Rozdział piąty

Po kilkudniowej podróży przybyli do wsi położonej u stóp stromych pagórków, poprzerywanych głębokimi rozpadlinami. Miejscowość była urodzajna i miła, chociaż grzbiety wzgórz miały wygląd odstraszający, dziki. Gospoda była czysta, ludzie chętni do rozmowy, a tłum ludzi, w części złożony z podróżnych, w części ze zwykłych gospodnich bywalców131, obsiadł stoły. Rozmawiano o różnych rzeczach.

I nasi podróżnicy przyłączyli się do towarzystwa i wzięli udział w rozmowie. Oczy wszystkich kierowały się na starego człowieka siedzącego przy stole, ubranego w strój cudzoziemski. Odpowiadał on chętnie na wszystkie pytania, jakie mu stawiano. Przywędrował z obczyzny, od samego rana rozglądał się ciekawie po okolicy i opowiadał teraz o swych spostrzeżeniach oraz o swym zawodzie. Ludzie nazywali go poszukiwaczem skarbów. On sam wyrażał się o swych wiadomościach i swej zdolności skromnie, ale wszystko, co mówił, brzmiało dziwnie tajemniczo i było nowością dla słuchających. Mówił, iż urodził się w Czechach. Od samej młodości paliła go wielka ciekawość dowiedzenia się, co też ukryte jest we wnętrzu gór, skąd pochodzi woda tryskająca w źródłach i gdzie mieszczą się: złoto, srebro i drogie kamienie, wywierające taki wpływ na ludzi.

W pobliskim kościele klasztornym podziwiał na obrazach i relikwiarzach owe przecudne skamieniałe światła i pragnął bardzo w duszy, by doń przemówiły i wyznały mu tajnię132 swego pochodzenia. Słyszał, jak opowiadano często, że owe drogocenne kruszce i klejnoty pochodzą z bardzo odległych krajów, ale myślał sobie zawsze, czemu by i tutaj ich znaleźć nie było można. Nie darmo tutaj góry tak ogromne, nie darmo tak wysokie i niedostępne. A przy tym, wyznał, tu i ówdzie na wirchach133 napotykał połyskujące kamyki. Spinał się134 gorliwie po skałach, zazierał we wszystkie szczeliny, groty i z ogromną rozkoszą rozglądał się po przedwiecznych jaskiniach i sklepieniach wykutych ręką natury. Raz wreszcie spotkał podróżnego i ten mu powiedział, że powinien zostać górnikiem, a wtedy zaspokoi swą ciekawość. W Czechach, mówił podróżny, jest wiele kopalń. Niech tylko idzie z biegiem rzeki, a po dziesięciu lub dwunastu dniach dojdzie do Eula. Tam, niech tylko powie, że chętnie przystałby do górników. Nie dał sobie tego dwa razy mówić i zaraz następnego dnia udał się w drogę.

— Po uciążliwej, wielodniowej wędrówce — ciągnął dalej — znalazłem się w Eula. Nie mogę wam opisać, z jaką radością ze szczytu jednego wzgórza dojrzałem sterty kamieni przerośnięte krzewami, na nich chaty z desek i płynące z doliny, ponad lasy wstęgi dymów. Odległy łoskot podniecił jeszcze mą niecierpliwość i wnet z cichą w duszy modlitwą stanąłem na jednym takim kopcu, a u nóg mych widniał głęboki czarny otwór, wiodący stromo w dół. Zbiegłem w dolinę i napotkałem niebawem kilku czarno ubranych ludzi niosących lampy. Domyśliłem się, że są to górnicy i drżącym głosem przedłożyłem im mą prośbę. Wysłuchali mnie życzliwie i odpowiedzieli, bym się udał do huty, gdzie topią rudę i zapytał o starszego sztygara, który tutaj jest naczelnikiem i mistrzem. On już mi da odpowiedź, czy mogę zostać przyjęty. Wyrazili mniemanie, że życzenie moje spełni się i nauczyli mnie górniczego pozdrowienia „Glück auf135!”, którym mam powitać sztygara. Pełen radosnych nadziei poszedłem we wskazanym kierunku, powtarzając sobie bez końca owo pełne znaczenia pozdrowienie. Ujrzałem starego, czcigodnego człowieka. Przyjął mnie bardzo łaskawie, i gdym mu opowiedział me dzieje, wyraził wielką, od dawna żywioną ochotę wyuczenia się rzadkiego, a tajemniczego kunsztu górniczego, zgodził się spełnić moje pragnienie. Zdawało mi się, iż mu się spodobałem. Zatrzymał mnie u siebie w domu. Nie mogłem doczekać się chwili, w której zjadę do szybu, przybrany w piękny ubiór. Tego samego jeszcze wieczora przyjaciel mój nowy przyniósł mi ubranie i zaznajomił z użyciem kilku narzędzi, które miał w komorze.

Wieczór zeszli się136 doń górnicy. Słuchałem uważnie rozmów, chociaż wiele słów brzmiało mi obco i niezrozumiale, niestety stanowiły one główną treść pogadanki137. To jednak, niewiele, com zrozumieć zdołał, podnieciło jeszcze mą ciekawość i w nocy śniło mi się w sposób dziwaczny a tajemniczy. Zerwałem się rano i ujrzałem, że chata mego gospodarza napełniona była górnikami, którzy tu się zeszli, by wysłuchać jego rozkazów. Sąsiednia izba zamieniona była w kaplicę. Przyszedł zakonnik, odprawił mszę, a potem odmówił modlitwę, w której błagał Boga, by miał górników w swej świętej opiece, by wspierał ich w niebezpiecznej pracy, strzegł przed napaściami i podstępem złych duchów, a w końcu, by raczył obdarzyć ich bogatym plonem pracy.

Nigdy nie modliłem się goręcej i nigdy nie odczułem żywiej wielkiej doniosłości i znaczenia świętej ofiary. Moi przyszli towarzysze wydali mi się podziemnymi bohaterami, którzy muszą wystawiać się na tysiące niebezpieczeństw, ale w zamian cieszą się posiadaniem niezmiernego skarbu wiedzy i wyposażeni są, przez ciche z prastarymi złożami skalnymi obcowanie wśród ciemnych chodników i grot cudownych, w przedziwne dary niebieskie, i że stoją ponad światem i jego troskami. Stary sztygar po skończonej służbie bożej dał mi w rękę lampę i mały drewniany krzyżyk i powiódł ku szybowi. Tak zowią górnicy otwory prowadzące stromo w głąb ziemi. Uczył mnie po drodze sztuki spuszczania się w szyb i zaznajamiał mnie z koniecznymi środkami ochronnymi oraz z nazwami rozlicznych, nieznanych mi jeszcze przyborów i ich części składowych. Zjechał pierwszy na okrągłej belce, trzymając się jedną ręką liny sunącej po bocznym słupie szybu, a w drugiej trzymając lampę. Poszedłem za jego przykładem i znaleźliśmy się dosyć szybko na znacznej głębokości. Byłem w nastroju uroczystym, światełko tlejące138 przede mną wydało mi się przewodnią gwiazdą przyświecającą mi na drodze ku utajonym w łonie ziemi skarbom natury. Znajdywaliśmy się teraz pośród błędnika139 chodników, a mój mistrz niezmordowanie odpowiadał na tysiące zapytań ciekawych, którymi go zasypywałem. Uczył mnie przy tym ciągle i wtajemniczał w kunszt górniczy. Szum wody, oddalenie od zamieszkałej powierzchni ziemi, ciemność, wijące się chodniki i szmer pracujących w dali górników zachwycały mnie. Czułem, że nareszcie posiadam to, co było od młodocianego wieku mym najsilniejszym pożądaniem. Owo pełne zaspokojenie wrodzonego powołania, ta dziwna radość z rzeczy stojących w bezpośrednim związku z naszą istotą, z zajęć, do których jest się od kołyski przeznaczonym i usposobionym, nie da się opisać ni opowiedzieć. Może komuś innemu zawód górnika wyda się pospolity, bez znaczenia i ponadto niebezpieczny, mnie wydał się tak niezbędny, jak dla piersi niezbędne jest powietrze, a pożywienie dla żołądka. Mistrz mój radował się z mej żywej ochoty i robił nadzieję, że przy gorliwości, jaką okazuję, i rozwadze daleko zajdę i zostanę wkrótce zdolnym140 górnikiem. Z jakimże nabożeństwem wpatrywałem się w odkryte po raz pierwszy, w dniu szesnastego marca, czterdzieści pięć lat temu, cienkie blaszki złota, owego króla metali, wpryśnięte141 w twardą skałę. Wydało mi się, że zamknięto je tutaj w ciężkim więzieniu i że wita ono i pozdrawia serdecznie górnika, który przezwyciężył tyle niebezpieczeństw i poniósł tyle trudów, by dotrzeć doń poprzez twardy, skalny mur, by wydobyć je na światło dzienne, wyzwolić je i sprawić, że połyskać może na koronie królewskiej i cudnych relikwiarzach, zawierających szczątki świętych Pańskich lub też zamienione w cenne monety ozdobione popiersiami142, może rządzić światem i kierować jego dziejami. Przez cały czas pracowałem w Eula i zostałem wreszcie hajerem143, to jest górnikiem prawdziwym, który kuje żywą skałę, gdyż dotychczas byłem zajęty przy transportowaniu koszykami oderwanych kilofami bloków.

