Rozdział drugi

Dzień św. Jana przeminął. Matka miała od dawna zamiar wyjechać na czas jakiś do Augsburga, odwiedzić rodziców swoich i przywieźć dziadkowi, nieznanego mu jeszcze, ukochanego wnuka. Kilku dobrych przyjaciół starego Ofterdingena, kupców, miało też udać się tam w celach handlowych. Wtedy powzięła matka zamiar skorzystać z tej sposobności i ziścić swe pragnienie. Leżało jej to tym więcej na sercu, że zauważyła, iż Henryk od niejakiego czasu dużo jest cichszy i bardziej zatopiony w sobie jak zwykle39. Myślała, że posmutniał lub czuje się chory i sądziła, że daleka podróż, widok nowych ludzi, krajów oraz, jak po kryjomu sobie układała, wdzięki młodej dziewczyny rozpogodzą zasępione czoło syna, uczynią zeń na powrót wesołego, towarzyskiego człowieka. Stary zgodził się na ten plan, a Henryk cieszył się nadzwyczajnie, że wreszcie uda się do miejsc, które od dawna już, wedle opowiadań matki i kilku podróżnych, wyobrażał sobie jako ziemski raj. Nieraz pragnął tam się znaleźć.

Właśnie ukończył dwudziesty rok życia. Nie wydalił40 się dotąd nigdy poza okolice najbliższe swego rodzinnego miasta, a świat znany był mu jedynie z opowiadań. Niewiele też książek miał w rękach do tej pory. Na dworze landgrafa, wedle zwyczaju onych czasów, wiedziono życie skromne i ciche, a wygody i wystawność książęca nie mogły się nawet i mierzyć ze stopą życiową, na jakiej w czasach późniejszych żył każdy zamożny człowiek wraz ze swoją rodziną, nie będąc wcale rozrzutnym. W zamian jednak z większym przywiązaniem i pieczołowitością odnoszono się do sprzętów i przyborów, jakie człowiek gromadzi dokoła siebie dla różnorakiego użytku. Były one dla człowieka ówczesnego droższe i miały dlań większe znaczenie. Jeśli już sama tajemnica natury, powstanie materii składającej je, pociągało badawczego ducha, to tym więcej rozwijało przywiązanie człowieka do owych niemych towarzyszy życia, bogate ich przyozdobienie, romantyczna dal, z której je otrzymywano, oraz czcigodna ich starożytność, gdyż starannie przechowywane przechodziły nieraz przez ręce wielu pokoleń. Niejednokrotnie podnoszono je do godności świętych symboli szczególnego błogosławieństwa bożego i szczęsnej doli, a ileż to razy dobro państw całych i szeroko rozgałęzionych rodów łączono bezpośrednio z ich posiadaniem. Piękna prostota zdobiła czasy one właściwą jej poważną i niewinną naiwnością, a skąpo rozmieszczone klejnoty połyskały41 tym bardziej w półmroku, napełniając duszę myślącego człowieka przedziwnym jakimś oczekiwaniem. Jeśli prawdą jest, że dopiero zręczne rozmieszczenie światła, barw i cieni, utajoną piękność widomego świata ukazuje, jak gdyby się otwierały nowe, wyższe widnokręgi, to właśnie spostrzegać się dawało w onych czasach podobne rozmieszczenie w zakresie gospodarczym, w przeciwieństwie do czasów późniejszych, zamożniejszych, które dają jednostajny, szary obraz dnia powszedniego. W każdym przejściu, jak w królestwie pośrednim, przebłyska42 jakoby wyższa, duchowa moc i podobnie jak na powierzchni naszej planety, okolice najbogatsze w nadziemne i podziemne skarby leżą pośrodku pomiędzy niegościnnymi, dzikimi skałami, a bezkresnymi równiami stepów, tak pomiędzy czasami barbarzyństwa i dzikości a bogatymi w sztukę, wiedzę i dobra gospodarcze czasami nowszymi, legła epoka romantyczna, pod prostą szatą wielkiego kryjąca ducha. Któż nie przebywa chętnie w półmroku, gdzie noc o światłość dnia, a jasność o ciemń nocną potrąca i w gamę cieniów i barw się rozlewa. Zanurzmy się podobnie w okres, w którym żył Henryk i teraz właśnie szedł na spotkanie nowych niespodzianek życiowych, z sercem wezbranym. Pożegnał się z towarzyszami zabaw i ze swym nauczycielem, starym, mądrym kapelanem książęcym, który znał jego cenne zdolności i rozstawał się z nim wzruszony, z cichą modlitwą na ustach. Księżna była jego matką chrzestną. Henryk często odwiedzał ją na Wartburgu43. I teraz poszedł wziąć pozwolenie na odjazd od swej protektorki. Udzieliła mu kilku dobrych rad i ofiarowała złoty łańcuszek na szyję, żegnając się serdecznie i łaskawie z odjeżdżającym.

