym twoim telefonie opowiadał z entuzjazmem i podziwem. „Ona sobie tam spaceruje, telefonuje, jeździ pociągami, biedne dziecko!” Z pieniędzy od nas wziętych w swoim czasie oddawał nam po troszeczku. Bardzo się nam te pieniądze przydawały. Żyliśmy, wspominając dawne czasy i żyjąc nadzieją na przetrwanie. Mieszkaliśmy wtedy z rodziną pewnego adwokata, pracującego wraz ze mną. Czasem wieczorami robiliśmy plany, jak będziemy odwdzięczać się hitlerowcom. Przede wszystkim nakażemy im, aby co kilka dni przeprowadzali się na inną ulicę: stąd — tam, stamtąd — tu, pozostałych znów na inne miejsce. Po pewnym czasie, gdy już stracą swoje rzeczy, ręce im spuchną od noszenia ciężarów i ogarnie ich niepokój, zaczniemy wysiedlenie, oparte na ich własnych zasadach i przykładach. Niestety, nic gorszego od ich własnych metod prześladowania nie mogliśmy wymyślić. Tymczasem wszy nas gryzły z coraz to większym okrucieństwem. Nic nie pomagało, wieczne pranie, sparzanie wodą, polowania na bieliźnie. Wszy były wszędzie, w każdym domu, w każdym prawie mieszkaniu. Plaga. To były nasze towarzyszki niedoli; podczas gdy inni nas opuścili, one trwały przy nas wiernie. Rodzina naszego adwokata tak przywykła do nich, że prawie wcale nie zwracała uwagi na olbrzymie wszyska, łażące im po ubraniu. Dostałem manii prześladowczej. Jeżeli damy się wszom, jesteśmy straceni! Wobec tego, że w każdym z przepełnionych mieszkań aż roiło się od nich, postanowiłem odosobnić się. W sąsiedztwie stała rozwalona, na wpół spalona kamienica jeszcze z 1939 r. Szukając w gruzach, wypatrzyłem coś w rodzaju izby, którą po pewnej naprawie można było zamieszkać. Każdą wolną chwilę, a było ich niewiele, spędzałem na remontowaniu mojego domostwa. W końcu jako tako załatałem dziury. Powprawiałem, kradnąc w innych rozwalonych domach, drzwi. Gorzej było z ustawieniem kuchenki. Zdolności zduna nie posiadałem na pewno, bo żelazny piecyk ciągle dymił, uprzyjemniając mamusi i tak już „przyjemne” życie. Przestawiałem go bez skutku kilka razy! Kiedy mieszkanie było gotowe, urządziliśmy pożegnanie z robactwem i przenieśliśmy się do naszej chałupki na kurzych nóżkach (jak ją nazywała mamusia), a to z tej racji, że wszystko tam było pochyłe, podłoga i sufit powykrzywiane tak, iż stale miało się wrażenie, że izdebka zapadnie się, a jej ściany złożą się jak w domku z kart. Zbudowałem również dojście do domu, w którym był schron, a w którym na wypadek wysiedlenia mieliśmy się schronić.