Stary górnik odpoczął nieco, napił się, podczas gdy słuchacze wydawali na jego cześć gromkie okrzyki: „Glück auf!”. Henryka ciekawiło niezmiernie opowiadanie starca i rad by był dowiedzieć się jeszcze dużo więcej.

Słuchacze tymczasem rozmawiali o niebezpieczeństwach i właściwościach górnictwa i powtarzali dziwne legendy i podania, krążące wśród ludu. Starzec śmiał się z nich często i starał się dziwne owe poglądy objaśniać i prostować.

Po chwili odezwał się Henryk:

— Pewnie od czasu owego widzieliście dużo jeszcze ciekawych rzeczy i doznaliście wielu przygód. Myślę, że nigdy nie żal wam było, żeście obrali ten, a nie inny zawód. Proszę was, raczcie nam jeszcze opowiadać dalsze koleje życia i jak się stało, że udaliście się w tę właśnie podróż. Zdaje mi się, żeście świata zeszli niemało, i jestem pewny, że dziś jesteście czymś więcej jak zwyczajnym górnikiem144.

— Bardzo mile — odrzekł starzec — wspominam czasy dawne, bo dostrzegam w nich widoczne znaki miłosierdzia bożego i jego dobroci. Los mi sprzyjał, wiodłem życie wesołe i szczęsne, i nie minął i dzień, bym się nie kładł na spoczynek z sercem wezbranym wdzięcznością. Szczęściło mi się zawsze przy pracy, a Bóg najwyższy, ojciec nasz niebieski, strzegł mnie od złego i dozwolił zestarzeć się, po życiu uczciwie spędzonym. Wszystko w pierwszej linii zawdzięczam memu staremu mistrzowi145, który od wielu lat leży w grobie. Nie mogę o nim wspomnieć bez rozrzewnienia. Był to człowiek z dawnego pokolenia, żył wedle przykazań bożych, obdarzyła go też Opatrzność zaletami umysłu. W czynach swych był skromny i prosty jak dziecko. On sprawił, że kopalnia rozwinęła się nader pomyślnie i książę czeski zdobył bogactwa niezmierzone. Cała okolica skutkiem tego cieszyła się dobrobytem i była gęsto zaludniona. Górnicy czcili go jak ojca, i dopóki będzie istniała Eula, wspominać będzie każdy jego imię z wdzięcznością i szacunkiem. Pochodził z Łużyc i zwał się Werner. Gdym zjawił się w jego domu, jedyna jego córka była jeszcze dzieckiem. Moja pracowitość, wierność i niezmierne przywiązanie zyskiwały mi z dniem każdym jego serce. Dał mi swe nazwisko i uczynił mnie swym synem. Mała dziewczynka wyrosła niedługo na hożą, wesołą dziewicę o licu tak gładkim i białym, jak czyste było jej serce. Stary, widząc, że mi okazuje przychylność, że chętnie ze mną się przekomarza, a ja też nie odwracam wzroku od jej oczu, tak czystych i błękitnych jak niebiosa, a tak połyskliwych jak kryształy, powiedział, że gdy zostanę porządnym górnikiem, nie odmówi mi jej za żonę. Dotrzymał słowa. W dniu, w którym zostałem hajerem, położył na nas swe dłonie i pobłogosławił jako narzeczonych, a w kilka tygodni potem zawiodłem ją jako żonę do domu. W tym samym dniu, pracując jeszcze jako młody hajer, odkryłem równo ze wschodem słońca bogatą żyłę złota. Książę przysłał mi złoty łańcuch z portretem własnym, wybitym na wielkim medalu i przyobiecał, że wezmę urząd po przybranym ojcu. Jakże szczęśliwy się czułem, mogąc w dniu ślubu zawiesić tę ozdobę na szyi mej żony. Wszystkich oczy zwracały się ku nam. Stary, czcigodny ojciec nasz doczekał się jeszcze kilkorga zdrowych wnucząt, a pokłady odkrywane pod starość jego w kopalni bogatsze były, niż można się było spodziewać. Zakończył z radością w sercu szychtę swego żywota i opuścił ciemny szyb tego świata, by odpocząć i czekać na wielki, święty dzień zapłaty.

— Panie — mówił dalej starzec, zwracając się do Henryka i ocierając łzy z oczu — górnictwo zaprawdę cieszy się szczególnym błogosławieństwem Bożym, nie ma bowiem kunsztu, który by ludzi jemu się oddających czynił szczęśliwszymi i szlachetniej myślącymi, który by budził więcej wiary w mądrość Bożą i Opatrzność, a serce chował w większej czystości. Biednym rodzi się górnik i biednym go też grzebią. Wystarczy mu wiedzieć, gdzie jest siedlisko szlachetnego kruszcu i wydobywać go na powierzchnię ziemi. Jego oślepiający blask nie rzuca plam zła na serce. Nietknięty niebezpieczną gorączką raduje się tylko przedziwną jego postacią i bada, skąd pochodzi i gdzie przemieszkuje. Nie pragnie go posiadać. Przestaje metal ów ciekawić górnika z chwilą, gdy staje się towarem. Raczej woli go szukać pośród tysiąca niebezpieczeństw i trudów w łonie ziemi, niż dążyć za jego wezwaniem w świat szeroki i zdobywać podstępem i zdradą. Trudy poniesione dają sercu jego moc, a zmysłom trzeźwość. Skromnej swej płacy używa z wdzięcznością i co dnia zstępuje z nowymi siłami i świeżą radością w ciemną głąb swego powołania. On to, zaprawdę, lepiej od innych umie cenić ponęty146 światła i spokoju, dobrodziejstwo świeżego powietrza i rozległych widoków, i jemu to tylko w całej pełni smakuje napój i pokarm. Wzmacnia go i na nowe bojowanie w ciemni zbroi jakby ciało Pańskie, co wierną duszę umacnia.

Z jakąże wesołością wraca do domu, do swych bliskich, pieści żonę i dzieci i używa w pokoju rozkosznego daru nieba, rozmowy poufnej.

Samotne zajęcie odrywa go od współżycia z ludźmi. Co to dzień, nie wie przez dłuższą część swego życia. Ale nie wpada w tępą obojętność wobec owych na powierzchni świata żyjących, dziwnych zjaw i raczej swą duszą dziecięcą owe zjawiska widzi w najistotniejszej ich postaci i całej przedziwnej złożoności, żyjąc od nich daleko. Natura nie chce być własnością jednostki ludzkiej. Zawładnięta przez jednego staje się złą trucizną. Pierzcha spokój, a nadpływa straszna żądza, niby wir chcąca wciągnąć wszystko w krąg jego posiadania. Za nią płyną korowodem troski i dzicz namiętności. Podmulają one powoli grunt pod stopami posiadacza i wnet ginie on w rozwartej przepaści, a bogactwa płyną znowu z rąk do rąk, zadowalając w ten sposób potrzebę należenia do wszystkich, zaspokajania po kolei potrzeb wszystkich ludzi.