W niewesołym usposobieniu opuścił Henryk ojca i miasto rodzinne. Poznał teraz, co znaczy rozłąka. Nie doznawał tego uczucia, myśląc o podróży, uczuł za to tym silniej gorycz rozłąki w chwili, gdy nagle oderwał się od świata, w którym żył dotąd, w chwili, gdy został wyrzucony falą na obcy brzeg. Niezmierny jest ból młodego serca, gdy czyni to pierwsze doświadczenie, gdy przekonywa się po raz pierwszy, że znikome są rzeczy wszystkie tej ziemi, choć wydawały się niedoświadczonemu tak konieczne, tak niezbędne, tak zrosłe44 z jego najwnętrzniejszym45 bytem.

Jako pierwsza zjawa śmierci, niezapomniana pozostaje pierwsza rozłąka. Długo potem niby strach nocny krąży dokoła duszy, krąży ciągle, gasi jedną po drugiej radość z dnia i jego zjawisk, aż przemieni się w tęsknotę. I rośnie ta tęsknota za stałym, pewnym, zmianom niepodległym lądem, a śmierć przemienia się w drogowskaz upragniony, w miłego towarzysza podróży, co pociechy szepce słowa.

Całą otuchą Henryka była obecność matki. Wydało mu się, że nie utracił od razu całego dawnego świata i tym serdeczniej garnął się do niej.

Wczesnym rankiem wyruszyli podróżni z Eisenach, a pomrok zestrajał się z wzruszeniem Henryka. Z rosnącą światłością rozpoznawał coraz dokładniej nieznaną sobie okolicę i gdy ze wzgórza spojrzał na oświecony właśnie słońcem krajobraz, ze zdziwieniem uczuł, że budzą się stare, zapomniane melodie jego duszy, że wdzierają się w zmącony smutkiem tok myśli. Uczuł się na progu onych dali, na które tak często spoglądał daremnie ze szczytów gór pobliskich i które zjawiały mu się często w tak dziwne barwy strojne. Chciał się rzucić w tę błękitną falę. Przed nim widniał cudowny kwiat. Oglądał się za Turyngią opuszczaną z tym dziwnym przeczuciem, że po długich wędrówkach po okolicy, ku której dążył, powróci do ojczyzny, że przeto niejako do tej ojczyzny zdąża.

Całe towarzystwo, milczące zrazu z podobnych przyczyn, poczęło się ożywiać, podniosły się rozmowy, poczęły opowiadania dla skrócenia czasu. Matce Henryka wydało się, że powinna syna wyrwać z rozmarzenia, w które zatonął, zaczęła przeto opowiadać o swoim kraju ojczystym, o domu rodzicielskim i wesołym życiu, jakie wiodą ludzie w Szwabii. Kupcy potakiwali i dodawali różne szczegóły, stwierdzające opowiadania matki, wielbili gościnność starego Schwaninga i nie mogli dosyć nachwalić piękności kobiet, krajanek matki Henryka.