Nastąpiło styczniowe wysiedlenie21. Tego dnia, a był to poniedziałek, tatuś jakoś ociągał się z pójściem na robotę. Matka go przynaglała, ale ojciec czuł się dziwnie słabo. Gdy do ich uszu doszła strzelanina, zrozumieli, że coś się zaczyna. Zdążyli jeszcze przez owe wymyślone przez ojca przejście dostać się do schronu. Przepędzili w podziemiu kilka dób. Kilkaset ludzi stłoczonych w lochu, mdlało z braku powietrza i głodu. Szczęśliwie w podziemiu była woda. Na mdlejącego bez przerwy kubłami wylewano wodę. Bezustannie słychać było kanonadę. W końcu, gdy nastała cisza i odważono się wyjść ze schronu, getto znów było opustoszone. Kilka domów opodal jeszcze się paliło. W styczniowym wysiedleniu zupełnie już nie zwracano uwagi na legitymacje. Wzięto najgrubsze szyszki gettowskie. Tatusia placówkę również porządnie oczyszczono. Teraz odczuwano już w getcie zbliżający się koniec. Ulice były zaśmiecone, bo któż miał je uprzątać? Ojciec znów wrócił do pracy. Mamusia całe dni w swojej chatynce na kurzych łapkach czekała z niepokojem na jego przyjście. Aż wreszcie przychodził wymęczony, chory i zbolały, niosąc pod pachą nieco drzewa na ogień, chleb czy kartofle na kolację. Aż znów list ode mnie. „Przyjeżdżajcie, jest dla was miejsce”... Jak się temu oprzeć, jak się oprzeć tęsknocie za mną... Idzie tatuś do Zosi i teściowej, te oświadczają, że też wychodzą z getta, ale nie do nas, gdzieś na Grochów. Wujaszek nie radzi — „róbcie jak chcecie”. W końcu pakują się. Lepsze rzeczy kładą na siebie, gorsze zostawiają u znajomych. Ostatnią mizerną biżuterię zaszywają w ubranie. Daleki krewny, pracownik na „placówce wychodzącej”, umożliwia im wyjście. Kosztuje to dość dużo pieniędzy. Idą na nocną zmianę, aby trudniej było poznać ich stare, zmęczone twarze. Placówka mieści się na Grzybowskiej. Uprzedzają ich, że całymi dniami stoją „łapacze”, czyhając na wychodzące stamtąd na aryjską stronę ofiary, szantażując i odbierając im ostatnie grosze. Nad ranem dwoje starych zmęczonych ludzi, chyłkiem, w obawie, by nie spotkać policji lub żandarmów, przemykała się, kryjąc się co chwila w niszach bram. Ktoś idzie. Jakieś głosy! Przylepieni do bramy, czekają. Dwaj mężczyźni przechodzą, nie dostrzegając ich. Znów suną dalej. W końcu są już daleko od placówki. Czekają jeszcze w jakimś zakręcie, aż nieco się rozjaśni i idą do Gerty. Gerta tłumaczy im dokładnie drogę na Sławek, nie wspominając im o ostatnich przejściach. Jak mi później opowiadała, nie miała sił, patrząc na nich, powiedzieć im prawdy. Wróciliby z powrotem, nie widząc ciebie, a tak tego pragnęli.

Byłam jej za to bardzo wdzięczna. Warszawa, miasto, gdzie się wychowali, gdzie przeżyli kilkadziesiąt lat, zrobiła na nich oszałamiające wrażenie. Ulice pozamiatane, ludzie poubierani, ruch-życie-wystawy. Na schodach porządek. Dozorcy zamiatają podwórza. Tak, teraz jeszcze bardziej widać, że tam w getcie agonia.

Do pociągu jeszcze czas. Na dworcu bez dokumentów niebezpiecznie siedzieć, lepiej już chodzić po mieście. Dwoje zagnanych, samotnych ludzi błąka się po swym mieście, wśród swoich gruzów, wśród swoich rodaków. Opuszczeni, bezdomni, bez praw, skazani na śmierć. W szybach wystawowych odbijają się ich pochylone, dziwne postacie, a powieki zakrywają oczy, aby nikt w nich nie dostrzegł kryjącej się zgrozy, aby nikt w nich nie zobaczył tragedii getta, która jakby sfotografowana, zastygła w ich źrenicach.

Jadą pociągiem. Ktoś pomógł mamie wejść do wagonu i ustąpił jej miejsca. Jakże nieprzyzwyczajeni są do grzeczności, jakżeż odwykli od pomocy nawet w drobnostkach.

Deszcz.

Ojciec kieruje się według mapki, drogami okrężnymi na Sławek, aby nie zwrócić niczyjej uwagi. Idą pustymi drogami, polami, zmęczone nogi grzęzną po kostki w błocie. Ach, jakże są zmęczeni, ale idą do córki, tam jest dla nich miejsce, tam czeka na nich serce kochające, a to jest jedyna prawdziwa wartość na świecie.

*

Pewnego dnia znów przynosi Cybulski jedną z „ostrzegających” wiadomości. Opowiadamy rodzicom o ostatnich wypadkach.

— Wrócimy — mówią rodzice.

— Nie, nie.

Postanawiamy, że rodzice pojadą do Warszawy. Tam wyrobią sobie dokumenty. Zosia da im adres miejsca, gdzie można się zatrzymać na kilka dni, a potem pojadą w góry pod Kraków. Jest taka wieś Dobre, do której przyjeżdżają często letnicy. W Krakowie i okolicy jest podobno „mania żydowska”, a to ze względu na mniejszą ilość Żydów. W 1940–1942 nastąpiło wysiedlenie Żydów z Krakowa.

Wobec tego, że rodzice mają wygląd i obejście „dobre”, to znaczy, że nie przypominają Żydów, więc pojadą na wieś, ojciec poda się za urzędnika, który przyjechał na odpoczynek po chorobie. W krakowskim życie jest stosunkowo tanie, tak że starczy im na pewien czas, a potem zobaczymy, może wojna się skończy, może Czerwona Armia przyjdzie.

Plan jest niby dobry, ale puścić ich samych w obcy świat? Przejmuje mnie to zgrozą. Namyślamy się.