Z jakimże natomiast spokojem pracuje biedny, poprzestający na małym górnik w głębiach ziemi, z dala od niepokojącego zgiełku świata, ożywiony jedynie żądzą wiedzy i napełniony uczuciem miłości i zgody. Wspomina w swym osamotnieniu serdecznie o współtowarzyszach i rodzinie147 i ciągle uświadamia sobie konieczność pokrewieństwa wszystkich ludzi ze sobą. Zawód uczy go niezmordowanej cierpliwości i nie dopuszcza, by się jego uwaga rozpraszała na rzeczy niepotrzebne. Ma do czynienia z potęgą tajemniczą, twardą i niewzruszoną, którą pokonać można jedynie przez uporną gorliwość148 i ustawiczną czujność.

Ale jakiż to cudowny krzew kwitnie dlań tam, w ciemnicy! Prawdziwe i głębokie zaufanie do ojca w niebiesiech, którego opiekuńczą dłoń spostrzega codziennie, po znakach niezaprzeczalnych. Ileż to razy siadywałem przed blokiem zamykającym chodnik i przy blasku górniczej lampy wpatrywałem się z nabożeństwem w prosty krzyż tam wykuty! Wtedy to dopiero odsłaniał mi się święty symbol owego tajemniczego znaku i zstępowałem do najtajniejszego szybu mej duszy, kędy złożone są skarby bezcenne.

Spoczął na chwilę, potem ciągnął dalej:

— Zaprawdę, od Boga był posłany on149 człowiek, który pierwszy nauczył ludzi szlachetnej sztuki kopania we wnętrzu ziemi, kędy złożone są groźne symbole ludzkiego żywota. Tu szeroki chodnik, pusty, ale głaz lekko poddaje się kilofowi, tam twarde skały ścieśniają się w wąską czeluść, której się stal nie ima, ale właśnie tam trafisz snadnie150 na nieprzebrane bogactwa. Często wydajny chodnik krzyżuje się z pustym i traci wartość wszelką, aż dopiero odkryty blisko, pokrewny, dążący w tym samym kierunku wskaże, gdzie leży pierwszy i podniesie jego znaczenie. Często też dzieli się przed górnikiem ta droga złota na tysiące drobnych nici. Ale cierpliwość i tu zwycięży. Górnik będzie śledził sieć nikłych pasem, nie da się zwieść z drogi, aż trafi na miejsce, gdzie wszystkie spływają się w bogatą rzekę, co kryje nieprzebrane ilości metalu. Wreszcie czasem zwabi go oszukańcza żyła tak, iż zboczy z wytyczonej linii. Wnet jednak, poznawszy omyłkę, przebijać się pocznie w poprzek, przemocą, aż odnajdzie ślad stracony. Jakże doskonale zapozna się tutaj górnik z wszystkimi fantazjami przypadku, ale jakże silne zarazem poweźmie przekonanie, że gorliwość i wytrwałość są to jedyne niezawodne środki zwyciężające wszelkie przeciwności i otwierające uporczywie bronione przed człowiekiem złoża klejnotów.

— Pewnie nie brak też wam, górnikom rozweselających serce pieśni — odezwał się Henryk. — Wydaje mi się, jakoby ten zawód koniecznie wymagał pieśni i muzyki. Są to, zdaje mi się, bardzo przez górników pożądani towarzysze.

— Słusznie mówisz, młody panie — odparł stary. — Śpiew i gra na cytrze są nieodłączne od życia górnika, a nikt chyba tak jak my nie potrafi cenić tego daru Bożego i bardziej się nim rozkoszować. Taniec też i muzyka to dwie najważniejsze uciechy górnika, to jakby modlitwa radosna i dziękczynna, a wspomnienia o niej i rozbudzone nią nadzieje dozwalają łatwiej znosić trud pracy i o monotonności jej zapomnieć.

Jeśli chcecie, mogę wam zaraz zaśpiewać pieśń, którą powszechnie nucono czasu151 mej młodości.

Ten pan na całą ziemię,

Kto zmierzył świata głąb.

Złóż trosk ciążące brzemię,

W otchłanie ciche zstąp.

Kto wielkiej tej głębiny

Budowę cudną zna,

Ten bada boże czyny

W warsztacie tajnym dna.

Kto ziemi padł na łono,

Zespolon152 z nią po grób,

Ten, niby z narzeczoną,

Wziął potajemny ślub.

Co dnia ją bardziej ceni,

Pracować dla niej rad...

Wstać rano się nie leni,

Choć późno spać się kładł.

A ziemia czas miniony,

We wieków skryty pleśń,

Cudnymi śpiewa tony,

By153 archanielską pieśń.

Znicz życia żywiej płonie,

Zaklęty w cudną baśń...

I rzuca mu na skronie

Wiecznego trwania jaśń154.

Choć świat ten śpi głęboko...

Ścieżynę tajną doń

Odnajdzie pod opoką155

Przeczuciem zbrojna dłoń.

Ścieżką się stromą wspina

Na skalny, śliski garb,

Każda mu da ruina

Swój skryty w lochach skarb.

Przepychem wnet zapłonie

Dobrego króla gmach...

Klejnoty lśnią w koronie,

Królowa chodzi w skrach.

A górnik, choć szczęśliwy,

Że zdobił króla chram156,

Bogactwa, łask nie chciwy157

I skromnie żyje sam.

Niech tam o skarby boje

Prowadzi z bratem brat,

On ma bogactwa swoje,

Wśród skał jest jego świat.

Henrykowi pieśń spodobała się nadzwyczajnie, prosił więc starca, by jeszcze jedną zaśpiewał. Chętnie się zgodził i rzekł:

— Przypomina mi się właśnie pieśń dziwna, poważna, o której pochodzeniu ani wieku sami górnicy nie wiedzą. Przyniósł ją do nas pewien podróżny, czarownik, który różdżką zaklętą odkrywał złotodajne pokłady. Spodobała się wszystkim bardzo, bo brzmi tajemniczo, prawie tak ciemna jest i niepojęta jak muzyka do niej. Może też właśnie dlatego pociągała, że wprawia słuchacza niby w sen cudny na jawie.

Wśród turni gród wspaniały stoi...

W zamczysku mieszka król potężny,

Sług go otacza zastęp mężny,

Lecz nie odmyka nikt podwoi.

Nigdy nie stawa158 król na murach

I orszak jego niewidzialny...

Tylko gdy burza grzmi po chmurach,

Przybiera z szumem potok skalny.

I tylko potok z królem gada,

Co robią gwiazdy, gdy noc głucha...

Król opowieści pilnie słucha,

A wierny sługa opowiada...

Potem król w wodzie kąpiel bierze,

Myje się długo, aż połyska

Wśród nocy, jako żar ogniska

I jasny kładzie się na leże.

Dziwny to zamek, idą słuchy,

Że wyszedł dawno z wodnej toni,

Na skale osiadł i że broni,

By w niebo nie leciały duchy...

Że mocny idzie wstąg159 z zamczyska,

Uwity z nici konopianych

I duchy wszystkich mu poddanych

Niby ogromną pętlą ściska.

A wielkie tłumy płci obojej160

Przy wciąż zawartej161 zamku bramie...

Ci, w kornym chylą się pokłonie,

Ci znów, gdy na nich przyjdzie kolej,

Pochlebstwa mówią, są szczęśliwi...

Nie wiedzą wcale, że w niewoli,

Nie czują, że ich dusza boli,

Gdy król dostatnio ciało żywi.

Ale są ludzie, którym błyska

Myśl dziwna, niby senna złuda...

I biedzą głowę, czy się uda

Podkopać kiedyś mur zamczyska.

Chociaż potężna ręka ciśnie,

To rozum tyle mocy mieści,

Że byle dojrzeć wnętrznej treści,

Wolności słońce wnet zabłyśnie.

Przemożna władza wytrwałości,

Odwaga... cnotą niewolonych...

Lecz król, gdzie dojrzy ludzi onych,

To ściga zaraz bez litości.

Choćby się kryli w ziemi łonie,

Król, z duchy162, idzie w bój na ducha,

Pokornie go toń morza słucha

I duch skazany cicho tonie.

Lecz gdy się coraz bujniej pleni,

Lecz gdy myśl co dnia żywiej błyszczy...

Powstaje żywa z każdych zgliszczy,

To całą ludzkość rozpłomieni...

I pęknie nić, u której rwie się,

Zamek zatopią morskie fale,

A wolnych kędyś w jasne dale

I w kraj ojczysty łódź zaniesie.