— Czynicie dobrze — mówili — że wieziecie tam syna. Obyczaje waszej ojczyzny są łagodniejsze i ludzie tam bardziej ugrzecznieni, umieją oni starać się o rzeczy pożyteczne, nie mając we wzgardzie tego co miłe. Każdy tam stara się zaspokoić swe potrzeby w sposób towarzyski i piękny. Kupiec ma się dobrze i otacza go szacunek ogółu. Sztuki i rzemiosła kwitną i uszlachetniają się ustawicznie, a pilnemu praca wydaje się łatwa, gdyż daje mu sposobność do zażycia różnych przyjemności, i podczas gdy podejmuje sam trud monotonnej i uciążliwej pracy, ma to przeświadczenie, iż danym mu będzie w zamian korzystać z plonów różnorodnych zajęć. Pieniądz, czynność energiczna46 i towar wytwarzają się jedne z drugich ustawicznie, zataczając coraz to szersze kręgi, a miasta rozkwitają dobrobytem. Im gorliwiej oddawano się przez dzień czynnościom zarobkowym, tym swobodniej można poświęcić wieczór miłej rozrywce, sztukom pięknym i życiu towarzyskiemu. Dusza pożąda zmiany i odpoczynku, a gdzież może pragnienie swe zaspokoić godniej i przyjemniej jak w sztukach47 wyzwolonych, wytworach najszlachetniejszych jej siły, w dziełach geniuszu twórczego. Nigdzie nie spotyka się lepszych śpiewaków, zdolniejszych malarzy, nigdzie też nie można chyba natrafić w salach balowych lżejszych poruszeń przy pląsach i piękniejszych postaci tancerzy. Sąsiedztwo włoskiej krainy objawia się w swobodniejszym zachowaniu się i w bardziej ujmujących rozmowach. Płeć wasza zdobić może towarzyskie zebrania i bez obawy złych języków podniecać do rywalizacji okazywanymi względami. Szorstka powaga i dzika swawola mężczyzn ustępuje tam miejsca łagodnej żywości i skromnemu w swych objawach weselu, miłość zaś w tysiącznych swych kształtach przewodzi w zebraniach towarzyskich. A miast48, by to miało za skutek wybryki lub złe obyczaje, wydaje się, jakby wszystkie ciemne duchy uciekały przed pięknością, tak że w całych Niemczech nie ma chyba dziewcząt cieszących się lepszą sławą i wierniejszych żon, jak w Szwabii.

— Tak, młodzieńcze, w czystej, ciepłej atmosferze Niemiec południowych pozbędziesz się niezawodnie szybko swej nieśmiałości, a wesołe dziewczęta uczynią cię rozmownym i układnym. Samo to, żeś obcy przybysz i bliski krewny starego Schwaninga, który jest duszą każdego wesołego zebrania, zwróci na ciebie piękne oczy wszystkich dziewcząt, jeśli zaś posłuchasz rady swego dziadka, to niezawodnie obdarzysz nasze miasto rodzinne cenną ozdobą i przywiedziesz do domu piękną żonę, podobnie jak to uczynił twój ojciec.

Matka z rumieńcem na twarzy podziękowała za piękną pochwałę swego kraju ojczystego i za dobre mniemanie o jego kobietach, a zamyślony Henryk przysłuchiwał się też uważnie i z wewnętrznym zadowoleniem opowieści o kraju, który miał ujrzeć niebawem.

— Gdybyś młodzieńcze — ciągnęli dalej kupcy — nawet nie jął się zajęcia swego ojca i raczej, jakeśmy słyszeli, poświęcił się zgłębianiu wiedzy, to nie potrzebujesz przez to jeszcze zostać księdzem i zrzekać się używania słodkich uciech tego świata. Właśnie źle się dzieje, że nauki spoczywają w rękach tego stanu, tak odciętego od świata i jego spraw, a książęta otaczają się radą mężów nieżyjących w łonie tego samego społeczeństwa i przez to w gruncie rzeczy niedoświadczonych. Są oni w samotności pogrążeni, nie biorą udziału w życiu współczesnym i przeto myśli ich kierują się ku rzeczom nie tego świata, a poglądy nie odpowiadają stanowi rzeczy danej chwili. W Szwabii jednak natrafisz na prawdziwie mądrych i doświadczonych mężów świeckich i jakikolwiek dział ludzkiej wiedzy obierzesz, jakiekolwiek nauki przyswoić byś sobie zechciał, nie zbraknie ci na najlepszych nauczycielach i doradcach49.

