Rozdział trzeci

— Inna historia — ciągnęli kupcy dalej po chwilowej pauzie — choć nie tak cudowna i z późniejszych czasów, może ci się również spodoba i zapozna jeszcze lepiej z działaniem owej tajemnej sztuki.

Pewien stary król miał wspaniały dwór. Z daleka przypływali nań ludzie, by wziąć udział w wesołym i wygodnym życiu, jakie tam panowało. Mimo to nie zabrakło nigdy podczas uroczystości codziennych ani najprzepyszniejszych przysmaków, ani muzyki, przecudnych ozdób, strojów, różnorakich widowisk i rozrywek, ani mądrych, towarzyskich i biegłych w sztukach rozlicznych mężczyzn, których rozmowy ożywiały zebrania, ani wreszcie pięknej, uroczej młodzieży płci obojga, która stanowi duszę wszelkich uroczystości. Stary król, który pod innymi względami był surowym, poważnym mężem, miał dwie skłonności i im to zawdzięczać należało, że dwór był tak ożywiony i wspaniały. Pierwszą z owych skłonności była miłość dla córki, drogiej mu niezmiernie spuścizny po młodo zmarłej, a kochanej małżonce. Była to przecudna dziewczyna, a ojciec byłby chętnie poświęcił wszystkie skarby świata i całą moc ludzkiego ducha złożył w ofierze, by jej stworzyć raj na ziemi. Drugą skłonnością było gorące umiłowanie poetyckiej sztuki i jej mistrzów. Od młodych lat wczytywał się z najwyższą rozkoszą w dzieła poetów, na zbieranie dzieł tych w różnych językach poświęcił wiele trudu i znaczne sumy, a najbardziej cenił towarzystwo śpiewaków. Ściągał ich z wszystkich krańców ziemi i przeciążał wprost darami i zaszczytami. Nigdy nie nużyło go słuchanie ich śpiewów i częstokroć zapamiętawszy się, zapominał o najważniejszych sprawach, a nawet o swych potrzebach życiowych. Byłby bez końca wsłuchiwał się w pieśń. Córka króla wzrosła tedy wśród poezji, a dusza jej cała stała się jako przepiękna pieśń, jako bezpośredni wyraz tęsknoty zaziemskiej i wieczystego smutku. Dobroczynny wpływ czczonych i otoczonych opieką wieszczów odbił się na całym kraju, a przede wszystkim na dworze. Zażywano rozkoszy życia spokojnie i rozważnie, jak cennego napoju, z tym większym zadowoleniem, że wszystko co niskie, co nabrzmiało dziką namiętnością, co dźwięczało fałszywie, zostało wygnane z otoczenia harmonijnego i dalekie było umysłom i sercom. Pokój duszy, wnętrzna58 szczęśliwość i kontemplacja stworzonego mocą własnego ducha harmonijnego światopoglądu były to cechy onych przedziwnych czasów, a niezgoda, o której mówiły stare legendy, wydawała się dawno zmarłą, pokonaną burzycielką szczęścia ludzkiego. Wydawało się, jakby duch pieśni swego obrońcę obdarzył najwyższym darem wdzięczności, dając mu córkę, w której łączyło się wszystko, co tylko najbujniejsza wyobraźnia wcielić może w postać dziewczęcą. Kto ją widział podczas pięknych uroczystości otoczoną orszakiem towarzyszek, ubraną w białe szaty o srebrnym połysku, jak podczas turnieju śpiewackiego przysłuchiwała się w głębokim milczeniu natchnionym strofom, a potem lekko zarumieniona wonnym wieńcem stroiła włosy szczęśliwego zwycięzcy, którego pieśń największy poklask zyskała, kto ją widział tak piękną i dostojną, ten musiał uważać ją za widzialną zjawę poezji, za duszę tej sztuki wcieloną w cudne ziemskie kształty jakimś ogromnym nieznanym zaklęciem i przestawał dziwić się zachwytom poetów i ich pięknym pieśniom.