Gdy starzec skończył, wydało się Henrykowi, że pieśń tę już kiedyś słyszał. Prosił o powtórzenie i zapisał sobie słowa. Starzec wyszedł, a kupcy poczęli z innymi gośćmi rozmowę o zaletach zawodu górniczego i jego trudach. Jeden z wieśniaków rzekł:

— Stary pewnie nie na próżno aż tu do nas zawędrował. Dzisiaj spinał się cały ranek po górach i pewnie odkrył ślady pomyślne. Spytajmy go o to, gdy powróci.

— Wiecie co — rzekł inny — może byśmy go prosili o odkrycie dobrego źródła w naszej wsi. Teraz tak daleko musimy chodzić po wodę, dobre, obfite źródło to rzecz nieoceniona.

— Ja go myślę spytać — dodał trzeci — czy by nie wziął ze sobą jednego z mych synów. Malec znosi mi do domu kupy kamieni, może by też wyszedł z czasem na zdolnego163 górnika. Stary wydaje się poczciwym człowiekiem, on pewnie wykieruje go na człowieka.

Kupcy wyrazili mniemanie, że może by się udało przy pomocy górnika zawiązać stosunki handlowe z Czechami i kupować tam po korzystnych cenach metal. Na to wszedł do gospody starzec i odezwał się, gdy wszyscy naraz doń przystąpili ze swymi sprawami:

— Jakże duszno i nieprzyjemnie jest tutaj, w izbie. Tam, nad górami świeci księżyc w całej swej wspaniałości, tak że mam ochotę dziś jeszcze przejść się trochę. Odkryłem w ciągu dnia dzisiejszego, tu w pobliżu, kilka ciekawych jaskiń. Może zechce ktoś spośród was pójść ze mną. Weźmiemy światło i będziemy mogli się im doskonale przypatrzyć.

Ludzie wiejscy wiedzieli już o owych jaskiniach, ale żaden dotąd nie ośmielił się zejść do nich. Opowiadano baśnie o smokach i potworach, które w nich mieszkać miały. Kilku twierdziło, że byli w pobliżu, ale cofnęli się, ujrzawszy u wejścia kości pomordowanych i zjedzonych zwierząt i ludzi. Inni twierdzili, że mieszka tam duch, gdyż widzieli kilkakrotnie z odległości ludzkie jakoby postaci oraz słyszeli odgłos pieśni wydobywający się z głębin o nocnej porze.

Starzec nie zdawał się przykładać wielkiej wiary do owych opowiadań, gdyż śmiejąc się, zapewniał wszystkich, że mogą śmiało pójść tam pod opieką górnika. Potwory bowiem go się boją, a duch śpiewający pieśni musi być duchem dobrym. Ciekawość dodała wielu ludziom otuchy. Godzono się na zamiar górnika. Henryk także chciał iść, a matka ustąpiła wreszcie jego prośbom, wziąwszy od starca przyrzeczenie, że będzie troskliwie czuwał nad jego bezpieczeństwem. Kupcy również postanowili wziąć udział w wyprawie. Naskręcano wiór smolnych164 w pęki, które miały służyć za pochodnie, część towarzystwa uzbroiła się w nadmierną zgoła ilość drabin, drągów, powrozów oraz obronnych narzędzi i niebawem udano się w drogę, ku leżącym opodal wzgórzom. Starzec szedł przodem z Henrykiem i kupcami. Wieśniak sprowadził swego chciwego wiedzy syna. Z wielką radością chwycił on za pochodnię i wskazywał drogę. Wieczór był ciepły i pogodny. Ponad górami świecił pełnym blaskiem księżyc, a od tej światłości poczęły w duszach wstawać marzenia. On sam, jako sen słońca165, unosił się ponad zaśnionym166 i zapatrzonym w własne głębie światem i wydawało się, że całą przyrodę rozdrobnioną na tysiące form sprowadzał do jedności, harmonizował wszystko co żywe, wiodąc jakby ku pierwobytowi, epoce, kiedy to każde poszczególne ziarno drzemało samotne, w siebie zapatrzone, nietknięte i nieskończenie roztęsknione nadaremnie, by żywą, a ciemną, bytującą w nim wolę życia i rozkwitu, ziścić. W duszy Henryka prześwietlała167 też baśń wieczoru. Wydało mu się, że świat leży w nim, że rozwarł płatki kielicha i ukazuje, jak dobremu i drogiemu gościowi, swe ukryte skarby i ponęty. Wielki kompleks zjawisk, otaczający go dokoła, wydał mu się prosty w budowie, bliski i zrozumiały. „Natura — myślał — jest tylko dlatego niepojęta, że gromadzi dokoła ludzi góry rzeczy najbliższych i najbliżej ich obchodzących z taką rozrzutną hojnością, w tylu formach, wyrazach i postaciach je daje”. Słowa starca otwarły niby ukryte drzwi w jego duszy. Ujrzał swą maleńką izdebkę zbudowaną u stóp wspaniałej katedry, z której kamiennej posadzki wyrastało poważne a ogromne drzewo rozwojowe istot organicznych, podczas gdy z kopuły szczęsna przyszłość, niby obłok uskrzydlonych, śpiewających aniołków spływała w dół, ku gałęziom drzewa. Potężne tony zabrzmiały w pieśni, otwarły się olbrzymie wrota świątyni, weszły wszystkie stworzenia długim korowodem. Przychodzą tu, niosąc każda swą duszę, zaklętą w prostą modlitwę, wyrażoną językiem jej właściwym. Jakże się Henryk dziwił, że ten obraz jasny, niezbędny dla wyjaśnienia własnego życia, tak długo był mu zakryty168. Teraz jednym rzutem oka objąć mógł swój stosunek do ogromnego świata, uczuł, czym go ten świat zrobił i czym mu jest169 i będzie, i pojął wszystkie dziwne, nieokreślne tęsknoty i pędy, których doznawał, które czuł tylekroć. Opowiadanie kupców o młodzieńcu, który tak pilnie badał naturę i został potem zięciem królewskim, przyszło mu na myśl i tysiące różnych wspomnień własnych poczęło się nizać na tę złotą nić bajczaną170. Podczas gdy Henryk tonął w zadumie, towarzystwo zbliżyło się do jaskini. Wejście było niskie i ciasne, sam tedy starzec, wziąwszy do rąk pochodnię zapaloną, wyszedłszy po kamieniach w górę, wpełznął do otworu. Rzeźwy prąd powietrza zawiał z jaskini, więc zawołał ku reszcie zgromadzonych, że mogą iść bez obawy. Najbojaźliwsi postępowali na końcu, trzymając broń w pogotowiu. Henryk i kupcy postępowali za starcem, a chłopiec wiejski kroczył raźno obok nich. Droga wiodła zrazu wąskim chodnikiem, który jednak wkrótce zamienił się w obszerną jaskinię o tak wysokim sklepieniu, że światło pochodni nie mogło jej dostatecznie oświecić. Dojrzano jednak w przeciwległej ścianie kilka czarnych otworów. Grunt jaskini był miękki i prawie równy, a ściany i sklepienie także symetryczne i prawie gładkie. Uwagę wszystkich zwróciła przede wszystkim ogromna ilość kości i zębów pokrywających ziemię. Wiele było doskonale zachowanych, na innych znać było ślady zniszczenia, a kości sterczące tu i owdzie ze ścian widocznie były skamieniałe. Większa część owych kości miała znaczne rozmiary. Stary górnik radował się widokiem tych pozostałości z czasów dawnych, ale chłopom niewiele to sprawiało przyjemności, gdyż uważali je za widome oznaki, że w pobliżu znajdują się dzikie zwierzęta, chociaż stary w przekonywający sposób wskazywał im na kościach znamiona zamierzchłej starożytności, pytał, czy kiedy doznali w trzodach strat ze strony dzikich zwierząt lub opodal zamieszkałych ludzi, oraz wykazywał, że kości znalezione nie mogą być kośćmi znanych zwierząt lub dzisiejszych ludzi. Nie mogąc dojść z nimi do ładu, starzec chciał iść dalej, ale chłopom wydało się, że bezpieczniej będzie, gdy wyjdą na świat i będą oczekiwać jego powrotu przed jaskinią. Henryk, kupcy i młody chłopiec wiejski oświadczyli, że pozostaną ze starcem, wzięli ze sobą trochę sznurów, kilka pochodni i poszli dalej. Doszli niebawem do drugiej jaskini, przy czym starzec nie zaniedbał oznaczyć drogi, którą tutaj przybyli, układając kości w pewne figury. Druga jaskinia podobna była do pierwszej i równie wiele w niej było kości zwierzęcych. Henryk miał dziwne i uroczyste wrażenie, jak gdyby kroczył po podwórzu zewnętrznym tajemnego, ukrytego w głębi, pałacu ziemi. Ziemia i niebo zdały mu się równie odległe, a te ciemne, olbrzymie hale to było mroczne państwo pośrednie. Czyżby, myślał, było niemożliwością, by pod ich stopami istniał świat odrębny, z ogromnie rozwiniętym życiem? Pewnie nieznane stwory wiodą w łonie ziemi tajemny żywot. A ogromne są, pełne ducha wielkiego i mocne, gdyż wewnętrzne gorąco ziemi pędzi je jak cieplarniane kwiaty. Czyż nie zjawią się kiedyś owi straszni przybysze pośród ludzi, gdy ich wciskające się zimno wypłoszy, a może równocześnie zstąpią w formach widzialnych ponad głowy nasze goście niebiescy, żywe, obdarzone mową siły gwiazd? Czy kości te są oznaką ich wędrówki ku powierzchni, czy ucieczki w głąb?