Po chwili Henryk, któremu na myśl przyszedł przyjaciel i nauczyciel jego stary, kapelan książęcy, rzekł:

— Jakkolwiek nieświadomy wielu rzeczy tego świata, nie mogę się z wami spierać o kwestię nieudolności kleru w sądzie o rzeczach świeckich i kierowaniu nimi, to jednak sądzę, że wolno mi zwrócić uwagę waszą na naszego przezacnego kapelana, który, jak mi się wydaje, jest wzorem męża mądrego, którego nauki i rady nie ulecą nigdy z mej pamięci.

— Czcimy — odrzekli kupcy — owego godnego człowieka całym sercem, mimo to jednak na opinię twoją, że jest to mąż mądry, możemy się zgodzić jedynie o tyle, o ile mówisz o mądrości, która dotyczy bogobojnego żywota. Jeśli natomiast uważasz go za równie doświadczonego w rzeczach ziemskich, jak jest biegły i uczony w rzeczach zbawienia, to wybacz, ale zdania twego podzielać nie możemy. Przez to jednak nie sądzimy, by święty mąż miał ponieść jakikolwiek uszczerbek w sławie tak dobrze zasłużonej, twierdzimy jedynie, że nazbyt jest on zatopiony w nauce o rzeczach pozazmysłowych, by miał dążyć do poglądu na sprawy chwili bieżącej i szukać w tym chwały.

— Czyżby jednak ta wyższa wiedza — spytał Henryk — nie miała zarówno czynić zdolnym do sprawiedliwego kierowania ludzkimi sprawami? Czyżby właśnie ta wolna od wpływów postronnych dziecięca naiwność wskazać nie mogła pewniejszej drogi poprzez labirynt kwestii niż rozum, na błędne drogi skierowany przez własny interes, zatamowany w swobodnym locie przez ogromną liczbę coraz to nowych przypadków i zawikłań i oślepiony nimi? Nie wiem, ale wydaje mi się, że stoją otworem dwie drogi, którymi dojść można do jasnego poglądu na całokształt dziejów ludzkich. Pierwsza żmudna, długa, wijąca się w tysiącznych skrętach droga doświadczenia, i druga, krótka, jeden krok tylko, droga rozmyślań. Podróżnik udający się do celu drogą pierwszą musi wyszukiwać wszystko, jedno po drugim, za pomocą długich obliczeń, podczas gdy drugi istotę każdego wydarzenia i każdej rzeczy odkrywa bezpośrednio i ujmuje ją od razu w całym kompleksie przyczyn i skutków, tak wyraźnie, że z wszystkimi otaczającymi mógłby ją porównać, jak różne figury wykreślone na tej samej tablicy. Wybaczyć raczcie, że przemawiam tu wobec was jak dziecko, któremu się coś roi. Jedynie zaufanie w dobroć waszą i pamięć o mym nauczycielu, który ukazał mi z oddali tę drugą, to jest swoją własną drogę, dały mi śmiałość odezwania się.

— Przyznajemy ci chętnie — odrzekli dobrotliwie kupcy — że podążać za biegiem twych myśli nie jesteśmy w stanie, mimo to cieszy nas mocno, że zachowałeś tak gorącą pamięć o swym czcigodnym nauczycielu i tak dobrze, o ile sądzić możemy, zapamiętałeś jego nauki. Wydaje nam się przy tym, iż masz skłonności poetyckie. Mówisz z taką łatwością o tym, co się dzieje w twej duszy, i nie brak ci nigdy wyszukanych wyrażeń oraz stosownych porównań. Także widzimy, że lubujesz się w cudowności, która jest żywiołem poety.