Ale nad tym ziemskim rajem zawisło tajemnicze przeznaczenie. Jedyną troską mieszkańców onych okolic była kwestia zamążpójścia dorastającej królewny, związana najściślej z dalszym istnieniem tych szczęsnych czasów i losami kraju całego. Król starzał się w oczach. I on, jak się zdawało, troska się59 bardzo pytaniem, co najbliższa przyszłość przyniesie, a tymczasem nie było widoków na zamęście, które by odpowiadało życzeniom wszystkich. Cześć głęboka, ugruntowana przez szereg wieków dla domu królewskiego, nie dozwalała żadnemu z poddanych pomyśleć, by mógł posiąść królewnę. Uważano ją za istotę z innego, wyższego świata, a wszyscy synowie królewscy, którzy w małżeńskich zamiarach ukazywali się u dworu, wydali się wszystkim o tyle od niej niższymi, że nikomu na myśl nie przyszło, by król lub królewna zwrócili oczy na którego z nich. Poczucie niedosięgalnych wyżyn, na których młoda dziewczyna stała, odsunęło z wolna wszystkich pretendentów, a rozgłoszona wieść o nadmiernej dumie tej rodziny królewskiej, jak się zdaje, odjęła innym odwagę i napełniła obawą upokorzenia. Wieść ta miała niejakie podstawy. Król, mimo całej swej łagodności, popadł w poczucie takiej dostojności, że wszelka myśl połączenia swej córki z człowiekiem stanu niższego lub niepewnego pochodzenia, stała się mu nieznośna. To samo uczucie egzaltowało60 w jego duszy z dniem każdym wartość córki coraz bardziej. Król sam zresztą pochodził z prastarego, wschodniego rodu królewskiego, a żona jego była ostatnią latoroślą słynnego bohatera Rustana. Pieśniarze nucili mu ciągle o jego pokrewieństwie z dawnymi, nadczłowieczymi władcami świata, w czarodziejskim przeto zwierciadle sztuki rozbłysła jeszcze potężniej gloria jego pochodzenia, dostojność rodu i przepaść się tym czarniejsza rozwarła pomiędzy nim a resztą ludzi. Wydawało mu się, że z ludzkością związany jest jeszcze tylko przez szlachetniejszą nad wszystkie rasę śpiewaków boskich i z utęsknieniem wyglądał pojawienia się drugiego Rustana, bo czuł, że serce jego dorastającej córki, stan kraju i przygniatający go coraz bardziej wiek czynią rychłe zamęście nieodzownym.

Niedaleko od stolicy mieszkał w odosobnionym folwarku starzec, który poświęcił się wyłącznie wychowywaniu jedynego syna, a obok tego udzielał ludziom w nagłych wypadkach pomocy lekarskiej. Młodzieniec był poważny, zamyślony zawsze, a zajmował się z wielkim zamiłowaniem zgłębianiem przyrody, w czym od najmłodszych lat korzystał z nauk ojca. Z oddalonych krajów przed kilkudziesięciu laty przybył ten starzec do kwitnącego królestwa i żył w spokoju, jaki od dworu promieniował po kraju całym. Korzystał z tych pomyślnych warunków, by badać tajniki przyrody i wiadomości nabyte, a tak cudowne, wpoić synowi, którego umysł wybornie je przyjmował. Młodzieniec był z pozoru niepokaźny i zwracał chyba uwagę tego, kto lepiej wpatrzyć się umiał w szlachetne rysy jego twarzy i niezwykle połyskujące, rozumne oczy. Im dłużej nań ktoś patrzył, tym bardziej wydawał się pociągający, a już wprost trudno się było z nim rozstać, gdy posłyszało się jego miły, donośny głos i przekonywający sposób mówienia. Pewnego dnia królewna, której park dotykał lasu otaczającego posiadłość starca położoną na niewielkiej polanie, udała się sama konno na przejażdżkę, by w skupieniu podumać, pomarzyć, powtarzając sobie najpiękniejsze ze słyszanych pieśni. Świeżość lasu zwabiła ją, zapuszczała się coraz głębiej w jego gąszcze, aż wreszcie znalazła się na folwarku, gdzie mieszkał starzec wraz z synem. Poczuła pragnienie i chcąc się napić mleka, zsiadła z konia, przywiązała go do drzewa, po czym udała się do pomieszkania61, by poprosić o napój. Młodzieniec właśnie był obecny62. Przeraził się niemal na widok czarodziejskiego zjawiska, na widok tej dziewczyny strojnej we wszystkie powaby młodości, piękności i tak nieopisanie przejrzystej, jakby nie ludzką istotą była, ale najszlachetniejszą, najniewinniejszą z dusz, mającą w sobie boskość i nieśmiertelność. Podczas kiedy śpieszył, by spełnić prośbę, brzmiącą w jego uszach jak pieśń duchów, starzec wyszedł z pokoju, skłonił się przed nieznajomą i zaprosił ją, by zechciała usiąść przy prostym, stojącym pośrodku izby ognisku, na którym tlały jasno, migotliwie gałęzie. Zaraz od progu zauważyła, że w wypełnionym tysiącem rzadkich przedmiotów domu panował porządek i czystość i że na całości unosiła się jakaś przedziwna dostojność63, świętość nieomal. Wrażenia tego nie osłabił widok starca ubranego w prostą odzież oraz skromnego i przyzwoitego syna. Starzec poznał w niej zaraz osobę należącą do dworu, o czym przekonywał dostatecznie bogaty strój i pełne godności ruchy. Pod nieobecność syna wypytywała go o różne rzadkie okazy, pośród których było kilka szczególnych, starych obrazów, stojących niedaleko jej siedzenia, obok ogniska. Opowiadał ochotnie i objaśniał z wielką, jak zwykle, uprzejmością. Syn powrócił niebawem z dzbanem pełnym świeżego mleka i podał go jej, ruchem niewymuszonym, a pełnym szacunku. Porozmawiawszy długą chwilę z obydwoma, podziękowała bardzo serdecznie za gościnność i poprosiła starca z lekkim rumieńcem na twarzy, by jej wolno było jeszcze przybyć w odwiedziny i skorzystać z ciekawych i zajmujących nauk i opowiadań o tylu pouczających rzeczach. Potem odjechała, nie powiedziawszy, kim jest, gdyż spostrzegła, że syn i ojciec jej nie poznali.