Nagle starzec zawołał swych towarzyszy i pokazał im na ziemi dosyć świeży ślad stopy ludzkiej. Był to tylko jeden człowiek, więc górnik rozstrzygnął, że mogą iść za śladem, nie obawiając się rozbójników. Właśnie mieli ten plan wykonać, gdy nagle, jakby spod ich stóp, ale z dalekiej głębi rozbrzmiała pieśń. Słowa dosyć wyraźnie było słychać. Zdumieli się, lecz natężyli słuch:

Z wdzięcznym sercem, po dolinie

Kroczę poprzez ciemną noc,

Bo miłości zdrój mi płynie,

Co dnia świeżą dając moc.

Dusza wzbija się co rana...

Przez anielski napój on,

Już w tym życiu w jaśń odziana,

Co otacza Boga tron.

Cudnych wizji płaszcz godowy

Kryje serce wolne łkań...

I od jasnej mej Królowej

Co dnia łaski biorę dań.

Przepłakane w trwodze lata

Ciało moje starły w pył,

Lecz duch się już z duchy brata171...

W jasnym niebie będzie żył.

Kiedy wątłą nić żywota

Przetnie kiedyś śmierci miecz...

Idąc, kędy jutrznia złota,

Wdzięczny, jeszcze spojrzę wstecz.

Radosne zdumienie opanowało wszystkich i zapragnęli odszukać śpiewaka. Po chwili natrafili na chodnik biegnący w dół, u jednej z bocznych ścian. Niebawem dojrzeli wydrążenie. Rozszerzało się coraz bardziej, w miarę jak szli naprzód. Oczom ich ukazała się w końcu jaskinia, jeszcze większa od obu poprzednich, a w głębi tej jaskini postać ludzka siedziała, pochylona nad olbrzymią taflą kamienną zastępującą stół. Na stole leżała wielka książka, w której siedzący czytał172 pilnie.

Zwrócił się w ich stronę, powstał i postąpił kilka kroków naprzeciw. Był to mężczyzna. Wieku jego rozpoznać nie było można. Nie wyglądał ani staro, ani młodo, żadnych nie dostrzegało się na nim innych znamion czasu, prócz siwych włosów, co rozdzielone na środku głowy, spadały na skronie. W oczach błyszczała niewysłowiona wesołość, jakby spoglądał z wysokiej góry na świat o godzinie czarownej, w której wiosna powraca. Do nóg miał przywiązane podeszwy i zdawało się, iż nie posiada innego ubrania, prócz płaszcza fałdzistego, który spływając z ramion, czynił wyniosłą, szlachetną postać jeszcze smuklejszą. Nie wydawał się zdziwionym niespodzianą wizytą, pozdrowił wszystkich jak znajomych, jak gości z dawna oczekiwanych we własnym mieszkaniu.

— Bardzo się cieszę — mówił — żeście przyszli. Jesteście pierwszymi ludźmi, których tutaj widzę, choć mieszkam w jaskini od bardzo dawna. A to ładnie, więc ludzie poczynają badać skrzętniej tę naszą przecudną ziemską siedzibę.

Starzec odparł na to:

— Nie spodziewaliśmy się zastać tutaj tak miłego gospodarza. Opowiadano nam, że jaskinię zamieszkują dzikie potwory i duchy, zaszła jednak pomyłka, która nas niewymownie cieszy. Jeśli przeszkodziliśmy wam, panie, w modlitwie lub głębokich rozmyślaniach, to wybaczcie nam, prosimy.

— Czyż jest milsze rozmyślanie jakieś, jak173 widok życzliwych i pogodnych twarzy ludzkich? — odparł nieznajomy. — Czyż macie mnie za wroga ludzi, z powodu że usunąłem się w ciszę samotności? Nie uciekłem przed światem, wynalazłem sobie tylko schronisko i miejsce ciche, gdzie by mi nic nie przeszkadzało w rozmyślaniach i nie rozpraszało uwagi.

— Czyż samotności nie pożałowaliście kiedy i czy nie przyszła na was nigdy godzina trwogi, czy serce wasze nie zatęskniło ani razu za ludźmi?

— Teraz już nie tęsknię i nie czuję trwogi. Dawno temu, w młodości, uczułem wielką ochotę zostania pustelnikiem. Dziwnych przeczuć i niejasnych myśli byłem wtedy pełen. Czułem, że tylko odosobnienie zupełne nasyci zupełnie głód mej duszy: ale pojąłem niedługo, że musi się do pustelni przynieść ze sobą wiele doświadczenia, że młode serce, gdy samotne, cierpi, że wreszcie człowiek osiągnąć może panowanie nad sobą i niezależność jedynie po długim obcowaniu ze swymi bliźnimi.

— Wiem — odparł stary górnik — że musi się mieć wrodzone, naturalne powołanie do każdego zawodu, a także uświadamiam sobie to, że w miarę przybywających lat i gromadzenia doświadczeń życiowych, człowiek coraz więcej dąży do wycofania się spośród społeczeństwa. Ale to odosobnienie, zdaje mi się, nie tylko nie przeszkadza pracy, ale jej nawet sprzyja. Ludzi pędzi naprzód wielki wichr174 nadziei ku wspólnemu celowi. Nie ulegają mu, zdaniem moim, tylko dzieci i starcy. Niezaradność i niewiedza wyklucza pierwsze, podczas gdy drudzy czują, iż wyczerpali całą nadzieję, cel zaś, o ile się osiągnąć da, osiągnęli i nie czując się wpleceni w łańcuch spraw ludzkich, cofają się w głąb własną, znajdując w niej dostateczne pole do pracy i skupionego przygotowywania się do innego, wyższego życia i obcowania z innymi istotami. Ale zdaje mi się, że u was, panie, działały jeszcze inne, bardziej osobiste pobudki, żeście usunęli się całkowicie spośród ludzi, wyrzekłszy się wygód i przyjemności świata. Zdaje mi się, że czasem mimo wszystko napięcie waszego ducha słabnie i że w tych godzinach czujecie się bardzo nieszczęśliwym.

— Tak było nieraz dawniej, ale zdołałem uwolnić się od tego przez wielką regularność życia i pracowitość. Prócz tego staram się utrzymać zdrowie i nie czuję żadnego braku. Codziennie przez kilka godzin chodzę po górach, grzejąc się w słońcu. Powracam potem do jaskini i zajmuję się przez oznaczoną liczbę godzin wyplataniem koszyków i rzeźbą. Za moje wyroby uzyskuję od mieszkańców odległych miejscowości środki żywności, zresztą mam książki, a przy nich czas mija szybko. W okolicach, o których mówiłem, mam kilku znajomych, którzy wiedzą, gdzie mieszkam. Od nich dowiaduję się, co nowego zaszło na świecie, oni też mnie pochowają, gdy wybije moja godzina i zabiorą do siebie książki moje.

Poprowadził ich bliżej ku swemu siedzeniu, pod ścianę skalną. Ujrzeli tam kilkanaście leżących na ziemi książek. Była też i cytra, a na ścianie wisiała całkowita zbroja, jak się zdawało bogatej roboty. Stół składał się z pięciu wielkich płyt kamiennych złożonych razem na kształt skrzyni. Na wierzchu wykute były w pozycji leżącej dwie postaci, mężczyzna i kobieta, a dokoła biegł rzeźbiony wieniec róż i lilii. Poniżej był napis:

„Fryderyk i Maria Hohenzollern zawrócili z tego miejsca do swej prawdziwej ojczyzny”.