— Nie wiem — rzekł Henryk — jak się to dzieje. Słyszałem często, jak opowiadano o poetach i śpiewakach, a nie napotkałem dotąd ani jednego. Co więcej, nie mogę sobie o nich nawet wyrobić pojęcia i o ich dziwnej sztuce, a jednak tak bardzo chętnie słucham opowieści o nich. Wydaje mi się, że wtedy lepiej pojąłbym niejedno z rzeczy, o których mam dziś tylko jakieś ciemne przeczucie. Opowiadano mi często o poezjach, ale nigdy nie widziałem żadnej na oczy własne, a mój nauczyciel nie miał sposobności zasięgnąć bliższych o tej sztuce wiadomości. Niewiele pojąłem z tego, co mi o tym opowiadał. Twierdził jednak zawsze, że jest to sztuka szlachetna i że oddałbym się jej bez wątpienia całkowicie, gdybym ją kiedyś poznać zdołał. Mówił, że w dawnych czasach była dużo więcej rozpowszechniona i niemal każdy miał o niej niejakie wyobrażenie, uczył się zaś jeden od drugiego. Wreszcie powiedział mi, że zbratana była ona z wielu zaginionymi dziś, przepięknymi sztukami, a śpiewaków darzyli bogowie swą wielką łaską, tak że natchnieni niewidzialną mocą, potrafili oni przecudnymi tonami głosić na ziemi prawdy niebiańskie.

Kupcy odrzekli na to:

— Nie troszczyliśmy się, co prawda, nigdy o tajemnice poetyckie, chociaż nieraz z przyjemnością przysłuchiwaliśmy się pieśniom śpiewanym przez lutnistów. Pewnie jest coś w tym prawdy, że gdy poeta ma się zjawić na ziemi, musi panować odpowiednia gwiazda na niebie, bo istotnie dziwna jest ta sztuka. Inne sztuki różnią się od niej bardzo i można się ich dużo łatwiej wyuczyć. U malarzy i muzyków można bardzo łatwo się przypatrzyć, jak to wszystko idzie, a przy pilności i wytrwałości można obie te sztuki rychło sobie przyswoić. Tony są już gotowe w strunach i wprawy jedynie potrzeba, by je wprawić w drganie, wydobywając przecudne gamy i akordy. W malowaniu obrazów jest natura sama najlepszą mistrzynią. Wytwarza ona niezliczoną ilość pięknych kształtów, daje farby, światło i cień, przeto wprawne oko oraz znajomość sporządzania i mieszania farb wystarczą, by naturę najwierniej naśladować. Jakże łatwo jest też działanie obu tych sztuk pojąć, zrozumieć, czemu się nimi zachwycamy. Śpiew słowika, poszum wiatru i te przepiękne światła, kolory i postacie podobają nam się, ponieważ zmysły nasze przyjemnie podniecają i bawią, a że zmysły nasze przez naturę, która i owe dzieła sztuki wydała, już tak są po temu urządzone, przeto musi nam się podobać także sztuczne naśladowanie natury. Natura sama chce rozkoszować się swym własnym sztukmistrzostwem, przeto przemieniła się w człowieka i cieszy się w tej postaci własnym swoim pięknem, cechy miłe i powabne od samych rzeczy oddziela i w ten jedynie sposób sprawia, iż może je po wszystkie czasy i bez względu na miejsce posiadać i w najrozliczniejsze sposoby rozkoszować się nimi.

Przeciwnie, nigdzie nie można dostrzec nic, co by było w sztuce poetyckiej zewnętrzne. Nie posługuje się też ona w tworzeniu narzędziami, ni rękami ludzkimi, oko i ucho nie mogą pochwycić nic, co jest w niej istotne, bo słowo, które się słyszy, nie jest to właściwe działanie owej sztuki tajemnej. Wszystko w niej jest wnętrzne50 i w przeciwieństwie do malarza i muzyka, który darzy zmysły zewnętrzne miłymi wrażeniami, napełnia poeta najskrytsze, święte tajniki serca nowymi, cudownymi i słodkimi myślami. Umie on owe tajemne potęgi spoczywające na dnie duszy wedle upodobania powoływać do życia i za pomocą słów ukazuje nam nieznany dotąd, a wspaniały świat. Jakby z otchłannych, wnętrza ziemi sięgających jaskiń występuje w duszy słuchacza przeszłość zamierzchła i nowe, przyszłe dni, korowody ludzkich postaci, okolice nieznane i dziwne wydarzenia, a wszystko to każe mu zapomnieć o rzeczywistości. Słyszysz obce słowa, a wiesz przy tym, co one znaczyć mają. Przypowieści poety mają magiczną potęgę, a nawet zwyczajne słowa układają się w przepiękne, tętniące akordy i upajają oczarowanego słuchacza.