Mimo że stolica leżała tak blisko, obaj, ojciec i syn, zatopieni w swoich badaniach, unikali zgiełkliwości wielkiego miasta i nigdy nie przyszło na myśl młodzieńcowi uczestniczyć w uroczystościach u dworu. Nie opuszczał ojca dłużej jak na godzinę, by pochodzić po lesie za motylami, chrabąszczami i roślinami. Rozmyślał wówczas i zatapiał się badawczym duchem w tajemnice zewsząd go otaczające. Zarówno dla królewny, starca, jak i młodzieńca wydarzenie tego dnia było równej, a wielkiej wagi. Starzec łatwo dostrzegł wrażenie, jakie nieznajoma uczyniła na synu. Znał go dobrze i wiedział, że każde głębokie wrażenie będzie w jego duszy trwałe i niezniszczalne. Młodość i grunt serca jego czyniły pierwsze wrażenie niepokonanym, a stary od dawna spodziewał się, iż nastąpi coś podobnego. Piękność ujmująca dziewczyny mimo woli napełniła go głęboką sympatią, a dobrodusznego umysłu nie zasępiła żadna troska o dalsze losy tego dziwnego spotkania. Królewna nie zaznała dotąd nigdy niczego podobnego. Jechała wolno do domu pod głębokim wrażeniem. Wizja dziwnego, ruchliwego, ćmiącego się64 i rozbłyskającego znowu nieznanego dotąd świata wygnała z jej głowy wszystkie inne myśli. Jakaś tajemnicza zasłona rozpostarła się na jej jasnym zwykle umyśle. Wydawało jej się, że gdyby ją ktoś zerwał, ujrzałaby się nagle w świecie zaziemskim. Wspomnienia poezji, zapełniające dotąd całą jej duszę, brzmiały jak oddalone jakieś, zanikające echa, wiążące jeszcze tylko słabo życie jej obecne z istnieniem dawnym. Powróciwszy do pałacu, przeraziła się niemal wystawności i zgiełku tam panującego, a bardziej jeszcze wychodzącego na jej spotkanie ojca. Widok jego pierwszy raz w życiu napełnił ją trwogą i poczuła, że niepodobieństwem jest opowiedzieć mu o dziwnej przygodzie. Wszyscy byli przyzwyczajeni do jej marzycielskiej zadumy, nie dziwili się spojrzeniu zatopionemu w dali, nie przyszło im też na myśl nic szczególnego. Królewna nie czuła się tu już jak dawniej. Wszyscy poczęli jej się wydawać obcy i aż do wieczora doznawała uczucia zdumienia i strachu, ale gdy wreszcie nadszedł, pod wpływem pieśni śpiewaka, wielbiącego nadzieję i natchnionymi strofami opiewającego cuda wiary w spełnienie pragnień naszych i pożądań, odzyskała odwagę i śniła w nocy rozkosznie. Młodzieniec, gdy tylko odjechała, podążył w las, chyłkiem sunął wzdłuż drogi za nią, aż do bram parku, a potem powrócił z wolna do domu. Idąc drogą, ujrzał, że coś u nóg jego połyska65. Schylił się i podniósł ciemnopurpurowy kamień, po jednej stronie połyskujący bardzo, a po drugiej pokryty rytymi, nieznanymi znakami. Poznał, że jest to drogocenny rubin, karbunkuł66 ogromnej ceny i piękności i przez myśl mu przeleciało, że widział podobny klejnot pośrodku naszyjnika nieznajomej. Pobiegł szybko ku domowi, jakby tam jeszcze była i pokazał kamień ojcu. Postanowili obaj, że syn ma na drugi dzień rano wyjść na drogę wiodącą do zamku i zaczekać, uważając, czy ludzie dworscy nie szukają klejnotu. Jeśli tak będzie, odda im go, w innym wypadku kamień pozostanie u nich w przechowaniu, aż do następnej bytności nieznajomej. Młodzieniec przez całą niemal noc spoglądał na klejnot i uczuł, gdy świtało, niepokonaną chęć napisania na papierze, którym klejnot był owinięty67, kilku słów. Sam sobie nie zdawał dokładnie sprawy, co znaczy nakreślony pospiesznie wiersz:

W kamieniu błyszczą tajemnicze znaki,

Głęboko wryte w czerwień jego krwi.