Pustelnik zapytał swych gości, skąd pochodzą i w jaki sposób dostali się w te okolice. Był bardzo uprzejmy i otwarty i widać było, że doskonale zna świat i ludzi. Stary górnik rzekł:

— Widzę, że niegdyś uprawialiście panie zawód rycerski, zbroja zwiastuje mi to.

— Tak, odparł pustelnik, niebezpieczeństwa i zmienne losy wojny, duch poetycki, unoszący się nad wojskiem pancernym, skusiły mnie, wyrwały młodzieńcem ze świata marzeń i rozstrzygnęły o moim losie. Właśnie może długi pobyt wśród zgiełku, zwalczanie rozlicznych niebezpieczeństw i całe to, nie moje, otoczenie zaostrzyły jeszcze tęsknotę za ciszą. Liczne wspomnienia to ciekawi, interesujący towarzysze, a to tym więcej, im dalszy jest punkt, z którego na nie spoglądamy. Wtedy dopiero, innymi niejako patrząc oczyma, dostrzega się prawdziwy związek zdarzeń ze sobą, głęboką mądrość ich następstwa i co oznaczać miały w istocie. Zmysł, który nazwę historycznym, budzi się dopiero późno i rozwija raczej pod cichym wpływem wspomnień niż pod naporem natrętnej i zgiełkliwej rzeczywistości. Najbliższe nam wydarzenia wydają się tylko luźno związane z poprzedzającymi, ale gdy się je zestawi z rzeczami, jakie się wydarzyły dużo wcześniej, związek harmonijny występuje wyraźnie. Zaprawdę, wtedy tylko, gdy się jest w stanie objąć okiem długie pasmo dni, nie biorąc, z jednej strony, wszystkiego dosłownie, z drugiej znów, nie gubiąc się w dowolnych fantazjach i nie mącąc naturalnego porządku rzeczy, wtedy dopiero dostrzega się tajemne złańcuchowanie się przeszłości z przyszłością i wtedy dopiero uczy się człowiek tworzyć dzieje ludzkości, z nadziei i wspomnień. Ale tylko temu, kto całą przeszłość objął wzrokiem duszy, udać się może wyrazić proste i wielkie prawo życia ludzkiego na ziemi. Zwykle dochodzimy do niepełnych jedynie i niedokładnych formuł i możemy się uważać za szczęśliwych już wtedy, gdy uda nam się zdobyć miarę przydatną do własnego użytku, formułę, w którą zamknąć można własne, krótkie życie. Pewnie trafi wam to jednak do przekonania, gdy powiem, że samo staranne badanie kolei życia jest już rozkoszą wielką i pozwala wznieść się ponad wszelkie zło ziemskie. Młodzi czytają historię z ciekawości, jak bajkę, dla dorastających jest ona niebiańską pocieszycielką i przyjaciółką przygotowującą ich, za pomocą mądrych rozmów, do wyższych, ogólniejszych przeznaczeń i dającą im w obrazowej formie pogląd na zaginiony, nieznany osobiście świat. Kościół jest domem nietykalnym historii, a ciche podwórko jej kwiatowym ogródkiem. Historię pisać powinni tylko starzy, bogobojni ludzie, którzy własne przeżyli dzieje i nie mają innej nadziei, jak przekazać je potomnym. Opisy te nie będą napełnione goryczą i przejrzyste będą, bo promień padający kędyś od kopuły prześwietli prawdziwym i pięknym blaskiem, a ponad wzburzone groźnie wody uniesie się Duch Święty i nastanie cisza niezmącona.

— Jakże sprawiedliwe i jasne są słowa wasze, czcigodny panie — odezwał się stary górnik. — Należałoby, zaprawdę, więcej trudu poświęcać na wierne zapisywanie wszystkiego, co w danym czasokresie godne jest zapamiętania, a to ze względu na przyszłe pokolenia, by im zostawić pamiątkę oraz testament. Istnieje tyle rzeczy dalszych, na które nikt pracy nie szczędzi, a zaniedbuje się rzeczy najbliższe nam, najważniejsze, bo dzieje własne, koleje życia krewnych i bliźnich naszych, wreszcie rodzaju ludzkiego losy, których ukrytą celowość ujęliśmy sobie w pojęcie Opatrzności. Nie dbamy o nie i bez żadnej uwagi dozwalamy im się zacierać w pamięci. Jak za skarbami i świętościami, poszukiwać będzie wiedza wieków przyszłych175, za najdrobniejszą wzmianką tyczącą się wydarzeń minionych, a nawet dzieje najskromniejszego, pojedynczego człowieka przestaną być obojętne, bo bez wątpienia odbiły się na nim dążenia i tęsknoty współczesnych.

— Co jeszcze gorsze — mówił dalej hrabia Hohenzollern — to to, że nawet ci nieliczni, którzy podjęli się zanotowania czynów i wydarzeń swego czasu, nie zastanowili się dokładnie nad swym przedsięwzięciem i nie starali się nadać zapiskom i spostrzeżeniom zaokrąglenia i porządku, ale chwytali na traf176, chwytali, co im wpadło pod rękę, najważniejsze sprawy nieraz przemilczając. Każdy doskonale wie z własnego doświadczenia, że tylko to może dokładnie i wyraźnie opisać, co dobrze zna, co sobie uświadomił dobrze tak w częściach, jak i w całości, tak pod względem przyczyn, jak też i skutków, o czym wie, jaki ma cel i do czego służy. Inaczej nie powstanie opis, ale chaotyczna mieszanina niepełnych, niezrozumiałych notatek. Każcie małemu dziecku opisać maszynę albo rolnikowi okręt, a pewnie z ich słów żaden człowiek nie odniesie najmniejszej korzyści. Tak się ma rzecz z większością dziejopisów. Są oni dobrze wprawnymi opowiadaczami i najczęściej piszą aż do znudzenia rozwlekle, ale to nie przeszkadza, że zapominają nieraz o rzeczach najciekawszych, o tym co dziejopisarskie zapiski czyni historią i rozliczne pojedyncze fakty wiąże w jednolity łańcuch życia. Gdy nad tym wszystkim myślę, to mi się nieraz wydaje, że prawdziwy dziejopis powinien by być zarazem poetą, bo tylko poeci posiadają w pełni sztukę stwarzania całokształtu z fragmentów, posągów z piasku. W ich opowieściach i bajkach podziwiałem tyle razy z prawdziwą rozkoszą głębokie odczucie ducha życia, jego istotnej treści. Zaprawdę więcej jest prawdy w tych baśniach niźli w uczonych kronikach. Chociaż zmyślone są ich osoby i losy tychże, to jednak idea, która te utwory wydała, jest prawdziwa, bo jest dziełem przyrody samej. Rzecz to zgoła obojętna, tak ze względu na samą rozkosz użycia, jako też i nauczanie, czy osoby powieści, w których losach wyczuwamy losy własne, w rzeczywistości żyły czy też nie. Żądamy, by nam dano prawdziwego, wielkiego ducha zjaw współczesnych, a jeśli autor dał nam to, to przypadkowa egzystencja tych wszystkich figur, które są jedynie środkami pomocniczymi piszącego, nic nas nie obchodzi.

— I ja także — odezwał się stary górnik — od dawna za to czciłem poetów. Życie i świat stało mi się177 dzięki nim jaśniejsze. Wydaje mi się, że muszą być spokrewnieni z siejącymi światło słoneczne duchami powietrza, które przenikają wszystkie dusze i zaprowadzają w nich ład, otaczając każdą delikatnym, jasnobarwnym welonem, niby nimbem. Sam czułem, słuchając ich pieśni, że dusza moja rozwija się niby kwiat, zdało mi się, że ruchy jej stają się swobodniejsze, że nabywa większej mocy radowania się ze współżycia z innymi, a także silniej pragnąć może wtedy, że bije skrzydłami jak ptak, tysiące wywołując różnych zjaw.

— Czy danym wam było żyć pośród poetów? — spytał pustelnik.