— Ciekawość moją potęgujecie do palącego pragnienia — rzekł Henryk. — Proszę bardzo, raczcie opowiedzieć mi coś o śpiewakach, których słuchaliście. Nie mogę nasycić się nigdy dostatecznie opowieściami o tych szczególnych ludziach.

Wydaje mi się zawsze przy tym, jakbym kiedyś, dawniej, w młodości mej lub latach dziecięcych słyszał coś o tym, ale nie mogę sobie już dzisiaj przypomnieć. Wszystko, co mówicie, wydaje mi się tak jasne, tak znane i czynicie mi niewysłowioną radość, opowiadając.

– Wspominamy sami radzi — odparli kupcy — one51 szczęsne godziny spędzane czasu swego na włoskiej ziemi, Francji i Szwabii w śpiewaków towarzystwie i cieszy nas niepomiernie, że tak gorąco zaciekawiają cię, młodzieńcze, nasze powieści. Gdy się tak podróżuje po górach, rozmowa wydaje się dwakroć milsza jeszcze niż zwyczajnie, a czas przemija szybko. Może spodobają ci się niektóre ładne historie o śpiewakach, których poznaliśmy podczas rozlicznych podróży. O samych pieśniach zasłyszanych wówczas niewiele powiedzieć zdołamy, gdyż radość i upojenie chwilowe, jakich się wtedy doznaje, nie dozwalają pamięci wiele uchwycić, a ustawiczne kłopoty handlowe niejedno wspomnienie zatarły.

W prastarych czasach musiała zaprawdę cała natura być bardziej ożywiona i głębsza niż dzisiaj. Oddziaływania sił ziemi, które w czasach naszych ledwie na zwierzęta wpływ wywierają, a dla ludzi są jedynie przedmiotem odczucia i rozkoszy, rządziły w on czas52 ciałami martwymi, pobudzając je do życia. Nic też dziwnego, że ówcześni, wtajemniczeni ludzie mogli dokonywać czynów dziwnych i wywoływać zjawy wydające się nam zgoła niewiarygodnymi i bajecznymi.

W prastarych tedy czasach, w okolicach dzisiejszego cesarstwa greckiego, jak opowiadają podróżnicy, którzy napotkali tam jeszcze owe legendy pośród ludzi, istnieli poeci, co potrafili za pomocą dziwnych dźwięków, wydobywanych z nieznanych narzędzi, budzić tajemne siły drzemiące po lasach i w pniach ukryte ujarzmiać demony, co potrafili w skalistych pustaciach53 wskrzeszać obumarłe nasiona roślin, w bujne ogrody zaklinać ugorzyska, co srogie kiełznali potwory, a w zdziczałych ludziach obudzali54 instynkty porządku i obyczajności, skłonności do sztuk i zamiłowanie pokoju. Poeci ci umieli przemieniać rwące potoki górskie w cicho szemrzące rzeki, a nawet martwe głazy zmuszali do rytmicznego, tanecznego ruchu. Podobno głosili oni też wyroczne słowa, spełniali kapłańskie obrzędy i byli ustawodawcami i lekarzami, bo swą sztuką czarnoksięską zniewolili sobie nawet wyższe istoty, uczyli się od nich tajemnic przyszłości, poznawali naturalny ustrój wszystkich rzeczy, nawet wnętrzne55 moce i lecznicze siły liczb, roślin, słowem wszystkich tworów ziemi. Jak mówi legenda, od tego dopiero czasu nastały w świecie rozliczne urządzenia oraz zbudziły się sympatie i różnorodne dźwięki, a przed tą erą wszystko było dziczą, chaosem i srogą nienawiścią. Dziwne jest tylko, że choć, co prawda, pozostały piękne pamiątki po onych dobroczynnych ludziach i przetrwały aż do naszych czasów, to jedno z dwojga — albo właściwa im moc i sztuka władania, albo też owa delikatna wrażliwość przyrody musiała zaginąć, gdyż wszystko teraz jest inaczej.