Wspomnienia dłuto kreśli symbol taki

W sercu, co cuda o nieznanej śni.

Kaskadą iskier czerwonych jak maki

Lśni klejnot, serce światłem przeczuć drży,

W rubinie jaśni68 skrysztalone zorze...

Czyż swoją światłość serce wyśnić może?

Równo z dniem udał się na drogę i poszedł nią aż do bram parku.

Tymczasem królewna spostrzegła wieczorem, przy rozbieraniu, że zgubiła drogocenny klejnot. Była to pamiątka po matce, a prócz tego talizman, który gwarantował jej swobodę osobistą. Posiadając go, nie mogła popaść w moc cudzą wbrew swojej woli. Strata ta zdziwiła ją raczej niźli przeraziła. Pamiętała, że podczas wczorajszej przejażdżki miała jeszcze talizman i była przekonana, że oderwał się z naszyjnika albo podczas pobytu w domu starca, albo w drodze powrotnej w lesie. Wycieczka ta tkwiła jej dotąd żywo w myśli i postanowiła zaraz o świcie poszukać klejnotu. Pomysł ten rozradował ją bardzo, tak że wydawać się mogło, iż raczej cieszy się ze straty, gdyż to daje jej sposobność odbycia tej samej drogi powtórnie. Wybiegła przeto wczesnym rankiem z pałacu, poszła przez ogród ku lasowi, a że szybciej szła niż zwykle, nic też dziwnego, że jej serce biło żywiej.

Słońce właśnie poczęło złocić wierzchołki starych drzew poruszanych lekkim wiatrem. Szemrały, jakby wzajemnie budzić się chciały z marzeń sennych, by wspólnie powitać wschodzące słońce. Królewna dosłyszała odgłos kroków w dali, spojrzała na drogę i dostrzegła młodzieńca, który, ujrzawszy ją wzajemnie, przyśpieszył kroku.

Podszedłszy nieco bliżej, stanął i spojrzał na nią śmiało, niejako aby się przekonać, że jest żywą istotą, a nie złudzeniem zmysłów. Powitali się z tajoną radością, jak gdyby się już od dawna znali i kochali. Zanim jeszcze królewna mogła spytać o powód tego rannego spaceru, podał jej zarumieniony i z bijącym sercem klejnot, wraz z papierem. Wydało się, jakby przeczuwała, co tam jest napisane. Wyciągnęła, milcząc, drżącą rękę po podany sobie przedmiot i odpiąwszy prawie bezwiednie złoty łańcuszek z szyi, podała mu go jako nagrodę za znaleziony klejnot. Zawstydzony ukląkł przed nią i długo nie mógł wydobyć słowa, nie mógł odpowiedzieć na jej pytanie o ojca. Powiedziała mu półgłosem, ze spuszczonymi oczyma, że niedługo znowu przyjedzie do ich domu, by skorzystać z obietnicy ojca zapoznania jej z różnymi rzadkimi okazami, jakie nagromadził.

Podziękowała raz jeszcze młodzieńcowi z niezwykłą serdecznością i poszła powoli, nie oglądając się, ku pałacowi.

Pozostawszy sam, nie mógł słowa wymówić. Skłonił się tylko z szacunkiem i spoglądał za nią długo, aż znikła wśród drzew parku.