— Jedźcie — zachęca Jurek — może i my tam będziemy mogli przyjechać.

— A może — zastanawia się ojciec — wrócić do getta i złożyć się na budowę bunkra? Jeżeli znów nastąpi wysiedlenie, czyż nie lepiej zginąć z bronią w ręku, zginąć w wojnie? Przebąkują o obronie na wypadek wysiedlenia.

Patrzę na nich — wymęczonych i myślę: „jak tacy ludzie mogliby walczyć?”

Nie, nie, nie chcę, aby cały wysiłek wyrwania się stamtąd poszedł na marne. Sama myśl powrotu do piekła przejmuje mnie zgrozą.

— Jedźcie do Dobrego. Wieś Dobre — nomen-omen.

Całą ostatnią noc płaczę. Może jechać z nimi, jakże strasznie będzie mi ich znów stracić.

— Ty im nic nie pomożesz, możesz najwyżej pogorszyć ich sytuację — perswadują mi — a zresztą masz Jurka, czy możesz go samego zostawić?

Wiem, że moja energia, moja miłość zawsze może im się przydać. Ale ja przecież Jurka też kocham i nie mogę go opuścić.

Ranek. Stasiek wobec różnych pogłosek obiegających okolicę boi się odwieźć ich, za to Frania decyduje się szybko:

— Ja odwiozę, ja też umiem powozić.

Szykuję im paczki na drogę. Konie zaprzężone czekają. Dopadam ich, całuję, całuję bez pamięci, jakby w półśnie. W ostatniej chwili ściągam z palca niezbyt zresztą drogi pierścionek i kładę ojcu niewidocznie do kieszeni. Ja młoda, zawsze prędzej sobie poradzę niż oni. Już wychodzą. Chcę biec za nimi, ale Jurek wstrzymuje mnie siłą. „Opanuj się!” Widzę, jak idą zmęczeni, ciągną za sobą nogi. Idą w złe, nieznane. Cel okazał się mamidłem, los gna dalej: „Idź, idź, Żydzie, wieczny tułaczu! Nie ma odpoczynku dla zmęczonych i spuchniętych stóp twoich!”

Gdy wracam po pewnym czasie do pokoju, w którym spali, rzuca mi się w oczy okrwawiony ręcznik. Ojciec, goląc się rano w pośpiechu, skaleczył się. Tulę do ust czerwone plamy. To krew mego ojca...

*

Po kilku dniach nad ranem wyjeżdża teściowa z chorą Zosią. My sami, jako meldowani, możemy według Cybulskiego i Ali zostać najdłużej. Czekamy teraz z niecierpliwością na wiadomości od rodziców i teściowej. Czy ich gdzie nie przetrzymano, czy dotarli do celu?

U nas cisza przed burzą.

W końcu dostaję list z Dobrego, że szczęśliwie dojechali. To już dobrze.

Jadę do Warszawy i odnajduję teściową w oficynie na przedmieściu Warszawy. Ładna, biała willa, wewnątrz zaniedbana. Mieszka tam wdowa po lekarzu wojskowym z córką i synem. Pokoje nieopalane, ponieważ kaloryfery są zepsute, a pieców nie postawiono, tak że tylko dwa pokoje, ogrzewane elektrycznym piecykiem, są zamieszkane. W domu wyjątkowy nieporządek. Żadna rzecz nie leży na właściwym miejscu. Z każdego kąta wyłażą szaro-brudne koty, błyskając bezczelnie zielonymi ślepiami. W pokojach nieprzyjemna woń kocia.

Ktoś ze znajomych ulokował tu teściową. Doktorowa, czterdziestokilkuletnia kobieta oddała swój pokój teściowej mojej i małej dziesięcioletniej dziewczynce żydowskiej — Edzie. Za mieszkanie wraz z utrzymaniem bierze kilka tysięcy złotych miesięcznie. Nie jest to zbyt dużo, jak na chowanie „przeklętej rasy”, tym niemniej jest to dla nas suma zawrotna.

Przyjeżdżam tam z Gertą, która Eryka umieściła gdzieś w Warszawie, a moją teściową odwiedza co parę dni. Już po drodze Gerta informuje mnie, że Zosia na razie wróciła do getta, że miały obie w Warszawie ciężkie przejścia i zostały obrabowane.