— Przychodzili zwykle poeci w nasze strony, ale jak mi się wydaje, ożywieni byli wielką żądzą podróżowania, nie pozostawali więc nigdy dłużej na miejscu. Jednak podczas mych wędrówek po Ilirii, Saksonii i Szwecji napotkałem kilku, których pamięć wiecznie żyć będzie w mym sercu.

— Toście daleko chodzili i pewnie ciekawe widzieliście rzeczy nieraz.

— Zawód mój wymaga, by rozglądać się dokoła po świecie. Wydaje się, jakby górnika pędził podziemny ogień wewnętrzny. Jedna góra posyła go drugiej. Nigdy nie może się dosyć napatrzyć i całe swe życie powinien by badać tę dziwną architekturę, która naszą ziemię tak tajemniczo skonstruowała i ułożyła w przeróżne wzory. Nasz zawód jest bardzo stary i rozpowszechniony. Zdaje się, że podobnie jak rodzaj ludzki, zawędrował ze wschodu na zachód, a potem rozprzestrzeniać się począł ku obu biegunom. Na każdym terenie zwalczać musiał inne trudności, a że wszędzie potrzeba zmusza ducha ludzkiego do mądrych wynalazków, przeto i górnik wszędy może wzbogacać swą wiedzę, pogłębiać zdolności i przysłużyć się nabytymi wiadomościami swej ojczyźnie.

— Wy górnicy jesteście niejako astrologami ziemi. Podczas gdy tamci wpatrują się śmiało w niebo, błąkając się po bezmiarach jego, wy przebijacie wzrokiem ziemię, badając jej budowę. Tamci badają siły i wpływ gwiazd, wy zaś badacie siły skał i gór i oddziaływanie na siebie warstw ziemi i głazów. Dla astrologów księgą wyroczną przyszłości jest niebo, wam, przeciwnie, ziemia ukazuje prastare pomniki okresów minionych.

— Ten związek nie jest bez znaczenia — odparł górnik z uśmiechem. — Owi błyszczący na niebie prorocy odegrali zapewne ważną rolę w starej historii tajemniczego tworzenia się ziemi. Może nadejdzie czas, kiedy ziemię lepiej się pozna przez badanie ciał astrologicznych, a gwiazdy z tworów tej ziemi. Może właśnie łańcuchy gór są to ślady dawnych wędrówek gwiazd po ziemi, nim nabrały ochoty pójść na własny chleb i potoczyć się własną drogą po niebie. Niektóre też góry wyniosły się rzutem godnym gwiazdy, stoją wzniosłe, szczytne, ale zarazem dotknięte karą. Pozbawione są pięknej, zielonej sukienki, jaką Stwórca obdarzył skromne doliny. W zamian nic nie otrzymały, całym ich atrybutem jest to, że pomagają swym krewniakom, gwiazdom oddziaływać na pogodę i że są prorokami dla nizin. Czasem ochraniają je, lecz często też mszczą się spadającymi z ich grzbietów potokami.

— Od czasu, gdy mieszkam w tej jaskini — począł znowu pustelnik — przyuczyłem się sięgać wzrokiem raczej w przeszłość niż przyszłość. Trudno opisać, jak owo badanie nęci. Mogę sobie przeto uzmysłowić miłość, jaką czuje górnik dla swego zawodu. Gdy spojrzę na te dziwne, stare kości, nagromadzone tu w tak wielkiej masie, gdy wspomnę czasy dzikości, w których te potworne olbrzymy cisnęły się w tych jaskiniach tłumnie, pędzone może strachem śmiertelnym, i tutaj poginęły, gdy potem cofnę się jeszcze dalej wstecz do epoki, gdy jaskiń tych nie było, a kraj cały pokrywały fale morza, to ja sam wydaję się sobie jakoby jakiś sen przyszłości, jak dziecko czasów pokoju wieczystego. Jakże spokojna i łagodna jest dzisiaj przyroda w porównaniu z ową epoką przewrotów gigantycznych! Najstraszniejszy huragan, najokropniejsze trzęsienie ziemi dni naszych jest tylko słabym echem owych przerażających kurczów porodowych. Może też świat roślinny, świat zwierzęcy, a nawet ówcześni ludzie, jeśli żyli gdzieś porozrzucani jakby na wyspach wśród tego oceanu, może właśnie dlatego wszystkie te twory miały inną, odporniejszą i tęższą budowę ciała. Wydaje mi się, że prostymi wymysłami nie powinno się nazywać dawnych legend o olbrzymach, cyklopach i gigantach.

— Jakże błogo — odrzekł górnik — patrzyć na to stopniowe uspakajanie się przyrody. Z wolna tworzy się coraz to większe porozumienie, współżycie na zasadach pokoju, wzrasta dążność do wzajemnego wspierania się i wszystko wskazuje na to, że możemy spodziewać się coraz to lepszych czasów. Tu i ówdzie może dawny zacier począć znowu fermentować, mogą nastąpić jakieś wstrząśnienia, i to nawet dość gwałtowne, ale na ogół biorąc, widać wszędzie potężne usiłowania stworzenia zasad zgodnego istnienia obok siebie różnych społeczeństw, a nawet sądzę, że kataklizm każdy, każdy przewrót miałby pęd w tym kierunku, tak że i on nawet zbliżałby życie ludzkie do tego wielkiego celu. Być może, że przyroda już nie jest tak bujna, tak produktywna, że dziś już nie wytwarza ani drogich metali, ani klejnotów, ani skał, ani gór, że dziś rośliny i zwierzęta nie wyrastają już do tych co przedtem rozmiarów, ani nie są tak silne, ale im bardziej się wyczerpuje siła rozrodcza, tym bardziej wzrastają potęgi twórcze, uszlachetniające i społeczne. Serca istot ludzkich są wrażliwsze i wykwintniejsze, fantazja nabiera polotu i plastyki, dłoń lżejsza i artystyczniejsza178. Cała przyroda w swych funkcjach upodabnia się do człowieka. Gdy przedtem była dziką rodzicielką skał wybuchowych, to teraz stała się niby cicha, rozwijająca się roślina, spokojna człowiecza artystka. Na cóż zresztą zdałoby się pomnażać jeszcze te skarby, które wystarczą ludzkości na niezliczone wieki, a nawet nie mogą zostać spotrzebowane. Jakże małą cząstkę ziemi zwiedziłem, a jednak na pierwszy rzut oka odkryłem ogromne zapasy, których zużytkowanie będzie zadaniem pokoleń przyszłych. Jakież bezmierne bogactwa kryją w swym łonie góry Północy, jakież ślady niezwykłe odkryłem w górach mej ojczyzny, a potem wszędzie na Węgrzech, u podnóży Karpatów179, w skalistych dolinach Tyrolu, Austrii i Bawarii. Byłbym bardzo bogatym człowiekiem, gdybym był mógł zabrać ze sobą tylko to, co leżało u mych nóg, po co jedynie schylić się było trzeba lub odłupać mimochodem. Chwilami wydawało mi się, iż jestem w czarodziejskim ogrodzie. Na co spojrzałem, było ze złota, srebra i innych metali i przecudnie ręką przyrody wyrzeźbione. Pośród przepięknych liści i gałęzi srebrnych zwieszały się połyskliwe, przejrzyste owoce rubinowe, a gęsto obwieszone drzewka tkwiły na podstawie z kryształu, wyrzeźbionej tak, że o naśladowaniu tego przez człowieka i mowy być nie mogło. Nie chciałem nieraz wierzyć własnym oczom i nie mogłem się dosyć nachodzić po owych przecudnych okolicach i dosyć napatrzyć klejnotom. Także podczas ostatniej mej podróży napotkałem wiele przedziwnych rzeczy, a pewny jestem, że i po innych krajach przyroda rozrzuciła równie hojnie swe dary. Gdy się wspomni o skarbach Wschodu — dodał pustelnik — to wszelka wątpliwość co do tego ustaje, podobnie też słynne były już w starożytności Indie, Afryka i Hiszpania z bogactwa swych pokładów. Wojownikiem byłem i przeto czasu nie miałem badać dokładnie gór i rozpadlin tych krajów, którymi biegła moja droga, ale czasem zastanawiałem nad pewnymi oznakami, które jak pączki wspaniałe zapowiadały tym cudniejsze kwiaty i owoce. Czyż wówczas mogłem przypuszczać, przechodząc rozradowany światłością dnia obok tych ciemnych domostw, że kiedyś będę we wnętrzu góry oczekiwał lat mych końca? Miłość, napełniająca wówczas me serce, niby na skrzydłach niosła mnie po świecie, myślałem, że do późnych lat, a nawet do śmierci pozostanę w jej objęciu. Wojna ukończyła się, a ja udałem się do domu, w nadziei słodkiej odpocznienia. Ale wydało się, że duch wojny był geniuszem opiekuńczym mego szczęścia. Moja Maria obdarzyła mnie na Wschodzie dwojgiem dzieci. Były one radością serc naszych. Ale długa podróż morska i ostrzejszy klimat Północy zwarzył te młode pączki. Pochowałem oboje niedługo po powrocie do Europy. Niepocieszoną mą małżonkę przywiozłem do ojczyzny. Ale cichy smutek wżarł się w jej życie i niszczył je powoli. Podczas podjętej niedługo potem podróży, w której mi towarzyszyła jak zwykle, zgasła cicho i nagle w mych objęciach. Tutaj, niedaleko mej jaskini, zakończyła się nasza wspólna pielgrzymka życiowa. W jednej chwili dojrzało me postanowienie. Odkryłem rzecz nieoczekiwaną zgoła. Objawienie boskie zstąpiło w mą duszę i od dnia, w którym ją tutaj sam pochowałem, znikł mój cały smutek, odjęty duszy ręką Boga. Kamień grobowy dałem wykuć potem. Często wydaje się, że okres jakiś życia się kończy, a on właściwie dopiero się poczyna, sam doświadczyłem tej prawdy. Oby Bóg użyczył wam wszystkim tak szczęsnej starości i takiego pokoju serca, jak mnie.