Od tego czasu minęło parę dni. Królewna przyjechała i od tej pory zjawiała się często. Młodzieniec począł jej w przechadzkach tych powoli towarzyszyć. Oczekiwał na nią o pewnych godzinach u bram parku i odprowadzał ją znowu z powrotem. Zachowywała najgłębszą tajemnicę co do swego pochodzenia, chociaż stawała się dla swego towarzysza coraz poufalsza69. Niebawem znał każdą najtajniejszą jej myśl. Wydawało się teraz, że wysokie stanowisko, jakie zajmowała, napełnia ją przerażeniem. Młodzieniec również oddał jej całą swą duszę. Obaj z ojcem mieli ją za wysoko urodzoną pannę dworską. Okazywała staremu przywiązanie i miłość córki. Pieszczoty, jakimi go obdarzała, były zachwycającymi zwiastunami miłości dla syna. Niebawem poczuła się w małym domku jak u siebie. Przygrywając na lutni, śpiewała cudne pieśni swoim anielskim głosem i uczyła młodzieńca, siedzącego u jej nóg, tej pięknej sztuki, dowiadując się w zamian od ojca o tajemnicach przyrody, o których opowiadał z zapałem. Objaśniał jej, jak przez cudowną, wszędzie przenikającą sympatię świat powstał i gwiazdy połączyły w melodyjnym pląsie. Prahistorię ziemi poznała też z jego ust, ale najbardziej zachwycona uczuła się, gdy młodzieniec porwany natchnieniem chwytał za lutnię i z niesłychaną umiejętnością śpiewał przecudne, a dziwne pieśni. Pewnego dnia, gdy dłuższa jej obecność dodała mu odwagi i owładnęła nim miłość, w drodze powrotnej, przezwyciężając jej dziewiczą wstydliwość, objął ją ramieniem. Bezwiednie padli sobie w ramiona, a pierwszy gorący pocałunek złączył ich na zawsze. Nagle zawrzała w szczytach drzew gwałtowna burza. Groźne chmury płynęły w ciemni nocnej nisko ponad ziemią. Śpiesznie chciał młodzieniec ukryć ukochaną przed niebezpieczeństwem, jakim groziły łamiące się drzewa, ale wśród czarnej nocy zmylił drogę i zapędził się jeszcze dalej w las. Strach nim owładnął, gdy spostrzegł pomyłkę. Królewna myślała o przerażeniu króla i całego dworu, niedająca się nazwać obawa przenikała chwilami jej duszę jak niszczący grom i tylko głos ukochanego, dodający jej otuchy, przywracał jej niejaki spokój i napełniał zaufaniem. Burza szalała ciągle, wszystkie wysiłki odnalezienia drogi okazały się daremne i uczuli się bardzo szczęśliwi, gdy przy błysku piorunu dojrzeli w pobliżu, na stromym urwisku jaskinię, gdzie mieli nadzieję skryć się bezpiecznie przed huraganem i odpocząć nieco po wytężającej walce z rozpętanym żywiołem. Szczęście im widocznie sprzyjało. Jaskinia była sucha i porośnięta mchem. Młodzieniec zapalił prędko ogień, narwawszy mchu i nazbierawszy gałęzi. Przy ogniu tym mogli się nieco osuszyć. Zakochani znaleźli się tedy, cudownym zbiegiem okoliczności uratowani, razem w ustronnym miejscu. Spoczywali na wygodnym, ciepłym posłaniu.

Krzak dzikiego migdałowca, pełen owoców, zwieszał się u wnijścia70 do jaskini, a szmer pobliski powiadomił ich, że mają świeżą wodę do picia. Nawet lutnia, którą młodzieniec zabrał ze sobą, nie została stracona i mogli teraz przy trzaskającym ogniu zabawiać się71, co koiło ich obawy i rozweselało serca. Wyższa moc widocznie postanowiła rozciąć węzeł72 prędzej i sprowadziła ich tutaj razem w cudowny sposób. Niewinność serc, czarowny nastrój dusz i obopólna miłość, owa nieodparta potęga młodości sprawiła, że zapomnieli niebawem o świecie i jego wymaganiach i zatonęli w upojenie, jakie chyba niewielu kochankom danym bywa. Przygrywała im pieśń weselną burza i pochodnie nieciły błyskawice. Z brzaskiem szafirowym dnia ocknęli się w nowym, szczęśliwszym świecie. Ale niezadługo strumień gorących łez, który trysnął z ócz królewny, oznajmił kochankowi, że budzą się tysiączne troski jej serca. Młodzieniec w ciągu tej nocy stał się o kilka lat starszy, z chłopca stał się mężczyzną. Wymownie i z zapałem73 pocieszał kochankę, zwracał jej uwagę na świętość prawdziwej miłości, na silną wiarę, którą daje i zapewniał, że od anioła stróża, mającego pieczę nad jej losem, może spodziewać się najpogodniejszej przyszłości. Królewna czuła, że słowa, którymi ją pociesza, są szczerą prawdą i odkryła mu, że jest córką króla i cierpi z powodu utraconej sławy oraz że żal jej ojca74. Po długich naradach doszli do jednego postanowienia i młodzieniec w tejże chwili udał się w drogę, by odnaleźć ojca i zakomunikować mu swój plan. Obiecał, że za małą chwilę powróci i zostawił ją uspokojoną nieco i pewniejszą, że całe to wydarzenie będzie miało skutki nie najgorsze. Wnet zaszedł do domu ojca. Stary bardzo się ucieszył, że powraca cały i zdrowy. Dowiedziawszy się o wydarzeniu i planie kochanków, po krótkim namyśle oświadczył swą gotowość pomagania im. Dom jego leżał w ukryciu, na uboczu, a miał kilka izb podziemnych, do których niełatwo dostać się75 było można. Tam właśnie miała zamieszkać królewna. Przybyła o zmierzchu, a stary przyjął ją z rozrzewnieniem. Płakiwała potem często, gdy w samotności myślała o swym ojcu, ale kryła swą troskę przed kochankiem i zwierzała się tylko staremu, który ją serdecznie pocieszał i obiecywał, że niezadługo do ojca powróci.