Teściowa wita mnie z wielką wylewnością. Zaraz po wyjściu z dworca warszawskiego zatrzymali ich „łapacze” w bramie na Marszałkowskiej. Ściągnęli z nich obrączki i zegarek. Dzień spędziły u jakiejś znajomej, ale już na drugi dzień ktoś miał do nich przyjechać. Znajomy Zosi, również kryjący się po aryjskiej stronie, umówił się z jakąś kobietą, poleconą przez kogoś, że je do niej na noc przyprowadzi. Umówiono się, że przyjdą wieczorem, ponieważ po ostatnim szantażu bały się wprost światła dziennego. Jakież było ich przerażenie, kiedy podchodząc do domu owej praczki, zostały zatrzymane przez policję. Wylegitymowano je, oświetlono latarkami twarze. „Pójdziemy na komisariat”. Komisariat, śledztwo — to śmierć. Błagały, by je puszczono. W końcu policjanci dokonali dokładnej osobistej rewizji, nie cofając się przed zdjęciem trykotów, staników i pasków do pończoch (wszystko to odbywało się na jednym z pustych placów Żoliborza). Znaleźli zaszyte pieniądze, zrabowali je i odeszli. Jakie było przerażenie kobiet, gdy po dojściu do mieszkania, gdzie miał być dla nich przygotowany nocleg, zastały drzwi zamknięte. Dobijały się bez skutku. W końcu domyśliły się, że chyba sama praczka nasłała na nie policję. Nie mając rady, wróciły z powrotem tam, gdzie już nocowały. Z powodu przyjazdu gości zamknięto je w ciemnej komórce i tam spędziły noc. Nazajutrz, po obliczeniu swoich „kapitałów”, przekonały się, że niewiele co zostało i Zosia postanowiła wrócić do getta, by sprzedać gabinet, jeżeli nie będzie możności urządzenia się w bunkrze. Tymczasem przypomniały sobie o pewnej starej dobrej znajomej. Skomunikowały się z nią. Ta oświadczyła, że może im zarekomendować schronienie u dr Rak. Umówiły się, że teściowa zostanie u R., a Zosia pójdzie do getta i spróbuje spieniężyć gabinet. Może uda jej się wynieść jeszcze nieco rzeczy.

Tak też uczyniono.

Mała Żydówka Eda uchodziła za bratankę pana R. Była to dziewczynka mądra, miła, miała w getcie rodziców i czteroletniego braciszka. Ogromnie za nimi tęskniąc i szukając życzliwości, przylgnęła całym sercem do rodziny R., odnosząc się do nich jak do bliskich sobie. Znalazła ona oddźwięk w ich sercach, pani R. traktowała ją jak matka.

Teściowa moja była na razie zadowolona ze swojej gospodyni. Jest miła, wesoła, wprawdzie bardzo lekkomyślna i niegospodarna, ale za to sprawia wrażenie osoby uczciwej. Dzieci jej, dziewiętnastoletnia Inka i o dwa lata starszy od niej Stefan, są grzeczne i uprzejme.

— Czy na wszelki wypadek moglibyśmy się tu zatrzymać? — pytałam. — Nie na długo zresztą, ponieważ jest tu zbyt drogo dla nas.

R. wprawdzie przyrzekła już przyjąć rodziców Edy i Zosię, a nie jest wskazane ani bezpieczne, aby dużo Żydów kryło się razem, tym niemniej przyrzeka nam użyczyć na krótko schronienia.

Wyjeżdżam zadowolona, że choć jest gdzie zatrzymać się.

Na razie na Sławku nic się na pozór nie zmieniło, ale wszyscy są szalenie zdenerwowani, przewrażliwieni, po prostu czuje się napięcie w powietrzu.

Trzeba jechać...

— Zostańcie — prosi Ala — to się jeszcze wszystko rozejdzie po kościach, przecież tam w Warszawie też jest niebezpiecznie.

— O, i jak jeszcze!

Dostaję list od rodziców, pisany w Warszawie.

„Byliśmy zmuszeni, z powodów od nas niezależnych, przyjechać do Warszawy. Jesteśmy tu już od trzech dni, ale też nie możemy się urządzić. Wracamy z powrotem”.

Wracamy z powrotem. List pisany ołówkiem w pośpiechu, jakby na kolanie. Jakże zmieniony charakter pisma ojca! „Wracamy z powrotem”. Ile rozpaczy w tych słowach, z tragicznym zygzakiem skreślonym niecierpliwą ręką.

Chodzę, jak pijana. Koniec marca — bzy przed domem wypuszczają pąki. Ala oczyszcza drzewka od jakichś plamek. W powietrzu wiosna! Wiosna zawsze budzi nadzieję. Natura powraca do życia po śmierci — zimie — i zdaje się, że wszystko powinno, musi żyć! Kot-matka grzeje się na słońcu. Podnoszę go. Chciałabym być tobą, grzać się jak ty na cieple i nie myśleć o jutrze. Ach, czemuż urodziłam się człowiekiem?