W on czas zdarzyło się raz, że pewien poeta albo raczej muzyk — gdyż muzyka i poezja wydaje nam się jakoby jednym i tym samym i jest niejako podobna do ust i ucha, razem wziętych, przy czym usta są tylko ruchomym i opowiadającym uchem — zdarzyło się tedy, że ów poeta-muzyk podjął podróż za morze, do krajów nieznanych. Był on bogaty, posiadał piękne klejnoty i mnóstwo wszelakiego dobra, które mu z wdzięczności zewsząd znoszono w darze. U wybrzeży morskich znalazł okręt i ludzi ochotnych, którzy za obiecaną zapłatę zgodzili się zawieźć go tam, gdzie chciał. Ale blask i piękno skarbów, jakie wiózł ze sobą, pobudziły niebawem ich chciwość do tego stopnia, iż zmówili się między sobą i postanowili go związać, cisnąć do morza, a potem dobytkiem się podzielić. Gdy więc okręt wypłynął na pełny ocean, rzucili się na poetę i oznajmili mu, że umrzeć musi, gdyż powzięli silne postanowienie zatopienia go w morzu. Słowami wzruszającymi prosił poeta zbrodniarzy, by mu darowali życie, ofiarowywał swe wszystkie skarby na okup i przepowiedział, że spotka ich wielkie nieszczęście, jeśli dokonają swego złego zamysłu. Ale ani jedno, ani drugie nie wzruszyło złych ludzi, gdyż obawiali się, że kiedyś mógłby ich zdradzić. Widząc, że od zamiaru odstąpić nie zechcą, poprosił ich, by mu dozwolili przynajmniej przed śmiercią po raz ostatni zagrać pieśń lubioną56, potem obiecał wraz ze swym prostym, drewnianym narzędziem muzycznym dobrowolnie skoczyć w ich oczach w odmęty morza. Rozbójnicy wiedzieli dobrze, że gdy tylko posłyszą śpiew czarodziejski, serca im zmiękną i skrucha je opanuje, przeto postanowili wprawdzie nie odmawiać prośbie ostatniej, ale podczas śpiewu zatkać sobie dobrze uszy, by nie dosłyszeć ani jednego tonu i w ten sposób postawić na swoim. I tak się też stało. Poeta począł wspaniały, niesłychanie wzruszający śpiew. Cały okręt wtórował, rozbrzmiewały fale morza, słońce, księżyc i gwiazdy pojawiły się równocześnie na niebie, a z odmętów oceanu wychyliły się tłumy ryb i potworów i poczęły pląsać. Sami tylko żeglarze stali niemi z zatkanymi uszami i czekali niecierpliwie na koniec pieśni. Wnet przebrzmiała, a pieśniarz z pogodnym obliczem skoczył w czarną głąb, cisnąc do piersi swój cudotwórczy instrument. Ale zaledwie dotknął stopą fal połyskliwych, wynurzył się z nich ciemny grzbiet wdzięcznego potwora morskiego, wziął go na siebie i odpłynął ze zdziwionym poetą. Po kilku chwilach potwór dosięgnął wybrzeża, na które chciał się dostać pieśniarz i złożył go lekko w szuwarach. Poeta zagrał swemu wybawcy pieśń radosną i odszedł z sercem przepełnionym wdzięcznością. Po pewnym czasie znalazł się znowu samotny nad brzegiem morza i słodkimi dźwiękami żalił się straty57 drogocennych klejnotów, które mu były miłe jako pamiątki szczęsnych chwil i oznaki miłości i wdzięczności ludzkiej. Jeszcze pieśni nie skończył, gdy spostrzegł nadpływającego swego przyjaciela i wybawcę. Wesoły legł mu potwór morski u nóg i wyrzucił z paszczy skradzione skarby na piasek. Rozbójnicy, zaraz po skoku poety w morze, poczęli się dzielić łupem. Przy tym podziale jednak wszczęli kłótnię, która zakończyła się morderczą walką, a większość rozbójników padła trupem. Ci, którzy pozostali przy życiu, nie byli w stanie sami kierować okrętem, toteż wpadł niebawem na skały i zatonął. Z wielkim trudem ledwie zdołali wyratować się z toni i dobili z pustymi rękami i w podartych sukniach do lądu. W ten sposób za pomocą wdzięcznego potwora morskiego, który skarby na dnie morza leżące odszukał, powróciły one na powrót w posiadanie dawnego właściciela.