Tymczasem na dworze zapanowało zamieszanie i strach, gdy wieczorem królewna nie powróciła. Król desperował76 i na wszystkie strony rozesłał ludzi, by szukali córki. Nikt nie umiał jej nagłego zniknięcia wytłumaczyć. Nikomu nie przyszło na myśl, by królewna miała potajemny romans, i nie przypuszczano też uprowadzenia, zwłaszcza, że prócz niej nie brakło nikogo. Nie można było więc ani w przybliżeniu domyślić się przyczyny zniknienia77. Wysłani ludzie powrócili, nic nie sprawiwszy, a król popadł w najgłębszy smutek. Tylko gdy wieczór śpiewacy zjawiali się u niego i przynosili nowe, piękne pieśni, wydawało się, że po dawnemu staje się wesoły. Wtedy zdawało mu się, że córka jest blisko niego i nabierał otuchy, że ją wkrótce ujrzy. Gdy tylko jednak go zostawiono samego, rozdzierało mu się na nowo serce i płakał głośno. I pomyślał sobie w duszy: „Cóż mi z całej tej wspaniałości i starożytności mego rodu. Oto jestem samotny i najnędzniejszy spośród ludzi. Córki nic mi zastąpić nie może. Bez niej i pieśni są mi78 już tylko pustymi dźwiękami i nicością. Ona to była czarem, który w nie wlewał życie, wesele, potęgę i kształty im nadawał. O, jakże chętnie stałbym się najniższym ze sług własnych, byle bym ją miał znowu przy sobie, może bym kiedyś miał zięcia i wnuka, którego bym mógł wziąć na kolana. O, wtedy byłbym szczęśliwszym królem i władcą niźli teraz. To nie korona i państwo czyni królem, ale owo pełne uczucie szczęśliwości, ów dostatek dóbr tej ziemi, owa pełnia i nieczucie żadnego braku. Srogo zostałem za mą dumę ukarany. Nie dość mną jeszcze wstrząsnęła utrata drogiej małżonki, teraz nareszcie popadłem w ostateczną nędzę79. Tak żalił się król w chwilach najokrutniejszej tęsknoty. Czasem jednakże brała nad żalem górę dawna duma, opanowywał się wówczas, gniewał się sam na siebie za skargi, chciał cierpieć w milczeniu, jak przystało królowi. Uspokajał się myślą, że cierpi więcej niż inni ludzie, gdyż większy ból musi być udziałem tego, kto wyżej stoi w dostojeństwie, ale gdy po przecierpianej nocy, o świcie zaszedł do pokoju córki, ujrzał jej stroje i różne jej drobiazgi, porozkładane tak jak je opuściła, wtedy zapomniał o postanowieniach i wił się z bólu jak najnędzniejszy człowiek i najniższego ze swych służących błagał o litość. Cała stolica i kraj cały płakały i zawodziły wraz z królem. Dziwne tylko było, że nagle wieść się rozeszła, iż królewna niebawem powróci i to wraz z małżonkiem. Nikt nie wiedział, skąd się owa legenda wzięła, ale wszyscy dali jej ochotnie wiarę i oczekiwali z niecierpliwością jej spełnienia. Tak minęło dużo miesięcy i znowu nastała wiosna. Zagrzani wieścią, wszyscy oczekiwali, że królewna właśnie w tym czasie powróci. Nawet król nabrał nieco otuchy i stał się weselszy. Legenda wydała mu się obietnicą jakiejś dobroczynnej, zaziemskiej potęgi. Dawne uroczystości rozpoczęły się na nowo i do przywrócenia dawnej świetności i rozkwitu życia na dworze brakło już tylko królewny. Pewnego wieczora, właśnie w rocznicę zniknięcia córki królewskiej, zebrał się cały orszak80 w ogrodzie. Ciepło było i pogodnie, tylko w wierzchołkach drzew szemrał wiatr lekki. Potężny wodotrysk bił w górę, otoczony pochodniami, aż gdzieś ku czarnym drzew szczytom i jego lekki, melodyjny szmer towarzyszył rozbrzmiewającym pod drzewami pieśniom. Król siedział pośrodku, na wspaniałym dywanie, otoczony dworzanami w paradnych szatach. Wielki tłum ludzi wypełniał ogród i patrzył na czarowny obraz. Król właśnie popadł w zadumę. Postać utraconej córki żywo stanęła mu przed oczyma, wspominał szereg dni szczęsnych, który około tej pory, rok temu, tak nagle został przerwany. Ogarnęła go wielka tęsknota, a łzy potoczyły się po policzkach starca. Mimo to uczuwał81 jakieś dziwne wesele. Wydawało mu się, że ten smutny rok to był sen tylko ciężki i podniósł oczy, jakby szukając postaci córki, tak pięknej, smukłej, pełnej dostojeństwa, pośród ludzi i drzew. Właśnie skończył jeden ze śpiewaków pieśń swą opiewającą radość z odzyskania tego, co stracone było, święto powrotu wiosny i wiarę w przyszłość, a ogólne milczenie, jakie zapanowało, świadczyło o wrażeniu głębokim82.