Henryk i kupcy przysłuchiwali się z uwagą rozmowie, a zwłaszcza młody chłopiec czuł, że w duszy jego rozwijają się nowe uczucia i myśli. Niektóre słowa, niektóre uwagi padły niby ziarno w jego serce i czuł, że z ciasnego zakresu młodocianych przeczuć wydobywa się na szczyty, skąd widać świat cały. Niedawno przeżyte godziny leżały już poza nim jak całe, długie lata i czuł, jakoby nigdy inaczej niż teraz nie myślał.

Pustelnik pokazał gościom swe książki. Były to stare dzieła historyczne i poezje. Henryk przewracał kartki wielkich, pięknie ilustrowanych tomów. Ciekawość jego wzrastała na widok poematów, tytułów, pośpiesznie czytał ustępy krótkie, wpatrywał się w obrazki pięknie wykonane, rozrzucone to tu, to tam, jakby wcielone w kształty słowa przeznaczone do wspierania i pobudzania wyobraźni czytelnika. Pustelnik zauważył jego wnętrzną180 ochotę czytania i objaśniał niektóre ciekawsze ryciny. Przedstawiały one różnorodne sceny z życia. Walki, obchody pogrzebowe, uroczystości weselne, katastrofy okrętowe, jaskinie i pałace, królów, bohaterów, księży, młodzieńców i starców, mężczyzn i kobiety w cudzoziemskich strojach oraz rzadkie zwierzęta. Henryk nie mógł się dosyć napatrzyć i uczuł wielką chęć zostać u pustelnika, który go pociągał ogromnie i uczyć się z tych wszystkich książek. Tymczasem stary górnik spytał, czy nie ma przypadkiem więcej jaskiń, pustelnik objaśnił, że jest w pobliżu kilka bardzo wielkich i ofiarował się zaprowadzić go tam. Górnik chętnie się zgodził, a pustelnik spostrzegłszy, z jakim zaciekawieniem Henryk książki przegląda, zaproponował mu, by został i bliższą z nimi zawarł znajomość. Pozostał z radością i podziękował serdecznie za pozwolenie. Przewracał kartka po kartce z rozkoszą niewysłowioną. Wreszcie wpadła mu w rękę książka pisana językiem obcym, jak mu się wydało podobnym nieco do łaciny lub włoskiego języka. Zapragnął gorąco nauczyć się tego języka, gdyż książka spodobała mu się ogromnie, chociaż nie mógł pojąć ani słowa. Nie miała tytułu, natomiast szukając, Henryk znalazł w niej kilka obrazków. Wydały mu się dziwnie znane, a gdy wpatrzył się lepiej, dojrzał na jednym z nich postać własną, dosyć wyraźnie widzialną pośród figur innych. Przeraził się i pomyślał, że śni, ale po ponownym przyjrzeniu się przestał wątpić. Nie chciał wierzyć swym zmysłom, gdy dostrzegł na innym obrazku jaskinię, pustelnika, górnika i siebie. Powoli, na coraz to nowych obrazkach znalazł Arabkę, swych rodziców, landgrafa i księżnę turyngską, swego przyjaciela kapelana dworskiego i jeszcze kilku swych znajomych. Tylko ubiory były inne, wydawało się, że pochodzą z innego wieku. Ogromnej liczby figur nie znał po nazwisku, a jednak wydały mu się znajome. Widział siebie w różnych okolicznościach. Przy końcu książki widział siebie jakby wyższym i szlachetniejszym z rysów twarzy. W rękach trzymał gitarę, a księżna podawała mu wieniec. Widział się później na cesarskim dworze, na okręcie, trzymał w objęciach piękną dziewczynę, walczył z dziko wyglądającymi ludźmi, rozmawiał uprzejmie z Saracenami i Murzynami181. Poważny człowiek jakiś towarzyszył mu często. Czuł głęboką cześć dla tego człowieka i radował się na widok, że idzie z nim pod ramię. Ostatnie obrazki były ciemne i niezrozumiałe; Henryka zastanowiło i zdziwiło kilka postaci, co niby zjawy senne wyglądały. Zachwycał się nimi równocześnie i bał ich. Książka nie miała zakończenia, jak się zdawało. Zmartwiło go to bardzo i nie pragnął teraz niczego goręcej, jak tego, by książkę ową móc czytać i posiadać na własność wyłączną. Oglądał obrazki bez końca i zmartwienie jego nie miało granic, gdy usłyszał kroki i rozmowy powracających. Dziwna wstydliwość go opanowała. Nie śmiał zdradzić się ze swym odkryciem, zamknął książkę i zapytał tylko pustelnika, w jakim jest pisana języku. W prowansalskim.

— Dawno już tej księgi nie czytałem — odrzekł pustelnik — i nie mogę sobie dokładnie przypomnieć treści. O ile pamiętam, jest to opowieść o przedziwnych losach jednego poety i w owej książce jest przedstawiona i wielbiona poezja we wszystkich jej formach. Brak niestety końca owego manuskryptu, który przywiozłem z Jerozolimy, jako spadek i pamiątkę po przyjacielu.

Pożegnali się serdecznie z pustelnikiem. Henryk był wzruszony do łez. Jaskinia wydała mu się tak ciekawa, pustelnik tak miły.

Wszyscy uścisnęli pustelnika, który, jak się zdawało, również był wzruszony. Henryk zauważył, że spogląda nań badawczo. Słowa, którymi go żegnał, były też dziwnie znaczące. Wydawało się, jakby wiedział o jego odkryciu i do niego właśnie odnosiły się te wyrazy. Odprowadził towarzystwo do bram jaskini, prosząc wszystkich, a zwłaszcza chłopca wiejskiego, by nie mówili o nim chłopom, gdyż byłby wystawiony na ich ciągłe odwiedziny.

Przyrzekli mu to. W chwili, gdy rozstawali się, polecając się jego modlitwie, rzekł:

— Może niewiele czasu upłynie, a zobaczymy się i będziemy z uśmiechem wspominać o dzisiejszej naszej rozmowie. Otoczy nas dzień wiekuisty i cieszyć się będziemy, że spotkaliśmy się jak przyjaciele, tam, w dolinie łez i prób i że ożywiały nas podobne myśli i przeczucia. Są one tutaj, na ziemi aniołami chroniącymi nas od zboczenia z dobrej drogi. Jeśli będziecie mieli oczy ustawicznie wpatrzone w niebo i wieczność, traficie bez wątpienia do prawdziwej ojczyzny, nie zszedłszy na manowce.

Rozstali się w podniosłym nastroju, spotkali u wejścia swych bojaźliwych towarzyszy i rozmawiając o różnych rzeczach, powrócili niebawem do wsi, gdzie matka Henryka, zaniepokojona już o syna, powitała ich z radością.