Ciszę nagle przerwały dźwięki ciche lutni nieznanego jakiegoś pieśniarza, jakoby wychodzące z prastarego dębu. Oczy wszystkich zwróciły się w tym kierunku. Ujrzano młodzieńca ubranego w prosty, cudzoziemski strój. Trzymał w dłoniach lutnię. Nie przerwał pieśni, gdy wszyscy nań spojrzeli i tylko królowi złożył niski ukłon. Głos miał niezwykle piękny, a pieśń brzmiała z cudzoziemska. Pieśniarz opiewał stworzenie świata, narodziny gwiazd, roślin, zwierząt i ludzi mocą sympatii, tej wielkiej siły natury, śpiewał o prastarym wieku złotym i jego władczyniach, miłości i poezji, o pojawieniu się nienawiści i barbarzyństwa, walkach, jakie zawrzały, wreszcie przepowiadał przyszły tryumf dobra, a pogrom zła, koniec wszelkich udręczeń, odmłodzenie się natury i powrót złotego wieku, który będzie trwał wiecznie. Najstarsi pieśniarze porwani podziwem, zbliżyli się do młodzieńca. Nieznany dotąd zachwyt opanował słuchaczy, a sam król uczuł, jakby go unosił jakiś świetlany prąd ku niebiosom. Pieśni podobnej dotąd nie słyszano, słuchającym wydawało się, że pośród nich zjawiła się jakaś boska istota, zwłaszcza że im dłużej śpiewał, młodzieniec stawał się coraz piękniejszy, coraz cudowniejszy, a głos jego brzmiał coraz to pełniej. Wiatr igrał z jego włosami, lutnia wydawała się pod jego palcami nabierać życia, a wzrok gdzieś zdał się zatopiony w nieznane, tajemne światy. Także dziecięca niewinność i prostota rysów jego twarzy wydała się wszystkim nadnaturalna. Wreszcie umilkł cudny śpiew. Starcy pieśniarze83 tulili młodzieńca do piersi ze łzami radości w oczach. Głęboka, milcząca radość przeniknęła tłumy. Król powstał i zbliżył się doń wzruszony. Młodzieniec upadł mu skromnie do nóg. Podniósł go stary władca, uściskał serdecznie i polecił, by wybrał sobie nagrodę. Wtedy zarumieniony poprosił króla, by wysłuchał jeszcze jednej pieśni, a potem rozstrzygnął o darze. Król cofnął się kilka kroków, a młodzieniec tak począł:

Przez ostre głazy, skalne zbocza

Idzie wędrowiec, pieśni król,

Brnie przez bagniska, rzek przeźrocza,

A za nim płynie smęt84 i ból.

Nikt mu przyjaźnie się nie skłoni,

Nie ma dla kogo serce bić,

Lutnia w znużonej legła dłoni

Zapomnień długie psalmy śnić.

O, smutny, smutny los tułacza!

Po tej pustaci85 idę sam...

Choć niosę pokój, co przebacza,

I dla mych braci radość mam,

Choć w lutni mojej pieśń się płoni,

Od której bije jaśń86 i czar...

Wychodzą do mnie z datkiem w dłoni,

Lecz któż wyniesie serca dar?

Odchodzę cichy, niewołany

Jak wiosna, co rok płynąc w dal,

Nieme zostawia domostw ściany,

A w duszach po niej nie łka żal.

Choć złotych plonów żądne dłonie,

Lecz serce nie wie, kto je siał...

Nieba im w pieśni mej przykłonię,

Byle mi uśmiech który dał.

Prorocze, twórcze czuję moce,

Na ustach wszelkich ziszczeń toń...

Czyż za utęsknień długie noce,

Żadna się nie wyciągnie dłoń?

Nędzarza żadna łza nie spyta,

Czy we krwi kroczy własnych stóp...

W obojętności noc spowita

Jest dusza ich, jak grób.

Na traw kobiercu legł, czyż prześni

Żałości tyle, tyle łez?...

Wtem z niebios spływa wieszczka pieśni

I męce dusznej87 kładzie kres:

Zapomnij serce ból i lęki,

Bo znikną jako opar z dniem,

Bo dźwięczny odzew twej piosenki

Tu znajdziesz, tamto — snem.

Już bliska chwila, co nagrodzi

Daleką drogę, żałość, łzy,

Niebo się chmurne rozpogodzi,

Mirt skroń uwieńczy ci.

Tu bije serce, które w męce

Ognistą próbą dotknął ból,

Wyciągnie do cię bratnie ręce,

Jako do syna król.

Gdy doszedł do tych słów pieśni, zgromadzonych ogarnęło wielkie zdziwienie, gdyż właśnie ukazał się w pobliżu starzec, towarzyszący zasłoniętej welonem kobiecej postaci. Trzymała ona na rękach przecudne dziecko, które wesoło rozglądało się po zgromadzeniu i wyciągało rączki do błyszczącego diademu królewskiego. Oboje stanęli za śpiewakiem. Ale zdumienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy nagle ze szczytów drzew zleciał ulubiony orzeł króla. W szponach trzymał złotą przepaskę na czoło, pochwyconą pewnie w którejś komnacie. Usiadł na czole młodzieńca tak, że opaska opasała jego włosy. Młodzieniec przeraził się na małą chwilę, orzeł odleciał w stronę króla, zostawiając ozdobę, młodzieniec podał ją dziecięciu, które się jej napierało, i klęknąwszy u stóp monarchy, tak dalej śpiewał wzruszonym głosem:

Pieśniarz się ze snu raźno zrywa,

Nowych nadziei płynie wiew,

Patrzy — toń stawisk połyskliwa...

Słucha — to poszum starych drzew...

Mury zamczyska lśnią jak z stali,

Lecz pieśń się w górę rwie powiewna,

Tam, gdzie na blankach, kędyś w dali

Stoi uroczy cud — królewna.

Miłość ich w słodkie zwarła sploty...

Miłość, co lubi ciszę, noc...

W ostępie leśnym, w cieniu groty,

Poznali, co Erosa moc.

Tam snują życia sen uroczy,

Nieprześpiewaną, długą baśń,

Tylko niepokój czasem mroczy

I ćmi rozkoszy czystej jaśń.

Lecz wówczas z lutni pieśń nadziei

Płynie i znowu mija strach...

Wtem, zapędziwszy się wśród kniei,

Król wchodzi... Czyliż marzy w snach?

Tam droga córka... u jej łona

Dziecina mała, jego wnuk!

Matka się chyli zapłoniona

Z pieśniarzem do królewskich nóg.

Miłości, pieśni wielka władza,

Ojcem się uczuł stary król,

Czoło się jego rozpogadza,

Już znikł niepokój, troska, ból,

Miłości chwałę niosą echa,

Jej królowania głoszą czas,

Niebo łunami się uśmiecha,

Radośnie szumi las.

I teraz spłyń mocarko pieśni,

Miłości bądź jak anioł stróż.

Minione dawno szczęście wskrześnij88

I wróć we wieńcu z róż!

Ogarnij królu wraz ramiony89

Córkę i wnuka, nie sądź win

I pomyśl już, rozpromieniony,

Że śpiewak też twój syn.

Młodzieniec, wyrzuciwszy z piersi te słowa, uniósł zasłonę z twarzy kobiety. Królewna, zalawszy się potokiem łez, upadła do nóg królowi, podając mu piękne dziecię. Śpiewak, ze spuszczoną głową, ukląkł obok niej. Nastała straszna cisza, każdy wstrzymywał oddech. Król przez chwilę nie mógł przemówić słowa, milczał ponuro, potem przyciągnął do siebie córkę, tulił ją do piersi długo, płacząc głośno. Podniósł też potem i młodzieńca i otoczył go ramieniem. Okrzyk radości przeleciał po tłumach tłoczących się dokoła. Król wziął dziecię na ręce i podniósł je z cichą modlitwą ku niebu. Potem pozdrowił mile starca. Łzy radości popłynęły z oczu wszystkich, poeci rozpoczęli pieśni radosne, a wieczór ów stał się dla wszystkich mieszkańców kraju zwiastunem szczęsnej doli. Życie wszystkim było90 odtąd jedną wielką radosną uroczystością.

Gdzie kraj ten zaginął i kiedy, nikomu nie wiadomo, legendy tylko stare opowiadają o czarownej Atlantydzie91, pochłoniętej przez fale morza.